Legenda i człowiek Cz VI: Uzurpator, rozdział 23

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
bez jest jak opuszczony dom... Przynajmniej dla niektórych. Tutaj można robić wszystko i nie przejmować ę mieszkańcami. Chyba, że mają obrońcę. Szósta część opowieści o i Victorii.
Postacie/Characters
Diego de la Vega, de la Vega, Escalante, , Jamie Mendoza, Luis Ramon,

Rozdział 23. Zasadzka

W Los piątek był dniem targowym. Nie był to wielki sezonowy jarmark, jaki urządzano raz na kwartał i na którym zjawiali się handlarze z samego Monterey i dalszych rejonów, ale mały, cotygodniowy targ. W ten dzień w pueblo zjawiali się zarówno okoliczni rolnicy z warzywami i owocami, jak i miejscowi rzemieślnicy wystawiali swoje towary, by każdy mógł się zaopatrzyć w rozmaite drobiazgi. Czasem też trafiał się jakiś wędrowny kupiec, a jego wóz czy stragan zawsze budził powszechne zainteresowanie. Jednak czy miał to być wielki jarmark czy też cotygodniowy targ, w piątek w panował wzmożony ruch. A to oznaczało także dodatkowych gości w gospodzie Victorii.

W ten konkretny piątek ścisk w gospodzie był nawet większy niż zwykle, bo kiedy koło południa targ się kończył, spotykający się wśród straganów ludzie mieli jeszcze sporo do powiedzenia sobie o ostatnich wydarzeniach. To zaś najlepiej robiło się w cieniu, przy kubku jakiegoś napoju. Kilku gości z Santa Barbara przywiozło sensacyjną wieść o egzekucji bandytów, jaka się tam odbyła poprzedniego dnia i teraz dookoła nich tłoczyli się i peoni, dopytując o szczegóły i rewanżując się za nie opowieścią o pojmaniu tychże bandytów tutaj, w gospodzie w Los Angeles. Dodatkowego smaczku tej wymianie plotek dodawało to, że przy tej okazji, po długich miesiącach nieobecności, pojawił się znów . Inni jeszcze komentowali wszystkie te wydarzenia w rozmowach między sobą, obficie przepłukując gardła winem, lemoniadą czy sokami.

Było jasne, że w taki dzień Victoria nie mogła pozostawić swoich dziewcząt i señory Antonii bez pomocy, więc gdy tylko skończyła z zakupami na targu, doña de la Vega po staremu zawinęła rękawy i wpierw stanęła przy kuchennym stole, zagniatając kolejne porcje ciasta na tortille, a potem zajęła miejsce przy barze. Mogła stamtąd obserwować, jak Diego krąży w tłumie, rozmawia i notuje kolejne plotki, zbierając materiały do następnego wydania gazety. Widziała, jak słuchał opowieści koszykarza, który właśnie przyjechał ze swoimi wyrobami z Santa Barbara i nie mogła nie spostrzec jego nagłego grymasu, szybko ukrytego, ale dostrzegalnego dla kogoś, kto go znał tak dobrze, jak ona. Przy całej świadomości, że ci ludzie odpowiadali za śmierć Jose Pereiry i to, co spotkało Flor, Diego nie potrafił przyjąć spokojnie informacji o ich śmierci.

Chwilę potem Victoria aż syknęła, widząc, kto wchodzi do gospody. Cristobal Delgado zjawił się na przedpołudniowy posiłek. Marisa przyjęła jego zamówienie i podała mu dzbanek z winem, a kiedy Victoria po raz kolejny wyszła z kuchni, na moment zamarła. Wysłannik gubernatora siedział przy stole w towarzystwie Diego, który przepytywał go, co sądzi o bezpieczeństwie w okolicach Los Angeles.

Doña de la Vega aż oparła się o framugę drzwi, obserwując rozmawiających. Wydawało się jej niemal niemożliwe, że po Delgado nie widać, że jego plany szły właśnie w ruinę i tylko dni, jeśli nie wręcz godziny, dzieliły tego człowieka od konieczności ucieczki. W każdej chwili mógł się przecież pojawić kurier, czy nawet oddział żołnierzy, wioząc od gubernatora nakaz jego aresztowania. A jednak Cristobal siedział w gospodzie i jadł, a jeśli zdawał się być poirytowany, to raczej nie zagrożeniem swej wolności, a pytaniami, jakie zadawał mu Diego.

Niemal tak samo trudno było jej patrzeć na męża. Diego rozmawiał z wysłannikiem gubernatora i nawet drgnieniem powieki nie zdradzał, że od poprzedniego wieczora ma nadzieję na to, że właśnie znalazł sposób, jak się pozbyć Delgado z Los Angeles. Dla Victorii ten spokój wydawał się być wręcz niemożliwy. Ona sama denerwowała się na myśl o umówionym spotkaniu i jeśli nie szalała licząc godziny pozostałe do zmierzchu, to tylko dlatego, że tłok w gospodzie dostarczał jej dosyć zajęć, by nie zwracała uwagi na czas i miała myśli zajęte czymś innym. Ale to, że Diego usiadł przy Cristobalu Delgado… Victoria musiała przypomnieć sobie, że przecież widziała to wcześniej, że Diego nie raz i nie dwa wypytywał kogoś w taki pozornie przyjacielski sposób, a potem zjawiał się i rozstrzygał sprawę walcząc. Miała wrażenie, że w tej chwili to właśnie Zorro rozmawia z Delgado i doskonale bawi się myślą, że za kilka godzin być może spotkają się w walce, a przynajmniej, że dzisiejszy wieczór pozwoli pokonać wysłannika gubernatora. Ale to była tylko jej zgadywanka, wniosek, jaki wysnuła, obserwując rozmowę przy stole, a na razie miała kolejne do przygotowania, bo señora Antonia nie dawała już sobie rady z zamówieniami, i bar do dopilnowania, bo Marisa i Juanita krążyły z dzbankami po sali. Przed nią był jeszcze długi i pracowity dzień.

X X X

Ruiny hacjendy Oliveiry wyglądały jak zwykle. Spłukane deszczem resztki ścian, puste dziury okien, pył pokrywający dawne posadzki. Don Esteban czekał w umówionym miejscu w ruinie, gdzie dawny salon i przyległe pomieszczenia były teraz jedną otwartą przestrzenią. Nawet w słabym świetle zmierzchu widać było, że jest blady ze zdenerwowania. Wciąż ocierał sobie pot z czoła.

zastygł niczym cień w załomie muru. Było tak, jak się spodziewał. Oliveira był przestraszony, za bardzo przestraszony jak na człowieka, który poprosił o pomoc. A to oznaczało… Tak! Jeden cień przy bocznym wejściu wyglądał nieco inaczej, jakby był cieniem nie tylko muru, ale też i ukrytego za nim człowieka. Cichy szelest z drugiej strony zdradzał, że tam także ktoś się czai. Musiał się poruszyć i but czy też rękaw otarły się o szorstką ścianę.

Pierwszy z czatujących w zasadzce nawet się nie zorientował, co się dzieje, gdy dłonie w czarnych rękawicach objęły go za szyję. Filc kapelusza stłumił cichy stuk głowy o kamień ściany i łagodnie położył nieprzytomnego bandytę na ziemi. Chwilę później drugi podzielił jego los, a zamaskowany jeździec wypatrzył trzeciego wartownika, tym razem przy dawnym oknie. Zawahał się. Ilu tu ich mogło być? Tylko trzech? A może pięciu? Za Oliveirą było wejście do pozbawionego okien dawnego skarbca, jednego z tych nielicznych pomieszczeń w wypalonym budynku, w których ocalał kamienny strop. Zorro nie mógł więc ani zajść caballero od tyłu, ani sprawdzić, kto tam się jeszcze kryje. Miał przeczucie, że właśnie natrafił na paskudną pułapkę, lecz prócz zagrożenia czuł też, że czas nagli, i to bardzo. Cóż, nie mógł się wycofać. Musiał sobie poradzić z niebezpieczeństwem.

Dwa szybkie kroki i trzeci mężczyzna osunął się bez świadomości na ziemię. obejrzał się jeszcze przez ramię. Zostawił w zasięgu głosu, tuż za zabudowaniami, a mur otaczający hacjendę nie stanowił dla konia przeszkody. Wielki ogier był w stanie wyrównać szanse, jeśli tylko okaże się, że przeciwników jest zbyt dużo jak na jednego banitę.

Wyrwa w ścianie była dostatecznie blisko, by mógł stanąć tak, by być widzianym przez Oliveirę, ale poza zasięgiem kogoś, kto mógł się kryć za plecami caballero. Rękojeść szpady cicho zadźwięczała, gdy uderzył nią o kamień. Don Esteban podskoczył niczym przerażony królik i obejrzał się w stronę hałasu. Zastygł, widząc charakterystyczną czarną sylwetkę ledwie o kilka kroków od siebie. gestem nakazał mu ciszę, zatoczył dłonią koło i pokazał trzy palce. Oliveira gorączkowo pokiwał głową i z wyraźną ulgą odszedł od wejścia. Wyglądało na to, że było tylko tylu pilnujących. Zorro bez wahania już przeskoczył przez mur i wszedł na środek dawnego pokoju.

– A więc? – odezwał się.

Oliveira uśmiechnął się smutno.

– Przepraszam, Zorro – powiedział i skoczył w bok.

Z ciemności ruiny wybiegli kolejni uzbrojeni mężczyźni. nie tracił oddechu na przekleństwa czy utyskiwania nad własną głupotą, tylko zagwizdał ostro, wzywając konia. Pierwszy z napastników zetknął się z pięścią w czarnej rękawicy i padł pod nogi drugiemu, trzeci, który przeskoczył nad powstałym kłębowiskiem, został pochwycony i pchnięty wprost w ścianę. Czwarty zdołał wyciągnąć szpadę i w ruinach rozbrzmiał szczęk stali. Zorro parował ciosy, tłukł pięścią, posyłał przeciwników na ziemię i ściany. Łoskot kopyt oznajmił nadejście Tornado, ale chwilę potem rozległ się dziki kwik ogiera. Dwóch czy trzech mężczyzn zagrodziło mu przejście drągami i próbowało odepchnąć. Koń tańczył i tłukł kopytami, ale nie mógł przedostać się przez wąskie wejście.

Mimo to, przez jeden krótki moment miał pewność, że poradzi sobie z napastnikami. A potem rozległ się kobiecy krzyk, tak ostry i przeraźliwy, że wszyscy zamarli. W progu dawnych drzwi stała doña Margarita, a trzymający ją mężczyzna przykładał jej ostrze sztyletu do szyi. Kobieta odruchowo chroniła rękoma nieznacznie zaokrąglony brzuch.

– Odwołaj konia i rzuć broń, Zorro – poradził stojący obok Delgado. – Rzuć, albo ona zginie.

– Chowasz się za kobietą, Delgado? – warknął Zorro, ale jednym gestem ręki nakazał Tornado stanąć w bezruchu. Sam opuścił szpadę.

To wystarczyło. Dwóch najbliższych napastników poderwało się z ziemi. Chwycili za ramiona i wytrącili mu szpadę z dłoni. Nie bronił się.

– Nie chowam się – odpowiedział wreszcie Delgado. – Ale potrzebowałem kogoś, by cię skłonił do rozmowy.

tylko prychnął.

– Mogłeś o tym głośno powiedzieć w Los Angeles. Usłyszałbym.

– I przyszedł porozmawiać? – powątpiewał Delgado.

– A czemu nie? – W głosie była jawna pogarda, trochę tylko stłumiona tym, że czarno odziany mężczyzna ciężko oddychał po walce. Wysłannik gubernatora pokręcił głową.

– Jakoś nie mam powodu, by ci wierzyć, Zorro.

– On by przyszedł, mówiłem! – odezwał się Oliveira pełnym rozpaczy głosem.

– Milcz! – Delgado nie poruszył się, ale jego głos przypominał uderzenie. Caballero skulił się mimowolnie i obejrzał w stronę żony. – Chciałem się z tobą spotkać na moich warunkach, Zorro. Mam dla ciebie propozycję.

– Jaką?

Zamiast odpowiedzi Delgado podszedł bliżej, a ludzie trzymający zmusili go do cofnięcia się o kilka kroków, w stronę jednego z wejść.

– Słyszałeś o rewolucji? – spytał Cristobal. – O tym, co się dzieje na południu?

– Słyszałem.

– Ta rewolucja dotrze i tutaj. Meksyk będzie wolny i Kalifornia też. Ale zanim to nastąpi, potrzebna jest każda pomoc. Także twoja.

– Mam zostać rewolucjonistą? – zdziwił się Zorro. – Więc to jest ta wasza propozycja, panie wysłanniku gubernatora?

– Jak sam powiedziałeś. Nie zaprzeczysz chyba, że rząd jego królewskiej mości nie martwi się zbytnio o Kalifornię. Ten alcalde, co go tu mieliście, nie był przecież najlepszym gospodarzem, a i tak trzymał się dość długo. Wiesz czemu? Bo był zbyt leniwy, by się o was naprawdę zatroszczyć. Widziałem dokumenty. Całe lata słanych pism i interwencji, a wszystkie zbywane. Zdaje się, Zorro, że dopiero po tym, jak prawie zabił twojego przyjaciela, udało się pozbyć tego Ramone.

– Nie mogę zaprzeczyć… – powiedział ostrożnie, ale dało się odczuć, że jest zaciekawiony.

– A więc…

– A więc co?

– Pracuj dla mnie. Potrzebuję człowieka, który będzie wiedział, co robią tu ludzie króla. Który będzie im krzyżował szyki, sprawi, że będą niepewni i nieufni w swe własne siły. Który cieszy się szacunkiem i zaufaniem zwykłych ludzi, którego kochają i który może im przewodzić. Który pewnego dnia poprowadzi wszystkich do walki o wolność, do walki z tyranem! – wygłosił z emfazą Delgado.

spojrzał za jego ramię, na zrozpaczonego Oliveirę i doñę Margaritę w wejściu do skarbca, wciąż unieruchomioną przez mężczyznę.

– Widziałem już rewolucję – powiedział zaskakująco miękko. – Widziałem spalone domy i uprawy, martwe zwierzęta i zabitych ludzi. Mężczyzn, kobiety i dzieci, bez wyjątku. Widziałem głód, strach i rozpacz tych, co przeżyli. Nie proś mnie, bym ściągał coś takiego na Los Angeles. Nie zrobię tego dla człowieka, który myśli tylko o swej władzy, nie o dobru innych. Nie będę twoją marionetką, Delgado!

Przez moment twarz Cristobala Delgado skurczyła się z furii.

– Spodziewałem się tego – warknął. – Alvarez!

usłyszał za sobą szelest i szarpnął się gwałtownie, próbując uwolnić się z przytrzymujących rąk, nim spadnie cios. Delgado wybrał jednak dobrych ludzi do tego zadania. Wprawdzie było potrzeba ich aż czterech, lecz utrzymali go w miejscu na chwilę dostatecznie długą, by ktoś z tyłu strącił mu nagle kapelusz i nim Zorro się zorientował, co się właściwie dzieje, miał pętlę na szyi.

Zamarł.

Nie. To niemożliwe. Nie to…

Wiedział aż za dobrze, co się zaraz stanie. Stał w dawnym wejściu, miał nad sobą kamienny łuk, widać wystarczająco mocny, by utrzymać ciężar ciała. Linę ktoś trzyma, pewnie ci pozostali dwaj. Gdy go podciągną, zrobią to zbyt wolno, by złamać mu kark…

Nie! To nie będzie ani szybkie, ani nie pozostawi mu odrobiny godności…

Nie to. Nie teraz. Nie w ten sposób!

Delgado, nie! – krzyknął Oliveira. Ruszył w stronę wysłannika gubernatora, ale stanął, gdy jeden z mężczyzn zagroził mu szpadą. – Nie w ten sposób!

– Rewolucja potrzebuje pieniędzy. – Delgado uśmiechnął się nieprzyjemnie. – A sześć tysięcy pesos to warta uwagi kwota. I płacą ją też za martwego Zorro, a mi szkoda na niego kuli. Tak będzie bardziej… w majestacie prawa. Chyba potrafisz docenić taką ironię losu, co Zorro?

milczał. Pokazał tylko zęby w uśmiechu, który był raczej grymasem, odbiciem szalejącego w nim gniewu.

Delgado uśmiechnął się w odpowiedzi i podniósł dłoń.

Ludzie wysłannika odstąpili o krok i poczuł, że pętla na jego szyi zaciska się ciaśniej i zaczyna ciągnąć w górę. Odruchowo stanął na palcach i zamknął oczy, szykując się na nieuchronny ból i rozpaczliwie próbując przypomnieć sobie twarz Victorii.

CDN.

Related posts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.