Legenda i człowiek Cz VI: Uzurpator, rozdział 14

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Pueblo bez jest jak opuszczony dom... Przynajmniej dla niektórych. Tutaj można robić wszystko i nie przejmować ę mieszkańcami. Chyba, że mają obrońcę. Szósta część opowieści o Zorro i Victorii.
Postacie/Characters
, de la Vega, Escalante, , Jamie , Luis Ramon,

Rozdział 14. W Santa Barbara

Matteo Jesus Ramirez, Santa Barbara, był niewysokim, siwiejącym mężczyzną o nieco korpulentnej sylwetce. Z siateczką delikatnych zmarszczek w kącikach oczu i szerokim uśmiechem przypominał dobrodusznego wujaszka ucieszonego widokiem ulubionego siostrzeńca.

– Dobrze was widzieć, señor Checa! – wykrzyknął na widok gości. – Czy przedstawicie mi swojego towarzysza?

Tym razem jednak przyjacielski urok zawiódł i posępny Juan Checa wciąż przypominał chmurę gradową.

– To don Diego de la Vega, – odpowiedział chłodno.

– Witajcie w Santa Barbara, señor de la Vega – rozpromienił się Ramirez. – Czy bardzo się mylę, witając w waszej osobie wydawcę „Guardiana” z Los ?

– Nie mylicie się. – Diego skłonił się lekko. Ostatni raz w Santa Barbara był już jakiś czas temu i tak jak wtedy, teraz też nie mógł się oprzeć pokusie porównywania obu pueblo. Ku swemu zadowoleniu widział jednak niewiele różnic, które wynikały głównie z tego, że Santa Barbara powstało wokół klasztoru franciszkanów i misji, znacznie większej niż niewielki kościółek w . To misja, prowadzone przez nią uprawy, warsztaty i szkoła, nadawały ton miejscowości. Na ulicach było widać znacznie więcej Indian, czy to pochodzących ze wzgórz, czy to ów. Gospoda była tu mniejsza, przykościelne zabudowania zajmowały prawie połowę jednej strony centralnego placu, a piętrowe domy stały nie tylko w centrum, ale i w bocznych uliczkach. Pueblo Santa Barbara sprawiało jedynie wrażenie większej zamożności niż wiecznie zakurzone, senne Los Angeles.

rozpromienił się jeszcze bardziej.

– Tak myślałem – oświadczył i nagle spoważniał. – Powinienem zapytać, co was sprowadza do Santa Barbara, ale… Wybaczcie mi na moment. Muszę porozmawiać z señorem Checą.

Juan poruszył się niespokojnie, oceniając odległość od okna i drzwi. Nie miał zamiaru pozwolić się aresztować.

Señor Checa… – Ramirez oparł się ciężko o biurko. – Mam dla was złe wieści.

– Jakie?

– Wasz pracodawca, señor Pereira… Przykro mi to powiedzieć, ale nie żyje. Proszę, przyjmijcie moje wyrazy współczucia. Wiem, że Jose Pereira był dla was jak ojciec…

– Usłyszałem już o tym… – powiedział ostrożnie Checa.

– Ach, więc to dlatego wróciliście? Dobrze, że się pospieszyliście, señor. Flor będzie bardzo potrzebowała waszej pomocy. Biedna dziewczyna… Jest chyba kompletnie zdruzgotana, bo nie zdołała nawet przyjechać na pogrzeb…

Przez moment Juan nie wiedział, co powiedzieć. Zacisnął gniewnie pięści. Diego to zauważył i położył mu rękę na ramieniu.

Señor … – powiedział.

– Tak?

– Kiedy ostatni raz widzieliście señoritę Flor?

Zasmucona, dobroduszna twarz Ramireza nagle skamieniała, oczy zwęziły się podejrzliwie.

– Co macie na myśli, señor de la Vega?

– Chcę wiedzieć, kiedy ostatni raz ją zobaczyliście.

popatrzył na swoich gości uważnie, przeszedł przez biuro i wyjrzał za drzwi. Jakby uspokojony tym, co za nimi zobaczył, wrócił na swoje miejsce.

– Nie powiem, bym się nie spodziewał takiego pytania – odezwał się cicho. – Nie po tym, co się stało z jej ojcem. Wolałbym jednak, byście pamiętali, señores, że reprezentuję tu władze króla i z tego powodu to moim obowiązkiem jest prowadzenie śledztwa. Spodziewam się współpracy w tym zakresie, nie osobistej zemsty.

Señor

– Wiem, że wy z Los Angeles macie złe doświadczenia z i bardziej polegacie na tym waszym Zorro, ale tu jest Santa Barbara. Przestrzegamy tu prawa i oczekujemy jego przestrzegania od innych.

– Dziękuję za wyjaśnienie sytuacji – odpowiedział lodowato Diego. – W takim razie proszę mi wyjaśnić, jakie prawo nakazuje uwięzienie dziecka za długi ojca.

– Co?! – Wydawało się, że Ramirez osłupiał.

– Otrzymaliśmy wczoraj wiadomość, że Flor Pereira została uwięziona za odmowę spłaty weksli podpisanych przez jej ojca i znajduje się w areszcie w Santa Barbara. Przyjechałem tu wraz z señorem Checą, by zaręczyć, że weksle te, jakkolwiek nieprawdopodobnym się wydaje ich istnienie, zostaną spłacone. Chcę spotkać się z wierzycielami i ustalić warunki spłaty długu, a następnie prosić was o zwolnienie señority z aresztu, bym mógł zabrać ją do Los Angeles. Jeśli będzie to konieczne, żądam, byście wyznaczyli strażników, którzy pojadą z nami do Los Angeles i potwierdzą, że señorita Flor Pereira znajdzie się pod kuratelą moją i mojej żony do czasu, aż wszelkie wierzytelności nie zostaną spłacone.

Przez całą tą przemowę Diego nie podniósł głosu, ale jego lodowaty ton zdawał się mrozić Ramireza, który spoglądał na swoich gości coraz bardziej niedowierzającymi, szeroko otwartymi oczyma. Gdy de la Vega skończył, odetchnął głęboko.

– Znam tylko waszych krewnych, nie was osobiście, señor de la Vega, lecz słyszałem sporo o waszym ojcu. Gdyby nie to, nie uwierzyłbym w choćby jedno słowo z tego, co powiedzieliście, tak absurdalnie to brzmi. Ale wy wierzycie, że mówicie prawdę, czyż nie?

Señor, wedle mojej wiedzy, Flor Pereira została tu uwięziona.

– A wedle mojej znajduje się w hacjendzie, pod opieką dalekiego kuzyna. Jest tak załamana śmiercią ojca, że nie zjawiła się nawet na pogrzebie.

– I nic was nie zastanowiło?

– Co chcecie przez to powiedzieć!?

– To, co powiedziałem.

Ramirez nachylił się nad biurkiem.

– Nie rozumiem, skąd takie wasze zachowanie, señor de la Vega – wycedził. – A właściwie się domyślam. Lecz to, że musieliście znosić tego durnia, którego mieliście za , nie znaczy, że możecie tak oceniać mnie! Nie życzę sobie takich insynuacji. Zachowajcie się z szacunkiem, albo będę musiał nałożyć na was grzywnę za znieważenie władzy.

– Grzywnę? Nie areszt?

odepchnął się w tył i nagle roześmiał się.

– Jesteście niemożliwi, señor de la Vega! – oświadczył. – Przyjeżdżacie tutaj, wypytujecie, zarzucacie, że źle wypełniam swoje obowiązki czy wręcz mam coś wspólnego z przestępstwem… I nie przejmujecie się tym, co może was spotkać. Ten cały Ramone aż tak was oduczył szacunku dla władzy?

Diego także się uśmiechnął.

– Wiecie, że nie odpowiem na to pytanie – odparł. – Juan?

Milczący do tej pory Checa odetchnął głęboko.

– Ja mu wierzę, Diego – powiedział cicho. – On nic nie wie. Gdyby miał choć cień podejrzenia, sprawdziłby to.

– Ach, więc to był sprawdzian?

– Można tak powiedzieć. Señor , możecie to przeczytać? – Diego podał Ramirezowi pismo, jakie Mendoza otrzymał poprzedniego dnia.

Ramirez zmrużył oczy i odsunął od siebie kartkę, z natężeniem wpatrując się w jej treść, ale w miarę jak czytał, zdawał się coraz bardziej niedowierzać.

– To najbardziej bezczelne fałszerstwo, jakie w życiu widziałem! – wybuchnął wreszcie. – Jestem pewien, że nawet ten wasz Zorro się do czegoś takiego nie posunął.

Diego i Juan niemal się zakrztusili.

– Nie, – odparł Diego z kamienną miną. – Z tego, co wiem, Zorro nigdy nie fałszował dokumentów.

Ramirez wstał.

– Dostaniecie patrol – oświadczył. – Jedźcie do hacjendy, natychmiast. Jeśli señority tam nie ma…

– Nie ma.

– Jesteście pewni?

– Tak.

– Rozumiem z tego, że wiecie, gdzie ona jest, a cała ta awantura była tylko sprawdzaniem mojej skromnej osoby, czy tak?

– Tak.

– Jak już powiedziałem, jesteście bezczelni, señor de la Vega. Ale po tym… – Wskazał na pismo z odrazą. – Nie mogę mieć do was o to żalu. Sam bym nie uwierzył tak od razu w słowa kogoś, kogo podpis widnieje pod czymś takim. Mam jednak nadzieję, że rozwiałem chociaż część waszych wątpliwości i możecie mi powiedzieć, co się naprawdę wydarzyło.

– Chciałbym wpierw zobaczyć choć jedno wasze pismo, – odparł spokojnie Diego.

– Upewnić się, że to fałszerstwo? Czemu nie. – Ramirez otworzył szufladę i podał pierwszy z brzegu świstek.

Diego położył kartki obok siebie. On, Juan i nachylili się nad nimi.

– To oczywiste fałszerstwo – oświadczył. – Widzicie? Nawet nie zadano sobie trudu upodobnienia pisma.

Juan tylko sapnął, ale Ramirez zgrzytnął zębami.

– Za fałszowanie dokumentów królewskiego urzędnika przewidziano karę śmierci – warknął. – Jak nie podpisuję tego typu wyroków, tak tym razem zrobię wyjątek.

– Za fałszowanie, ale też za morderstwo – zauważył cicho Diego.

– Co?

– Znaliście señora Pereirę. Nie wydało się wam mało prawdopodobne, że podpisał takie weksle?

– Weksle? Jakie weksle? Mówiliście coś o spłacie… Dios mio, chcecie powiedzieć, że señor Pereira zastrzelił się z powodu niespłaconych weksli? Przecież on nigdy nie wypisywał weksli!

– Dlatego nie wierzymy w to, że sam się zastrzelił, .

– A więc… – Ramirez odepchnął się od biurka i ruszył do drzwi. – Huega! – krzyknął.

Si, mi ? – Żołnierz poderwał się z ławki.

– Widzieliście kuzyna señority Pereira?

Si, alcalde.

– Weź sześciu ludzi i ruszaj do hacjendy Pereiry – polecił Ramirez. – Masz przywieźć mi tego kuzynka. Na tyle zdrowego, by mówił. Tylko ostrożnie, to może być morderca.

Si, alcalde!

– Ruszaj, Huega. Już!

Żołnierz zniknął.

– Zobaczymy, czy mu się to uda, señores – westchnął Ramirez. – Jeśli mogę coś zaproponować, to odpocznijcie chwilę w gospodzie.

– Nie sądzę, by się udało – potrząsnął głową Diego. – Jeśli moje przewidywania są słuszne, hacjendę zastaniemy pustą.

– Zastaniemy?

– Muszę porozmawiać z pozostałymi pracownikami señora Pereiry – wyjaśnił Juan. – Najlepiej będzie, jeśli pojedziemy razem z żołnierzami.

Ramirez popatrzył na niego uważnie.

– Zatem jedźcie i wracajcie – oświadczył w końcu. – Chcę usłyszeć coś więcej o tym piśmie, jeśli wiecie.

X X X

Przewidywania Diego sprawdziły się. W hacjendzie Pereirów zastali jedynie służbę, pogrążoną w żałobie i zdezorientowaną nagłym najazdem żołnierzy. O Flor wiedzieli tylko tyle, że dwa dni wcześniej odjechała do Santa Barbara wraz z żołnierzami alcalde, a potem przysłała kartkę, że zostanie w misji przez kilka dni. Nikogo ta wiadomość nie zdziwiła, a raczej została przyjęta ze zrozumieniem. Señorita Pereira, po tak tragicznej śmierci ojca, z pewnością potrzebowała ciszy i duchowej opieki, a to mogła znaleźć tylko w klasztorze. To, że nie zjawiła się na pogrzebie, też nikogo nie zdziwiło, bo odbył się on bez ceremonii. Trudno było wymagać od kogoś tak zrozpaczonego jak Flor, by patrzył, jak trumnę ojca pospiesznie zasypują w dole poza murami cmentarza, w milczeniu, bez błogosławieństwa i modlitwy. Teraz dopiero zapłakana gospodyni, Consuela, zaczęła rozważać, czy jednak Flor nie powinna była przyjść.

Diego przeszukał pokoje Flor i jej ojca. Nie tyle nie znalazł niczego interesującego, co raczej interesujące było to, czego nie znalazł. Wyglądało na to, że ktoś go uprzedził i młody de la Vega podejrzewał, że był to człowiek, który przedstawiał się jako krewniak Pereirów. Pozostawił po sobie niewiele śladów, ale wszystkie były dość znaczące. Dokumenty w szufladach biurka wyglądały na przemieszane, jakby ktoś je przeglądał. Teraz Diego zebrał je w sporą paczkę i zabrał z gabinetu.

– Lepiej będzie, jeśli się znajdą pod waszą opieką, alcalde – wyjaśnił po powrocie. Wraz z nim, Juanem i kapralem Huegą w gabinecie Ramireza byli też dwaj vaqueros Pereiry, Pedro i Ernesto oraz Consuela.

– Myślicie, że fałszerze będą chcieli je wykorzystać?

– Tego nie można wykluczyć.

– Bezczelni dranie! – warknął Ramirez.

– Bezczelni i przemyślni – odparł Diego. – Mieli niemal idealny plan.

– Niemal?

– Właściwie idealny, jeśli dobrze odgadłem.

– Co więc odgadliście?

Diego przeszedł się po gabinecie.

– Chciano przejąć hacjendę Pereirów – powiedział.

– W jaki sposób? Skąd ten pomysł?

– W Los Angeles zdarzyło się coś podobnego. Przedstawiono sfałszowany akt kupna. A tutaj Jose Pereira zostaje zamordowany, a jego córka znika niemal bez śladu. W hacjendzie wiedzą, że pojechała do pueblo i zatrzymała się w misji. W klasztorze są przekonani, tak jak wy byliście, że pojechała z krewniakiem do hacjendy. Zapewne nikt by jej nie szukał przez kilka dni, aż wróciłby Juan czy potrzebna by była jej decyzja w sprawach gospodarstwa.

– To prawda – przyznała Consuela. – Chcieliśmy radzić sobie sami, aż ona się trochę otrząśnie… Myślałam, że posłała po ciebie, Juan i że jesteś w pueblo, by jej pomóc, dlatego do nas nie zaglądasz.

– Sprytny plan – ocenił Ramirez. – Ale przecież w końcu byśmy się zorientowali.

– Tyle, że do tego czasu zapewne zjawiłby się nowy właściciel hacjendy. Z wyjaśnieniem, że Flor wyjechała gdzieś dalej, a przed odjazdem sprzedała mu majątek, nie mogąc znieść świadomości śmierci ojca. I miałby na potwierdzenie tego dokumenty.

– Sfałszowane?

– Raczej prawdziwe…

– Skąd to przypuszczenie?

Diego zawahał się.

Don Diego… Potrzebujemy tej wiedzy – powiedział prosząco alcalde.

– Racja. Po prostu… Flor została pobita. Zapewne próbowali wymusić na niej podpisanie papierów.

– Oni?

– To pismo do Los Angeles przywiozło dwóch ludzi, señor alcalde.

– Racja. A skąd wiedzieli… – zastanowił się alcalde. – No tak, te weksle. Tylko czemu Pereira nie zaprotestował, jeśli to też było sfałszowane! Mógł się przecież odwołać do mnie, odrzucić te weksle, a nie od razu…

– Może nie mógł – mruknął ponuro Juan.

– Może, a może było inaczej – stwierdził Diego. – Może nie zdążył zaprotestować i może tylko myślimy, że to on strzelił.

Ramirez pochylił głowę.

– Nie wiedziałem o tych wekslach – powiedział ponuro. – Gdybym wiedział, za nic w świecie nie uznałbym, że podniósł rękę na siebie.

– A zatem zabili go… – chlipnęła Consuela.

– Zabili. A z tego, co mówi don Diego wynika, że chcieli zabić też señoritę i ukraść hacjendę.

– Dranie! – warknął Ernesto. Starszy był wściekły. – Jeśli tylko ich dorwiemy…

– Przywieziecie ich tu, do aresztu. – Ramirez wszedł mu w słowo. – Nie mogę pozwolić, byście ich zamordowali. I nie chcę pozwolić, by señorita Flor straciła z ich powodu dobrych pracowników. Rozumiecie?

– Tak, señor. – Miny obu vaqueros wskazywały, że świadomość, że są potrzebni Flor, przemówiła do nich bardziej, niż groźba oskarżenia o morderstwo.

– Zresztą może być, że to właśnie wy ich złapiecie. Że najpierw ktoś się pojawi w hacjendzie jako nowy właściciel, a dopiero potem będzie chciał zajrzeć tu do mnie.

– Niech zagląda. – Dłonie Ernesto zacisnęły się w pięści. – Ktokolwiek przyjedzie…

– Z pewnością przyjadą do Los Angeles. Uprzedzali już naszego sierżanta – stwierdził Diego. – Mają tam być za dwa dni, by dowiedzieć się, czy Flor została aresztowana za ucieczkę z więzienia. Być może się nie pojawią, ale po tym, co tu zobaczyłem, sądzę, że będą dość bezczelni, by próbować u nas jakiś sztuczek z tymi wekslami.

– Dwa dni, powiadacie? – zainteresował się Ramirez. – Więc za dwa dni będę u was i aresztuję tych ludzi.

– Raczej sierżant ich aresztuje i wam przekaże – uśmiechnął się młody de la Vega. – Jest jeszcze coś, o czym muszę was uprzedzić, señores – dorzucił. – Ci ludzie fałszują dokumenty, więc cokolwiek by się nie działo, możemy wierzyć tylko temu, o czym mówimy sami. To będzie się tyczyło także i was, kapralu Huega – zwrócił się do żołnierza. – Musimy pamiętać, że listy czy polecenia na piśmie mogą być fałszywe.

– To nam ułatwi zadanie – uśmiechnął się ponuro alcalde. – Jeśli ktoś tu się zjawi z papierami w sprawie hacjendy Pereirów, trafi za kraty!

To stwierdzenie przywołało uśmiechy na twarzach obecnych. Niezbyt wesołe, ale jednak uśmiechy. To, że Jose Pereira padł ofiarą morderstwa, było straszne, ale mimo wszystko przynosiło ulgę. Mordercę można było odnaleźć, schwytać i osądzić.

Vaqueros wraz z Consuelą wyszli z gabinetu. Diego i Juan chcieli podążyć ich śladem, ale zatrzymał ich Ramirez.

Señor de la Vega – odezwał się.

– Tak?

– Czy zamierzacie zaraz wyjeżdżać?

– Owszem. Jestem… jesteśmy potrzebni w Los Angeles.

– W takim razie chciałbym tylko usłyszeć odpowiedź na dwa pytania.

– Słucham zatem.

– Czy zastanawialiście się kiedyś nad byciem alcalde?

Juan sapnął głośno, wstrząśnięty. Diego na moment odebrało mowę.

– N–nie… – odparł wreszcie niepewnie. Widać było, że stwierdzenie Ramireza było dla niego całkowitym zaskoczeniem. – To znaczy… Jakiś czas temu mój ojciec pełnił obowiązki alcalde, z nominacji zastępcy gubernatora, señora Frescasa, ale ja nie… nigdy…

Ramirez wydawał się być rozbawiony taką reakcją gości.

– Powinniście to rozważyć, don Diego – powiedział. – Jesteście bardzo odpowiedzialnym człowiekiem, któremu niezwykle zależy na bezpieczeństwie i dobrobycie innych i który nie waha się działać, by to osiągnąć. Szczerze mówiąc, jestem zdziwiony, że jesteście aż tak zdecydowani w działaniu.

– A to czemu?

– Wasz kuzyn, de la Vega, często przywoływał waszą osobę, gdy chciał mówić o bierności ludzi wobec władzy. Twierdził, że poza malarstwem nic was nie interesuje.

Diego odetchnął głęboko.

– Rafael pominął poezję, muzykę i nauki naturalne. Ale obawiam się, że nie tylko w tym jego ocena była niepełna, señor alcalde.

– Macie na myśli waszego ówczesnego alcalde? Tego Ramone?

– Owszem. Rafael zetknął się z nim jedynie przelotnie, przy okazji jednej wizyty i miał sporo szczęścia, że skończyło się to dla niego tylko nakazem natychmiastowego wyjazdu z Los Angeles. Dla mieszkańców pueblo protesty czy próby działania miały… Znacznie bardziej nieprzyjemne konsekwencje.

– Uwięzienie?

– Szubienicę.

Ramirez otwarł na moment usta, zaskoczony tak, że nie wiedział, co powiedzieć. Diego wzruszył ramionami i ciągnął dalej.

– To, że tamtego dnia nie pognałem razem z Rafaelem protestować, miało inny powód niż moje zainteresowanie sztuką. Ktoś musiał stać z tyłu i, być może, wykupić mego ojca i kuzyna z aresztu Ramone. Rafael tego nie wiedział i nie miał czasu się dowiedzieć. Nie podobało mu się też to, że nie potrafię posługiwać się szpadą.

– Co?!

– Nie zauważyliście? Nie noszę szpady, a jako broń wykorzystuję słowa.

– To już zauważyłem. Tak jak to, że jesteście niezwykle skuteczni w posługiwaniu się tą bronią.

– Tak. Teraz Ramone nie ma, a pełniący jego obowiązki sierżant potrzebuje naszej współpracy. Mogę więc działać i doradzać.

– Rozumiem… I domyślam się, że wskutek posiadania takiego, a nie innego alcalde, całkowicie nie dbacie o własne bezpieczeństwo.

– Jak to?!

– Czy nie przyszło wam na myśl, że ci bandyci, odpowiedzialni za nieszczęście Pereirów, mogą obserwować ich hacjendę? I pueblo Santa Barbara? Jeśli choć jeden z nich was widział i domyślił się, po co się tu zjawiliście, co nie wymaga nadmiernej lotności umysłu, czeka was niebezpieczna podróż do domu. A ja nie mogę dać wam eskorty.

– Jeśli o to chodzi, señor alcalde, to liczyłem, że zdołamy wrócić do Los Angeles, zanim ci bandyci zareagują. Mamy szybkie konie, a to, że nie władam szpadą, nie oznacza, że nie umiem posłużyć się pistoletem.

Ramirez pokręcił tylko głową.

– Nie powiem, bym z lekkim sercem puszczał was w drogę powrotną, señores. Niestety, Huegę muszę zatrzymać tutaj, a pozostali moi ludzie są na patrolach. Mam nadzieję, że uda wam się bezpiecznie wrócić.

X X X

Kiedy już zabudowania Santa Barbara znikły za drzewami, Juan Checa wstrzymał wierzchowca i zsiadł.

– Juan? Wszystko w porządku? – zaniepokoił się Diego.

– Nie… Nie w porządku. – Głos Cheki był dziwnie stłumiony, gdy schylał się, by obejrzeć pęciny swojego gniadosza.

Diego również zeskoczył na ziemię i zajął się poprawianiem ogłowia. Czekał.

– Jak Flor da sobie z tym radę… – odezwał się Juan po chwili. Podniósł się i zajął tybinkami siodła. Wciąż nie odwracał twarzy w stronę Diego.

– Będzie potrzebować twojej pomocy.

– Wiem, ale…

Diego postąpił krok do przodu i położył rękę na ramieniu Cheki.

– Nie będziecie sami, Juan. Będziecie razem. Macie przyjaciół. Nie tylko Vi czy mnie, ale też Pedro, Ernesto i Consuelę czy Mateo Ramireza. To nie będzie ani łatwe, ani szybkie, ale powoli wszystko się ułoży. Będą jeszcze dobre dni.

– Jesteś pewien?

– Tak.

Checa wyprostował się powoli

– Ramirez miał rację, Diego – powiedział.

– W czym? Że możemy mieć kłopoty z powrotem?

– W tym także.

Diego popatrzył zaskoczony na przyjaciela.

– Ty też widzisz we mnie alcalde?

– Owszem – powiedział z namysłem Checa. Najwyraźniej chciał zmienić temat. – Za bardzo zależy ci na ludziach. Chcesz i umiesz im pomóc. Niemal aż za dobrze. Nie mów, że nigdy o tym nie pomyślałeś.

– A wiesz, że nigdy? Ale na razie z tej propozycji nie skorzystam.

Juan uśmiechnął się słabo.

– To byłby najlepszy żart, jaki mogę sobie wyobrazić. Zorro jako alcalde Los Angeles. Ramone by chyba wstał z grobu.

– Może. Na razie mamy Delgado i tę bandę spryciarzy od fałszerstw.

– I możliwe nieprzyjemne spotkanie.

– To jeszcze zależy, dla kogo będzie nieprzyjemne. Kto będzie przynętą?

– Raczej ja… – Checa rozejrzał się po okolicy. Nic nie wskazywało na to, że ktoś ich obserwuje, ale ostrzeżenie Ramireza miało sens. Jeszcze kilka mil i będą łatwym łupem dla każdego, kto chciałby ich zatrzymać przed powrotem do Los Angeles. – Łatwiej będzie mi się bronić i szybciej mogą mnie rozpoznać jako vaquero Pereiry.

Niewielki zagajnik w zagłębieniu terenu pozornie nie różnił się niczym od innych takich lasków na całej drodze pomiędzy pueblami. Tu jednak w cieniu drzew czekał Felipe z . Diego podał chłopcu paczkę z jedzeniem kupionym w Santa Barbara.

– To niestety nie kuchnia Vi, ale da się zjeść. Jak dookoła? Kogoś widziałeś?

Felipe potrząsnął głową. Nie, nie dostrzegł nikogo podejrzanego. Nikt też się nie śpieszył po gościńcu. Jeśli ktokolwiek obserwował pueblo i widział, jak Diego i Juan tam wjeżdżają, albo widział ich wyjazd z żołnierzami do hacjendy Pereirów, nie przejeżdżał w okolicy posterunku Felipe. To jednak nie oznaczało, że na szlaku nie będzie zasadzki, bo do drogi można było dotrzeć w innych miejscach. Diego wolał nie ryzykować.

Juan pierwszy zjechał z powrotem na szlak. Najkrótsza droga z Santa Barbara do Los Angeles w przeważającej części prowadziła traktem, jedynie w kilku miejscach, gdzie szlak skręcał, by ominąć zbyt strome dla wozów wzgórza, jadący konno mógł skrócić sobie podróż. Gościniec był twardy i ubity, gniady wałach Cheki chętnie przyspieszył do galopu. Juan przechylił się w siodle, przysuwając twarz do końskiej grzywy. Teraz mógł swobodnie opłakać Jose Pereirę, gdy łzy znikały wśród twardych włosów gniadosza.

Nieopodal drogi Tornado aż zatańczył, gdy Zorro znalazł się na jego grzbiecie. Wielki ogier znudził się już czekaniem, wypoczął i teraz chciał gnać, jak najprędzej. To, że miał jechać po zboczach i stromiznach, niewiele mu przeszkadzało. Pędzili równolegle do szlaku, wciąż obserwując Juana i drogę przed nim. Daleko z tyłu Felipe prowadził palomino Diego.

Ci, których się spodziewali, czekali na nich w połowie drogi. Trakt tu kluczył, zbocza wzgórz były zarośnięte i cała okolica miała niechlubną sławę rejonu, w którym najczęściej zdarzały się napaści na podróżnych. Oczywiście, oznaczało to, że ten teren był często patrolowany przez żołnierzy z obu garnizonów, ale każdy wiedział, że może się zdarzyć tak, że nieproszeni towarzysze podróży zjawią się akurat wtedy, gdy lansjerów nie będzie w pobliżu.

Czterech mężczyzn wyjechało spomiędzy drzew, usiłując przeciąć drogę Juanowi. Ten, kto by powiedział, że to tylko zwykli podróżni, zaskoczeni i zaniepokojeni przez pędzącego jeźdźca, szybko by zmienił zdanie widząc, że sięgają po broń. Checa jednak tylko ponaglił wierzchowca. Spodziewał się tej zasadzki i liczył na nią. Ci ludzie być może zamordowali jego opiekuna i przyjaciela, być może to oni pobili i skrzywdzili Flor. Gniadosz, choć już zmęczony szybką jazdą z Santa Barbara, mimo wszystko przyspieszył. Vaquero ściągnął więc wodze i sięgnął po szpadę.

Napastnicy nie spodziewali się ataku. Pierwszy z nich, uderzony na odlew w twarz, zleciał z siodła. Drugi zdołał wyłapać cios szpady i przez moment on i Juan wymieniali finty. Dwaj pozostali nie zdążyli przyjść towarzyszowi z pomocą, bo zajął się nimi Zorro.

Całe starcie zajęło ledwie kilka chwil.

– Dziękuję za pomoc, señor Zorro. – Juan odezwał się pierwszy, możliwie neutralnym tonem.

– Przyjemność po mojej stronie – odparł Zorro i skłonił się z uśmiechem, a potem zabrał za krępowanie jeńców, by Juan mógł ich odwieźć do Los Angeles i oddać pod straż Mendozy.

CDN.

Related posts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.