Legenda i człowiek Cz III: El Nino Viejo, rozdział 1

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Powiadają, że wróg twego wroga jest twoim przyjacielem. Lecz to zależy, kto dla kogo jest wrogiem. Trzecia część opowieści o Zorro i Victorii.
Postacie/Characters
, de la Vega, Escalante, , Jamie , Luis Ramon,


Od autora:
Podziękowania dla Arianki. Raz jeszcze, za dar opowiadania.

.

EL VIEJO

Droga z Monterey do wiła się łagodnie przez wzgórza. Gdzieniegdzie była odsłonięta, gdzieniegdzie zacieniały ją mniejsze i większe grupy drzew. Było ciepło. Lekki wiatr ucichł po południu, ale chylące się ku zachodowi słońce nie paliło już tak, jak w zenicie. Cykady grały w przydrożnych krzewach.

, Los Angeles, kiwał się sennie w siodle. Wyruszył wcześnie rano, szlak był monotonny, więc nie było w tym nic dziwnego, że przydrzemywał, podczas gdy jego wierzchowiec spokojnie człapał drogą. W chwilach większej przytomności wspominał, jak przyjemnie spędzał czas w Monterey. Ostatnio był już traktowany z coraz większym szacunkiem przez gubernatora i każda wizyta stanowiła miód na jego serce. To, że po pochwyceniu bandy dezerterów w chwilowe zapomnienie poszły spektakularne klęski w polowaniu na Zorro, mogło go tylko cieszyć. Poza tym już od miesięcy nie wspominał w swoich raportach o tym natrętnym jeźdźcu w masce. Cała ta taktyka przynosiła efekty – zdobywał poważanie, a w przyszłości, być może, zdobędzie także i majątek.

Pogrążony na poły we śnie, na poły w błogich wspomnieniach i marzeniach o przyszłości, Ramone zwracał niewielką uwagę na to, co się działo dookoła niego. Toteż nie spostrzegł się, gdy trzech jeźdźców wyjechało zza przydrożnych krzewów i oprzytomniał dopiero, gdy jeden z nich zatrzymał jego wierzchowca. Ale wtedy było już za późno – mierzyły w niego dwa pistolety.

Buenos noches, alcalde – usłyszał jeszcze, zanim świat dookoła nie rozpadł się w iskrach i bólu.

X X X

I w bólu i iskrach świat powrócił. Trwało dość długo, zanim Ramone zorientował się, że rzeczywiście widzi iskry – całe ich snopy tańczące nad gałęziami wrzucanymi w ognisko. A ból, początkowo oszałamiający, skupił się powoli w głowie i wykręconych w tył rękach. Był związany i porzucony gdzieś na uboczu obozowiska. Szarpnął się i jęknął, a jego jękowi zawtórowało krótkie prychniecie.

– Manuel, ten tu się obudził!

– Co? A, no proszę, no proszę… – Nad Ramone pochylił się mężczyzna, tak nisko, że jeniec poczuł wyraźny zapach jego potu i zjełczałego tłuszczu. Został złapany pod pachy i zaciągnięty w pobliże ogniska, a tam usadzony, w miarę prosto, pod pniem drzewa.

– Jestem… – wychrypiał.

– Chwilę – przerwano mu dość bezceremonialnie. Nim zaprotestował, zobaczył przed sobą kubek, wypełniony, o ile nos go nie zmylił, tanim winem. Wypił kilka łyków, krzywiąc się na kwaśny, octowy smak.

– Lepiej? – padło pytanie.

– Lepiej – odpowiedział. – Jestem…

– Jesteś Luis Ramone, alcalde Los Angeles – usłyszał. – Pytanie brzmi: czy wiesz, kim JA jestem?

Ramone przez dłuższy czas przyglądał się siedzącemu naprzeciw niego mężczyźnie. Miał wrażenie, że gdzieś już widział tę twarz, może mniej brudną, może mniej zarośniętą, ale widział i miał także wrażenie, że nie były to miłe okoliczności. A w każdym razie niewiele milsze niż obecna chwila. Wreszcie pokręcił przecząco głową.

– Nie mogę sobie przypomnieć – powiedział.

– W takim razie pozwolisz alcalde, że ci przypomnę – Manuel, jeśli tak go zwano, uśmiechnął się, ale w tym uśmiechu nie było wesołości i Ramone, po pierwszym oszołomieniu i gniewie, poczuł lęk. – Przypomnę ci człowieka, którego skazałeś na noc w celi i grzywnę za to, że zapłacił fałszywą monetą. Pamiętasz? Przesiedziałem całą noc w areszcie garnizonu, a potem…

– Potem wróciłeś z całą bandą! – wypalił Ramone. – O tak, teraz pamiętam. Pamiętam doskonale!

– I pewnie pamiętasz, co było później? – mężczyzna nachylił się w stronę jeńca. – Bitwa, potem druga, wóz pełen więźniów… Odesłałeś nas do Monterey i zakasowałeś od gubernatora niezłą sumkę.

Ramone skrzywił się na te słowa. Wspomnienie tego jak, na szczęście całkowicie prywatnie, skończył się dla niego epizod z bandą dezerterów, nadal go bolało. Manuel mówił dalej.

– I wiesz co się stało?

– Domyślam się…

– Wojskowi sprawdzili swoje listy. Moi chłopcy zatańczyli na wietrze! – Dłoń Manuela z furią uderzyła w kolano. – Moje chłopaki, najbardziej twarda banda, jaką zebrałem, skończyła na szubienicach w więzieniu gubernatora!

– A jak ty zwiałeś? – Ramone nie potrafił powstrzymać się od tego pytania.

– Nieważne… – uśmiech Manuela przerażał. – Nieważne… Zwiałem i mam zamiar poodpłacać co poniektórym za moich chłoptysi… Zaczniemy od ciebie, alcalde… Zaraz sobie popatrzymy, jak potańczysz.

Spanikowany Ramone krzyknął, gdy z ziemi poderwały go silne ręce. Zaczął się wyrywać, a przez szum krwi w uszach słyszał dalej głos Manuela.

– Potańczysz sobie, potańczysz… Żeby nie było za szybko, to linę założymy ci na stopy…

– Nie! – wrzasnął alcalde. – Nie! To nie moja wina!

– Co? – Manuel zawahał się. – Nie twoja? Nie jesteś może alcalde Los Angeles? – Ironia w jego głosie była doskonale wyczuwalna.

– Nie ja dowodziłem w bitwie! To nie był mój pomysł! – Ramone doskonale wyczuł, że ma tę jedną, jedyną szansę, by się uratować.

– Nie twój? A czyj w takim razie?

– To Zorro! To jego robota! Jakoś was wypatrzył i to on wszystko zaplanował!

– Zorro?

– Widziałeś go! Musiałeś widzieć! – błagał Ramone. – Jeździec w masce, na czarnym koniu, nikt nie sprosta mu ze szpadą czy biczem…

– Widziałem… – Manuel zamyślił się na chwilę. – Mówisz, że to on…

– On! On! Myślisz, że moi żołnierze daliby rady twoim chłopakom? Widziałeś przecież, jaka to banda łamag. To Zorro was wykrył i to on zebrał ludzi z Los Angeles do walki… To nie była moja robota… Gdyby to zależało ode mnie, nikt by was nie zaczepił!

– Powiedzmy, że mówisz prawdę, alcalde… Że gdyby to od ciebie zależało, nikt by nam nie przeszkodził… Ale ty zgarnąłeś zapłatę za krew moich ludzi.

– I Zorro mi ją odebrał! – wypalił Ramone.

Przez dłuższą chwilę Manuel przyglądał się więźniowi. Wreszcie machnął ręką. Jego towarzysze rozluźnili uścisk i osunął się z powrotem na ziemię.

– Bardzo chcesz mnie przekonać, alcalde, że to nie była twoja wina… Ale jeśli tak, to czemu zrzucasz ją na tego Zorro?

– Bo mam go dosyć. Bo dręczy mnie i przeszkadza od lat. Bo upokorzył mnie więcej niż tuzin razy. Może i jestem alcalde, ale całe Los Angeles nie zwraca na mnie uwagi. Wiedzą, że cokolwiek nie rozkażę, i tak Zorro to zmieni. Obroni ich, jak twierdzą. Patrzą na niego z uwielbieniem, gdy tylko się pojawi…

Manuel zakołysał się patrząc z namysłem na alcalde.

– Widzę, że jesteś ulepiony z takiej samej gliny jak my… – powiedział wreszcie. – Dobrze. Może zapomnę, jak potraciłeś moich ludzi. Skoro, jak twierdzisz, to wina tego Zorro… Jak go można dopaść? Skoro ty się starasz i ci się nie udaje?

– Bo nie wiedziałem tego, co wiem teraz – burknął Ramone. Panika go już opuściła, a jej miejsce zajął gniew i ponura satysfakcja. – A moi żołnierze nie zawsze wykonują moje rozkazy. Nie chcą schwytać Zorro. Ja sam nie dam mu rady…

– A więc? Co takiego o nim wiesz?

– Zorro ma słaby punkt. Przyjaciół.

– To brzmi ciekawie… Wiesz kim są?

– Zdaje się, że jednym jest syn miejscowego hacjendera, ale ważniejsza jest dziewczyna… Zapewne widziałeś ją w gospodzie…

– Tak… Widziałem…

Manuel uśmiechnął się z namysłem i odpowiedział mu porozumiewawczym uśmiechem.

X X X

zatrzymała się w progu kuchennych drzwi. Od czasu zaręczyn z don Diego de la Vegą, jednym z jej zmartwień było jak połączyć prowadzenie odziedziczonej po ojcu gospody z obowiązkami doni de la Vega. Diego na szczęście nie nalegał, by porzuciła ją od razu. Doskonale rozumiał, że i ona, i on mają własne życie i własne obowiązki i muszą je ze sobą pogodzić. Co nie oznaczało, że będzie mogła spędzać tu całe dnie, gdy już będzie po ślubie. Wiedziała o tym i nie narzekała. Na razie przyjmowała więc na próbę kolejnych kucharzy i kucharki, i szukała kogoś, kto w jej imieniu będzie doglądał interesu.

Ostatnio przyjęta kobieta, Antonia, rokowała dobrze. Nawet bardzo dobrze. Victoria, nawet gdy się starała, nie mogła odróżnić po smaku swojego gotowania od jej potraw. Co oznaczało, że jakość jedzenia w gospodzie się nie pogorszy. Ponadto Antonia doskonale radziła sobie z podchmielonymi peonami czy nieco zbyt kapryśnymi gośćmi. I ona, i zwerbowane wcześniej dziewczyny, Marisa i Juanita, radziły sobie bardzo dobrze. Jeszcze kilka dni i Victoria będzie pewna, że zakończyła swoje poszukiwania.

Co oznaczało, że ustąpiła kolejna przeszkoda przed jej ślubem z Diego. Trochę ją to przerażało. Od dnia, gdy oznajmili, a właściwie to ona oznajmiła ich zaręczyny, zdążyła się przekonać, że przynajmniej część , a właściwie ich córek, odnosiła się do niej z mniejszą lub większą niechęcią. Nie, żeby jej to okazywali w inny sposób niż milkniecie czy zejście z drogi, ale i takie drobne oznaki potrafiły zaboleć.

Sytuację pogarszała też jej relacja z Zorro. Od czasu, gdy wybrała Diego, zamaskowany jeździec odnosił się do niej, przy swoich nielicznych wizytach w Los Angeles, z chłodnym szacunkiem i dystansem. Co oczywiście sprawiało, że niejedna señorita liczyła na szansę uleczenia jego złamanego serca. Zorro jednak ignorował wszystkie te czułe spojrzenia, przez co każda taka odtrącona spoglądała na nią pełna świętego oburzenia. A ona sama, Victoria, nie mogła dać im do zrozumienia, że poczułaby się bardziej niż dotknięta, gdyby Zorro zainteresował się którąkolwiek z nich. Na szczęście on to rozumiał i obojętnie przyjmował wszelkie czułe gesty, choć przypuszczała, że chwilami doskonale się tym bawił.

Zatopiona w myślach o skomplikowanej sytuacji związanej z jej ślubem Victoria nie zauważyła sylwetki, jaka wychyliła się zza drzwi stajni…

X X X

Don zatrzymał się w drzwiach gabinetu. Diego siedział za biurkiem, pochłonięty jakimś spisem. Skreślał coś na nim, porównywał z drugą listą i znów coś dopisywał. Był tak zajęty tym zadaniem, że nawet nie spostrzegł, że ojciec mu się przygląda. Starszy de la Vega uśmiechnął się do siebie. Diego zmienił się od czasu, gdy zaręczył się z Victorią Escalante. Jego ojciec podejrzewał, że na równi miały na to wpływ zaręczyny, poważna rana, którą wtedy odniósł, jak i to, że zarówno Victoria, jak i on, Alejandro, znali prawdę o podwójnym życiu, jakie Diego był zmuszony prowadzić.

To życie nadal martwiło don Alejandro. Początkowo, gdy Diego wrócił ze swych studiów w Hiszpanii, nie mógł uwierzyć temu, co widział i słyszał. Jego dumny, czasem porywczy syn zmienił się w pochłoniętego księgami i muzyką dziwaka. Obojętnego na to, co się dookoła działo, skupionego tylko na rozmaitych dziwacznych eksperymentach… choć czasem jeszcze pojawiały się przebłyski tego dawnego Diego. A potem, przez przypadek właściwie, don Alejandro zajrzał do dawnego przejścia i wszystkie drobne elementy ułożyły się w całość. Diego zmienił się, bo musiał się zmienić, by nikt nie dostrzegł jego podobieństwa do Zorro. I choć to jedno zmartwienie minęło, starszy z Vegów martwił się dalej. Zorro ryzykował, ratował , nadstawiał za wszystkich karku, a o jego wyczynach rozprawiano całymi wieczorami. Diego był tym, który jest cichy, wycofany, obojętny. Tylko od czasu do czasu wypadał z roli, gdy starał się komuś pomóc. Jednak dopiero gdy Zorro otrzymał niemal śmiertelny postrzał, gdy zdecydował się przyznać do swej tożsamości Victorii, a ona oświadczyła publicznie, że mając wybór pomiędzy Diego a Zorro wybrała młodego de la Vegę, don Alejandro w pełni zauważył, jak głęboka przemiana zaszła w jego synu. Diego zaczął się zmieniać. Instrumenty muzyczne pokrywały się kurzem, spora część ksiąg także. Spędzał teraz większość czasu, jeśli nie z Victorią, to nad dokumentami gospodarstwa. Nabrał też zaskakującej pewności siebie, w rozmowach z ludźmi wygłaszał opinie znacznie śmielej i pewniej. Don Alejandro miał wrażenie, jakby Diego przejmował część tego, kim był Zorro. Jednak… Jednak Diego wciąż mówił o Zorro w trzeciej osobie i to martwiło jego ojca. Jak głęboko trzeba się zapuścić, by stworzyć kogoś, kto będzie tak odmienny – w nawykach, sposobie mówienia, głosie… I jak długo można utrzymać w swym umyśle tę drugą osobę, gdy się ryzykuje życiem. Także własnym.

Don Alejandro miał nadzieję, że wszystko się ułoży. Że któregoś dnia Diego nie tyle zapomni, co nie będzie już musiał tworzyć swego fałszywego obrazu, by ochronić się przed zdemaskowaniem. Miał też nadzieję, że w tym pomoże jego synowi miłość do Victorii i z tego powodu nie raz i nie dwa odpierał napastliwe pytania innych . Cóż, wyglądało na to, że Victoria mogła sobie pozwolić na romansowanie z wyjętym spod prawa Zorro, ale gdy zainteresował się nią Diego, sprawa stała się lokalnym skandalem. Diego miał w planie mezalians, to nie ulegało wątpliwości. Pół Indianka, oberżystka, nie mogła być właściwą partią dla młodego de la Vegi i niejeden, a raczej niejedna dawała wyraz swemu oburzeniu na taki obrót sprawy.

Rozważania don Alejandro przerwało nieśmiałe odchrząknięcie za plecami. Służący Pablo stał w wejściu z korytarza i wyraźnie nie wiedział, czy zwrócić się najpierw do starszego, czy do młodszego z de la Vegów.

– Co się stało, Pablo? – wybawił go z kłopotu.

– List przynieśli, . Do młodego pana.

– Daj, przekażę. Kto przyniósł?

– Jakiś obcy, , nie z pueblo. Podjechał, dał i pojechał.

Nim don Alejandro podszedł z listem do biurka i do syna, na dworze wybuchło zamieszanie. Ktoś głośno krzyczał, walił w bramę. Don Alejandro wydawało się, że poznaje głos sierżanta Mendozy.

Rzeczywiście był to Mendoza. Bez swego czako, spocony, nieuczesany i w niedopiętym mundurze. Koń, na którym siedział, także był spocony, jakby te dwie mile od puebla przebył jednym cwałem.

– Co się stało, sierżancie? – Diego zdziwił się uprzejmie, dając Mendozie czas na ochłonięcie. już się zjawił, podając żołnierzowi kubek z zimną wodą.

– Nieszczęście, don Diego – wysapał sierżant. Upił łyk z kubka i spojrzał na Diega tak żałosnym wzrokiem, jakby właśnie mu oznajmiono, że musi się pożegnać z Bożym Narodzeniem. – , nieszczęście…

– Co się stało?

– Porwano señoritę Escalante…

Diego przez moment wyglądał, jakby nie wierzył własnym uszom. Potem zbladł.

– Jak to…

– Znikła z gospody, nikt nic nie widział, . Nikt! Jeden chłopiec podobno krzyk usłyszał.

– Diego… – don Alejandro zacisnął dłoń na ramieniu syna, nim ten rzucił się do wnętrza domu. – Pablo to dostał od kogoś, parę chwil temu… Może to coś wyjaśni.

Diego jednym szarpnięciem rozerwał kopertę. Przeczytał list, zmiął, i wcisnął ojcu do ręki.

– Dziękuję, sierżancie – oznajmił lodowatym głosem. – Jak wrócicie do miasta, proszę, rozejrzyjcie się, czy alcalde już wrócił. Ja muszę jechać.

– Diego? Diego! – don Alejandro prawie biegł za synem do stajni.

– Przeczytaj list. – Diego złapał za siodło i ogłowie. – I idź do biblioteki, ojcze. Tam porozmawiamy. Felipe! Szykuj swojego konia. Pojedziesz za mną.

rozłożył zmięty pergamin.

De la Vega!

Może nie poznajesz mojego pisma, ale to ja, Luis Ramone, alcalde Los Angeles. Pamiętasz tę grupę dezerterów, kilka miesięcy temu, co Ci Zorro dał się wykazać strategią? Otóż nie wszyscy z nich skończyli na szubienicy. Jeden, niejaki Manuel , zbiegł i chce się policzyć z odpowiedzialnymi za śmierć kolegów. Może jeszcze wykpisz się z tego z życiem, jeśli zrobisz, co Ci każę. I nie tylko Ty się uratujesz.

Ludzie Ortegi porwali Victorię Escalante, Twoją narzeczoną. Odnajdź Zorro. Wiem, że to potrafisz. Powiedz mu, że jej życie, Twoje i także moje, zależy od niego. Niech się zjawi w starej kopalni srebra, tej ElNiño Viejo, w głównym chodniku. Tam się okaże, czy potrafi tylko uciekać przed żołnierzami.

Może mi nie uwierzysz, ale życzę mu powodzenia!

Luis Ramone, alcalde.

Don Alejandro nie czekał zbyt długo na Diega. Młody de la Vega wpadł do jaskini niemal w pełnym galopie. Jak zmusił konia, by przeszedł w takim tempie wąski, kręty korytarz, pozostawało jego tajemnicą. Zeskoczył, przywiązał wierzchowca i rzucił się do skrzyni. Po chwili już naciągał na siebie czarną koszulę.

– Pojadę z tobą – odezwał się .

– Nie.

– Możesz potrzebować wsparcia.

– Mam Felipe.

– Chłopiec może nie dać rady…

– Da.

– Ale…

– Ojcze… – Diego oderwał się od sprawdzania pistoletów. – Znam El Niño Viejo. Alcalde nie, i nie sądzę, by ten Ortega ją znał. Prócz głównego chodnika są tam boczne tunele i szyby. Ale to nie jest bezpieczne miejsce. Wolę, byś był poza nim. Jeśli możesz, rozgłoś, że Diego pojechał szukać Zorro. Nie wiem, ilu ludzi ma Ortega. Lepiej, by wiedział, że spełniam jego polecenia.

– A co z tobą?

– A co z Viktorią! – wybuchł Diego.

Don Alejandro niemal się cofnął na widok cierpienia w oczach syna. Diego sprawiał wrażenie kogoś wpół obłąkanego, śmiertelnie przerażonego myślą, że może stracić swoją narzeczoną. Przez myśl de la Vegi przemknęło, że jego syn, tak jak on sam, potrafi w swoim życiu pokochać tylko jedną kobietę. I że jeśli Diego straci Victorię, on sam po części straci syna.

– Diego… – zaczął i urwał, nie wiedząc, co powiedzieć. Uważaj na siebie? Skąd jesteś pewien, że ten list jest prawdziwy? Uważaj, to pułapka? Diego to wszystko wiedział, nie, Zorro to wiedział. Nie było niczego, co mógłby mu teraz powiedzieć. Wreszcie przemówił.

– Diego… – Brak reakcji. – Zorro… Wróć… wróćcie bezpiecznie…

– Wrócimy, ojcze.

Zorro odwrócił się do .

cdn.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *