Legenda i człowiek Cz IV: Zatrute piękno, rozdział 14

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Niebezpieczeństwo czasem kryje się tam, gdzie nikt się go nie spodziewa... Czwarta część opowieści o i Victorii
Postacie/Characters
, de la Vega, Escalante, , Jamie , Luis Ramon,

Mieszkańcy Los oglądali się ze zdziwieniem. Don wjechał do tak, jakby pobierał lekcje u samego . Klacz palomino niczym burza przemknęła uliczkami, przeskoczyła nad kilkoma wózkami, aż wreszcie z rozpędu stanęła dęba pod drzwiami do domu doktora Hernandeza.

Gdy don Diego wpadł do gabinetu, sędziwy lekarz oderwał wzrok od studiowanej właśnie księgi. Pierwszym, co przyszło mu do głowy było to, że stan Victorii Escalante nieoczekiwanie się pogorszył.

!

Don Diego! Co się stało? Czy coś z señoritą?

– Tak! Nie! – Diego kręcił głową, zbyt zdenerwowany, by mówić składnie. – Proszę! – podał doktorowi księgę. – Proszę, przeczytajcie ten zapis.

Doktor bez zdziwienia stwierdził, że książka traktuje o właściwościach pierwiastków chemicznych, a wskazany przez młodego de la Vegę rozdział dotyczy arsenu i jego soli. Przez moment wydało mu się tylko dziwne, czemu Diego jest tak zdenerwowany tą czysto teoretyczną wiedzą, ale już po chwili dostrzegł, że część opisu mówi o wpływie tychże soli na organizm człowieka. Pokręcił głową. Wiedział oczywiście o działaniu arszeniku, ale to…

– Nie bardzo widzę związek – zauważył.

– W rzeczach Victorii znalazłem słój z pomadą. Kupiła go, jak mi sama powiedziała, na targu, a wygląda identycznie jak ten, w którym trzymał te swoje ziołowe paskudztwa. Sprawdziłem więc, co w nim było…

– I?

– Prócz zwykłego tłuszczu są tam sole arsenu i ołowiu. W słoju było już niewiele maści, więc przypuszczam, że używała go przez miesiące. Doktorze, przez miesiące! Smarowała tym twarz… – głos Diego się załamał.

– Spokojnie, don Diego – lekarz nie stracił panowania nad sobą. – Tylko spokojnie. Skoro, jak powiadacie, Escalante używała maści z solami arsenu, to jest to bardziej niż dobra wiadomość.

– To znaczy? – Diego zrobił dwa szybkie kroki przez gabinet i chwycił lekarza za ramiona.

– To znaczy, że przy odpowiedniej diecie, kilku prostych lekach oraz po dłuższym odpoczynku powinna całkowicie wyzdrowieć… Au! – doktor urwał, gdy dłonie don Diego zacisnęły się na jego ramionach. – Spokojnie, don Diego!

– Przepraszam… – Diego puścił lekarza i opuścił ręce, nagle osłabły.

– W porządku. Rozumiem, że przeżywacie teraz silne wzruszenie – doktor przeszedł przez gabinet i otworzył szafkę. – Proszę, napijcie się wina i odetchnijcie chwilę. Ja przygotuję nowe leki dla señority Escalante i zaraz powiem wam, jak postępować, by szybko wróciła do zdrowia. Muszę się przyznać, że także mnie to ucieszyło.

– Mam prośbę, doktorze – odezwał się Diego, odbierając od lekarza paczuszkę z lekarstwami.

– Tak?

– Proszę, gdy będą was pytać o stan zdrowia Victorii, mówić szczerze o tym zatruciu. Ale też proszę pomijać, że zatruła się maścią i że kupiła tą maść na targu.

– Czemu?

Diego się zmieszał przez moment.

– Handlarza, który sprzedawał trucizny, już nie zobaczymy – powiedział powoli. – Chcę jednak, by nie plotkowano o Victorii, w jaką pułapkę wpadła. Sądzę, że byłoby to dla niej bardzo upokarzające, gdyby ktoś… pewne osoby… dowiedziały się, że się zatruła środkiem na urodę. Już i tak kwestionowano jej honor. Chcę jej tego oszczędzić.

X X X

Gdy Victoria się obudziła, słońce było już wysoko na niebie. Poderwała się przestraszona, że zaspała, ale zaraz wróciły wspomnienia poprzedniego dnia. Rozmowa z Diego, który wrócił do puebla, Zorro, który nie był jej Zorro, Diego na strychu stajni, a potem… Potem rozmowa z doktorem Hernandezem i jego wyrok. To dlatego była teraz w hacjendzie de la Vegów. Zacisnęła pięści. Gdy już przez moment wydawało się jej, że wszystko powróci do normy, jej świat się rozsypał. I miał się skończyć.

Ale póki co, nie czuła się najgorzej. Kilkanaście godzin snu pomogło na tyle, że stały ból głowy zmniejszył się do lekkiego ćmienia. Gdy zaś Maria wniosła do pokoju śniadanie, niewielką miseczkę łagodnego kleiku, okazało się, że może zjeść go i nie odczuwać przy tym nadmiernych mdłości czy skurczy żołądka.

– Gdzie jest Diego? – zapytała, gdy służąca zabierała naczynia.

– Nie wiem, señorita. Zniknął gdzieś zaraz rano. Może wie…

Tak więc Victoria udała się na poszukiwanie Felipe. Zastała chłopaka w bibliotece, pochylającego się nad zabazgraną literami i cyframi kartką. Zapytany o Diego rozejrzał się szybko, czy nikt ich nie widzi i wskazał na kominek, kreśląc w powietrzu szybki znak „Z”. Wyglądało na to, że Diego, a raczej Zorro, wybrał się na przejażdżkę. Nim Victoria ruszyła w stronę kominka, by poczekać na niego w jaskini, do biblioteki wszedł don .

– Maria powiedziała mi, że wstałaś, Victorio.

– Czuję się dobrze, nie chciałam leżeć.

– Dobrze, ale mam prośbę. Usiądź i poczekaj na Diego na patio… Powinien niedługo wrócić.

Rzeczywiście Diego zjawił się dość szybko. Na tyle szybko, że Victoria zdążyła tylko zjeść kolejną miseczkę kleiku podaną przez uczynną Marię. Dziwnie się czuła, gdy tak jej usługiwano, ale świadomość, że dzieje się tak tylko dlatego, że jej dni są już policzone, budziła w niej złość i niedowierzanie.

Diego prawie wpadł na patio i przyklęknął przy fotelu Victorii.

– Jak się czujesz? – zapytał.

– Lepiej. Mniej… przestraszona – skłamała. – Gdzie byłeś?

potrzebuje ruchu, a ja potrzebowałem pomyśleć.

– O czym?

– Muszę ci coś powiedzieć… Jedna rzecz to dobra wiadomość, najlepsza, jaka może być, ale druga… musiałem trochę ją przemyśleć, by nie nakrzyczeć na ciebie, Vi.

– Więc powiedz mi tę dobrą wiadomość – uśmiechnęła się słabo.

– Doktor się pomylił.

– Co! – Victorii zrobiło się słabo.

– Pomylił się. Pomylił objawy zatrucia z objawami choroby. Nie jesteś chora, Vi – Diego złapał ją za ręce. – Nie jesteś chora. Nie umrzesz.

– Nie…

– Nie. Na pewno nie. Wyzdrowiejesz, już niedługo. Zobaczysz.

Victoria się rozpłakała.

– Mówisz tak, bym się poczuła lepiej, Diego – chlipnęła.

– Nie. I proszę, nie płacz.

– Nie wierzę… Jak to pomylił? Nagle doszedł do wniosku, że to nie choroba, a zatrucie? Wymyśliłeś to, Diego…

– Vi… – Diego usiadł na piętach, ujął ją za ręce i złożył je razem. – Posłuchaj mnie. Nie wymyśliłem tego. I to, co ci teraz powiem, powinno rozwiać twoje wątpliwości.

– Co?

– Vi, moja najdroższa pani, moja miłości, moje serce, señorito Victorio Escalante, co sobie myślałaś, używając maści tego przeklętego szarlatana! – Diego zaczął mówić cicho, ale gdy kończył, krzyczał już na całe gardło.

– O czym ty… Och, Boże, ten krem… – wyjąkała Victoria.

– Ta pomada była z tłuszczu z owczej wełny, tlenku ołowiu i soli arsenu! – mówił dobitnie Diego. – Przez te całe miesiące smarowałaś sobie twarz arszenikiem! Nic dziwnego, że się strułaś! Jedna łyżeczka tego paskudztwa mogła cię zabić, gdybyś to zjadła, a ty to wcierałaś w skórę!

– Boże, Diego, nie myślałam…

– Czy to, co się stało z Ramone, cię nie ostrzegło? Oboje kupowaliście u tego samego handlarza!

– Zastanawiałam się! – broniła się słabo Victoria. – Ale nie miałam żadnych omamów, nic mi się nie zwidywało… Uznałam, że to tylko maść, że jedynie zioła miał zatrute…

– Zioła dały szybsze efekty – powiedział ponuro Diego. – Maść potrzebowała czasu, by zadziałać.

– Boże… – westchnęła Victoria. – Skąd wiedziałeś?

– Pakowałem wczoraj słój z twojej toaletki, pamiętasz? Ramone miał taki sam, z takim samym wzorem z plecionki. też to zauważył i przypomniał mi. Reszta to była kwestia sprawdzenia, co jest w maści.

– Twoja chemiczna wiedza?

– Tak. Byłem wczoraj u doktora, przywiozłem nowe leki. Za kilkanaście dni powinnaś się poczuć znacznie lepiej. Ale nadal nie rozumiem, czemu to zrobiłaś.

– Czemu co zrobiłam?

– Czemu używałaś tego paskudztwa.

Victoria odwróciła głowę. Nie chciała się przyznawać. Nie do tego, jak źle znosiła uwagi donny , jej pogardliwe spojrzenia, wrogie słowa señory Chiary. Czuła wstyd, równie przejmujący, jak ten, gdy docierały do niej ostatnie plotki i narastająca niechęć mieszkańców . Nie, nie mogła tego powiedzieć Diego. Łzy były lepszym wyjściem.

Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu. Wreszcie Diego podał Victorii chustkę.

– Już lepiej?

– Naprawdę będzie lepiej? – odpowiedziała mu pytaniem.

– Naprawdę.

– To dobrze – westchnęła opierając się wygodnie w fotelu. Diego usiadł przy jej stopach.

– Wiesz – powiedział po chwili. – To już druga rozmowa, w której muszę wyjaśnić coś w związku z tym przeklętym handlarzem.

– Druga?

– Pierwszy raz rozmawiałem z alcalde, pamiętasz? Mam nadzieję, że ciebie nie będę musiał straszyć… W każdym razie lepiej, że jestem teraz jako Diego – zażartował.

– Chyba nie będziesz mnie straszyć?

– Nie, nie będę… Spróbuję zgadnąć, dobrze?

Victoria nie odpowiedziała.

– Pomyślmy… – zaczął Diego łagodnie. – Tlenek ołowiu jest biały… Tłuszcz z owczej wełny wygładza i wydelikaca skórę… Arszenik ma tylko przyspieszyć działanie… Więc gdy połączymy jedno i drugie, otrzymamy bielidło, jakim można rozjaśnić twarz. Prawda?

– T–tak…

– A jeszcze ty sama mi powiedziałaś, że to jest maść na urodę, czyż nie?

– Tak…

– A znam tylko jeden powód – zamyślony głos Diego nabrał nagle ostrości stali – dla którego ty mogłaś zwątpić w swoją urodę i zacząć nagle stosować takie bielidło. Co ci powiedziała panna Escobedo? Czy to raczej była Chiara?

– Obie.

– Ach, więc obie… – głos Diego był przerażająco chłodny. – Więc obie za to zapłacą.

– Diego, co ty?

– Nie zabiję ich – w jego głosie nie było wesołości. – Ale zadbam, by bardzo, ale to bardzo pożałowały, że tak się odnosiły do ciebie. Obiecuję.

X X X

Diego mógł obiecywać, ale do pełnej realizacji swoich zamierzeń potrzebował czasu. Tego jednak miał sporo. Po ostatnich, dramatycznych wydarzeniach, Los powoli pogrążało się znowu w sennym spokoju. Deszcze znów rozmyły kawałek drogi, trzeba było poprzepędzać stada, alcalde wpadł na pomysł nowego podatku, ale zrezygnował z niego tak szybko, że nawet nie złożył mu wizyty – słowem codzienność wróciła na swoje miejsce.

Sensacyjne plotki o przypadłości señority Victorii Escalante ucichły, a raczej przycichły. Zgodnie z prośbą Diego, doktor nie ukrywał, że przyczyną choroby była trucizna. To nasuwało wszystkim pytanie, kto mógł posunąć się do tak obrzydliwego czynu, ale gdy nikt nikogo nie wskazał palcem, jako winowajcy, temat trucizny zszedł na plan dalszy, za sprawy z codziennego życia.

Victoria wracała do zdrowia. Wszystkie objawy, jakie czyniły jej życie tak nieznośnym, ustępowały powoli i choć wciąż jeszcze przerażająco łatwo się męczyła, po każdej wizycie wychodził z bardziej radosną miną. Twierdził, że señorita Escalante wyjątkowo szybko odzyskuje siły i wkrótce zgodził się, by Victoria przyjeżdżała, choć raz na dzień, nadzorować porządek w gospodzie.

Było to dla niej chyba najlepsze lekarstwo. Z każdą wizytą, gdy upewniała się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, gdy spotykała się z życzliwymi pozdrowieniami i szczerymi życzeniami powrotu do zdrowia, Victoria czuła się lepiej i lepiej.

Raz tylko spotkała się z otwartą wrogością.

Panny Escobedo, jak to miały w zwyczaju, nadal przyjeżdżały do gospody, by pobyć tam jakiś czas w towarzystwie młodzieńców. Do tej pory jakoś czas ich wizyt rozmijał się z przyjazdami Victorii, ale wreszcie tak się złożyło, że rozszczebiotane panienki weszły na werandę akurat wtedy, gdy Victoria i Diego wychodzili.

Wdzięczny śmiech ucichł niemal natychmiast, gdy ich zobaczyła. Nadąsana, przepchnęła się zaraz do wnętrza gospody. Chiara nie miała jednak zamiaru odstąpić bez walki.

– Dziwię się – oświadczyła głośno – że śmiesz się jeszcze pokazywać w pueblo…

– Victorio – Diego wtrącił się, zanim ona zdążyła odpowiedzieć. – Proszę, poczekaj na mnie w powozie.

– Ale…

– Proszę. Obiecałem ci coś – dorzucił cicho.

Gdy señorita Escalante odeszła, Diego zwrócił się do starszej kobiety.

– Życzyłbym sobie, byś się na przyszłość powstrzymywała od takich uwag pod adresem mojej narzeczonej.

– Życzyłabym sobie, byście zachowali więcej szacunku dla starszych od was – odparowała Chiara – i więcej szacunku dla swego nazwiska. Nie powinniście go plamić związkiem z tą indiańską…

Cokolwiek chciała powiedzieć , uwięzło jej w gardle. Diego schwycił ją za ramiona i przycisnął do ściany gospody.

– Będziecie milczeć o Victorii – powiedział, groźnie zniżając głos. – Będziecie milczeć.

– A jeśli nie?

– Pół zastanawia się, kto ją otruł… i dlaczego…

– Nie ośmielicie się!

– Czemu? – Diego uśmiechnął się drwiąco. – To tylko plotki… Takie jak wasze…

– Nie…

– Oczywiście, alcalde może chcieć je sprawdzić… Mieszkańcy Los mogą na niego nalegać, by to uczynił…

– Nic mi nie zrobi!

– Ależ oczywiście, że nie. Tylko możecie zostać zmuszeni do opuszczenia pueblo. Sami. Bo nie sądzę, by don Escobedo wziął na siebie ciężar odpowiedzialności za zatrzymanie was w hacjendzie. Więc zmieńcie swoje zachowanie, albo jeszcze o sobie usłyszycie.

Odwrócił się i odszedł, zostawiając za sobą oniemiałą señorę Chiarę.

.

CDN.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *