Serce nie sługa – Rozdział 11. Negocjacje

11.

Gdy Emiliana i don wrócili z , przed hacjendą stały trzy konie.

, kto przyjechał? – zagadnął de la Vega chłopca, który właśnie zajmował się wierzchowcami.

Señor Torres, señor Castillo i señor Fuentes – padła odpowiedź. I rzeczywiście, na patio, w cieniu drzewa, siedzieli don Nacho i don Eduardo. Tuż przy nich krążył nerwowo don Gaspar, wyraźnie nie mogąc znaleźć sobie miejsca.

Buenas tardes! – Don Alejandro zmarszczył brwi na widok gości. – Coś się stało?

Gaspar pierwszy doskoczył do niego.

Don Alejandro, . – Skłonił się przed obojgiem. – Wiem, że nie mam żadnego prawa przychodzić tutaj po tym, co próbowałem zrobić, a tym bardziej prosić was o cokolwiek. Ale prawda jest taka, że jesteście naszą ostatnią nadzieją. Jedyną nadzieją! Tylko wy możecie uchronić mojego serdecznego przyjaciela Carlosa przed śmiercią.

De la Vega spojrzał na pozostałych caballeros z wyraźną konsternacją. Emiliana ściągnęła ciemne brwi.

Don Gaspar, o czym ty mówisz? – wyraziła na głos myśli ojca. – Dlaczego don Carlosowi grozi śmierć?

Fuentes uśmiechnął się gorzko.

– Bo zadarł z niewłaściwym człowiekiem, – odparł. – Zadarł z lwem, który traktuje to i jego mieszkańców jak swoją własność, i którego ty jedna jesteś w stanie ujarzmić.

Dziewczyna zamrugała.

praktycznie mnie zaatakował” – powiedział Enrique. Ale przecież… nie, to niemożliwe! Kara śmierci za coś takiego?

Señor Torres wstał i położył dłoń na ramieniu Gaspara.

– Przyjacielu, spokojnie. Wiem, że jest ci ciężko, ale musisz mieć więcej cierpliwości. Alejandro, Emiliano, pozwólcie Gasparowi opowiedzieć, co wydarzyło się dzisiaj w garnizonie. Wtedy zrozumiecie powód naszej wizyty i na pewno będziecie chcieli nam pomóc.

– Przejdźmy wobec tego do salonu – zarządził de la Vega. – Będzie nam tam wygodniej. Emiliano, każ Marii podać wino, i przyjdź jak najprędzej.

*

Opowieść Gaspara była momentami chaotyczna i pełna emocji, ale zrozumiała, a jej sens wzburzył don Alejandro do tego stopnia, że starszy aż trzasnął dłonią w stół. Wino w kieliszkach zakołysało się niebezpiecznie.

– Nie no, tego już za wiele! – zawołał de la Vega. – Monastario z uczciwego pojedynku próbuje robić zdradę króla? Przecież to bezprawie!

– Właśnie dlatego przyszliśmy do was – powiedział don Nacho. – Bo ktoś musi mu o tym przypomnieć. Ktoś, kogo komendant zechce posłuchać.

Łagodne, ciemne oczy łysiejącego zatrzymały się na Emilianie.

– Ale dlaczego tą sprawą nie zajmie się alcalde? – dociekał Alejandro. – Czy pilnowanie praworządności w nie należy do jego obowiązków?

– I na tym właśnie polega problem, ! – odezwał się don Eduardo. – Nie, jeśli sprawa podlega wojskowej jurysdykcji. A oskarżenie o zdradę króla do takiej się właśnie kwalifikuje.

Don Alejandro zmarszczył siwe brwi.

– Czyli na dobrą sprawę, jeśli Monastario zechce oskarżyć kogokolwiek o zdradę króla… kogokolwiek z nas – powiedział powoli – nikt w nie ma władzy, żeby to podważyć? Komendant jest jednocześnie oskarżycielem i sędzią? Przecież to absurd!

Don Eduardo rozłożył bezradnie ręce. Don Nacho upił łyk wina.

– Proces – odezwała się Emiliana. – Trzeba namówić komendanta na zorganizowanie procesu, który poprowadzi niezależny sędzia. Don Gaspar, don i przedstawią swoje wersje wydarzeń i wszystko odbędzie się uczciwie.

Señor Fuentes podniósł spojrzenie szarych oczu na dziewczynę i postąpił krok w jej stronę.

– Przekonasz go do tego, ? Porozmawiasz z nim?

– Dlaczego właśnie moja córka? – zapytał don Alejandro z rozdrażnieniem, zanim Emiliana zdążyła odpowiedzieć. Gaspar wykręcił w zakłopotaniu palce.

– Wszyscy wiemy, jaki Monastario ma cel – bąknął, unikając surowego wzroku starszego . – I jeśli Emiliana powie kapitanowi, że tym sposobem nie zostanie jej mężem…

– Wydaje mi się, że to jednak ja mam więcej do powiedzenia w kwestii tego, kto zostanie bądź nie zostanie mężem mojej córki! – De la Vega podniósł głos.

– Alejandro, my tylko chcieliśmy wykorzystać uczucie kapitana do señority Emiliany, żeby odpowiednio komendantem pokierować i pokazać właściwy sposób postępowania – odezwał się don Eduardo pojednawczo. Gaspar poderwał głowę, w oczach błysnęła mu drwina.

– Jakie uczucie? – zapytał z ironią. – Don Eduardo, nie oszukujmy się, Monastario nie jest zakochany! Chcemy jedynie wykorzystać jego ambicje…

Don Nacho chrząknął znacząco, spoglądając na Emilianę. Gaspar urwał, ale minę miał zaciętą.

– Nie zgadzam się na mieszanie mojej córki do polityki – oświadczył don Alejandro zdecydowanym tonem. – Ja sam porozmawiam z komendantem i wyłożę mu wszystkie konsekwencje jego decyzji.

– Ojcze, nie! – zaprotestowała Emiliana. Czterej mężczyźni spojrzeli na nią, de la Vega uniósł brwi. – Chcę pomóc i wierzę, że jestem w stanie to zrobić – oświadczyła. Nie miała ochoty konfrontować się znów z Enrique i krytykować jego sposobu zarządzania , ale zdawała sobie sprawę, że wizyta ojca w garnizonie skończy się kłótnią obu mężczyzn i tylko pogorszy trudną sytuację.

Mi hija, ale nie ma takiej potrzeby! – Alejandro posłał córce uśmiech, który w założeniu miał być chyba uspokajający, ale Emilianie wydał się nieznośnie protekcjonalny. – Polityka to męskie sprawy. Powinnaś pozwolić zająć się nimi mężczyznom.

Dziewczyna zmrużyła oczy.

– Tak – odparła zjadliwie. – Atakujcie się w takim razie nawzajem, próbując udowodnić, kto ma większą władzę.

Ojciec spojrzał na nią surowo.

– Emiliano, zapominasz się – upomniał córkę.

, ależ nikt tutaj nie zamierza nikogo atakować – perswadował cierpliwie don Eduardo. Dziewczyna spojrzała na niego i uśmiechnęła się gorzko.

– Czy na pewno, don Eduardo? – zapytała cicho. Skrzyżowała ręce na piersiach i powiodła po mężczyznach śmiałym wzrokiem. – Bezprawie. Jak on śmie. Lew, który traktuje i jego mieszkańców jak swoją własność – mówiła z pozornym spokojem, chociaż ciemnozielone oczy lśniły gniewnie. – Nikt już nie pamięta, że w dzień objęcia urzędu komendanta kapitan Monastario sam pokonał bandytów grasujących w okolicy. Nikt nie widzi, że próbuje zaprowadzić w garnizonie porządek. Wszyscy krzyczą, że wyrzuca ludzi z domu, mimo że postępuje zgodnie z prawem.

Gaspar uśmiechnął się z wyższością.

, jako zakochana kobieta widzisz oczywiście jedną stronę medalu…

– Wy też, señores – przerwała mu stanowczo Emiliana. – Wy też. Pytanie tylko, dlaczego tak bardzo uparliście się widzieć tą gorszą.

Po tych słowach zapanowało niezręczne milczenie, przerwane dopiero przez don Eduardo.

– Ona ma rację – powiedział, patrząc na pozostałych caballeros. – Rzeczywiście, w sprawie Cabrerów potraktowaliśmy Monastario jak wroga. Ja sam niepotrzebnie się uniosłem, a byłem przecież jednym ze spokojniejszych negocjatorów.

– Broniliśmy członków naszej społeczności i Monastario powinien był to zrozumieć – sprzeciwił się Torres. – Nie pamiętam, kto pierwszy podniósł wtedy głos, ale nie dam sobie ręki uciąć, że to nie był on.

– Bo poszliśmy jak na wojnę, Nacho – spierał się don Eduardo. – Nas było pięciu, on jeden!

– No właśnie – wtrąciła Emiliana. – On jest tylko jeden, zupełnie sam w nowym miejscu. My wszyscy dobrze się znamy i wspieramy nawzajem. Nic dziwnego, że kapitan w sytuacjach konfliktu czuje, że jego władza jest zagrożona.

Don Alejandro prychnął.

– Jego poczucie zagrożenia jest bezpodstawne – oświadczył. – Mi hija, komendant nie jest władcą absolutnym. Oprócz niego władzę sprawuje jeszcze cabildo z alcalde na czele. Mam wrażenie, że twój Monastario bardzo nie lubi być kontrolowany. Nie mówię, że jest złym oficerem. Wręcz przeciwnie. Ale ze względu na swój wiek i porywczy, buntowniczy charakter nie powinien zostać mianowany komendantem.

– Zgadzam się z Alejandro – oznajmił don Nacho. – Kapitana trzeba nauczyć, gdzie jego miejsce, bo ani się obejrzymy, a lada chwila będziemy tutaj mieć dyktaturę.

– Już mamy – odezwała się Emiliana ze złością, zanim zdążyła przemyśleć swoje słowa. – Dyktaturę donów. Dyktaturę cabildo.

Don Eduardo i don Nacho wymienili zdumione, nieco zgorszone spojrzenia. Gaspar pokręcił głową, jakby nie spodziewał się niczego innego. De la Vega zmrużył oczy, blady z wściekłości.

– Dość tego, moja córko. Możesz pójść do siebie, zająć się swoimi sprawami. Skoro brak ci trzeźwego osądu sytuacji, nie przydasz nam się. Prędzej zaszkodzisz.

Upokorzona dziewczyna wyszła bez słowa, czując, jak płoną jej policzki. W progu usłyszała jeszcze, jak ojciec mówi do przyjaciół:

– Ach, gdyby Diego był tutaj! On by zrozumiał, on by nas poparł. Pierwszy biegłby rozmawiać z Monastario i nie potrzebowałby do tego wielu słów, tylko dobrej szpady!

jest zakochana – odezwał się don Eduardo, szukając jak zwykle usprawiedliwień dla całego świata.

– Łotr okręcił ją sobie wokół palca – mruknął Gaspar. Emiliana zagryzła usta niemal do krwi, żeby nie krzyknąć, i z premedytacją trzasnęła drzwiami.

*

Monastario zakołysał lekko kieliszkiem, przyglądając się przez chwilę jego zawartości w świetle świecy, po czym pociągnął solidny łyk wina. Wspomnienie nieudanych, bezsensownych oświadczyn nie dawało mu spokoju.

– Do diabła, dziewczyna ma rację – pomyślał ze złością. – Wszystko musi się odbyć zgodnie z tradycją. Nie jestem byle peonem czy pierwszym lepszym vaquero, żeby składać sobie z nią potajemne obietnice.

Zanim opowiedziała nieprawdziwą wersję wydarzeń, żeby ratować reputację señority de la Vegi, myślał o tym, żeby wykorzystać ich nocne przebywanie sam na sam do wymuszenia na don Alejandro zgody na małżeństwo. Ale koniec końców chyba dobrze się stało. Dumny haciendado mógłby znaleźć sposób, żeby nie ulegać takim szantażom. Bywały przecież podobne sprawy w Hiszpanii: a to odsyłano pannę do klasztoru na złość konkurentowi, a to wyzywano go na pojedynek czy nawet aranżowano nieszczęśliwy, tragiczny w skutkach wypadek zalotnika. Był też inny powód, ważniejszy niż pozostałe, dla którego Monastario chciał uzyskać dobrowolną zgodę de la Vegi na ślub z jego córką. Pragnął, by cała Kalifornia wiedziała, że bogaty i wpływowy uznał go za godnego połączenia ze swoją rodziną.

Nie było to jednak takie proste do osiągnięcia, jak początkowo sądził. Serce Emiliany należało wprawdzie do niego, ale stary de la Vega po sprawie z Cabrerami odnosił się do komendanta z jeszcze większą rezerwą, niż dotychczas.

Serce, kapitanie Enrique –  zabrzmiał mu w uszach słodki głosik señority. Monastario nienawidził, gdy zwracano się do niego po imieniu, ale to połączenie z jego rangą miało w sobie tyle uroku i jakiejś nieśmiałej poufałości, że uśmiechnął się lekko na samo wspomnienie. –  I ja, i mój ojciec chcemy poznać pańskie serce i wiedzieć, że jest dobre. Pański majątek interesuje nas dużo mniej.

Pokręcił głową i westchnął. Dziewczyna była bystra i wykształcona, ale zdecydowanie nie znała życia. Nie było w tym zresztą nic dziwnego! Jedyna córka najbogatszego ranchero w całej Kalifornii. Wszyscy zabiegali o jej przyjaźń i względy, chętnie przymykali oko na dziwactwa i pozwalali robić, co tylko zapragnęła. W takich warunkach każdy mógłby pozwolić sobie na szlachetność i wspaniałomyślność. Monastario nie miał tyle szczęścia. Podczas gdy troszczył się o przyszłość dzieci, kapitan o swoją musiał zadbać sam.

– Może niepotrzebnie tak się na nią uparłem? – zastanowił się i wychylił kieliszek do końca. Szumiało mu lekko w głowie. Trochę ze zmęczenia, a trochę dlatego, że wypił sam całą butelkę. – Pochodzi z najlepszej rodziny, to fakt, ale ten stary, uparty jak wół de la Vega tak łatwo jej nie odda. No i jest jeszcze brat! Nie wiadomo, czy kiedykolwiek wróci z Hiszpanii, ale jakby nie patrzeć, to on odziedziczy rodzinną fortunę.

Monastario spróbował przypomnieć sobie, kto jeszcze w Los miał córkę na wydaniu. Najlepiej jedynaczkę. Kojarzył jak przez mgłę, że chyba don Rodrigo ma tylko jedno dziecko, señoritę Rosę, która nawet robiła do komendanta słodkie oczy na przyjęciu. Miała kręcone, jasne włosy. Zapamiętał, bo to rzadki kolor u Hiszpanek.

No i był jeszcze Torres. Don Nacho miał przecież jedną, jedyną córkę.

– Jak jej tam było… Luisa? – usiłował przypomnieć sobie kapitan. – Nie, Luisa to żona. Elvira? Eugenia? A, mniejsza z tym.

Próbował przywołać w pamięci wygląd señority Torres. Na pewno widział ją obok Emiliany, bo obie panny się przyjaźniły. Chyba nawet kiedyś z nią rozmawiał. Może wtedy, w tawernie, po egzekucji Martineza?

Niestety, bez względu na to, jak bardzo by się nie starał, jedyna twarz, jaka stawała mu przed oczami, miała delikatne rysy, ciemnozielone oczy i dołeczki w zarumienionych policzkach.

*

Emiliana położyła się wcześnie. Przede wszystkim dlatego, że nie miała ochoty na rozmowy z ojcem po tym, jak otwarcie wyprosił ją z pokoju. Długo nie mogła jednak zasnąć. Donowie zabawili do późna. Ich głosy docierały niekiedy aż do jej sypialni. Słyszała toasty wznoszone za „przywrócenie porządku w ” i „pokazanie łotrowi, gdzie jego miejsce”, i nie mogła zapomnieć, że zaledwie kilka godzin temu odmówiła temu „łotrowi” swojej ręki tylko ze względu na ojca, który nie okazał jej opiniom ani zrozumienia, ani tym bardziej szacunku.

– Może źle zrobiłam – myślała, wpatrując się w wyszywany baldachim nad sobą. – Może trzeba było zaryzykować, iść za głosem serca. Przyjąć oświadczyny Enrique, założyć pierścień, pokazać wszystkim, że to jego wybrałam.

– I co dalej? – odezwał się cichy głos, łudząco podobny do głosu ojca. – Uciec? Pobrać się w sekrecie? Zrobiłabyś to, Emiliano de la Vega? Pokazałabyś się w po czymś takim?

przekręcała się z boku na bok, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Czuła się niezrozumiana i bardzo samotna, i miała poczucie, że jedynym mężczyzną, który traktował ją z szacunkiem, jak równą sobie, był ten właśnie łotr, z którym wojować chcieli jej ojciec i jego przyjaciele. Nie rozumiała ani ich niechęci, ani oskarżeń o swoje zaślepienie. , córka don Nacho, nigdy nie powiedziała o komendancie złego słowa i wyraźnie cieszyła się szczęściem przyjaciółki. Clara Cabrera robiła bardzo znaczące aluzje co do uczuć, jakie żywili wobec siebie i kapitan, i raczej Emilianę zachęcała, niż przestrzegała. Nawet Javier przekonał się do nieco szorstkiego oficera, a przecież wszyscy zawsze powtarzali, że dzieci potrafią poznać się na ludziach!

– Monastario nie jest zakochany – przypomniała sobie słowa don Gaspara.

– Och, Emiliana – odpowiedział natychmiast głos Enrique. – Nigdy nie wątp w moje uczucia.

A ponieważ z tych dwóch mężczyzn jedynie ten pierwszy próbował ją oszukać, a drugi dwa razy przed oszustwem ocalił, zdecydowała się uwierzyć kapitanowi. Z tą myślą w końcu zasnęła.

Obudziła się później niż zwykle. poinformowała ją, że don Alejandro z samego rana wyjechał.

– Dokąd? – zapytała z niepokojem. Planowała zaraz po śniadaniu wyruszyć do garnizonu, żeby porozmawiać z kapitanem Monastario, zanim pokłóci się z nim jej ojciec. Teraz obawiała się, że rodzic ją ubiegł.

– Na pastwiska – odparła służąca. – Przyjechał kupiec i don Alejandro pojechał z nim wybrać zwierzęta na sprzedaż.

Emiliana przypomniała sobie, że faktycznie, w drodze powrotnej z poprzedniego dnia ojciec wspominał o planowanej transakcji. Była jednak tak zajęta rozpamiętywaniem chwil spędzonych z kapitanem Monastario, że jednym uchem wpuściła, a drugim wypuściła tę wiadomość. Uspokojona, kazała podać sobie śniadanie i poprosiła Celię o dotrzymanie jej towarzystwa podczas posiłku.

*

Monastario zsiadł z konia i rzucił wodze niewysokiemu, smagłemu chłopcu.

Don Alejandro jest w domu? – zapytał.

– Nie, señor – odparł chłopak. – Wyjechał z samego rana.

– Doskonale. – Kapitan uśmiechnął się. – A señorita?

Chłopiec zmierzył go odrobinę nieufnym spojrzeniem.

, señor. Powinna być.

Uśmiech komendanta poszerzył się. Wszedł na patio jak do siebie, nie zwracając więcej uwagi na odprowadzającego go podejrzliwym wzrokiem chłopaka. Niemal natychmiast znalazł się przy nim kolejny służący, który uprzejmie poinformował go, że patrona nie ma w domu.

– Już słyszałem – burknął Monastario niecierpliwie. – Chcę się widzieć z señoritą Emilianą.

Służący, będący prawie w podeszłym wieku, wyglądał na wstrząśniętego.

– Ależ señor – odezwał się z łagodnym napomnieniem. – Señorita jest sama.

Kapitan przewrócił oczami.

– To dosyć oczywiste, skoro don Alejandro pojechał. Zaanonsuj mnie. Poczekam tutaj.

I usiadł na krześle w cieniu rozłożystego drzewa. Powoli zbliżało się południe, a gorącym powietrzem nie poruszał najmniejszy nawet powiew wiatru. Słysząc nieznoszący sprzeciwu ton gościa, służący nie śmiał dłużej protestować i oddalił się w kierunku hacjendy.

– Gdyby tylko ten przyzwoity głupiec wiedział, ile razy señorita była ze mną sama – pomyślał komendant i pokręcił głową.

Nie czekał długo. Wkrótce na patio pojawiła się Emiliana, ubrana w ciemnozieloną suknię zdobioną czarną koronką, która cudownie podkreślała kolor jej oczu i jeszcze bardziej cudownie odsłaniała niemal całe ramiona. Monastario autentycznie nie mógł oderwać od niej wzroku.

– To jest najładniejsza dziewczyna w całym – zdecydował. – Albo i całej Kalifornii. I zrobię wszystko, żeby była moja.

– Już się pan za mną stęsknił, kapitanie? – zapytała wesoło zamiast powitania. Oficer wstał i ucałował jej dłoń, przytrzymując ją przy ustach dłużej, niż uchodziło to za przyzwoite.

Señorita, a kto by nie tęsknił za takim widokiem? – odpowiedział, nie spuszczając z niej spojrzenia jasnoniebieskich oczu. Tak jak przewidywał, zaczerwieniła się, ale nie odwróciła wzroku.

– Pamięta pan Celię z przyjęcia, prawda? – dyplomatycznie zmieniła temat, wskazując na młodą dziewczynę z długim, czarnym warkoczem, którą Monastario dopiero teraz zauważył. – Moją służącą, a jednocześnie bliską przyjaciółkę i powierniczkę?

– Oczywiście! – skłamał natychmiast kapitan. Nigdy nie przywiązywał wagi do tego, jak wygląda czyjaś służba. – Señorita. – Skłonił uprzejmie głowę przed Celią, która dygnęła. W ciemnych oczach służącej lśniły figlarne iskierki. Komendant domyślił się, że Emiliana musiała całkiem sporo swojej powierniczce o nim opowiadać.

Usiedli razem przy stoliku pod drzewem, oficer i señorita de la Vega. przysiadła w pewnej odległości na ławeczce przy ścianie hacjendy w charakterze przyzwoitki, aby mieć na nich oko.

– Nie chcę, żeby służba zaczęła plotkować – wyjaśniła Emiliana półgłosem. – A gdyby mój ojciec wrócił i zastał nas zupełnie samych, wpadłby we wściekłość, zwłaszcza że trochę się wczoraj poróżniliśmy. Ufam Celii całkowicie. Przy niej możemy mówić wszystko.

Monastario uniósł brwi.

Señorita, czuję się urażony. Czyżbyś sugerowała, że mógłbym zrobić albo powiedzieć coś nieprzyzwoitego, co mogłoby cię skompromitować w obecności kogoś innego, niż najbliższa służąca?

Emiliana zmrużyła oczy.

– Nie zaprzeczy pan chyba, że dał mi ku takim sugestiom powody – odparła z przekornym uśmiechem.

Kapitan nachylił się do niej i dotknął lekko palcami wierzchu dłoni, którą dziewczyna trzymała na stoliku.

– Ale i ty nie zaprzeczysz, señorita, że sama często prowokujesz moje reakcje. – Zatrzymał dłużej wzrok na jej odsłoniętych ramionach. Dziewczyna zarumieniła się jeszcze bardziej.

– Jest pan zupełnie niemożliwy.

Monastario uśmiechnął się rozbrajająco.

– Słyszałem to bardzo często od mojej guwernantki. A skoro o nauce mowa, mam coś dla ciebie.

Podniósł swoje leżące na stole sombrero, które przykrywało niewielką, wysłużoną już książkę w brązowej okładce. Dziewczyna wzięła ją do rąk, zaciekawiona.

– Podstawy szermierki. Podręcznik dla początkujących – przeczytała na głos wypisany jasnymi literami tytuł.

– Wierzę przede wszystkim w naukę praktyczną, ale nie zaszkodzi połączyć jej z teorią. Znajdziesz tutaj wiele bardzo przydatnych wskazówek odnośnie postawy, pracy nóg, ruchu ramienia i nadgarstka.

Emiliana przewracała kartki z wyraźnym zafascynowaniem, zatrzymując dłużej wzrok na dopracowanych, pełnych detali ilustracjach. Podniosła na chwilę głowę, żeby spojrzeć na oficera.

– Pan się z niej uczył? – spytała.

Si. Dawno temu, gdy byłem jeszcze chłopcem. Dostałem ją od mojego wuja Enrique, który też służył w armii.

Señorita spojrzała na niego i uśmiechnęła się lekko.

– To po nim otrzymał pan imię? – domyśliła się.

Monastario skinął głową.

– Mama się uparła – Ten jeden jedyny raz, pomyślał – że nazwie mnie po swoim bracie.

– I słusznie – orzekła Emiliana. – Pasuje do pana.

Kapitan spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem.

– To przecież imię królów hiszpańskich – wyjaśniła. – Czytałam, że dosłownie oznacza „władcę”. Nie podoba się panu?

Monastario potarł brodę w zastanowieniu.

– Władca, naprawdę? – zapytał z zainteresowaniem i rosnącym zadowoleniem. Jedna ze służących przyniosła im chłodną lemoniadę.

– Zastanawiałam się – odezwała się Emiliana, nalewając gościowi napój – czy ktoś z pana przyjaciół używa jakiegoś zdrobnienia, zwracając się do pana?

– Nie – odparł natychmiast kapitan. – Jeszcze tego by brakowało. W armii zwracamy się do siebie po nazwisku albo randze. Za zdrobnienia obciąłbym uszy.

Dziewczyna zaśmiała się.

– Muszę w takim razie uważać – przesunęła w jego stronę szklankę z lemoniadą, nachylając się jednocześnie – Rique – szepnęła z figlarnym błyskiem w oku. Monastario aż podskoczył.

– Skąd wiesz…? – zaczął z lekką irytacją, mrużąc oczy.

– O czym? – zapytała niewinnie señorita. – Och, czyli jednak ktoś tak na pana mówi! – zawołała radośnie. Komendant westchnął ciężko.

– Moja matka – powiedział ponuro. – I siostra. A jeśli ktokolwiek w dowie się o tym, będę wiedział, skąd, i przysięgam, opowiem wszystkim ze szczegółami, kto spędził ze mną całą noc na szukaniu skarbu.

Dziewczyna roześmiała się.

– Szach mat, kapitanie. Czy raczej pat, skoro oboje mamy teraz na siebie materiał szantażowy. Nie miałam pewności, czy ktokolwiek mówi na pana „Rique”, ale to popularne zdrobnienie, więc zaryzykowałam. Niech pan będzie spokojny, będę trzymać się rangi. Dziękuję za książkę, señor capitán. – Podkreśliła ostatnie dwa słowa i położyła rękę na ramieniu oficera. Monastario mimowolnie się skrzywił. Oczy Emiliany rozszerzyły się i señorita pospiesznie zabrała dłoń. – Mio Dios, strasznie przepraszam! Zupełnie zapomniałam! Powinnam była zapytać o to na samym początku: jak pańskie ramię?

– W porządku, señorita. – Komendant machnął lekceważąco ręką. –Właściwie zapomniałem już, że zostałem ranny.

Dziewczyna spoważniała niespodziewanie.

– Ale donowie nie zapomnieli – powiedziała. – Don Gaspar opowiedział wszystkim, co się stało. Przyjechali tu wczoraj prosić ojca i mnie o pomoc…

– W czym? – przerwał Monastario z gniewem. Oczy mu pociemniały. – W zakwestionowaniu moich rozkazów?

Emiliana przymknęła powieki.

– W przekonaniu pana do wydania innego wyroku – odparła zmęczonym tonem.

– Ach tak? – Mężczyzna pochylił się w jej stronę. – Powiedz, señorita, kto tutaj jest komendantem: ja, don Alejandro, a może całe cabildo? – syknął.

Dziewczyna nachyliła się i przykryła jego dłoń swoją.

– Kapitanie, nikt nie chce kwestionować pańskiej władzy. A przynajmniej… – Przygryzła wargę i rozejrzała się niespokojnie dookoła. – Ja nie chcę tego robić – dodała ciszej. – Dlatego pana ostrzegam. Donowie z moim ojcem na czele przyjdą dzisiaj żądać innej kary dla don Carlosa i uczciwego procesu.

Monastario prychnął.

– Ten łotr nie zasługuje ani na jedno, ani na drugie!

– Wiem – powiedziała Emiliana z naciskiem. Kapitan spojrzał na nią z niejakim zdziwieniem. – To znaczy – poprawiła się szybko – ja też nie przepadam za don Carlosem i nie podoba mi się sposób, w jaki pana traktuje. Ale, na miłość boską, to nie jest powód, żeby skazywać człowieka na śmierć! Są inne kary, może nawet bardziej dotkliwe, prawda? Wymierzone w miłość własną don Carlosa, raniące jego próżność i dumę.

Monastario zmrużył oczy i, gładząc w namyśle kozią bródkę, patrzył uważnie na dziewczynę. Jej palce głaskały delikatnie jego spoczywającą na stoliku dłoń.

– Pan wie, jak boli utrata pozycji – odezwała się Emiliana cicho, nie spuszczając z oficera wzroku. – I majątku.

– To właśnie czeka don Carlosa – odpowiedział komendant. – Zabiorę wszystkie jego posiadłości, przejmę je w imieniu państwa jako należące do zdrajcy.

Señorita uniosła brwi.

– A on nie dożyje, żeby być tego świadkiem, tak? Nie poczuje nawet upokorzenia, które go spotkało. Gorzej! Cabildo zrobi z niego męczennika, dowód na to, że komendant Los Angeles morduje arystokrację. Tego pan chce?

Monastario zacisnął usta.

– Nikogo nie morduję – wycedził przez zęby. – Za atak na reprezentanta władzy królewskiej prawo przewiduje karę śmierci.

– Ale atak w sensie fizycznym, prawda? – nie ustępowała Emiliana. – Napaść zbrojną, nie ustną prowokację. Fakt, że don Carlos pana obraził, a pan wyciągnął szpadę, robi z całego zajścia pojedynek dwóch caballeros, nie atak na przedstawiciela władzy.

– Nadal jest to pojedynek z przedstawicielem władzy, sprowokowany przez cywila – upierał się komendant. – Nie można go osądzać tak jak każdą inną walkę pomiędzy donami.

– Nie można – zgodziła się dziewczyna. – Ale można pokazać swoją dobrą wolę, organizując mu uczciwy proces, podczas którego pan, don Carlos i don Gaspar opowiedzą, co wydarzyło się w garnizonie. Wykaże pan, że sprawa jest skomplikowana, bo don Carlos jednak słownie zaatakował reprezentanta króla, i dlatego należy mu się, przynajmniej w jakiejś części, kara przewidziana dla zdrajców.

Monastario uniósł lekko kącik ust.

Don Carlos zostaje pozbawiony majątku i patrzy, jak przejmuję go w imieniu państwa.

– A cabildo nie może panu nic zarzucić, bo przecież wybrał pan łagodniejszą połowę kary dla zdrajców – dodała Emiliana z przebiegłym uśmiechem. Kapitan pokręcił głową.

Señorita, współczuję każdemu, kto nie ma cię po swojej stronie.

Dziewczyna zaśmiała się.

– Proszę się cieszyć, że stoję po pańskiej. – Poklepała go delikatnie po dłoni i chciała zabrać rękę, ale komendant ją ubiegł. Pochwycił jej palce i przycisnął do ust.

Muchas , señorita – powiedział z rzadkim u niego, ciepłym uśmiechem. – Dziękuję, że mnie ostrzegasz i nawet sama wymyślasz doskonały plan działania.

Wypuścił jej rękę z uścisku i wstał.

– Mam w tym i własny interes, kapitanie – odparła, również się podnosząc i mierząc go wzrokiem. – Gdy przejmie pan majątek don Carlosa, oczywiście w imieniu państwa, nie wzbudzając przy tym gniewu donów… – Uśmiechnęła się figlarnie. – Może wtedy przedstawi pan w końcu prośbę o moją rękę właściwej osobie.

Monastario całym wysiłkiem woli powstrzymał rumieniec wstydu, który próbował wpełznąć mu na policzki. Zmrużył oczy i postąpił krok w stronę Emiliany. Uśmiechała się bezczelnie, bardzo z siebie zadowolona, i patrzyła na niego wyzywająco. Gdyby była mężczyzną, powiedziałby jej kilka dosadnych słów, może zagroził pojedynkiem, ale w tej sytuacji… Cóż. Jaki przeciwnik, taka broń.

Nachylił się i pocałował ją szybko w usta. Odskoczyła, rozglądając się z przestrachem dookoła.

– Kapitanie! – zawołała z naganą. Oficer uśmiechnął się szeroko.

– To za brak szacunku do przedstawiciela władzy – odparł, biorąc do ręki swoje sombrero. Dziewczyna patrzyła na niego tak, jak gdyby nie mogła się zdecydować, czy jest bardziej oburzona, czy może jednak zadowolona.

– Skoro takie kary przewiduje pan za przekomarzanie się z reprezentantem króla – powiedziała w końcu z błyskiem w oczach – chyba rozważę częstsze nieokazywanie szacunku.

*

Gdy Monastario pożegnał się i pojechał, Emiliana westchnęła i odwróciła się do Celii. Służąca natychmiast podeszła do swojej pani.

– Celio, nie powiesz nikomu, jak nasz komendant karze bezczelne señority, prawda?

Dziewczyna zachichotała.

– Oczywiście, że nie, señorita! To będzie nasza tajemnica, bądź spokojna.

Emiliana uścisnęła jej dłonie.

– Gracias. – Westchnęła. – Ależ on jest… myślę, że „niemożliwy” to naprawdę odpowiednie słowo. Przez większość czasu w jego obecności nie mogę się zdecydować, czy mam ochotę go trzepnąć w głowę, czy jednak pocałować. Ale jeszcze nigdy nie spotkałam mężczyzny, który okazywałby mi jednocześnie względy, podziw dla mojego wyglądu i szacunek wobec moich opinii. Kto byłby nie tylko zalotnikiem, ale i przyjacielem, który potrafi mnie zrozumieć.

– Bardzo się cieszę, señorita – oznajmiła . – Wydajesz się mieć na kapitana dobry wpływ – dodała.

– Prawda? – Emiliana uśmiechnęła się, bardzo z siebie zadowolona. – Wyszło na moje, oczywiście. Wystarczyło z nim spokojnie porozmawiać, wyjaśnić wszystkie wady i zalety tego, co chce zrobić, pokazać, że naprawdę jest się po jego stronie. Ale nie, przecież prościej wyskoczyć od razu z żądaniami do przedstawiciela władzy i pokłócić się o to, kto ma więcej do powiedzenia, zamiast wypracować wspólny sposób działania – dorzuciła z rozdrażnieniem. pogłaskała ją po ramieniu. Señorita ponownie westchnęła i spojrzała na służącą. – Pewnego dnia, Celio, mój ojciec i jego przyjaciele zobaczą, jakim człowiekiem kapitan Enrique jest naprawdę. I z wielkim wstydem przyznają, że to ja, a nie oni, miałam rację.

*

Monastario tymczasem wracał nieśpiesznie do , układając w głowie plan działania. Wiedział, że czeka go konfrontacja ze starym de la Vegą i innymi krzykaczami, i przygotowywał się wewnętrznie na udawanie pełnego urazy oburzenia.

– Za kogo wy mnie macie, señores? Za bandytę? Zapraszam was jutro rano na proces, oczywiście publiczny. Przedstawię swoją wersję wydarzeń, a don Carlos i niech czują się zaproszeni przedstawić swoje – układał w myślach to, co powinien powiedzieć.

Nie podejrzewał Emiliany o takie zdolności do intryg i kalkulacji. Miała rację, Carlos powinien przeżyć, żeby w pełni doświadczyć upokorzenia. Śmierć nie była adekwatną karą dla dumnego . Ale z drugiej strony, żywy wróg to nadal wróg niebezpieczny, zwłaszcza jeśli jest zapalczywym, nieustępliwym młodym donem w pełni sił, popieranym przez całą społeczność.

Na szczęście komendant miał inny plan. Jego powodzenie wiązał z przekonaniem, że każdy człowiek posiada swoją cenę. Pozostawało tylko sprawdzić, ile będą kosztować odpowiednie zeznania don Gaspara.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *