Legenda i człowiek Cz V: Doskonały plan, rozdział 12

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Pech czy los sprawiają, że nawet najlepszy plan może zawieść. Piąta część opowieści o Zorro i Victorii.
Postacie/Characters
, , Escalante, Felipe, Jamie , Luis Ramon,

Rozdział 12. Skutki dawnej maskarady

Zbliżający się targ w ściągał do puebla nie tylko wędrownych handlarzy, ale i mieszkańców okolicy, nawet z tak odległych miejscowości jak Santa Barbara. Gdy z drogi na wzgórzach ukazały się odległe zabudowania, Juan Checa poklepał z zadowoleniem swoją kasztankę po szyi. Klacz, niezbyt ładna i nieco narowista, była zarazem szybka i wytrzymała, idealny koń dla kogoś, kto większość czasu spędzał wędrując za stadami i czasem musiał ścigać inne konie. Teraz też, choć od świtu jechali raczej szybko, spiesząc się, by zdążyć na początek targu, jej sierść ledwie zwilgotniała.

Towarzyszący Juanowi inni vaqueros wymieniali się leniwymi uwagami, co zrobią czy też co sobie kupią na targu, a Flor wciąż dyskutowała z ojcem o konieczności zakupu materiałów na suknie i koszule. Sam Juan niewiele się odzywał. Gdy ostatnio jechał tą drogą, była noc, a on gnał jak opętany, wiedząc, że od niego zależy ludzkie życie.

.

Miesiąc wcześniej:

Tamtego wieczoru zobaczył człowieka na koniu dopiero wtedy, gdy jego kasztanka się nieoczekiwanie spłoszyła. Wracał już do hacjendy, gdy wierzchowiec nagle zaczął prychać i się boczyć, jakby drogę zagradzała mu niewidzialna bariera. Dopiero po chwili, gdy już go uspokoił, Juan przyjrzał się otoczeniu i zauważył przed sobą w mroku zalegającym pod drzewem jeźdźca. Zaś gdy ten wyjechał na ścieżkę, rozpoznał don de la Vegę.

Don Alejandro? Co się stało? – spytał zaskoczony i nim usłyszał odpowiedź, zapytał o to, co mu wtedy pierwsze przyszło na myśl. – Czy Zorro?…

– Żyje. Ale nadal nie może walczyć, a potrzebujemy jego pomocy.

– Kiedy?

– Dziś w nocy.

Juan obejrzał się na stok za swoimi plecami. Inni vaqueros przejęli nocną wartę nad stadem, on mógł już wracać do hacjendy lub też pojechać, gdzie chce.

– Przyprowadziliście ? – spytał.

– Nie. Ale mam konia, który niewiele mu ustępuje.

Checa podjechał bliżej i przyjął z rąk don Alejandro niewielki pakunek. Przebierając się, słuchał jednocześnie opowieści o bandzie, która terroryzowała drobnych farmerów i peonów z okolic Los , posuwając się już nie tylko do grabieży, ale i pobić. Żołnierze, a właściwie , nie robili nic, by ich powstrzymać. Juanowi trudno było uwierzyć, ale don Alejandro zdawał się to traktować jako rzecz normalną. Dlatego też wytropił bandytów i chciał, by Zorro ich powstrzymał, nim ktoś zginie w następnym napadzie.

– Albo ktoś z bandy opłacił się alcalde – wyjaśniał Juanowi – albo Ramone uznaje to na razie za rzecz zbyt mało znaczącą i woli trzymać żołnierzy w garnizonie.

– Liczy na Zorro?

– Poniekąd tak…

Checa zastanowił się przez moment.

– Wygląda na to, że spełniamy jego życzenie.

– Owszem.

– No cóż, czasem Zorro musi pomóc i alcalde – wzruszył ramionami Checa. – Niezależnie od tego, co o nim myśli. Zobaczymy się jutro w , don Alejandro! Vamos!

Widok Zorro, wiążącego czterech opryszków do fontanny na środku pueblo, wyciągnął wczesnym rankiem na plac chyba wszystkich mieszkańców pueblo. Mendoza wybiegł z garnizonu, jeszcze w biegu dopinając pas i otrzepując mundur.

– Dzięki, Zorro! Alcalde wydał rozkaz, żebyśmy się nie ruszali z garnizonu, a oni już bardzo przeszkadzali!

– Do usług, sierżancie – Checa uniósł rękę do kapelusza, starając się naśladować ten żartobliwy gest, jakim Zorro zwykł był kwitować spotkania z żołnierzami. Chyba mu się udało, bo twarz Mendozy, już uśmiechnięta, teraz wręcz promieniała radością. Nagle podszedł bliżej. Spoważniał, obejrzał się na bramę garnizonu i zapytał.

– Zorro… czy wszystko jest w porządku?

– Czemu o to pytacie, sierżancie?

Don Diego… i Escalante… Nie wracają.

Przez moment Juan poczuł panikę i pustkę w głowie, ale nim zdążył wymyślić w odpowiedzi na to pytanie jakieś przekonujące kłamstwo, drzwi siedziby alcalde otwarły się z trzaskiem i wypadł na plac.

– Do broni! – wrzasnął. – Alarm!

– Nie, alcalde! Nie trzeba! – krzyknął w odpowiedzi Mendoza. – Zorro schwytał bandytów! – I sierżant ruszył wprost na Ramone. Kilka kroków przed nim potknął się o coś zagrzebanego w piasku placu i wymachując rękoma wpadł na alcalde z takim rozpędem, że tamten aż się zatoczył. Juan uśmiechnął się mimowolnie. Kiedy jeszcze był żołnierzem, uważał Mendozę za leniwego i dobrodusznego ofermę, nie grzeszącego nadmiernie bystrym pomyślunkiem. Teraz jednak musiał zmienić zdanie.

– Mendoza, ty idioto! – warknął rozzłoszczony alcalde. Nim jednak Ramone się pozbierał, nim zaalarmowani hałasem żołnierze wybiegli zza bramy garnizonu, Checa odjeżdżał już z puebla, żegnany wiwatami mieszkańców.

X X X

Tamten wypad kosztował Juana awanturę, jaką urządziła mu Flor, a potem kilka dni drwin innych vaqueros. Kpili, że skoro już wybierał się w odwiedziny do señority, mógł zadbać, by wrócić odpowiednio wcześnie, względnie wymyślić sobie dobre wytłumaczenie nieobecności, a nie spóźniać się tak głupio i ryzykować. Nie tylko utratę pracy, bo Pereira podszedł do tej nieobecności zaskakująco łagodnie, ale przede wszystkim nie powinien był narażać się drugiej dziewczynie. Juan zaciskał zęby, starał się pokpiwać wraz z innymi ze swej głupoty i dziękował Bogu, że Flor, mimo jawnej złości, zachowała dość rozsądku, by nie wytknąć mu głośno, czym naprawdę się tamtej nocy zajmował. Nie wątpił, że była to zasługa jej ojca, który wyjaśnił córce, jak może się skończyć zbyt otwarte mówienie o niektórych sprawach.

Teraz, wjeżdżając do Los Angeles, Juan Checa czuł się dziwnie nieswojo. Zastanawiał się, czy tak może czuć się też i prawdziwy Zorro, kręcąc się pomiędzy ludźmi, którzy znają go jedynie jako jeźdźca w masce.

– Juan? Juan Checa? – usłyszał nagle znajomy głos, gdy uwiązywał kasztankę przed gospodą.

– Rojas? – obejrzał się w stronę mówiącego.

– Tak, ja! Witaj, Juan! – kapral Rojas uśmiechnął się szeroko. – Nie sądziłem, że cię jeszcze zobaczę!

– Jak widać, wróciłem – uśmiechnął się w odpowiedzi Juan, starając się nie pamiętać o chwili, kiedy widzieli się po raz ostatni. Tamtego dnia alcalde miał ogłosić wyrok na de la Vegów, a Juan przyłożył wtedy przyjacielowi batem i wepchnął go w koryto do pojenia koni.

– Stawiam wino! – zarządził Rojas. – Zakładam, że możesz się ze mną napić?

– Oczywiście, że mogę – prychnął Juan. – Dobrą stroną pracy jest to, że jak przyjeżdżasz na targ, możesz robić co chcesz.

Gdy weszli do gospody, Juan zatrzymał się jak wryty na widok kobiety za barem. Escalante obrzuciła go pobieżnym spojrzeniem, jak każdego innego gościa, ale zaraz zatrzymała się i przyjrzała mu się uważniej.

Señor Checa? – zapytała z namysłem w głosie. Juan nie mógł nie podziwiać jej umiejętności odegrania zastanowienia. Widzieli się przecież niecałe trzy miesiące temu, a witała go, jakby był kimś, kto przez lata tu nie zaglądał i kogo musiała sobie długo i z mozołem przypominać.

– Tak, Escalante – przytaknął. – Przyjechałem z señorem Pereirą na targ.

– Witajcie zatem znów w Los Angeles, señor – uśmiechnęła się w odpowiedzi. – Co wam podać?

– Wino, jeśli możecie, – wtrącił się kapral. – Chcemy uczcić tę wizytę!

– Oczywiście, señores.

Wróciła po chwili, stawiając na stole butelkę wina. Rojas rozlał do kubków i wraz z Juanem podnieśli je w milczącym toaście. Checa upił łyk i się zdziwił. Wino było doskonałe, znacznie lepsze, niż to, jakiego mógł się spodziewać w targowy dzień w gospodzie. Spojrzał zaskoczony na señoritę. Uśmiechnęła się w odpowiedzi nieco tajemniczo i pokiwała głową. Oczywiście, to był jej podarunek.

Señorita? – odwrócił się Rojas.

– Tak?

– To wino jest doskonałe!

– Na koszt firmy, kapralu. Mi także miło powitać znów Checę.

– Dziękuję, señorita – skłonił się Juan, a Rojas szarpnął go po chwili za rękaw.

– Widzę, że ty nadal oglądasz się za każdą co ładniejszą señoritą – stwierdził.

– E, nie… Przecież wiem, że ona jest narzeczoną de la Vegi. A jemu nie chcę wchodzić w drogę.

– No jasne, jasne… Żartowałem. Opowiadaj lepiej, co u ciebie słychać.

Pili więc wino, a Juan opowiadał przyjacielowi o swej nowej pracy , o dniach spędzanych w siodle na zboczach wzgórz, gdzie pilnował stad krów i koni, i gdzie nie raz, i nie dwa, musiał walczyć z bandytami. Mówił też o wieczorach w hacjendzie, a nawet napomknął o señoricie Flor i jej czujnym, zatroskanym spojrzeniu. To ostatnie rozbawiło kaprala.

– Widzę, że wciąż masz szczęście do señorit, Juan.

– Nie mam szczęścia…

– Masz, masz, chłopie… Inny by nie wyszedł obronną ręką ze spotkania z taką żmiją jak ta donna Dolores, wierz mi… Widziałem tu niedawno jednego takiego młodego , co się zarzekał, że już na zawsze do Hiszpanii wyjedzie po tym, jak go potraktowała, żeby nikt więcej go nie widział.

– O wilku mowa… – mruknął Juan, wskazując na drzwi.

Rzeczywiście, targowy dzień zwabił do Los Angeles także panny Escobedo. Dwie córki don Hernando weszły pierwsze, a za nimi wsunęła się do gospody donna w towarzystwie nieodłącznej señory Chiary. Checa przezornie przesunął się w bok, tak, by plecy Rojasa zasłaniały go, choć częściowo, przed nowo przybyłymi. Spodziewał się też usłyszeć zaraz gniewną tyradę na brak dobrych manier i ogólny upadek obyczajów, gdyż pamiętał, jak to w nich celowała señora, ale, o dziwo, Chiara była dziś wyjątkowo cicha i spokojna. Nie odezwała się nawet słowem, gdy dziewczęta przywitały się z señoritą Escalante, tylko zajęła miejsce w kącie sali i zajęła się przeliczaniem zawartości sakiewki, widocznie planując większe zakupy.

– Odmieniło je coś? – zapytał szeptem.

– Nie mam pojęcia – odszepnął Rojas.

– Wynoszę się stąd. Lepiej, by mnie nie zauważyły.

– Daj spokój! Co ci mogą zrobić? Dziewczyny się boisz?

Możliwe, że donna złagodniała, bo w jej otoczeniu nie widać było ani jednego adoratora. Juan został więc na miejscu, a po chwili señorita Escalante postawiła znów na ich stoliku talerz, tym razem z enchiladas.

– Smacznego, señores!

– Juan, ty to masz szczęście – rozpromienił się Rojas, częstując potrawą. – Mmm… Pyszne! Dobrze, że zdecydowali się wrócić.

– Kto?

Señorita Escalante i don Diego. Nie słyszałeś? A, pewnie jeszcze do was nie dotarła ta historia. – I tu Rojas wdał się w opowieść o kolejnym pechowym pomyśle alcalde, który poskutkował, między innymi, dłuższą nieobecnością señority i nieznacznym spadkiem jakości jedzenia w gospodzie. Juan oczywiście nie mógł się przyznać przyjacielowi, że wie, o czym on mówi, ale samo usłyszenie tej historii z ust świadka z drugiej strony, z garnizonu, było bardziej niż ciekawe. Tak ciekawe, że zasłuchany Checa nie zwrócił uwagi na to, że kapral przesunął się nieco na swoim siedzisku i teraz panny Escobedo miały doskonały widok na to, kto siedzi pod ścianą. Nie widział też, że uważnie mu się przygląda nie tylko donna Dolores, ale i señora Chiara.

– Jakiś miesiąc temu wrócili z Monterey. Don Diego złamał nogę podczas ucieczki i dlatego… – kończył Rojas, gdy za jego plecami stanęła donna Dolores. Juan na jej widok chciał się cofnąć, ale plecami natrafił na ścianę.

Señor Checa? – zapytała łagodnym głosem dziewczyna. – Czy to wy?

Buenos dias, donna Escobedo – Juan wstał i skłonił się lekko.

– Co robicie w pueblo? Słyszałam, że nakazano wam opuścić Los Angeles.

Juan zawahał się, ale nim zdecydował, czy coś wyjaśnić, obok niego stanęła señorita Flor.

Señor Checa przyjechał wraz z resztą pracowników mojego ojca – oświadczyła zimno. – Jest dzień targowy i ludzie zjeżdżają się z całej okolicy.

Donna obrzuciła gniewnym spojrzeniem stojącą przed nią dziewczynę, ale señorita Flor nie pozostała jej dłużna. Przez dłuższą chwilę Juan czuł się tak, jakby stał pomiędzy dwoma gotującymi się do walki kotami, aż wreszcie panna Escobedo pierwsza się wycofała i wróciła do swojego stolika.

– Dziękuję, señorita Flor – uśmiechnął się Juan. – Proszę, czy mogę wam przedstawić Marco Rojasa? Był moim przyjacielem w czasie, kiedy służyłem w lansjerach i pozostał nim nadal. Rojas, poznaj señoritę Flor Pereira.

– Jestem zaszczycony, señorita – kapral skłonił się przed Flor.

Flor roześmiała się i wkrótce całą trójka pogrążyła się w konwersacji, której tematem były głównie wspomnienia kaprala i Juana z czasów zanim jeszcze przybyli do Los Angeles. Escalante podała jeszcze im na stół dzbanek cydru, a potem zajęła się rozmową z don Diego, który właśnie wszedł do gospody. Juan zauważył, że młody de la Vega utyka i wspiera się na lasce, ale zaraz Rojas opowiedział jakąś anegdotę, z której zaczęła się śmiać Flor i to odciągnęło jego uwagę. Zagadani, nie zwrócili uwagi na to, że señora Chiara, po krótkiej szeptanej naradzie z donną Dolores, opuściła gospodę.

Nagły hałas na werandzie był zaskoczeniem dla wszystkich chyba gości. Trzasnęły gwałtownie otwierane drzwi i do gospody wmaszerował alcalde w towarzystwie sierżanta i pięciu innych żołnierzy. Nim jednak ktokolwiek zareagował, podeszli do stolika, przy którym siedzieli Rojas, Checa i señorita Pereira.

– Juan Checa?

– To ja – zaskoczony Juan podniósł wzrok.

– Jesteście aresztowani! – oznajmił alcalde.

– Jak to?

– O ile sobie przypominam, w dniu waszej degradacji otrzymaliście nakaz opuszczenia Los Angeles. Niniejszym oznajmiam, że pogwałciliście to zarządzenie.

– Chwileczkę! – zaprotestowała Flor. – Juan przyjechał na targ, wraz z resztą pracowników mojego ojca!

– A wy jesteście kto?

– Flor Pereira, córka właściciela ziemskiego Josego Pereiry, z Santa Barbara. Przyjechałam z ojcem i pracownikami na targ w Los Angeles.

Señorita… – głos Luisa Ramone stał się nagle pełen ubolewania. – Muszę z przykrością was poinformować, że ten oto człowiek nadużył waszego zaufania. To niebezpieczny bandyta, który w swej zuchwałości poważył się nawet na podanie się za królewskiego żołnierza…

– Nigdy w życiu… – zaczął mówić Checa, gdy w tej samej chwili Rojas wybuchnął.

– Ależ to absurd, alcalde! Juan jest…

– Zamilczcie, kapralu! – zagrzmiał Ramone. – Milczcie, jeśli nie chcecie być oskarżeni o zdradę! Stawicie się do raportu, natychmiast.

– Czy możecie nie opowiadać takich bzdur, alcalde? – wtrąciła się nieoczekiwanie señorita Escalante.

– Słucham? – Ramone okręcił się niczym wąż, gotów zaatakować następną ofiarę.

– Twierdzę, że ktoś was wprowadził w błąd, alcalde.

– Nie ma mowy o pomyłce!

– Ależ jest – zaprotestował Juan. – Ja naprawdę byłem żołnierzem, señor Ramone.

– Milczeć!

– Ależ alcalde! – zaprotestował z kolei sierżant Mendoza.

– Milczcie!

– Nie mam takiego zamiaru! – odpaliła señorita .

W gospodzie rozgorzała kłótnia. Juan, uwięziony pomiędzy stolikiem a żołnierzami, słuchał w oszołomieniu, jak Rojas, Mendoza i señorita Escalante starają się przekonać alcalde do zmiany zdania. Niestety, wiedział, że to będzie bezskuteczne. W tej samej jednak chwili nad głowami tłoczących się dookoła żołnierzy Checa wypatrzył don Diego. Młody de la Vega właśnie znikał w kuchennych drzwiach, prawie nie utykając, i Juan zrozumiał, że señorita stara się osiągnąć coś innego – dać czas swojemu narzeczonemu na zawiadomienie Zorro, że potrzebna jest jego pomoc.

Przynajmniej miał nadzieję, że o to właśnie jej chodziło.

Gdy go w końcu wyprowadzali, bo Ramone zdołał wreszcie zastraszyć sierżanta i kaprala, a żołnierze na jego rozkaz odsunęli señority, Juan zobaczył coś jeszcze. Łagodnie uśmiechnięta i zadowolona z siebie donna stała obok równie usatysfakcjonowanej señory Chiary.

CDN.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *