Serce nie sługa – Rozdział 3: Dwóch zalotników

3.

Klingi dźwięczały w ciszy poranka.

– Wyprostuj rękę, ! O tak, dobrze! A teraz atakuj. Śmiało, nie bój się o mnie. Wypad i pchnięcie!

Emiliana zebrała się i zrobiła krok do przodu – zbyt duży. Zachwiała się dosłownie na moment, odzyskując zaraz równowagę, ale tę właśnie chwilę wykorzystał Monastario, z łatwością wytrącając jej szpadę z ręki.

Dziewczyna pochyliła się, opierając dłonie tuż nad kolanami, i westchnęła z irytacją. Komendant zerknął na nią z ukosa.

– Jak długą przerwę miałaś?

– Ostatni raz ćwiczyłam miesiąc temu – mruknęła. Monastario zmarszczył brwi.

– A z przeciwnikiem? – doprecyzował. Wyprostowała się, ale unikała jego wzroku.

– Prawie dwa lata – odpowiedziała cicho. Podniósł leżącą na ziemi szpadę i, podchodząc bliżej, wręczył dziewczynie, a potem zdecydowanym ruchem uniósł jej podbródek, zmuszając, żeby spojrzała mu w oczy.

– To długo – powiedział. – Nie oczekuj od siebie zbyt wiele, Emiliana. Musisz dopiero przypomnieć sobie wszystko, czego cię uczono.

Patrzyła na niego trochę szklistymi oczami, zaczerwiona z wysiłku, wstydu i złości.

– Tak bardzo pragnęłam okazać się godnym przeciwnikiem – wyznała. – Nie chciałam, żeby tracił pan ze mną czas.

Palce Monastario pogładziły delikatnie linię jej szczęki. Kąciki ust mężczyzny uniosły się lekko w uśmiechu, który złagodził jego rysy.

, nie przyjechałem na pojedynek. Jestem tu, żeby dać ci lekcję. I nigdy nawet nie myśl, że czas spędzany z tobą może być dla mnie stracony.

Policzki Emiliany pozostawały zarumienione, ale już z zupełnie innych powodów.

– Ale przecież… na pewno ma pan obowiązki w garnizonie – bąknęła.

– Mam też od nich ludzi. – Uśmiechnął się trochę arogancko. – Komendantowi także należy się jakieś wolne, prawda?

Przesunął palce nieco wyżej i założył jej za ucho kosmyk, który wysunął się z upięcia podczas walki. Emiliana uśmiechnęła się do niego.

– Mogę uczciwie powiedzieć, że nigdy nie spotkałem señority, która posługiwałaby się szpadą równie dobrze jak ty – ciągnął Monastario z przebiegłym półuśmiechem. W niebieskich oczach tańczyły zawadiackie iskierki.

Emiliana parsknęła z niedowierzaniem.

– Wiele kobiet władających szpadą pan spotkał, señor capitán? – spytała z ironią, unosząc brwi.

Monastario zaśmiał się i nachylił tak, że prawie dotknął nosem jej nosa, a Emiliana na moment wstrzymała oddech, bo była pewna, że chce ją pocałować, ale on tylko zmrużył oczy i powiedział:

– Nie psuj komplementu, . A teraz stawaj! Koniec przerwy.

Ćwiczyli jeszcze dobrą godzinę. Monastario korygował jej postawę, to każąc pilnować prostej ręki, to znów uginać bardziej kolana. W pewnym momencie stanął tuż za nią, opierając jedną dłoń na jej biodrze, a drugą obejmując nadgarstek.

– Nie cofaj ręki przed pchnięciem, – powiedział. Emiliana z całą mocą zdała sobie sprawę z ich różnicy wzrostu. Czubek jej głowy wchodził idealnie pod jego podbródek. – Chcesz pchnąć przeciwnika, a nie dziabnąć jak kurczaka rożnem.

Poprowadził kilka razy jej ramię, pokazując właściwy ruch, a potem poprawiał jeszcze pozycję nóg. Emilianie serce waliło jak młotem i potrzebowała całej siły woli, żeby skupić się na tym, co do niej mówił.

W końcu Monastario łaskawie zarządził koniec lekcji na dziś i oboje usiedli na trawie, oddychając ciężko. Słońce mocno już przygrzewało, chociaż zaczęli trening z samego rana. Wyciągnęli bukłaki z wodą, kryjąc się w przyjemnie chłodnym cieniu drzew. Emiliana wykradła z kuchni tortille z surową, podsuszaną szynką i warzywami, które ich kucharka Maria szykowała na śniadanie, i właśnie dzieliła się nimi ze swoim nowym instruktorem fechtunku.

– Dobrze ci idzie, – powiedział Monastario, przyjmując chętnie drugie śniadanie. Mimo gorąca trzymał się zasad i nie zdjął kurtki od munduru. Kilka kosmyków starannie ułożonych, czarnych włosów opadło mu na zroszone potem czoło.

, señor capitán. – Dziewczyna uśmiechnęła się z przekąsem. – Jest pan bardzo miły, ale wiem, że daleko mi jeszcze do poziomu, który chciałabym mieć.

Komendant pokręcił głową z rozbawieniem.

– Powoli, ! Nie od razu Rzym zbudowano. Ale rozumiem cię – dodał. – Też nigdy nie lubiłem czekać. Wiesz, za co najczęściej zbierałem baty od moich nauczycieli?

Dziewczyna potrząsnęła głową i spojrzała na niego, zaciekawiona. Monastario uniósł brwi i zniżył głos.

– Za używanie niestosownego słownictwa za każdym razem, gdy coś mi nie wychodziło.

Emiliana parsknęła śmiechem.

– Dobrze, że nie używa pan niestosownego słownictwa, gdy coś nie wychodzi innym! Wtedy dopiero bym się nasłuchała!

– Oczywiście, że używam – odparł, a jego błękitne oczy przybrały niewinny wyraz – ale nigdy w obecności damy. – Skłonił lekko głowę, wywołując uśmiech na twarzy dziewczyny. Naprawdę lubiła, gdy pochlebiał jej w ten sposób. Kiedy stawiał ją na równi ze sobą i traktował jak godnego partnera do walki, a jednocześnie nie zapominał, że jest kobietą.

– To był dopiero początek, . Będziemy ćwiczyć dalej. Dopracujemy pchnięcia, weźmiemy się za parowanie i zastawianie. Potem mogę nauczyć cię kilku pożytecznych sztuczek ze szpadą, które parę razy uratowały mi życie.

– Opowie mi pan o tym? – spytała żywo Emiliana. Spojrzał na nią jakby z lekkim zdziwieniem.

– Jeśli chcesz. Postaram się omijać bardziej brutalne szczegóły. Ale nie dziś, . Musiałbym pokazać ci te pchnięcia, które mi wtedy pomogły, więc opowiem ci, gdy będziemy je ćwiczyli.

Dziewczyna zmrużyła oczy.

– Chce pan, żebym umarła z ciekawości? – spytała z udawanym wyrzutem. Monastario uśmiechnął się przebiegle.

– Daję ci tylko powody, żebyś wyczekiwała naszych lekcji.

– I tak ich wyczekuję – odparła Emiliana, zanim zdążyła ugryźć się w język. Komendant zaśmiał się.

– Bardzo mnie to cieszy – powiedział. Zarumieniona próbowała jeszcze ratować sytuację.

– Bo dawno nie miałam okazji poćwiczyć fechtunku, rozumie pan – pospieszyła z wyjaśnieniem, które w zamierzeniu miało brzmieć niedbale i obojętnie.

– Oczywiście, . Rozumiem doskonale.

Uśmiechał się szeroko, wyraźnie z siebie zadowolony, i patrzył na nią triumfalnie, a Emiliana miała wielką ochotę jęknąć i uderzyć się dłonią w czoło.

– Co to za miejsce, ? – Monastario litościwie zmienił temat i rozejrzał się po niewielkiej polance, na której ćwiczyli.

– Jedno z niewielu osłoniętych drzewami od strony głównego traktu – odparła dziewczyna, witając nowy przedmiot rozmowy z ulgą. – Odkryłam je dawno temu. Przychodziłyśmy tutaj z moją przyjaciółką, Eleną Torres, dzielić się sekretami, aż w końcu nakrył nas mój brat i jego koledzy, i miejsce przestało być tylko nasze.

– Brat starszy czy młodszy? – zainteresował się kapitan.

– Starszy, ale niewiele. Cztery lata.

– Wspominałaś, że jest w Hiszpanii, jeśli dobrze pamiętam?

. – Emiliana skinęła głową. – Wyjechał do Madrytu na studia już dwa lata temu. Trochę mi go brakuje. Jak dorośliśmy i przestał uważać mnie za plączące się pod nogami dziecko, spędzaliśmy dużo czasu razem. Pan ma rodzeństwo, kapitanie?

– Młodszą siostrę. I też ją zawsze wyganiałem, gdy chodziła za mną i kolegami. – Uśmiechnął się tym swoim zadziornym półuśmiechem, który tak podobał się Emilianie.

– Na pewno była z tego powodu niezadowolona – stwierdziła dziewczyna.

– Czy ja wiem? Szybko znalazła sobie damskie towarzystwo. Jest znacznie mniej zainteresowana męskimi zajęciami niż ty, . – Mrugnął do niej, dając do zrozumienia, że wcale nie uważa jej zainteresowań za coś złego.

– Prawdziwa dama, rozumiem. – Emiliana uśmiechnęła się trochę gorzko. – Ojciec często wypominał, że moje zachowania nie przystoją córce . Tak jakby to była moja wina! – dodała z wyrzutem. Westchnęła i spojrzała na komendanta. – Wychowałam się z mężczyznami, señor capitán. Ojciec traktował mnie i brata jednakowo, czego uczył Diego, uczył i mnie. Dopiero gdy skończyłam jedenaście lat, doña Luisa zwróciła ojcu uwagę, że dziewczynka powinna mieć nieco inne zainteresowania i obowiązki.

– Wyszywanie zamiast szpady? – domyślił się Monastario. Emiliana skrzywiła się.

– Między innymi. Nie wszystko było zupełnie złe, nie. Spodobało mi się zajmowanie się domem, szykowanie przyjęć dla gości i zabawianie ich podczas wizyty. Ale wyszywania nie cierpię i nigdy nie polubię.

Kapitan roześmiał się.

– A lektura? Moja siostra ciągle coś czytała.

– Och, lektura jak najbardziej! Ale wszystkie señority tutaj czytują raczej poezję i romanse, a ja wolę książki historyczne i powieści przygodowe.

– Czytałaś, , „Łazika z Tormesu”?

Cała twarz Emiliany aż się rozjaśniła od szerokiego uśmiechu. Ciemnozielone oczy zalśniły.

– Żeby to raz! – zawołała. – Uwielbiam tę książkę!

Okazało się, że dzielą więcej ulubionych pozycji. Monastario nie był wielkim znawcą literatury, ale cenił w lekturze to samo, co ona: wartką akcję i bohaterów z charakterem. Mimowolnie Emiliana zaczęła się zastanawiać nad pochodzeniem kapitana. Pomimo pragmatycznej i aktywnej natury znał wszystkie tytuły, które chłopak z dobrego domu powinien kojarzyć, a jego maniery także wskazywały na staranne wychowanie. Nie mógł być prostym Hiszpanem, to pewne. Ale jak zamożna była jego rodzina i jak wysoką miała pozycję, o to jej pytać nie wypadało.

Słońce stało już wysoko, gdy Monastario bardzo niechętnie oznajmił, że musi wracać do swoich obowiązków, bo inaczej będzie aż do końca tygodnia naprawiał wszystkie niedopatrzenia i błędy sierżanta Garcii. Emiliana zdała sobie sprawę, że ojciec może się o nią niepokoić. W końcu nikomu nie powiedziała, dokąd jedzie tak wcześnie.

Rozstali się na rozstaju dróg, umówieni na następną lekcję jutro o tej samej porze.

zzz Monastario zzz

– Emiliana! Gdzie byłaś, mi hija? – Donośny głos ojca rozbrzmiał w uszach señority, gdy tylko wślizgnęła się przez bramę, oddając uprzednio konia służącemu. Westchnęła w myślach. To by było na tyle, jeśli chodzi o dyskretny powrót.

– Na przejażdżce, mi papa – odparła wesoło, przywołując na twarz uśmiech i odwracając się w kierunku don Alejandra. Przez chwilę rozważała, żeby podejść i dać się ucałować, ale przypomniała sobie, że jest spocona po treningu.

– W takim stroju? – Starszy de La Vega uniósł lekko brwi. Emiliana wzruszyła ramionami.

– Tak jest dużo wygodniej niż w sukni. Poćwiczyłam też trochę pchnięcia – dodała, poklepując rękojeść zwisającej przy boku szpady. – Och, nie patrz tak na mnie, mi papa!

Don westchnął.

– Znasz moje zdanie na temat takich zajęć – powiedział.

– Ale zgadzasz się ze mną, że muszę umieć się obronić? Na wszelki wypadek?

Ojciec potarł w zakłopotaniu podbródek.

– Jak najbardziej! Ale…

– Ojcze, nikt mnie nie widział. – Emiliana podeszła i ujęła jego szorstkie dłonie w swoje, wciąż w rękawiczkach.

Oprócz pewnego niebieskookiego kapitana – zaszeptał drwiąco głosik w głowie. Zignorowała go..

– Znam swoje obowiązki i szanuję reputację naszej rodziny. Ale myślę, że nie zaszkodzi zadbać o moje umiejętności jeździeckie i szermiercze. Odpowiednio dyskretnie, oczywiście.

– Pamiętaj zwłaszcza o tym ostatnim, proszę cię, Emiliano – powiedział poważnie don . Dziewczyna zaśmiała się i ucałowała jego dłonie.

– Trochę więcej wiary we mnie, papa! – Uśmiechnęła się łobuzersko. De La Vega pokręcił głową, udobruchany.

– Idź się przebrać, moja Amazonko. – Mrugnął do niej.

zzz Monastario zzz

Ledwo Emiliana skończyła zakładać szafirową suknię z szerokimi, opadającymi rękawami z białej koronki, dzieląc się z Celią tajemnicą swoich lekcji fechtunku, poinformowano ją, że ma gościa.

– Och, Emiliana, czy myślisz, że to capitán Enrique? – szepnęła podekscytowana . Entuzjazm i radość swojej pani zaczęły jej się najwyraźniej udzielać.

– Nie, nie sądzę – odparła z namysłem. – Stracił dzisiaj na mnie wystarczająco dużo czasu. Poza tym nie wiem, po co miałby przychodzić, skoro widzieliśmy się tak niedawno?

– Może poprosić o twoją rękę? – podsunęła Celia chytrze.

Emiliana uniosła sceptycznie brwi.

– Tak szybko?

Pokojówka wzruszyła ramionami.

– Wydaje się być człowiekiem, który nie traci czasu.

Myśl ta zadomowiła się w głowie Emiliany, dlatego gdy dziewczyna wyszła na patio i zobaczyła don Gaspara, poczuła się nieco zawiedziona.

Mężczyzna siedział przy stoliku pod wielkim, rozłożystym drzewem, które rosło na środku placu, i popijał wino razem z jej ojcem. Wstał, gdy podeszła.

Emiliana! Twój widok jak zwykle cieszy oczy i koi duszę każdego .

Ucałował jej dłoń, uśmiechając się czarująco. Był wysokim, postawnym mężczyzną o silnie zarysowanej szczęce i orlim nosie, z zadbanym wąsem i bródką. Dłuższe włosy o ciemnozłotym odcieniu nosił zawsze ułożone w staranne fale. Siwe oczy lśniły energią i tą radością, którą czerpie się z dobrego, wygodnego życia.

Don Gaspar ma do ciebie sprawę, mi hija – odezwał się don Alejandro. Emiliana spojrzała na gościa, zaciekawiona.

– Doprawdy? W takim razie zamieniam się w słuch. – Usiadła, spodziewając się, że don Gaspar uczyni to samo. On jednak stał przed nią jeszcze chwilę, po czym, powziąwszy decyzję, przyklęknął na jedno kolano i ujął jej dłoń.

Emiliana, oddaję ci we władzę moje szczęście, moje życie. Możesz nimi dziś rozporządzać, bo zależą od jednego słowa, które wypowiesz.

Dziewczyna nie potrafiła opanować przestrachu, który odbił się w jej oczach, ale mężczyzna nie wydawał się zauważać wrażenia, jakie wywierają na niej jego słowa.

– Piękna Emiliano, różo Kalifornii – ciągnął. – Czy zechcesz uczynić mnie najszczęśliwszym z ludzi i zostać moją żoną?

W ciszy, jaka zapadła po tych słowach, słychać było leniwe brzęczenie muchy. Don Gaspar patrzył na Emilianę z nadzieją i wręcz desperacją, wstrzymując oddech. Ojciec aprobująco kiwał głową, niedyskretnie zachęcając dziewczynę do pozytywnej odpowiedzi. Wspomnienie przeszywającego na wylot spojrzenia niebieskich oczu kapitana Monastario, jego dźwięcznego śmiechu i rozkazującego głosu nie dawało jej spokoju.

Don Gaspar, czyni mi pan wielki zaszczyt swoją prośbą – zaczęła delikatnie. – Dziękuję, señor, z całego serca, ale nie mogę jej przyjąć. Niech ten honor i szczęście spotkają inną, bardziej odpowiednią señoritę.

Uścisk mężczyzny niemal zmiażdżył jej palce.

– Ależ señorita Emiliana! – wykrzyknął. – Nie ma bardziej odpowiedniej kobiety od ciebie!

Drwiący uśmiech wykrzywił usta dziewczyny.

– Ciekawe – powiedziała cicho – czy każda señorita słyszała od pana te słowa.

Don Gaspar zamrugał.

Señorita, obawiam się, że nie wiem…

– …o czym mówię? – Emiliana wstała, nie zważając na ostrzegawcze spojrzenia, które rzucał jej ojciec. Wyszarpnęła niemal ręce z uścisku dłoni zalotnika. – Wszyscy wiedzą, że jest pan miłośnikiem kobiet, don Gaspar. Czerwona róża dla jednej, serenada pod oknem drugiej, ognisty taniec z trzecią.

podniósł się, otrzepał kolana i spojrzał na nią z urazą.

Señorita, z całym szacunkiem, ale jesteś ostatnią osobą, która powinna komuś wypominać ogniste tańce – zauważył, unosząc lekko brwi i kącik ust w kpiącym uśmiechu. Emiliana poczerwieniała.

– Ale ja tańczę w szczególny sposób tylko z jednym człowiekiem – wycedziła. – A pan całkowicie rozminął się z sensem mojej wypowiedzi.

chrząknął ostrzegawczo i spiorunował córkę wzrokiem.

– A mnie się wydaje, señorita – odezwał się chłodno don Gaspar – że zrozumiałem ten sens, który wolałaś ukryć przed wszystkimi. No cóż. – Sięgnął po leżący na stole, wytworny kapelusz ze złotymi zdobieniami. – Twój wybór. Czas pokaże, czy dobry.

Don Gaspar. – De La Vega wstał i położył dłoń na ramieniu młodszego mężczyzny. – Proszę jeszcze poczekać. Proszę nie żywić do mojej córki urazy…

– Och, nie, don Alejandro, nic z tych rzeczy! – Gość machnął ręką niedbale. – Życzę jej jak najlepiej, a z panem, señor, pozostaję jak zwykle w przyjaźni.

– Emiliana jeszcze się zastanowi – powiedział don tonem nieznoszącym sprzeciwu i łypnął groźnie na córkę spod zmarszczonych brwi. – Niech pan nie uważa jej dzisiejszych słów za ostateczną odpowiedź, por favor.

Don Gaspar skłonił się z szacunkiem.

– Doceniam pańskie starania, don Alejandro, proszę jednak nie przymuszać señority ze względu na mnie, skoro jej serce wybrało inaczej.

Spojrzenie, które przelotnie rzucił Emilianie, było wyraźnie jadowite pomimo jego pięknych i grzecznych słów.

– Jej serce jest młode i potrzebuje czasu – uciął de La Vega. – Oraz rozsądnej rady. Proszę przyjechać jutro.

– Zgodnie z życzeniem, señor. – ponownie się skłonił. Emiliana powstrzymała się, żeby nie przewrócić oczami. Ile jeszcze ten błazen będzie się płaszczył przed jej ojcem?

–  Capitán Enrique nigdy w życiu by tak nie zrobił – przyszło jej na myśl. – Ma w sobie zbyt wiele dumy i honoru, żeby lizać cudze buty.

Uwielbiała go za to.

– Muszę jechać do , señor. Pilne sprawy wymagają załatwienia. – Don Gaspar uścisnął dłoń don Alejandro. Przed Emilianą ukłonił się sztywno i oficjalnie, a gdy składał pocałunek na jej palcach, szepnął tak, żeby tylko señorita go usłyszała:

– Przekażę komendantowi moje gratulacje.

Następnie założył kapelusz i dumnym krokiem opuścił hacjendę de La Vegów.

zzz Monastario zzz

Dobry humor, w jakim wrócił z lekcji szermierki, prysł w momencie, gdy komendant przekroczył bramy garnizonu i w ostatniej chwili ominął końskie łajno leżące na środku placu.

– Garcia! – zawołał ze złością, rozglądając się za sierżantem. Nigdzie nie było widać znajomej, pulchnej sylwetki. Najbliżej kręcił się szeregowy , który usiłował właśnie zejść zirytowanemu dowódcy z oczu. Na próżno.

– Gdzie jest ten bałwan? – warknął do niego kapitan.

– Chyba w tawernie – bąknął niepewnie Gonzalez. – Mówił, że idzie zjeść drugie śniadanie, señor comandante.

– Nie zdziwiłbym się, gdyby to było już trzecie – wycedził Monastario przez zaciśnięte zęby. – Który z was odpowiada dzisiaj za porządek w garnizonie?

zmarszczył brwi i namyślał się chwilę.

– Chyba nikt, señor capitán – odparł w końcu. Komendant nie wierzył własnym uszom.

– Co to znaczy: nikt, durniu?! – ryknął na szeregowego, aż ten się skulił.

nikogo nie wyznaczył – wyjaśnił bezradnie Gonzalez. Monastario odetchnął głęboko, pomasował palcami nasadę nosa i zamknął na chwilę oczy.

– Ty dziś odpowiadasz za porządek – oznajmił, celując ręką w podwładnego.

– Ale… ale kapitanie – protestował nieśmiało chłopak. – Panie kapitanie, przecież ja już wczoraj…

– Bez dyskusji! – uciął ostro Monastario. – Idę do tawerny rozmówić się z Garcią. Jak wrócę, tego – wskazał na końską kupę – ma tu nie być. Jeśli znowu to tu zobaczę, będziecie mieli karną musztrę przez tydzień, wszyscy!

Zostawiwszy zgnębionego Gonzaleza, wyszedł szybkim krokiem przez bramę i skierował się do tawerny.

Gospoda nie powinna być tak blisko garnizonu – pomyślał. – Ten bałwan Garcia zapomina, gdzie ma pełnić obowiązki!

Dochodziła dziesiąta i w tawernie było tłoczno. Komendant od razu spostrzegł tego, którego szukał. Sierżant siedział tuż przy szynkwasie i wyraźnie próbował namówić na coś oberżystę.

– Nie ma mowy! – oponował właściciel tawerny. – Nic pan więcej nie dostanie, dopóki nie spłaci pan swojego długu, sierżancie. – W tej chwili zauważył zbliżającego się Monastario. – Buenos días, señor comandante! Czego pan sobie życzy?

– Mojego podwładnego z powrotem w garnizonie. – Kapitan od razu przeszedł do rzeczy. Rzeczony podwładny, który z lekkim przestrachem obejrzał się już na pierwsze słowa oberżysty, wyprężył się teraz w salucie.

melduje się po rozkazy, mi capitán.

– Dlaczego garnizon nie jest posprzątany i nie wyznaczył pan nikogo, kto by za to odpowiadał? – Monastario zmarszczył groźnie brwi. – Pamiętam doskonale, że dałem taki rozkaz w rozporządzeniach, które zostawiłem rano na moim biurku.

–  Och… och tak, señor comandante! – Garcia wykręcał sobie palce w zakłopotaniu, to wbijając wzrok w podłogę, to zerkając na przełożonego z obawą. – I miałem to zrobić, ale don Gaspar i señor wszczęli kłótnię na rynku. Myślałem, że dojdzie do pojedynku, musiałem ich uspokoić i…

– I zajęło to panu cały ranek? – spytał Monastario z rozdrażnieniem.

– Tłumaczyli mi swoje racje, więc trochę nam zeszło – przyznał sierżant. Komendant uderzył się otwartą dłonią w czoło.

– Głupcze, jesteś żołnierzem, czy sędzią pokoju? – zirytował się. – To nie należy do twoich obowiązków, Garcia! Trzeba było kazać im się rozejść, a samemu wracać do garnizonu, tam, gdzie twoje miejsce! Co tu robisz? Przyszedłeś ukoić nerwy kubkiem wina po tym zdarzeniu? – zapytał zjadliwie.

– Och, nie, panie komendancie – zaprzeczył natychmiast sierżant, uśmiechając się nerwowo. – Przyszedłem na drugie śniadanie. Człowiek czynu musi jadać regularnie i systematycznie, señor capitán.

Monastario zbliżył się o krok do podkomendnego i zmrużył oczy.

– Na pana miejscu, sierżancie, zastanowiłbym się, czy jest konieczność jadać nawet pierwsze! – wycedził. Garcia spuścił oczy, zakłopotany. – Idziemy!

Obróciwszy się na pięcie, wymaszerował z tawerny, nie sprawdzając nawet, czy podwładny zastosował się do polecenia. Mignęły mu z boku zdumione twarze popijających wino vaqueros i caballeros. Niektórzy patrzyli za nim z wyraźnym zgorszeniem i dezaprobatą.

Też mi powód do zdziwienia, że komendant żąda jakiejś dyscypliny – pomyślał Monastario ze złością. – Jak śmieją stawać po stronie tego tłustego osła? miał rację, ktoś musi się w końcu wziąć za to żałosne pueblo.

Z głębokim poczuciem misji kapitan wrócił do garnizonu i pogrążył się w pracy. Godzinę później przyszło mu znowu zmierzyć się z sierżantem Garcią.

– Kapitanie, melduję, że zakończyliśmy inspekcję towaru señora Corteza.

Monastario oderwał wzrok od papierów dokumentujących wysokość podatków, jakie dotychczas były zbierane w .

– I co tam, sierżancie? – zapytał niemal przyjaźnie. Wpadł właśnie na błyskotliwy pomysł, jak zwiększyć podatki, nie wzbudzając jednocześnie zbytnich protestów wśród mieszkańców.

– Nic, mi capitán. To znaczy – doprecyzował Garcia, widząc pytające spojrzenie przełożonego – nic wadliwego. Reszta towaru jest w porządku. Wypróbowaliśmy wszystkie szpady i rapiery.

Monastario wydął usta, niezadowolony.

– Pokaż mi ten towar, sierżancie – zażyczył sobie. Garcia wzruszył ramionami i spełnił rozkaz. Poprowadził swojego zwierzchnika przez podwórze do budynku, w którym złożyli broń białą Corteza. Komendant obejrzał uważnie kilka sztuk i niespodziewanie uśmiechnął się triumfalnie.

– Spójrz tutaj, sierżancie – odezwał się. – Klinga jest porysowana.

Garcia przyjrzał się uważnie i podrapał po brodzie w zakłopotaniu.

– Żołnierze musieli ją porysować podczas inspekcji, señor capitán – wyjaśnił ze skruchą. Monastario spojrzał na niego znacząco. Jego niebieskie oczy lśniły niebezpiecznie i zimno.

– Nie ma znaczenia, jak do tego doszło – powiedział z naciskiem. – Nie możemy pozwolić, żeby señor Cortez sprzedawał taki towar mieszkańcom naszego pueblo, prawda?

Białe zęby zabłysły w drapieżnym uśmiechu, który przywodził na myśl wilka. Sierżant rozważał przez chwilę słowa komendanta.

– Prawda, mi capitán. Nie pomyślałem, żeby zatroszczyć się o mieszkańców! – przyznał. Monastario, nie mogąc się dłużej powstrzymywać, zaśmiał się otwarcie. To było o wiele prostsze, niż myślał. Dobry humor wrócił mu całkowicie.

– Sierżancie, nie potrzebuje pan nowej szpady?

Garcia przyjął broń z wdzięcznością. Następne sztuki dostali i Gonzalez, który bardzo gorliwie wysprzątał garnizonowe podwórze. Komendant zatrzymywał szpady pod różnymi pretekstami: a to minimalnie wyszczerbiona klinga, a to nieprecyzyjnie zdobiona rękojeść. Rapier dla siebie wybrał, nawet nie dbając o pozory. Powie Cortezowi, że to zadośćuczynienie za pracę, jaką musieli wykonać jego żołnierze.

Nakazał już Garcii uwolnić więźnia, gdy jego uwagę przykuł zielony błysk w stosie stalowoszarej broni. Przyjrzał się dokładnie i po chwili wziął do ręki pięknej roboty, doskonale wyważoną szpadę z rękojeścią wysadzaną szmaragdami. Aż wyszedł na zewnątrz, żeby przyjrzeć jej się w pełnym słońcu. Drogocenne kamienie mieniły się w promieniach, przywodząc na myśl zielone oczy pewnej señority.

– Podoba się panu ta sztuka, señor comandante? – zagadnął Cortez, podchodząc bliżej w towarzystwie sierżanta Garcii.  – To najlepsza broń, jaką mam. Prosto z Hiszpanii! Świetnie wyważona, tnie jak marzenie, a wygląda jeszcze lepiej! Najdroższa, oczywiście.

Monastario, słysząc te słowa, oderwał wzrok od szpady i spojrzał na handlarza, marszcząc brwi. Kupiec stracił rezon.

– Naturalnie dla pana, señor comandante, mógłbym zejść z ceny, nawet, powiedziałbym, bardzo znacząco – zapewnił szybko, patrząc na oficera z lękiem.

Uśmiech komendanta nie wróżył nic dobrego.

– Mam lepszy pomysł, señor Cortez – oznajmił.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *