Legenda i człowiek Cz VI: Uzurpator, rozdział 25

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World Zorro 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
bez jest jak opuszczony dom... Przynajmniej dla niektórych. Tutaj można robić wszystko i nie przejmować ę mieszkańcami. Chyba, że mają obrońcę. Szósta część opowieści o Zorro i Victorii.
Postacie/Characters
, de la Vega, Escalante, , Jamie Mendoza, Luis Ramon,

Rozdział 25. Zemsta

Koło południa w gospodzie Victorii panował tłok. Zamknięcie w areszcie Cristobala Delgado było dla mieszkańców Los zarazem sensacją, jak i źródłem satysfakcji. Wysłannik gubernatora za wiele razy dawał wyraz swojej niechęci i wzgardzie wobec puebla i zamieszkujących tu ludzi, by teraz ktokolwiek miał ochotę okazywać mu jakąś sympatię. To, że przy tej okazji pojawił się Zorro, było dla wszystkich tylko dodatkową zachętą, by dowiedzieć się jak najdrobniejszych szczegółów. A najlepszym na to miejscem była właśnie gospoda.

Tak więc, gdy nieco niewyspana Victoria zjawiła się wraz z mężem i w pueblo, w jej lokalu było bardziej niż tłoczno. Jak zauważył z humorem Diego, ostatni raz tylu gości przybyło na ich wesele. Victoria skrzywiła się mimowolnie na samo wspomnienie, ale zaraz uśmiechnęła się do męża. Samo to, że Diego był w stanie zdobyć się na żart, świadczyło o tym, że wracał już do równowagi. A ścisk w gospodzie miał posłużyć realizacji jej planu.

Wśród gości Diego bez kłopotu wypatrzył don Estebana. wyglądał, jakby nagle ubyło mu z kilkanaście lat. Bruzdy zmęczenia i smutku, podkrążone z niewyspania oczy – to wszystko co prawda nie znikło od poprzedniego wieczora, ale mężczyzna był ożywiony i pogodny. Dyskutował właśnie z da Silvą o sposobach układania koni pod siodło i ucieszył się, widząc młodego de la Vegę.

– Czekaliśmy właśnie na was, don Diego – oświadczył. – Sierżant chce spisać moje zeznania do raportu, jaki wyślemy do gubernatora, ale pomyślałem…

– Tak?

– Wolałbym nie opowiadać tego więcej niż raz. Jeśli pomoglibyście sierżantowi przy spisywaniu, mielibyście też informacje do waszej gazety…

Diego tylko przytaknął. Nie mógł się przyznać, że osobiście wolałby nie słyszeć ani słowa z tej historii i wiedział, że byłoby dziwne, gdyby wydawca Guardiana nie zainteresował się tak sensacyjnym wydarzeniem. Poza tym był pewien, że Mendoza poprosi go o pomoc w sporządzeniu raportu, czyli zarówno o spisanie zeznań Oliveiry, jak i opracowanie ostatecznej treści pisma. A jemu nie mógł odmówić, bo zgadzał się z sierżantem, że sprawa była zbyt poważna. Planowana rewolucja, zdrada wśród ludzi gubernatora, oszustwa, morderstwa… a w tym wszystkim tylko jeden świadek, bo nikt nie chciał męczyć pytaniami doñi Margarity, a Zorro, rzecz jasna, nie mógł zeznawać. To, że wszyscy mieszkańcy Los Angeles wierzyli w słowa zamaskowanego jeźdźca nie oznaczało bowiem, że tak samo uwierzy w nie . Nie należało zatem obciążać raportem wyłącznie samego Mendozy, który nigdy nie ukrywał, że jego umiejętności w posługiwaniu się piórem nie są zbyt wielkie.

Ścisk na sali wzrósł jeszcze bardziej, gdy do gospody wmaszerowali żołnierze z garnizonu z sierżantem na czele. Jak się okazało, zaprosiła ich doña de la Vega, by podziękować za pomoc don Estebanowi i pojmanie bandy. Victoria posunęła się tak daleko, że przyrzekła darmowy posiłek dla całego oddziału, kiedy już Oliveira skończy opowiadać. Obietnica została przyjęta z entuzjazmem, gdyż mimo wszelkich zmian, jakie zaszły w pueblo, żołnierska kuchnia pozostawała wciąż tylko bladym odbiciem kuchni w gospodzie. Jak to natychmiast oświadczył Mendoza, dzisiejszy garnizonowy posiłek zjedzą jedynie więźniowie, którym nikt z tego powodu nie będzie współczuł.

Don Esteban bez wahania zgodził się zeznawać na miejscu, by wszyscy mogli go wysłuchać i by nie musiał potem powtarzać po raz kolejny swojej opowieści. Uprzątnięto zatem jeden ze stołów, przyniesiono dla sierżanta i caballero dzbanek wina, a drugi, ze świeżym sokiem, dla don Diego, który zgodził się pełnić rolę sekretarza i notować, i don Esteban Oliveira zaczął opowieść o tym, jak niemal stracił swoją hacjendę.

Póki mówił o sfałszowanym tytule własności i o pogróżkach, jakie zaczął otrzymywać, ludzie przysłuchiwali się temu spokojnie. Na moment tylko wszczęło się poruszenie, gdy opowiedział, jak zjawił się u niego Zorro, próbując wyjaśnić, kim był martwy człowiek odnaleziony w Los Angeles. Szczególnie sierżant dobrze pamiętał, jak został przy tamtej okazji potraktowany przez Delgado i wyjaśnienie, że Cristobal wiedział, kim był ten zmarły, było dla niego sporą satysfakcją.

Victoria także uważnie przysłuchiwała się temu, co mówił Oliveira. Wprawdzie wiedziała o sporej części wydarzeń widzianych niejako z drugiej strony, ale fascynowało ją, jak inni to zapamiętali. Ze swojego miejsca przy zasłonie mogła doskonale obserwować wszystkich zgromadzonych. Gdy zza kotary wsunął się do sali Felipe, przytrzymała go za ramię. Chłopak obejrzał się na nią, uśmiechnął lekko i ukradkiem pokazał, że ma w dłoni pustą fiolkę. Nie musiała pytać, co doprawił jej zawartością. Miała pewność, że dobrze wybrał i że wysłannik gubernatora, señor Cristobal Delgado oraz jego ludzie mieli przed sobą kilka bardzo nieprzyjemnych, upokarzających godzin.

Chwilę później przestała się uśmiechać. Poniewczasie zdała sobie sprawę, że nie ma pretekstu, by teraz odesłać z gospody. Don Esteban zaczynał właśnie mówić o wydarzeniach z poprzedniego wieczora, a ona, prosząc chłopaka o pomoc w doprawieniu więźniom jedzenia tym konkretnym lekarstwem, nie wdawała się w szczegóły i nie wyjaśniła mu, dlaczego potrzebuje jego pomocy. W dodatku była pewna, że Diego nie miał okazji porozmawiać z nim o tym, co się wydarzyło. Jego przybrany brat i wychowanek miał oto właśnie usłyszeć całą historię od kogoś obcego.

Usiłowała coś pośpiesznie wymyślić, ale Oliveira mówił już o przygotowaniach do zasadzki, o tym, jak zmuszono go do odesłania vaqueros i do zaprowadzenia żony w ruiny. Jeśli do tej pory ludzie słuchali uważnie, tak teraz byli wręcz zasłuchani.

Victoria zagryzła wargi. Nie mogła już zmusić Felipe, by wyszedł. Próba wyciągnięcia go siłą z sali byłaby tylko zbędnym zamieszaniem, które ściągnęłoby na nią niepotrzebną uwagę. Miała więc tylko nadzieję, że chłopak zdoła się opanować i nie zdradzi jakimś niekontrolowanym gestem czy wybuchem emocji.

Poza tym ją samą wciągnęła historia Oliveiry. Dziwnie się czuła, słysząc to, o czym już raz mówił jej Diego, tym razem opowiadane przez innego uczestnika walki, zmęczonego, przerażonego i niechętnego.

Kiedy don Esteban zaczął mówić, jak zagrożono doñi Margaricie, by zmusić Zorro do poddania się, wśród ludzi rozszedł się gniewny szmer. Zbyt ceniono Oliveirów, nie mówiąc już o samym Zorro, by słuchać tego spokojnie. Ze swego miejsca Victoria widziała, że Diego zagryza na moment wargi i kryje jedną rękę pod marynarką, próbując się opanować przed tym, czego będzie musiał wysłuchać.

A potem Oliveira, blady, wpatrzony w blat stołu, powiedział, co się stało, gdy Zorro odrzucił propozycję Delgado i Victorii pociemniało w oczach. Diego w nocy mówił w tak chaotyczny sposób, że nie zdawała sobie w pełni sprawy, czego uniknął. Zrozumiała to dopiero teraz, słysząc o przygotowanej barbarzyńskiej egzekucji.

Jeśli jednak Victoria jęknęła czy w jakikolwiek inny sposób zdradziła się ze swoim przerażeniem, nikt nie zwrócił na to uwagi. Ludzie byli zbyt wstrząśnięci. Nagle milczący, pobledli, w pełnym napięcia skupieniu wpatrywali się w Oliveirę. Gdy mówił, że Delgado nie słuchał jego protestów i kazał ciągnąć za linę, sierżant jęknął głośno. Obok niego Diego był bardziej zielony na twarzy niż blady, a dłoń drżała mu tak, że pióro zgrzytało po papierze. Victoria złapała za ramię Felipe, trochę po to, by się na nim oprzeć, a trochę dlatego, by dać chłopcu jakieś wsparcie i przypomnieć, że przecież Diego siedzi tu w sali i stara się notować.

Kiedy wreszcie don Esteban powiedział o desperackim skoku Zorro, który korzystając z odrobiny nieuwagi przeciwników, zaryzykował i spróbował się wyrwać katom, westchnienie ulgi przetoczyło się po sali. Sierżant upił łyk wina z kubka, wielu innych gości zrobiło to samo. Nikogo nie zdziwiło, że nawet don Diego, który zwykle wolał pić sok czy lemoniadę, też napił się wina.

W końcu Oliveira opowiedział, jak pokonano ostatnich ludzi Delgado. Rozległ się pełen satysfakcji pomruk i salę gospody wypełnił gwar rozmów. okręcił się na pięcie i chciał wymknąć się do kuchni, ale Victoria złapała go za rękę i poszła za nim. Obejrzała się jeszcze w progu i zauważyła, ku swemu przestrachowi, stojącego koło wejścia pobladłego don Alejandro.

– Stój! – syknęła, widząc, że chłopak zmierza prosto do kuchennego wyjścia. – Dokąd idziesz?

nie zatrzymał się. Wyprzedziła go i oparła się plecami o drzwi.

– Dokąd chcesz iść?

Chłopak spojrzał na nią ponuro i zasygnalizował „Do garnizonu”.

– Zwariowałeś?

Potrząsnął głową.

– Zwariowałeś – powtórzyła. – Diego cię ze skóry obedrze, jak zrobisz coś głupiego.

spojrzał na nią z furią i zaczął dziko sygnalizować. Victoria podziękowała losowi, że prócz nich nikogo w pomieszczeniu nie było, bo gesty były jednoznaczne. „Skrzywdzili. Diego. Zorro. Chcieli zabić. Chcieli męczyć. Zabiję, zabiję, zabiję…”

– Nie ma mowy – wysyczała. – Wiesz, co Diego sądzi o zabijaniu!

Wzruszenie ramionami.

– Nie wejdziesz do garnizonu!

Ponowne wzruszenie ramionami. No tak, wiedział, jak wejść do aresztu omijając warty. Spróbowała inaczej.

– Oni siedzą w celach. Nie możesz wejść do jednej z nich, bo sam nie dasz rady kilku mężczyznom!

Chłopak się zastanowił i pokazał gestem strzał.

– Nie ma mowy! – oświadczyła. – Poza tym już się na nich zemściłeś! – Wskazała na szarfę, gdzie ukrył fiolkę po leku.

zawahał się na chwilę, nim przytaknął. Uśmiechnął się złośliwie i Victoria odpowiedziała mu uśmiechem. Zaraz jednak chłopak znowu spochmurniał. Zasygnalizował krótko, wskazując na zasłonę i na Victorię.

– Nie! – zaprzeczyła odruchowo, nim się zreflektowała. Kłamstwo nie było najlepszą odpowiedzią w tej sytuacji. Zwłaszcza, że gniewnie potrząsnął głową i zasygnalizował ponownie, bardziej gwałtownie i nagląco. Nie uwierzył jej i miał rację.

– Niezupełnie… – odpowiedziała cicho. – Widziałeś, jak się zachowywał wieczorem…

przytaknął, nadal ponury. Zaczął sygnalizować wolniej, dokładniej, ale z wyraźną goryczą i Victoria nagle zrozumiała, że nie chodzi mu tylko o to, że ona skłamała, zaprzeczając swojej wiedzy. Ważniejsze było co innego. Felipe był najstarszym przyjacielem i powiernikiem Zorro. Jeszcze zanim Victoria i don Alejandro poznali prawdę o Diego, on pomagał mu przygotowywać akcje i nieraz walczył razem z nim. I zawsze dowiadywał się pierwszy o tym, co się wydarzyło. Ale potem pojawiła się Victoria i Zorro spędzał z nią coraz więcej czasu. Przez to jego więzi z młodszym przyjacielem się rozluźniły, zaczął mieć przed nim sekrety, przemilczać niektóre sprawy. To było naturalną kolejnością rzeczy, ale podrostkowi, bo przestał być już drobnym chłopaczkiem, ciężko było się z tym pogodzić. To, że Victoria dowiedziała się pierwsza o zagrożeniu, jakiemu stawił czoło Zorro, przeważyło szalę.

– Felipe… – powiedziała, gdy wreszcie skończył swoje wyrzuty. – Ja zmusiłam go, by mi powiedział, co się stało. I dowiedziałam się tylko tyle, że to było coś bardzo złego. O tym, co dokładnie Delgado chciał zrobić, usłyszałam właśnie teraz.

Chciała jeszcze przeprosić chłopaka za swoje kłamstwo, ale w tej samej chwili gwar dobiegający z głównej sali zmienił się w pokrzykiwania. i Victoria, zajęci rozmową, nie zwracali do tej pory większej uwagi na hałas rozmów, a one zaczynały zmierzać w niebezpiecznym kierunku. O ile Victoria mogła się zorientować, kilku ów zaproponowało, by oszczędzić żołnierzom drogi do Monterey, a gubernatorowi kłopotu i od ręki powiesić Delgado i jego bandę tu na miejscu, w Los Angeles. Propozycja ta znalazła spory oddźwięk wśród pozostałych gości gospody, z tym, że niemal natychmiast ktoś ją sprecyzował, by zrobić to w taki sam okrutny, powolny sposób, w jaki chcieli postąpić z Zorro. Z tego, co właśnie dało się słyszeć, Diego, don Alejandro i kilku innych usiłowało temu zapobiec. Nad gwar i pokrzykiwania wybiły się rozpaczliwe prośby Mendozy, by dać spokój, bo nie będzie mógł na to pozwolić, a nie chce walczyć z mieszkańcami pueblo. Na chwilę zapanowała cisza, którą przerwał dopiero Diego.

– Czy sądzicie, że gdyby Zorro chciał ich śmierci, to byliby tutaj żywi? – spytał. Jego głos był zimny i ostry, niemal taki jak głos Zorro. Victoria skrzywiła się mimowolnie. Diego coraz częściej dawał się ponosić swojej naturze i różnica pomiędzy nim a jeźdźcem w masce stawała się coraz bardziej złudna.

– Zorro mógł nie chcieć brudzić sobie szpady! – odpowiedział ktoś.

– A wy chcecie brudzić sobie nimi ręce? – odpalił Diego.

Znów był moment ciszy, którą przerwał don Alejandro.

– Oni są winni zdrady – powiedział. – Karą za to jest śmierć. Możecie myśleć o nich, jak o żywych trupach. Nie musimy…

Co starszy de la Vega chciał jeszcze powiedzieć, Victoria nie usłyszała, bo w tej samej chwili ktoś z łomotem wbiegł do gospody.

– Sierżancie! – wydyszał. – Sierżancie! Więźniowie zachorowali!

– Co?!

– Chyba ich otruto, sierżancie!

– CO!? – To był już ryk, któremu zawtórował tupot nóg wielu osób, pośpiesznie wybiegających z sali. Victoria spojrzała na Felipe.

– Szybko zadziałało – mruknęła, a chłopak z nagłym entuzjazmem pokiwał głową i wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Chodźmy to zobaczyć!

X X X

Tłum zebrał się na podwórcu garnizonu. Pierwsza, duża cela miała zamiast jednej ściany kraty otwarte na dziedziniec i teraz przez nie wszyscy mogli obserwować zamkniętych w środku ludzi. A ci wyglądali źle. Bladzi, spoceni, kulili się na podłodze. Jeden czy drugi pojękiwał głośno. Z tego, co można było wywnioskować z odgłosów dobiegających z korytarza, podobnie cierpieli więźniowie w pozostałych pomieszczeniach.

– Wezwijcie doktora! – Sierżant przepchnął się wreszcie pomiędzy zgromadzonymi. Kapral Rojas wraz z kilkoma żołnierzami wprawdzie uformował coś w rodzaju szpaleru, by odgrodzić cywili od krat, ale nie przeszkadzał, by chyba wszyscy mieszkańcy pueblo wcisnęli się do garnizonu.

Doktor też był obecny w gospodzie i tak jak pozostali zjawił się w garnizonie. Podszedł już do wejścia, gdy ktoś krzyknął ostrzegawczo.

– Sierżancie, to może być pułapka!

– Co?

– To może być pułapka – powtórzył da Silva. – Mogą udawać chorobę, by ich wypuścić.

Któryś z ludzi zamkniętych w celi dalej usłyszał tę wymianę zdań i zawył tak głośno, że dało się go słyszeć i na podwórzu.

– Litości! Otruliście nas! Dajcie nam wyjść…

Mendoza zastanowił się przez moment.

– Gomez! – polecił. – Asekurujcie doktora!

Szczęk muszkietów był jedyną odpowiedzią. Doktor wszedł do celi i pochylił się nad pierwszym z więźniów pod czujną obserwacją uzbrojonej warty. Badanie było krótkie. Lekarz zmierzył puls, potem dotknął czoła uwięzionego i… nagle cofnął się, krzywiąc mimowolnie. Podszedł do drzwi i pospiesznie zasygnalizował, by go wypuścić.

– Doktorze, co im jest? – zapytał sierżant. – Są otruci?

– Nie, jedynie, jak by tu rzec… zatruci.

– To znaczy?

– Ostre zatrucie pokarmowe – stwierdził lekarz. – Musieli zjeść coś niestrawnego…

– Jedli nasze jedzenie… – Mendoza pobladł. – Gdyby nie doña Victoria, to my byśmy to zjedli…

Szmer niepokoju rozszedł się pomiędzy ludźmi. Zaczęły padać najrozmaitsze sugestie, co mogło spowodować taki efekt i czy nie należało poszukać truciciela w samym pueblo.

– To nie musi być ktoś z zewnątrz – stwierdził nagle Diego de la Vega. – To któryś z nich mógł wcześniej zatruć zapasy w spiżarni. Co oni jedli?

– Polentę… – odezwał się niepewnie garnizonowy kucharz.

– Polentę? To znaczy, że to nie żadna trucizna, tylko mąka była zepsuta! – prychnął nagle rozzłoszczony sierżant. – Naucz się wreszcie gotować! Potrułbyś nas jak nic!

Stwierdzeniu sierżanta zawtórowali inni żołnierze, docinając nieszczęsnemu kucharzowi i wytykając mu brak kulinarnych umiejętności. Tej wymianie zdań towarzyszyły coraz głośniejsze jęki uwięzionych. Nieoczekiwanie sierżant pociągnął nosem.

– Co… Co tu tak śmierdzi? – zapytał głośno.

Przez moment panowała pełna zdumienia cisza, aż wreszcie ktoś rzucił jakąś wulgarną uwagę i przez podwórze przetoczył się ryk śmiechu, który wstrząsnął garnizonem. Kilku wycofało się z tłumu, w ich ślad poszła większość kobiet, ale pozostali peoni i zaczęli się teraz przekrzykiwać w pomysłach, co mogło spowodować taką reakcję więźniów. Kilku co bardziej złośliwych przydźwigało już cebrzyki z wodą i z rozmachem chlusnęło w głąb celi.

Sierżant poderwał się na ten widok.

– Sprzątanie będzie później! – krzyknął. – Zostawcie ich w spokoju. Rojas! Oddziel ludzi od celi!

Rojas skrzywił się, najwyraźniej niezachwycony poleceniem, ale usłuchał i żołnierze odsunęli rozbawionych mężczyzn od krat. Sami też stanęli nieco dalej, bo nieprzyjemna woń stawała się coraz silniejsza, co było powodem kolejnych złośliwych komentarzy.

– Nadal nie rozumiem, czym się mogli zatruć – powiedział z niepokojem Mendoza. – Jeśli to coś z naszej spiżarni…

– Sierżancie, wasza mąka była raczej stara – wtrąciła się Victoria. – Odświeżcie zapasy przy najbliższej okazji i postarajcie się, by nie trzymać więcej zjełczałego tłuszczu czy podobnych rzeczy. To powinno załatwić sprawę.

– Macie rację, doña… – odetchnął sierżant. – Don Diego, czy możecie pójść ze mną do biura? Chciałem napisać szybko ten raport i ruszać, nim ludzie…

– W porządku, sierżancie – odparł Diego. – Załatwmy to szybko. Chcę mieć to pisanie już za sobą.

Diego ruszył za Mendozą w stronę gabinetu, ale na moment obejrzał się za siebie i dostrzegł, że dziwnie uważnie obserwuje więźniów. Klepnął więc sierżanta w ramię.

– Za chwilę do was dołączę – powiedział. – Muszę tylko zapytać o coś ojca.

– Oczywiście, don Diego, oczywiście…

Młody de la Vega pokiwał głową i za moment zgarnął ze sobą Felipe. Victoria zauważyła, jak przechodzą przez plac i pośpiesznie przyłączyła się do nich, a za nią poszedł don Alejandro. Diego rozejrzał się w popłochu i skręcił za gospodę. W przynależnej do niej stajni było jak zwykle cicho, spokojnie i pusto.

– Kto wpadł na taki pomysł? – zapytał Diego, jak tylko weszli do zagrody położonej najdalej od wejścia.

– Ja, jeśli chcesz wiedzieć – odpowiedziała Victoria. – tylko mi pomagał.

Chłopak zamigał gniewnie rękoma. O ile można było wywnioskować z jego gestów, nie miał pojęcia, dlaczego właściwie Victoria chce doprawić jedzenie więźniów tym konkretnym lekarstwem, a gdyby wiedział, wziąłby coś innego, o jeszcze bardziej nieprzyjemnych skutkach.

– Felipe, nie możesz…

Tupnięcie nogą. Ostre, gwałtowne gesty, wyjaśniające, że owszem, po tym, co zrobili, może.

– Felipe…

Chłopak wyprostował się i podszedł bliżej do Diego. Stuknął go palcem w pierś i zaczął coś pokazywać, a z każdą chwilą jego gesty były bardziej szybkie i gwałtowne. Diego przyglądał się im i z wyraźnym wysiłkiem starał się zachować spokój. Wreszcie zatrzymał tę gestykulację po prostu przytrzymując dłonie w swoich. Chłopak wzdrygnął się jak uderzony i wyszarpnął ręce.

– Felipe, ja…

Ale chłopak nie słuchał dalej. Odwrócił się i wybiegł ze stajni.

– Felipe!

– Zaczekaj, Diego. – Don Alejandro zagrodził synowi drogę. – Zaczekaj.

– Ojcze?

– On nie jest już dzieckiem, które musisz chronić, synu. Uważa się za mężczyznę, który zasługuje na prawdę. I ma rację. Czas, byś zaczął go traktować jak mężczyznę. A co do traktowania…

– Ojcze, ja…

Don Alejandro… – wtrąciła się Victoria.

– Chwileczkę, Victorio. Diego…

– Tak?

Starszy de la Vega oparł dłoń na ramieniu syna.

– Felipe się przestraszył tego, co usłyszał – powiedział cicho. – Ja się przeraziłem, ale jestem starszy i lepiej panuję nad emocjami. Chcę ci powiedzieć… – Głos caballero się nagle załamał. – Chcę ci powiedzieć, że niejednego człowieka w takiej sytuacji sparaliżowałoby przerażenie. A ty… – ciepły ton głosu przeczył oficjalnemu brzemieniu słów – ty dostrzegłeś szansę, by się uratować. Jestem z ciebie taki dumny, Diego!

I don Alejandro przygarnął syna do siebie w mocnym uścisku. Gdy po dłuższej chwili go puścił, oczy miał wilgotne od łez.

– Wracam do hacjendy – oświadczył. – Jeśli po drodze spotkam Felipe, zabiorę go ze sobą, by mi pomógł w pakowaniu. – A widząc nic nierozumiejącą minę syna, dorzucił. – Chyba nie sądziłeś, że pozwolę, by Mendoza sam stawił czoło gubernatorowi z tym raportem? Potrzebne będzie świadectwo caballero, a ja najlepiej do tego się nadaję.

Uścisnął jeszcze raz mocno ramię Diego, odwrócił się i wyszedł. Diego chciał ruszyć za nim, ale zatrzymała go Victoria. Teraz przyszła jej kolej, by wtulić się mu w ramiona.

– Daj im czas, by ochłonęli – powiedziała cicho. – Na razie są bardzo przestraszeni.

– Vi…

– Ci… – Położyła Diego palec na ustach, by go uciszyć, potem przyciągnęła go do pocałunku. – Wszystko się ułoży, Zorro – szepnęła. – Będzie dobrze. A teraz idź i pomóż sierżantowi, żebyśmy mogli wrócić do domu.

Zanim Diego uporał się z raportem i zanim uporządkowali wraz z sierżantem odebrane Delgado dokumenty, było późne popołudnie. Delgado i jego ludzie czuli się już lepiej, a Mendoza posunął się nawet do tego, że pozwolił, by każdy z nich przed wyjazdem umył się choć pobieżnie i zmienił ubranie. A przynajmniej zrobili to ci, którzy mieli przy sobie jakieś rzeczy na zmianę, jak sam Cristobal Delgado.

Mimo to Mendoza zdecydował, że lepiej będzie, jeśli więźniowie od razu wyruszą w drogę do Monterey, zamiast spędzić jeszcze tę noc w celach i odjechać wczesnym rankiem następnego dnia. Łatwo można było zrozumieć powody jego decyzji. Nagła, krótka i upokarzająca choroba uwięzionych uspokoiła nastroje ludzi i tłum poprzestał na drwinach i wyzwiskach. Jednak część mieszkańców pueblo w każdej chwili mogła zmienić zdanie, zwłaszcza wieczorem, gdy w gospodzie obficie poleje się wino, a w rozmowach będzie roztrząsana opowieść Oliveiry. Lepiej i bezpieczniej więc było, by cele były puste na wypadek, gdyby kilku podchmielonych peonów doszło znów do wniosku, że odpłacą Delgado za to, co chciał zrobić z Zorro, tą samą monetą. Sierżant nie ukrywał, że ma nadzieję oddalić się przed zapadnięciem zmroku na tyle daleko od Los Angeles, by odległość zniechęciła nawet najbardziej skorych do zemsty i wzięcia prawa w swoje ręce. Z tego samego powodu Victoria i Diego mieli zamiar zostać jeszcze przez jakiś czas w gospodzie, by uspakajać i łagodzić toczące się tam dyskusje.

Tak więc konwój wyruszył przed zmierzchem, a jego wyruszenie zmieniło się w mały festyn dla mieszkańców pueblo. Okazało się też, iż nie na wiele się zdało to, że więźniowie trochę się oczyścili przed drogą, bo kiedy już wóz i eskorta ruszyli, zbiegła się gromada dzieciaków. W ruch poszły drobne kamyki i powygrzebywane gdzieś ze śmieci resztki. Piski i krzyki zwabiły też dorosłych i koniec końców aresztantów odprowadzał do granicy Los Angeles prawdziwy grad wyzwisk i odpadków, ale też muzyka i wiwaty na cześć żołnierzy.

CDN.

Related posts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.