Legenda i człowiek Cz VI: Uzurpator, rozdział 12

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
bez jest jak opuszczony dom... Przynajmniej dla niektórych. Tutaj można robić wszystko i nie przejmować ę mieszkańcami. Chyba, że mają obrońcę. Szósta część opowieści o Zorro i Victorii.
Postacie/Characters
Diego de la Vega, de la Vega, Escalante, , Jamie Mendoza, Luis Ramon,

Rozdział 12. Nieoczekiwany gość

Don Alejandro z czasów wojskowej służby zachował zwyczaj wstawania przed świtem. Te chwile, kiedy nocne niebo jaśniało i nabierało barwy stali, były jego ulubioną porą dnia. Cenił sobie wysoko panującą wtedy ciszę i spokój, które pozwalały mu przemyśleć, co się wydarzyło i co zaplanował. Placek ściągnięty z chlebowego pieca, kubek wody, jakiś owoc wystarczały mu za wczesne śniadanie, które zwykle zjadał na patio, siedząc w swoim ulubionym fotelu i obserwując, jak hacjenda powoli budzi się do kolejnego dnia. Smużka dymu z kuchni oznaczała, że Maria wstała i zabrała się za szykowanie posiłków, podobne dymy nad domami służby potwierdzały, że vaqueros budzą się i niedługo wyruszą na pastwiska.

Od czasu do czasu Diego towarzyszył ojcu w tych porankach. Niegdyś niemal mu się to nie zdarzało, bo albo odsypiał do południa nocne jazdy Zorro albo zrywał się z łóżka wcześniej niż ojciec, by zniknąć z hacjendy, gdy Zorro był potrzebny gdzieś w okolicy. Kiedy jednak don Alejandro dowiedział się już, czym zajmuje się jego syn, Diego zjawiał się na patio, gdy po prostu jeszcze nie zdążył położyć się spać. A przez ostatnie miesiące, kiedy Zorro zniknął, starszy de la Vega namawiał syna, by też przychodził o świcie. Twierdził, że to jedyna pora, kiedy Diego mógł sobie poczytać, czy także cieszyć się widokiem wstającego dnia.

Tego ranka don Alejandro też siedział w swoim fotelu, ale nie zwracał większej uwagi na otoczenie. Zbyt zaprzątały go wnioski, jakie on i Diego wysnuli z krótkiego wyjazdu do Monterey. Rozważania o zaginięciu dokumentów pozostałych po Luisie Ramone i o tym, jakie skutki dla mogło mieć zarówno pojawienie się w nim Cristobala Delgado, tak jak i to, jak ów Delgado postępował, pochłonęły go na tyle głęboko, że nie zwrócił uwagi na jeźdźca kierującego się w stronę hacjendy. Nie było zresztą w tym nic dziwnego, niedaleko bowiem przebiegał dość uczęszczany szlak, którym kierowali się podróżni pomiędzy a Monterey czy Santa Barbara i nie było dnia, by ktoś nie przejeżdżał w pobliżu. Ten wędrowiec jednak zmierzał prosto do domu de la Vegów.

To, że ktoś nadjeżdża, don Alejandro spostrzegł dopiero wtedy, gdy przybysz był już przy okalającym hacjendę murze, ale jego leniwe zainteresowanie tym, kto może podróżować o tak wczesnej porze, ustąpiło miejsca niepokojowi, gdy tylko zauważył, że jeździec, kobieta, kurczowo trzyma się łęku siodła, a sam wierzchowiec jest pokryty zaschniętym potem i potyka się ze zmęczenia. Nim dobiegł do bramy, kobieta zatrzymała się i zsiadła, a właściwie spadła z siodła. Próbowała zrobić krok, ale nogi się pod nią ugięły i osunęła się na ziemię.

a, nic się wam nie stało…? – Starszy de la Vega nachylił się nad leżącą.

Kobieta z wysiłkiem podźwignęła się na kolana, a don Alejandro po raz pierwszy zobaczył jej twarz.

Pereira? – zdumiał się.

… – zaszlochała Flor Pereira. – Ratuj…

!

Don Alejandro podniósł dziewczynę i wniósł do domu.

X X X

– Flor, Flor, co się stało? – pytał rozchełstany Juan Checa. Bezowocnie, bo Flor skuliła się na sofie i zanosiła szlochem. Wydawała się ani nie słyszeć, ani nie dostrzegać niczego, co się dookoła niej działo.

– Zostaw ją, Juan. Powie nam, gdy choć trochę odpocznie. – w nocnej koszuli odsunęła go bezceremonialnie na bok. Przyklękła przy dziewczynie z miską wody i zaczęła ocierać jej twarz. Coś z pytań Juana zdołało jednak dotrzeć do Flor, bo usiadła prosto.

– Ojciec nie żyje – powiedziała nagle, kierując te słowa gdzieś w przestrzeń.

– Ojciec?! – jęknął Juan.

Pereira?! – zawtórował mu don Alejandro.

– Tak – potwierdziła Flor i znów wybuchła płaczem.

Diego, równie niedbale ubrany jak Juan i , podał żonie kubek z jakimś płynem.

– Zmuście ją, by to wypiła – szepnął i odsunął się szybko, pozwalając Juanowi zbliżyć się do sofy.

Wspólnymi siłami, Checa i Victoria, nakłonili Flor do wypicia zawartości kubka. Cokolwiek Diego w nim przyniósł, podziałało i wkrótce zapłakana dziewczyna usnęła, wtulona w ramię Juana. Checa rozejrzał się nieco bezradnie.

– Maria przygotowała dla niej pokój – powiedziała cicho Victoria. – Możesz ją przenieść?

– Prowadź – Juan wziął Flor na ręce.

– Zaczekajcie chwilę – odezwał się nagle Diego.

– Co się stało?

– Poczekaj…

Juan zamarł w miejscu, a Diego zaczął oglądać wpierw nadgarstki i dłonie śpiącej dziewczyny, a potem jej buty.

– Vi… – odezwał się cicho. Jego twarz przypominała swym wyrazem maskę.

– Tak?

– Możesz się nią zająć, kiedy będzie spała?

– Co masz na myśli?! – zaniepokoiła się Victoria.

Diego zerknął na nią, potem na ojca i Juana. Delikatnie poprawił ramię śpiącej Flor.

– Chyba pierwszy raz w życiu jechała w męskim siodle – powiedział cicho, unikając wzroku przyjaciela. – Śpi na tyle głęboko, że mogłabyś nałożyć jej opatrunki. Wiesz, gdzie są maści.

spojrzała na męża zaalarmowana nie tylko tym, co powiedział, ale i sposobem, w jaki się zachowywał. Był zarazem zażenowany i zaniepokojony, a jego obawy wydawały się dotyczyć zarówno Flor, jak i Juana Cheki. Widać było, że o cokolwiek mu chodziło, nie chciał o tym przy nim mówić. To ona miała opatrzyć Flor i potwierdzić, czy jego podejrzenia, jakiekolwiek by nie były, były słuszne.

– Zajmę się nią – zgodziła się. – Juan, chodź za mną. Pokażę ci, gdzie jest dla niej pokój…

W drzwiach minęli się z Felipe.

– I co? – Diego zwrócił się do chłopca. – Znalazłeś coś przy koniu?

Chłopak potrząsnął głową.

– Dobrze, zobaczymy, czy Juan się czegoś nie doszuka.

X X X

zamknęła drzwi za Juanem. Młody był zaniepokojony, ale zgodził się z nią, że teraz opiekę nad Flor lepiej pozostawić w kobiecych rękach.

– Diego prosił, bym ją opatrzyła. Możesz przynieść jeszcze którąś z moich koszul? – zwróciła się do Marii. – Przebierzemy ją przy okazji.

Gdy za starszą kobietą zamknęły się drzwi, doña de la Vega uklękła przy śpiącej dziewczynie. Co takiego Diego zobaczył, że nie chciał o tym mówić otwarcie przy Juanie? Co ona miała zobaczyć?

Twarz Flor wciąż była brudna, mimo tego, że ją przemyła. Łzy pozostawiły na policzkach rozmazane smugi, kurz pokrywał wciąż czoło i szyję. Kurz i… Victoria przyjrzała się uważniej. Tak, Flor miała na skroni, tuż pod włosami, niewielkie zaczerwienienie, jakby ślad po niezbyt silnym uderzeniu. Delikatnie przegarnięcie włosów dziewczyny pozwoliło wykryć Victorii inne lekkie opuchnięcie, jakby guz. Dłonie Flor były brudne od ziemi, paznokcie połamane, a na nadgarstku lewej ręki, pod zabrudzeniami, widać było sińce.

Uderzenie? Przytrzymana za rękę? przysiadła na piętach przy łóżku i zaczęła się zastanawiać.

Stuknięcie drzwi oznajmiło powrót Marii.

– Przyniosłam, co potrzebne, doña – oznajmiła kobieta.

– Dobrze. Pomóż mi ją przebrać.

Zaczęły od rozpięcia sukienki i zsunięcia z ramion jej i halki. Maria aż syknęła, widząc że ramiona Flor są poznaczone siniakami. Jeszcze więcej sińców i zadrapań znaczyło plecy dziewczyny, gdzieniegdzie niewielkich i niebieskawych, gdzie indziej większych i o ciemnofioletowej barwie. Część zadrapań pokryta była zaschniętą krwią.

– Wygląda, jakby spadła gdzieś w kolczaste krzewy – powiedziała Victoria.

– Nie, doña – zaprzeczyła Maria. – Ją pobito. Widzicie? – Kobieta wskazała pręgę biegnącą tuż pod łopatkami Flor. – Tu uderzono batem. A tu – pokazała na sińce na ramieniu – widać, że mężczyzna ją trzymał.

zacisnęła usta i spojrzała na brudne stopy Flor. Diego musiał się spodziewać odkrycia czegoś jeszcze gorszego, skoro wolał nie mówić o tym przy Juanie. Na razie zmyły delikatnie resztę zabrudzeń z twarzy i ramion dziewczyny. Maria, już zmartwiona z powodu tego, co zobaczyły na ramionach Flor, spochmurniała jeszcze bardziej, gdy zobaczyła dół jej halki.

Doña… – odezwała się cicho, wskazując na zaschniętą plamę krwi.

– Widzę. – W głosie Victorii nie było zmartwienia, ale czysta wściekłość. Znała Flor. Lubiła Flor. To, co się stało…

Zgniotła w dłoniach poplamioną tkaninę i cisnęła w kąt pokoju. Potem się tym zajmie. Teraz musiała opatrzyć Flor.

Diego miał rację, pomyślała, że nalegał, byśmy się nią od razu zajęły. To trzeba było odkryć, nie pozostawiać jej samej. A Flor chyba rzeczywiście nigdy nie jechała w męskim siodle, albo też nigdy nie jechała tak pospiesznie. Wewnętrzna strona jej kolan była otarta do niemal żywego mięsa, pęcherze podbiegły płynem zabarwionym krwią, część z nich już popękała i ze zdartej skóry sączyła się krew i osocze. Podobne, mniejsze otarcia były na kostkach.

– Musiała mieć niedopasowane strzemiona – wymruczała.

– Możliwe, doña. – Maria mówiła możliwie obojętnym głosem, ale widziała, że starsza kobieta też ledwie się hamuje ze zdenerwowania.

Opatrzyły rany. Na szczęście, lekarstwo, które Diego im dał, by napoiły dziewczynę, było na tyle mocne, że Flor spała i nie reagowała na ich zabiegi. Być może przyczyniło się do tego także jej wyczerpanie. Ale miała niemiłą pewność, że señorita Pereira, gdy się obudzi, będzie jeszcze bardzo cierpieć z powodu tych ran i będzie obolała po godzinach spędzonych w siodle. O innym cierpieniu wolała nie myśleć.

Maria pokręciła głową i westchnęła.

– Maria?

– Chyba jednak się jej udało, doña – odpowiedziała kobieta.

– Myślisz?

– Mam nadzieję. Te plamy… – Kobieta rozłożyła poplamioną halkę. – Wyglądają, jakby tylko te rany na kolanach się tu odbiły. Może więc jednak…

– Chciałabym…

– Ja także. Ale nie mamy pewności.

– Pojedziesz po Rositę? – zapytała Victoria.

– Chcecie, by tu przyjechała?

– Tak. Powiedz, że to ja potrzebuję jej porady. Nie ma powodu, by ktokolwiek wiedział… Poza Diego i Juanem.

– Pojadę, doña.

Opatrzona, umyta Flor spała głębokim snem kogoś kompletnie wyczerpanego. Maria zgarnęła poplamione rzeczy i wyszła z pokoju.

X X X

W stajni de la Vegów Felipe po raz kolejny oprowadzał zmęczonego konia. Zwierzę szło chwiejnie, potykając się ze zmęczenia.

– Chyba już nie jest na tyle zgrzany, by się ochwacić – stwierdził Diego.

– Biedne zwierzę. Prawie go zajechała – Juan pokręcił głową.

– Musiała gnać jak szalona. Juan?

– Tak?

– Czy coś możesz powiedzieć o tym koniu?

obszedł wierzchowca dookoła, przeciągnął dłonią po zmierzwionej, posklejanej sierści, potem przykląkł i obejrzał jego nogi.

– To nie jest koń Pereirów – stwierdził wreszcie. – Nie ma wypalonego naszego znaku, a każdy , który by się w taki sposób obchodził ze swoim zwierzęciem, jak ktoś, kto jeździł na tym, już od dawna by u nas nie pracował.

Felipe zasygnalizował pytanie.

– Popatrz, Felipe. – Checa przykląkł przy nodze. – Ten koń się już dwa razy ochwacił. Na szczęście lekko, ale wystarczyło, by miał znaki na kopytach. Na bokach i grzbiecie ma ślady po bacie, a na brzuchu po ostrogach. Ktoś ostro na nim jeździł, zmuszając do wysiłku większego, niż powinien. Żaden szanujący się by tego nie zrobił. Nasze konie są układane do posłuszeństwa i ciężko pracują, ale oszczędzamy je, starając się nie żądać od nich więcej, niż mogą z siebie dać. Zresztą… wiesz o tym, prawda?

Felipe uśmiechnął się w odpowiedzi. Za dużo czasu spędził trenując wraz z Diego , by nie wiedzieć takich podstawowych rzeczy.

– A więc Pereira nie żyje, a Flor zjawia się u nas na obcym koniu, prawie zajechanym w ucieczce – podsumował Diego, gdy wrócili do salonu.

– Flor została pobita – dorzuciła Victoria.

– Co?!

przeszła przez pomieszczenie i stanęła przed . Położyła mu rękę na ramieniu.

– Przykro mi, Juan – powiedziała cicho. – Nie mam jeszcze pewności, ale podejrzewam, że ją skrzywdzono.

Checa zacisnął pięści i zamknął oczy.

– Nie.

– Nie mam pewności – powtórzyła. – Są ślady, że próbowano. Czy się to im udało… Maria pojechała po Rositę.

– Nie! Nie Flor!

– Przykro mi, Juan… – Diego także oparł dłoń na ramieniu mężczyzny. Checa spojrzał na niego czujnie.

– Wiedziałeś?!

– Obawiałem się tego.

Juan odetchnął głęboko.

– Jadę! – warknął. Obrócił się na pięcie i ruszył w stronę drzwi.

– Stój! – usłyszał za sobą. Zamarł. Dawno już nie słyszał tego głosu, ale teraz za jego plecami przemówił Zorro.

– Dokąd chcesz jechać, Juan? – zapytał Zorro.

– Do Santa Barbara. Znajdę tego, co… – Juan zakrztusił się, nie mogąc wypowiedzieć tego, co podejrzewał. Wciąż się nie odwracał.

– Jak go znajdziesz? – Głos Zorro był niepokojąco miękki, jakby banita pytał o coś przestraszone dziecko.

– Ja… – Checa zgarbił się nagle. Zdał sobie sprawę, że nie ma najmniejszego pojęcia, kto skrzywdził Flor.

– Nie pomożesz jej, jadąc na oślep do Santa Barbara – mówił Zorro za jego plecami, wciąż cicho, jakby uspokajał przestraszonego wierzchowca. Nie, zdał sobie sprawę Juan, Zorro przekonywał sam siebie.

Odwrócił się powoli.

Diego stał tam, gdzie przedtem, wyprostowany i spokojny. Jego twarz przypominała pozbawioną jakichkolwiek uczuć maskę i Juan zdał sobie sprawę, że Zorro jest równie rozwścieczony, jak on sam, ale doświadczenie podpowiada mu, że bezpośredni atak niewiele wskóra.

– Co robimy? – zapytał Checa. Nagle poczuł się słaby i niepewny.

– Czekamy, aż Flor się obudzi i będzie w stanie powiedzieć nam, co się zdarzyło. Potem jedziemy.

– My?

– A jak myślisz? – W uśmiechu Zorro nie było jego zwykłej wesołości czy kpiny. Ale, pomimo tego, to był bardzo dodający otuchy uśmiech.

Juan nie mógł wykrztusić ani słowa, bo zwykłe podziękowanie wydało mu się czymś zbyt małym w tej chwili. Zorro musiał to zrozumieć, bo przytaknął w milczeniu i zwrócił się do stojącego z boku chłopca.

– Felipe… Za parę minut w dolince, z ochraniaczami i floretami, dobrze?

– Co chcesz zrobić, Zorro? – spytała Victoria. Zmiana na twarzy męża nie uszła jej uwadze i wiedziała, jak się do niego zwrócić.

– Trochę ułatwię nam czekanie. Poćwiczymy twoją lewą rękę, Juan.

Felipe uśmiechnął się tylko szeroko i wybiegł z salonu.

CDN.

Related posts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.