Legenda i człowiek Cz V: Doskonały plan, rozdział 7

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Pech czy los sprawiają, że nawet najlepszy plan może zawieść. Piąta część opowieści o i Victorii.
Postacie/Characters
, , Escalante, , Jamie , Luis Ramon,

Rozdział 7. Powrót

, wychodząc ze swego gabinetu w słoneczne południe Los , nie mógł powstrzymać uśmiechu zadowolenia. Tak jak sobie życzył i jak rozkazał, tuż przy miejskiej fontannie wzniesiono podwyższenie, niewielkie, ale też znacznie solidniejsze od skrzyni, jakiej zwykle używał do publicznych wystąpień. Na placu zgromadził się też tłum, a sądząc po jego liczebności, przybyli nie tylko wszyscy mieszkańcy puebla, ale i okolicznych hacjend. Tym lepiej, to, co dziś ogłosi, powinno podziałać na tych dumnych i pewnych siebie niczym prysznic zimnej wody i przypomni im, kto w tych stronach przemawia z imienia króla, a także, od kogo są tak naprawdę zależni. Po tym dniu już nic nie będzie takie, jak było. On, Luis Ramone, wreszcie zacznie cieszyć się właściwym szacunkiem. Może nawet, pozwolił sobie na marzenie, za kilka lat będzie przyjmowany w okolicznych hacjendach jako jeden z nich… Posiadacz ziemi, magnat,

Ruszył przez plac, dając jednocześnie dłonią znak sierżantowi, by wyprowadził więźnia.

Don Alejandro de la Vega zmrużył oczy, gdy wyprowadzono go z więzienia, bo po dwu dniach zamknięcia w celi, gdzie okna zakryto solidnymi okiennicami, słoneczny blask nieprzyjemnie raził, ale to była jedyna oznaka, że odczuwa jakąś niewygodę w swojej sytuacji. Starał się iść pewnie, z wysoko podniesioną głową i nie miał zamiaru dać temu chciwemu łajdakowi, jakim był Ramone, satysfakcji ze swojej przegranej. Może i jego sytuacja była rozpaczliwa, ale póki do aresztu nie przyciągnięto señority Escalante ani nie przywieziono ciała jego syna i póki żołnierze wciąż przetrząsali wzgórza w poszukiwaniu Zorro, miał nadzieję, że jeszcze los obróci się na jego korzyść. A duma Ramone poprzedzi tylko jego bolesny upadek. Więc teraz musiał iść, trzymać wysoko głowę i przetrwać jakoś to całe widowisko, by nie pogrążać przyjaciół w większej rozpaczy.

Gdy więzień stanął obok niego na podwyższeniu, Ramone obrzucił go niechętnym spojrzeniem. Widać było, że uwięzienie nie złamało ducha caballero. Alcalde żałował trochę, że było za małe, by dysponować żelaznymi łańcuchami. Niestety, miejscowy kowal odmówił, i to stanowczo, sporządzenia stosownych okuć. A że był jedynym kowalem w okolicy, odpowiedzialnym w dodatku za podkuwanie koni i wszelkie metalowe naprawy w garnizonie, Ramone nie mógł na niego naciskać. Odłożył więc to na czas przyszły bliżej nie określony, kiedy już jego pozycja jako alcalde będzie dość silna, by nikt nie ważył się mu przeciwstawić. Choć przyznawał, że żałuje, bo zakuty w kajdany de la Vega, dzwoniący łańcuchami, wyglądałby znacznie bardziej odpowiednio niż ze skrępowanymi na plecach rękoma. A w każdym razie nie rewanżowałby mu się pełnym wyniosłej pogardy wzrokiem.

Odchrząknął, by oczyścić gardło, dwa razy postukał w dłoń zwiniętymi w rulon pergaminami i zaczął mowę. Chciał wygłosić kilka słów, by przyciągnąć uwagę ludzi, zanim zacznie odczytywać wyroki.

– Mieszkańcy ! – zaczął. – Ja, Luis Ramone, z rozkazu króla…

Don Alejandro starał się nie słuchać pompatycznej mowy. Nie było warto. Ramone przez kilka chwil będzie cieszył się brzmieniem własnego głosu, potem wyciągnie i odczyta pergaminy, odpowiednio dramatycznie, jego zdaniem, akcentując ich treść, a potem zaprowadzą go znów do celi, by tam oczekiwał, aż pochwycą jego bliskich, czy też aż Ramone znudzi się pościgiem i zdecyduje, że jednak warto bardziej zastraszyć egzekucją. To drugie było bardzo prawdopodobne, bo Luis Ramone nie słynął z opanowania. I pozostawała tylko wątła szansa, że potrwa to na tyle długo, iż Diego zdoła przeżyć, wyleczyć ranę i powrócić na pomoc ojcu.

De la Vega pogrążył się w swej obojętności tak głęboko, że umknął mu pierwszy okrzyk. Dopiero zaskoczone, zdumione zachłyśniecie się Ramone i pełen zdumienia szum, jaki podniósł się po placu, przyciągnęły jego uwagę. Obejrzał się i też się zachłysnął, przekonany, że widzi niemożliwe.

właśnie wjeżdżał na plac. Dookoła podniósł się radosny gwar, ludzie rozstępowali się przed wierzchowcem, a ci, co byli najbliżej werand i zaułków, już wdrapywali się wyżej, by zostawić miejsce na nieuchronną walkę i nie przegapić widowiska.

Ramone dygotał ze strachu i zdumienia, ale zacisnął pięści i pewnym głosem zapytał.

– Przybyłeś się poddać, Zorro?

– Nie. Przybyłem, by przypomnieć ci, czym jest sprawiedliwość. Uwolnij więźnia!

Nie można było odmówić Luisowi Ramone determinacji. Nawet jeśli alcalde przez moment miał wrażenie, że rozmawia z duchem, szybko się opanował.

– Brać go! – wrzasnął.

Żołnierze jednak się zawahali. Widzieli przecież dwie noce temu, jak pada zastrzelony, widzieli plamę krwi na piasku i porzuconą szpadę, więc teraz nagle zaczęli mieć wątpliwości. Tak przynajmniej ich wahanie głośno wytłumaczył sierżant.

– Ależ alcalde – jęknął Mendoza. – A jak to duch?

– Duchy nie chodzą w południe! – ryknął Ramone.

– Nie jestem duchem, sierżancie – uśmiechnął się Zorro. – Jestem tu, cały i zdrowy. Możecie się o tym przekonać.

ruszył niepewnie do przodu i za chwilę stanął jak wryty, gdy lekkie muśniecie sztychem rozcięło mu pas. Złapał opadającą część odzieży w garść i poszukał schronienia pod podwyższeniem, ale widać było, jak się szeroko uśmiecha.

Przykład sierżanta podziałał ożywczo na pozostałych żołnierzy. Przez kilka następnych minut plac pustoszał szybko, gdy ludzie robili miejsce dla kolejnych pogoni, walk i ucieczek. uganiał się konno za przeciwnikami, przewracając ich, pakując w zalegające zaułki beczki, skrzynie i płoty, czy też wpychając do koryta z wodą. Kilku przezorniejszych od razu zrezygnowało z walki i poszukało schronienia.

Przez cały ten czas Ramone stał jak zahipnotyzowany.

podjechał bliżej.

Don Alejandro! – zawołał.

De la Vega odwrócił się szybko i poczuł, jak więzy puszczają pod ostrzem szpady, a zaraz potem Zorro zręcznie przeskoczył z siodła na podwyższenie. W tym momencie alcalde ocknął się z osłupienia i sięgnął po swoją szpadę. De la Vega zszedł mu z drogi, a Zorro pozwolił się zaatakować, zręcznie wychwytując na swoją szpadę broń Ramone. Przez chwilę mocowali się, aż nagle Zorro ustąpił, by przyciągnąć alcalde naprawdę blisko do siebie i nagle zręcznie obrócił się tak, że Ramone klęczał unieruchomiony na deskach, z prawą ręką wykręconą boleśnie do tyłu, uwięzioną w dłoniach Zorro, który przykląkł zaraz obok i nachylił się do jego ucha.

– Jak widzicie, alcalde, jestem całkiem żywy – stwierdził Zorro. – Cóż takiego mieliście dziś ogłosić?

Ramone szarpnął się. Zorro w odpowiedzi docisnął lekko jego rękę, aż alcalde prawie dotknął głową podłogi podwyższenia i jęknął puszczając rękojeść swojej szpady. Zorro poderwał go z powrotem na nogi.

– A więc, alcalde?

Brak odpowiedzi. Zorro zaśmiał się.

– Nie musicie mówić. To te wyroki? – wskazał sztychem szpady na porzucone rulony pergaminu.

– Tak – warknął Ramone.

– To dobrze. Podrzyjcie je. Tak, by wszyscy widzieli.

– Nie!

Zorro znów się uśmiechnął, ale w tym uśmiechu nie było wesołości.

– Podrzyjcie je – powiedział głośno – albo je zjedzcie. Tu i teraz. Wasz wybór.

– Ty nie ośmielisz się…

– Doprawdy, alcalde? – zapytał cicho Zorro. Sztych znalazł się tuż pod brodą Ramone, delikatnie naciskając skórę. – Nie prowokujcie mnie. Powoli zaczynam mieć dosyć tej ciuciubabki.

Alcalde zbladł. Powoli, bo trzęsły mu się ręce, podarł starannie wszystkie pergaminy. Potem, zachęcony wciąż niepokojąco bliskim ostrzem szpady, ogłosił, że wycofuje wszystkie oskarżenia pod adresem don Alejandro de la Vegi, don Diego i señority Escalante.

– Widzicie, alcalde? – zauważył Zorro. – To nie było takie trudne. Don Alejandro, jedziecie ze mną, czy zostaniecie tu jeszcze chwilę?

– Jadę – de la Vega chciał jak najszybciej znaleźć się poza pueblo, poza tłumem, tam, gdzie mógłby zadać pytanie, jakim cudem Zorro jest znów na nogach, cały i zdrowy.

– Sierżancie! – zawołał Zorro. – Przyprowadźcie konia don Alejandro. A przy okazji… Moja szpada i kapelusz, sierżancie. Przynieście je także.

uśmiechnął się szeroko.

Si, señor Zorro!

– Wy… – odezwał się Ramone.

– Myśleliście, że wam je zostawię, alcalde? – zdziwił się Zorro uprzejmym tonem. – Nie zasłużyliście na to.

Przez te kilka chwil, zanim wysłany przez sierżanta Mendozę żołnierz nie sprowadził wierzchowca, don Alejandro zdążył ochłonąć z zaskoczenia i przyjrzeć się uważniej Zorro. Był już pewien, że to nie jest jego syn. Mężczyzna był nieznacznie niższy, trochę bardziej krępy, o nieco szerszej szczęce. Nie wątpił jednak, że przestraszony alcalde nie widzi tych drobnych różnic. Dla Luisa Ramone w tej chwili liczyło się tylko lśniące ostrze szpady tuż przy twarzy i fakt, że wszystkie jego marzenia właśnie zmieniły się w garść strzępków rozsypaną dookoła.

X X X

Kiedy zabudowania znikły im z oczu, don Alejandro wstrzymał konia. Przez czas, jaki jechali, zdążył nie tylko przyjrzeć się swojemu wybawcy, ale i przypomnieć sobie parę wcześniejszych zdarzeń.

– Wy jesteście Juan Checa – odezwał się.

– Owszem – przytaknął mężczyzna w stroju Zorro.

– Ale koń, na którym jedziecie…

– Zgadza się, to – Checa uśmiechnął się lekko. – Zgodził się pojechać razem ze mną.

Don Alejandro nie mógł się nie uśmiechnąć, gdy rozpoznał stwierdzenie Diego odnośnie wierzchowca. Tornado był doskonałym koniem, szybkim i pewnym, wspaniałym i lojalnym pomocnikiem Zorro, ale tylko Zorro. Prócz Diego dosiadał go tylko Felipe, zabierając na pastwisko i nikt inny, wedle dotychczasowej wiedzy don Alejandra. Teraz widział, że Checa siedzi dość ostrożnie, starając się, by nie podrażnić nadmiernie boków konia obcasami. Ale co innego zwróciło uwagę de la Vegi – Checa przyjechał na Tornado za wiedzą i zgodą Zorro.

– Widzieliście Zorro?

– Tak, don Alejandro.

– Czy możecie mi powiedzieć…

Checa zawahał się. To wystarczyło, by starszy mężczyzna spochmurniał.

– Bardzo z nim źle?

Señor de la Vega – odpowiedział Juan. – Jestem żołnierzem, brałem udział w walkach. Widziałem, jak umierali ranni w lazaretach.

– Rozumiem, że chcesz powiedzieć że…

– Obawiam się tego, señor. Ale póki życia…

Don Alejandro pokiwał głową. Tak, wciąż była nadzieja. Zauważył, że Checa ogląda się wciąż na niewidoczne stąd pueblo.

– Nie będą nas ścigać – powiedział. – Napędziliście strachu alcalde, przynajmniej na jakiś czas.

– Taki był plan.

– Plan Zorro?

– Tak… – Checa zacmokał, chcąc zachęcić Tornado do szybszej jazdy. Ogier prychnął i przeszedł w łagodny kłus.

Chwilę później za zakrętem drogi do hacjendy zobaczyli jeźdźca. Escalante czekała pod osłoną drzewa.

Don Alejandro!

Zeskoczyła z siodła i rzuciła się w ramiona caballero. Checa zatrzymał Tornado i znów obejrzał się w stronę puebla. Coś mu podpowiadało, że raczej nie powinni się zatrzymywać na dłużej niż kilka chwil. Ramone może się i wystraszył, ale to nie oznaczało, że można było go już całkiem zlekceważyć.

Ale na razie droga za nimi była pusta, nic nie sugerowało zbliżającej się pogoni, a señorita Victoria Escalante wypłakiwała się na ramieniu don Alejandro de la Vegi. O ile Checa mógł wywnioskować z urywanych słów, zbierała właśnie żniwo rozpaczliwej ucieczki z więzienia, konieczności ukrywania się w jaskini, zmęczenia spowodowanego jazdą do Santa Barbara i z powrotem oraz przede wszystkim przerażającej świadomości, że Zorro jest ciężko ranny. To ostatnie spowodowało, że Juan znów zaczął czuć się paskudnie. Może to poczucie niewłaściwości było błędem z jego strony, ale szanował młodego de la Vegę, wobec Zorro zaś wciąż był dłużnikiem. Ostatnią rzeczą, jaką mógłby zrobić, byłoby wejście pomiędzy tych dwu mężczyzn z powodu kobiety, która, jak się mu wydawało, kochała obu, i to kobiety równie, jak oni, godnej szacunku. To, że miała zostać żoną jednego, a drugi wciąż nie był jej obojętny, było sprawą pomiędzy nimi, nie powinien w nią ingerować. A jednak czuł, że ta sytuacja jest niewłaściwa, jakby obarczona pewną nieuczciwością. I czuł się nieswojo, słysząc płacz señority.

Wreszcie odległy kłębek kurzu pozwolił mu przerwać krępującą sytuację.

Señorita Escalante – powiedział. – Señor de la Vega, chyba jednak nas ścigają.

Don Alejandro obejrzał się na drogę.

– Nawet jeśli nie, lepiej, by nie widzieli teraz Victorii.

Señorita otarła twarz rękawem, rozmazując sobie na policzkach kurz i łzy.

– Jedźmy. Don Alejandro, zabiorę Juana na spotkanie z Diego, by nas przeprowadził do jaskini.

– Zaraz, zaraz – wtrącił się Checa. – Señorita, poczekajcie w ukryciu, ale ja wolę sprawdzić, kto za nami jedzie. Jeśli to jakiś wybieg alcalde, wracam do i składam mu wizytę.

czekał na poboczu drogi, gdy odległy tuman kurzu rósł powoli. Okazało się, że to , z dwójką żołnierzy.

Señor de la Vega! Señor de la Vega – wołał już z daleka.

– Ścigacie mnie, sierżancie?

– Ależ skąd! – wysapał Mendoza. – Alcalde sobie przypomniał, że wartownicy przy hacjendzie mają rozkaz was aresztować, więc wysłał mnie, żebym ich uprzedził, że wszystkie oskarżenia są już odwołane i że możecie wracać spokojnie do domu.

– Skoro tak twierdzicie, sierżancie…

Gdy ruszyli, don Alejandro uniósł rękę, by dać znać, że wszystko jest w porządku. aż się zachłysnął, widząc, jak z pobliskiej kępy krzewów wyjeżdża Zorro i rusza cwałem gdzieś pomiędzy wzgórza.

Don Alejandro… – odezwał się sierżant po chwili.

– Tak?

Don Diego był w hacjendzie.

– Tak? Skąd wiecie?

– Bo alcalde… bo ja… – zająknął się Mendoza. Wreszcie zaczął mówić. – Słyszałem go. Wszedłem do kuchni, bo widzicie, alcalde kazał wszystkim wyjść i pozamykać drzwi i okna, i nic nie ruszać, a tam została kolacja, i polewka, i placki, więc ja pomyślałem, że to wszystko będzie schło i się psuło, więc wszedłem… Tylko po to, don Alejandro, zapewniam! Nic innego nie ruszyłem! No i jak byłem w kuchni, to go usłyszałem. I potem, jak alcalde mnie wysłał po zmianę warty, to mówiłem specjalnie głośno, by wiedział, że dziś alcalde ogłosi wyroki. Musiał usłyszeć, skoro Zorro się pokazał… – głos sierżanta zamarł powoli, gdy znów zaczął rozważać to cudowne zdarzenie, że Zorro, zastrzelony ledwie dwa dni temu, dziś pojawił się cały i zdrowy.

– Więc to wam zawdzięczam uwolnienie, sierżancie – uśmiechnął się de la Vega. – Pośpieszmy się, może jeszcze nie wszystko w kuchni się popsuło.

CDN.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *