Legenda i człowiek Cz V: Doskonały plan, rozdział 17

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Pech czy los sprawiają, że nawet najlepszy plan może zawieść. Piąta część opowieści o Zorro i Victorii.
Postacie/Characters
, , Escalante, , Jamie , Luis Ramon,

Rozdział 17. Próba ognia

Zorro przez chwilę patrzył, jak jego wierzchowiec znika wśród porastających zbocza kanionu krzewów bylicy, a potem ruszył ledwie widoczną ścieżyną nie w głąb kanionu, ale w dół, w stronę ognia. Czarne kłęby już niemal całkowicie przesłoniły słońce, pomiędzy krzewami zaczynały ę już snuć siwawe pasma, a co chwila powiew wiatru przynosił uderzenia ciepłego powietrza, zapowiadające nadchodzące się piekło ognia. Pożar zbliżał się równie prędko, co galopujący koń.

W dół i w dół. Żar narastał. Dym zaczynał dusić, gdy od biegu już i tak brakowało mu tchu. Wreszcie Zorro zobaczył pomiędzy krzewami cel swojego biegu – otoczone skałami jezioro utworzone przez spływający z kanionu strumień.

– Stój! – Warknięciu towarzyszył trzask odciąganego kurka.

Zorro zatrzymał się. Zza krzewu wyłonił się kulejący mężczyzna.

– Dokąd to tak zmykasz, lisku? – zapytał Manuel . – Boisz się osmalić futerko? Niepotrzebnie… Jedno puk! I skończą się twoje zmartwienia…

Zorro powoli ruszył w stronę przeciwnika. był cały umazany sadzą, gdzieniegdzie tliło się na nim ubranie, oszpeconą twarz wykrzywiały mu na przemian szalony uśmiech i nerwowy tik.

– Bądź grzeczny, lisku… Podnieś ładnie łapki…

– Ogień jest już blisko, Ortega! Uciekaj do wody!

– Ogień? Jaki ogień? – zamruczał Ortega. Jego tik nagle zniknął, mężczyzna przechylił w bok głowę i zmrużył oczy, ale pistolet wciąż pozostawał wymierzony w pierś Zorro. – Ogień nic mi nie zrobi… Rozświetla ciemność… Prowadzi… – mamrotał. – To mój przyjaciel, wiesz? On mnie nie skrzywdzi. Chodź do mnie, lisku… Chodź, zobaczysz, jaki piękny jest ogień… Chcę się przyjrzeć twojej buzi… Czy jest tak szpetna jak moja… Zobaczysz, to nie będzie bolało…

Postąpił krok do przodu i wyciągnął rękę ku masce Zorro. Ten uchylił się i złapał szaleńca za nadgarstek. Przez chwilę szamotali się na ścieżce, wreszcie odskoczył. Jego twarz wykrzywił dziki grymas.

– Policzymy się teraz, Zorro!

Wyszarpnął zza pasa nóż. Zorro odskoczył w bok, sięgając po szpadę. Na wąskiej ścieżce, ograniczony z każdej strony gałęziami krzewów, miał z nią większe szanse niż próbując wytrącić ostrze nożownikowi, jakim był Ortega. Jednak na widok broni Manuel wyszczerzył tylko zęby w niewesołym uśmiechu i skoczył. Zbił ręką sztych i tylko swej szybkości Zorro zawdzięczał, że klinga noża ominęła jego bok. Wywinął się i odepchnął atakującego, ale sam ten kontakt uświadomił mu powagę sytuacji. Szaleństwo wcale nie umniejszyło umiejętności Manuela Ortegi. Poruszał się niczym atakujący wąż, wolał pchnięcia od cięć i celował nie w ramiona, a w tułów, gdzie najłatwiej było zadać śmiertelną ranę.

Kłąb dymu przypłynął nagle z dołu ścieżki. Zorro zakrztusił się i ledwie zdołał uchylić się przed kolejnym wypadem Manuela. Tym razem jednak zdążył chwycić go za przegub ręki. uderzył drugą ręką na odlew, ale Zorro zablokował cios i sam uderzył, łokciem, celując w szyję przeciwnika. Chwilę później musiał okręcić się wokół osi, by ochronić się przed kopnięciem, które mogło zgruchotać mu kolano. Ortega zachwiał się, gdy jego kolejny cios nie dotarł do celu i Zorro wreszcie wykręcił mu rękę. Nóż upadł na ziemię.

Trzask ognia uświadomił Zorro, że ich małe starcie kosztowało go cenny czas na ucieczkę. Dym zasłonił już ścieżkę, w dole, tam gdzie była woda, migotały płomienie. skorzystał z minimalnie rozluźnionego chwytu, wyrwał się i odskoczył.

– Po co walczysz, lisku? – zapytał. – Ogień już tu jest. Zabierze nas razem.

Nie było odpowiedzi. Zorro rąbkiem peleryny zasłonił usta i ruszył biegiem w dół zbocza. Za jego plecami zaczął się śmiać.

– Uciekaj! Uciekaj, lisku! Ogień już cię dogania!

Trzask płomieni narastał, ale wciąż nie był dość głośny, by Zorro, biegnąc pomiędzy krzewami i starając się nie potknąć o ich korzenie, nie słyszał nagłego wrzasku gdzieś w oddali. Potem zabrzmiał jeszcze jeden taki krzyk, ochrypły, przerażony skowyt, aż wreszcie za jego plecami obłąkany śmiech Ortegi załamał się w kaszlu, a potem zmienił w nieprzytomne wycie z bólu.

Zbocze zmieniło się w urwisko. W dole kłębił się dym, ale chwilami przebłyskiwała zza niego tafla wody. Zorro odbił się i skoczył na oślep, mając nadzieję, że dobiegł wystarczająco daleko, by trafić w wodę.

Trafił. Tafla objęła go nagłym chłodem. Wynurzył się i zaraz znów skrył głowę pod wodą. Na powierzchni snuł się dym, z góry sypały snopy iskier, na brzegu ogień z hukiem pożerał krzewy. Powietrze było nieznośnie gorące. Nim znów się wynurzył, wypatrzył na rozświetlonej odbiciami płomieni tafli wody swój kapelusz. Pochwycił go i na rondo naciągnął rąbek peleryny. Teraz, gdy się wystawił głowę nad powierzchnię, miał przed sobą odrobinę przestrzeni wolnej od dymu, ciut chłodniejszej niż reszta otoczenia. Pozostało mu już tylko unosić się na wodzie, starając się oddychać powoli i płytko, czekać, aż pożar popędzi dalej i mieć nadzieję, że wody w stawie będzie dosyć, by nie zawrzała od otaczającego ją żaru. I że wystarczy mu sił, by przetrwać.

X X X

Ludzie zbierali się przed zabudowaniami od wieczora, od chwili, gdy zauważono nad wzgórzami na południe od puebla dym i łunę. Pozornie nie było powodów do niepokoju, nie mówiąc już o panice. Od kilku dni utrzymywał się północny i północno–zachodni wiatr, który spychał pożar dalej od zamieszkałych terenów, a skaliste, nagie szczyty wzgórz stanowiły naturalną granicę powstrzymującą ogień. Jednak, kiedy wiatr osłabł, sierżant zebrał żołnierzy, by otoczyć zabudowania pasem nagiej ziemi. Do pracy szybko przyłączyli się także pozostali mieszkańcy, a nawet kilku okolicznych caballeros sprowadziło swoich pracowników. Szeroki na kilkanaście kroków pas pozbawionej roślinności ziemi miał stworzyć ochronny krąg, za którym, wśród zabudowań, zaczęli się już gromadzić ze swymi zwierzętami i ruchomym majątkiem peoni mieszkający w pobliżu puebla. Nie było szans, by ochronić każde pastwisko, pole czy gospodarstwo, ale przynajmniej ludzie mogli znaleźć schronienie przed ogniem.

Był jeszcze jeden sposób obrony, o którym z sierżantem Mendozą rozmawiał don Alejandro de la Vega. Wzgórza stanowiły naturalną barierę, przez którą ogień mógł przedostać się tylko kilkoma kanionami, gdzie cień i wilgoć pozwalały rozwinąć się roślinności. Do tej pory zielone szlaki i schronienie zwierzyny, teraz mogły stać się korytami, przez które wyleje się pożar. Można było tego uniknąć blokując ich wyloty. Nikt nie myślał tu o czymś takim, jak pas chroniący puebla – karczowanie zarośli trwałoby zbyt długo i zbyt wielu ludzi przy tej pracy musiałoby zbliżyć się do pożaru tak, że w razie jakiejkolwiek pomyłki byliby bez szans na ucieczkę. Nie, don Alejandro wymyślił prostszy sposób. Jezioro stworzone przez zbudowaną prawie trzy lata wcześniej tamę nie tylko gwarantowało zapas wody dla pueblo w czasie suszy, ale wysadzenie zapory spowodowałoby falę powodziową, która zalałaby pastwiska i zatrzymałaby się dopiero na podnóżu wzgórz i w wylotach kanionów. Tych właśnie, którymi mógł nadejść pożar.

Z początku sierżantowi pomysł bardzo się spodobał. Było wręcz coś poetyckiego w przeciwstawieniu żywiołu żywiołowi, ogniowi wody. Szybko jednak Mendoza, z natury ostrożny do granicy lękliwości, zaczął się zastanawiać, czy to da się zrealizować i zarówno on, jak i don Alejandro zauważyli w planie pewne wady. Jezioro, choć spore, zawierało tylko ograniczoną ilość wody, którą w dodatku można było wykorzystać tylko raz. Oczywiście, jeden raz też mógł wystarczyć, ale tylko pod warunkiem, że wszystko zostanie wykonane właściwie, to znaczy woda zaleje podnóże wzgórz i kaniony dokładnie wtedy, gdy dotrze tam pożar lub zaraz po tym. Jeśli bowiem wysadzą tamę zbyt wcześnie, wysuszona ziemia szybko pochłonie zalewającą ją wodę i nadchodzący ogień zamiast wodnej zapory napotka wyschłe drzewa i krzewy tkwiące w błocie. Spali je i przeniesie się dalej. Zaś opóźnienie w wysadzeniu oznaczało, że ogień rozejdzie się tak szeroko, iż pozostaną miejsca objęte pożogą, gdzie woda nie sięgnie i skąd pożar będzie się rozprzestrzeniał dalej.

Sprawa zatem sprowadzała się do kogoś, kto pojedzie na południe, za jezioro, by obserwować wzgórza i dać odpowiednio szybko znać wartownikom przy tamie, że ogień zajmuje kaniony i trzeba uwolnić wodę. O to właśnie spierał się ze starszym de la Vega i kilkoma młodszymi caballeros, którzy zaoferowali się na ochotnika pojechać jako obserwatorzy. Na obronę sierżanta należy powiedzieć, że mniej obawiał się konsekwencji swojej decyzji o wydaniu prochu z zbrojowni i przygotowaniu do wysadzenia tamy, niż tego, co mogło się przydarzyć tym obserwatorom. Wizje tego, co się może z nim samym stać, jeśli ci młodzi ludzie zginą w pożarze czy utopieni, były tak sugestywne, że pocił się i rozpaczliwie wykręcał przed podjęciem takiej odpowiedzialności. Don Alejandro był jednak nieubłagany. Mimo oporów wymusił więc na sierżancie wysłanie grupy żołnierzy, która zaminowała tamę i kilku młodych ludzi na szybkich wierzchowcach, którzy mieli obserwować kaniony i powiadomić czuwających przy tamie.

Teraz wiec, gdy słońce zbliżało się już do szczytu nieboskłonu, ludzie zebrali się przed zabudowaniami, z niepokojem obserwując jak na południowym horyzoncie rosły kłęby dymu i, o ile można było się dopatrzyć, zaczynały się przesuwać w stronę pueblo. Sierżant kręcił się w kółko, na przemian wypytując don Alejandro, czy jest pewien, że jego plan okaże się skuteczny i zamartwiając się głośno, czy obserwatorzy zdążą w porę się wycofać. Escalante, która tak jak dziewczęta z jej gospody, krążyła pomiędzy ludźmi z dzbankiem cydru i kubkami, nie wytrzymała w końcu tego lamentowania.

– Uspokójcie się, sierżancie – powiedziała.

– Ależ Victoria…

– Sierżancie, Zorro też pojechał w tamtą stronę, ścigać tych bandytów.

nagle się uspokoił.

– Zorro? To dobrze – uśmiechnął się szeroko. – On na pewno zadba, by nikomu nic się nie stało…

Escalante podała sierżantowi kubek i wyciągnęła z koszyka butelkę z czymś mocniejszym od cydru. Na ten widok zmartwienia Mendozy rozwiały się już całkowicie. Popijając wino, usiadł w cieniu rozwalającej się komórki i wrócił do obserwacji horyzontu.

Victoria poczuła odrobinę zazdrości na widok takiej naiwnej wiary w umiejętności Zorro i że tak łatwo przyszło jej rozwiać obawy sierżanta. Ona się bała. mógł wierzyć, że Zorro dokona wszystkiego, nawet zatrzyma pożar, ale ona aż za dobrze wiedziała, jak bardzo krucha jest ta legenda. Diego wciąż nie odzyskał pełni sił i oboje wraz z don Alejandro podejrzewali, że to już nigdy mu się nie uda. Ale, nawet będąc całkiem zdrowym, byłby przecież bezradny wobec żywiołu ognia. Don Alejandro pocieszał ją, że zapewne Diego sam by nalegał na zniszczenie tamy, więc mogła więc tylko mieć nadzieję, że dostrzeże w porę niebezpieczeństwo i wycofa się poza zagrożony teren.

Nagły huk przyciągnął uwagę wszystkich. Pióropusz kurzu w oddali oznaczał, że tama została wysadzona i woda zaczęła zalewać dolinę. Sierżant na ten widok poderwał się na nogi i ruszył do garnizonu, zwołując żołnierzy, by przygotowali się do wyjazdu na patrol. Nim jednak wyruszyli, wśród ludzi wciąż stojących przed wjazdem do pueblo wszczął się gwar.

Okazało się, że wracali obserwatorzy. Przed zbliżającą się grupą biegł luzem wierzchowiec z pustym siodłem, a sami caballeros podtrzymywali innego jeźdźca.

– Co się stało?– zapytał Mendoza, gdy tylko podjechali wystarczająco blisko. – , toż to ! – jęknął, gdy rozpoznał konia.

Wspaniały Tornado, wierzchowiec Zorro. Pierwszy raz od czasu, kiedy Zorro zaczął się pojawiać w Los , jego mieszkańcy zobaczyli tego konia zmęczonego tak, że piana pokrywała mu grzbiet i boki. Na widok ludzi, Tornado zatrzymał się, zwieszając nisko łeb z wyczerpania, jednak gdy któryś z żołnierzy podbiegł i sięgnął do zakręconych o łęk siodła wodzy, zwierzę prychnęło i cofnęło się gwałtownie. Tornado mógł być wyczerpany, ale nadal nie ufał ludziom.

– Nie dajcie mu się napić, bo się ochwaci – krzyknął ktoś z tłumu.

– Trzeba go rozsiodłać… – ktoś rzucił dobrą radę, ale zaraz ktoś zastanowił się nad czymś innym.

– Gdzie jest Zorro?

Wszyscy obejrzeli się w stronę nadjeżdżających, jednak żaden z nich nie miał na sobie charakterystycznego czarnego ubrania. Dodatkowy jeździec był brudny, ale widać było, że ubierał się w jasne kolory. Dopiero jednak, gdy caballeros stanęli, można było rozpoznać kogo przywieźli ze sobą.

? – zapytał niepewnie sierżant Mendoza.

Luis Ramone, alcalde Los Angeles wyglądał chyba najgorzej, jak można było sobie wyobrazić. Poszarpane, pokrwawione ubranie, bez koszuli, zarośnięta, posiniaczona twarz… półprzytomny, ledwie siedział w siodle.

– Do doktora – polecił don Alejandro. – Szybko!

– Ostrożnie – ostrzegł młody Esteban, gdy sięgnął do rannego. – Ma złamaną nogę.

– Co mu się stało? – spytał de la Vega.

– Nie wiemy. Nadjechał nagle od strony pożaru. Tornado go zrzucił, gdy tylko się do nas zbliżyli.

– Wtedy złamał nogę?

– Nie, już było z nim tak źle. Powtarzał tylko, że trzeba wysadzić tamę. Rzeczywiście tam to wyglądało znacznie gorzej, don Alejandro, dobrze, że nas posłaliście. Stąd nikt by się nie dopatrzył, że płomienie zajęły już kanion. Uciekliśmy w ostatniej chwili. Przed ogniem i przed wodą.

– Ale skąd Tornado? – drążył dalej Mendoza.

– Nie wiem, sierżancie. – Esteban obejrzał się przez ramię. Z tłumu wysunął się Felipe i właśnie delikatnie oprowadzał zmęczonego konia. – On się pozwala dotykać? – zdziwił się.

– Felipe ma rękę do zwierząt – odpowiedział don Alejandro. – Może to przez jego milczenie.

Gdy ściągali Ramone z konia przed domem lekarza, ból złamanej nogi musiał być tak dotkliwy, że wytrącił alcalde z otępienia.

– Tama! – zawołał z jękiem. – Trzeba wysadzić tamę!

– Spokojnie, alcalde – odezwał się don Alejandro. – Tama została już wysadzona, woda zalewa kaniony. Pożar nie przejdzie.

Alcalde… – wtrącił się sierżant. – Co się wam stało?

Ale Luis Ramone nie odpowiadał. Doktorowi Hernandezowi wystarczyło jedno spojrzenie na rannego, by wyprosić wszystkich za drzwi. Zażądał tylko, by sprowadzono do niego pomocnika, z którym zwykle nastawiał połamane nogi i obiecał, że wyjaśni wszystko, gdy tylko skończy opatrywanie, bowiem postara się uzyskać informacje od rannego.

– Co robimy, don Alejandro? – zapytał Mendoza, gdy już stali na ulicy.

– Pojedźcie na patrol, sierżancie, koniecznie. Musicie nie tylko sprawdzić, czy woda zatrzymała pożar, ale i dowiedzieć się, co się stało z Zorro.

Don Alejandro, nie myślicie chyba… – odezwał się Esteban.

– Nie, nie myślę. Sądzę, że Zorro chciał ochronić rannego przed niebezpieczeństwem, ale teraz być może będzie potrzebował naszej pomocy. Sierżancie…

– Tak, don Alejandro?

– Przepatrzcie okolice tamy i brzegi jeziora. Ja zbiorę ludzi i przeszukamy granice powodzi. W razie potrzeby damy znać, czy pożar został stłumiony, czy też będą potrzebne większe siły, by go ugasić. A teraz wybaczcie mi panowie. Muszę udzielić Felipe kilku instrukcji.

– Co zamierzacie zrobić z Tornado? – zapytał jeszcze sierżant.

– Myślę, że señorita Escalante znajdzie dla niego miejsce w stajni przy gospodzie, by odpoczął. Potem go wypuścimy. Zapewne sam wróci tam, gdzie jego miejsce, do Zorro.

CDN.

Related posts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.