Legenda i człowiek Cz IV: Zatrute piękno, rozdział 10

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Niebezpieczeństwo czasem kryje się tam, gdzie nikt się go nie spodziewa... Czwarta część opowieści o Zorro i Victorii
Postacie/Characters
, , Escalante, , Jamie , Luis Ramon,

Rozmowa z sierżantem niewiele jednak dała Diego. Siedzieli na werandzie, bo gdy Diego ostrożnie zajrzał do gospody, prawie złapała za miotłę. Prawie, bo czy to złość jej trochę przeszła, czy nie chciała robić sceny na oczach mieszkańców i gości, dość że wysłała Marisę z krótkim pytaniem, co Diego sobie życzy. Otrzymał zatem dzbanek cydru, wino i tortille dla sierżanta i ostrożnie ulokował się w rogu werandy, gdzie nie musiał być widziany przez każdego, kto stanął w drzwiach.

Mendoza jednak niewiele miał do opowiedzenia. Ot, przyjechał don Esteban Oliveira, zaprotestować przeciwko odebraniu mu dostępu do wody na miejskiej ziemi. Pokłócił się z o nową umowę, wyjątkowo dla niego niekorzystną, potem próbował jeszcze się dogadać z Ramone na spokojnie, ale alcalde nie był w nastroju do negocjacji i spróbował odebrać mu wszystkie papiery, także tytuły własności hacjendy. A wtedy wtrącił się Zorro i sierżant resztę czasu spędził leżąc w miarę wygodnie w stercie siana i obserwując, jak pozostali jego koledzy zbierają krótkie, a skuteczne lanie. A potem Zorro oddał papiery i zamienił kilka słów z donną , co niezmiernie zdziwiło sierżanta.

– Nie sądziłem, że Zorro jeszcze kiedyś popatrzy na inną señoritę – dziwił się, zerkając na wejście do gospody, gdzie właśnie na chwilę stanęła Escalante. – Czy to dlatego jest taka niezadowolona?

Diego nie odpowiedział. Mendoza może i sprawiał wrażenie trochę głupawego, czasem był wręcz rozczulająco niezgrabny, ale czasem… Czasem trafiały mu się wyjątkowo celne obserwacje, z których najczęściej nie zdawał sobie sprawy. Tak, jak teraz. Nie było powodu, by go wprowadzić w błąd, choć Diego zdawał sobie sprawę, że może to stać się powodem pewnych niewygodnych dla niego dociekań. Już chciał się zgodzić z sierżantem, gdy zauważył nowe zagrożenie.

Przez plac, w stronę gospody, szły panny Escobedo z donną na czele i nieodłączną señorą Chiarą w tylnej straży. Na razie jeszcze nie zauważyły go w rogu werandy, ale wiedział, że gdy się spostrzegą, nie ominie go dyplomatyczna pogawędka. A tego mogła już nie wytrzymać i zrujnowałoby to jego wątłe szanse na powrót do normalności. Już dawno Diego zauważył, że señorita Escalante jest na punkcie panny Escobedo wyjątkowo czuła i, w zasadzie, nie dziwił się temu. Gdyby Chiara była mężczyzną, Zorro, albo i sam Diego, przegnaliby go z na cztery wiatry, jeśli nawet nie zabili w pojedynku za wszystkie obraźliwe obrzydlistwa, jakie wypowiadała. A śliczna donna Dolores, poza paplaniną o kolejnych sukienkach, miała podobne do swej opiekunki poglądy…

– Myślę sierżancie, że… – urwał szybko. – Myślę, że dokończymy naszą rozmowę w innym miejscu, sierżancie.

– Ale don Diego… – Mendoza mówił już w pustkę. Diego właśnie zniknął za rogiem gospody.

Przez następne dni dla mieszkańców Los stało się jasne, że señorita Escalante i don przeżywają mały kryzys w swoim związku. Señorita Escalante stała się jeszcze bardziej drażliwa, tak że samo przebywanie w kuchni w jej towarzystwie bywało dla pracowników ciężkim przeżyciem, a don Diego… No cóż, don Diego postępował jak to on miał we zwyczaju. Pojawiał się codziennie w pueblo, zaglądał do gospody, a zgromiony rozwścieczonym, czy dla odmiany lodowatym spojrzeniem, przenosił się na werandę i czekał. Najwidoczniej chciał swoją cierpliwością zmęczyć, czy też zmiękczyć serce narzeczonej i odzyskać utracone z jakiegoś powodu względy. Na razie wskórał tylko tyle, że señorita nie wyrzucała go już z samego pobliża gospody, a jedynie wyniośle ignorowała.

Tymczasem, choć to umknęło czujnym spojrzeniom miejscowych plotkarzy, Diego czuł się osaczony. Zagadka odkrycia, kto podkradł mu imię i sposób działania, nie dawała się rozwiązać. W poszukiwaniach i ostrożnym śledztwie nie pomagało mu to, że gdy starał się przekonać Victorię, by mu wybaczyła i chociaż zaczęła z nim rozmawiać, to jednocześnie musiał unikać bystrego i natrętnego wroga.

Donna Escobedo mogła większość czasu spędzać na dyskusjach z kuzynkami o zestawieniach kolorów czy krojach falban, ale w sprawach dotyczących relacji między mężczyznami i kobietami miała oko równie bystre, jak przy doborze nici do haftu. Oczywiście, pomagało jej to, że miała ucho czułe na każdą ploteczkę, jaka krążyła po . Tak czy inaczej, czy przez tajemniczą kłótnię, czy też z innego, sobie tylko znanego powodu, donna uznała, że w orszaku jej wielbicieli nie może zabraknąć najbardziej znamienitego z nich – don Diego de la Vegi.

Tak więc Diego, gdy już wyciągał na ploteczki i zwierzenia sierżanta Mendozę lub przysłuchiwał się leniwym dyskusjom pozostałych żołnierzy z garnizonu czy też peonów i hacjenderów, musiał jednocześnie pilnie uważać, by w pobliżu nie pojawiły się panny Escobedo, bowiem donna nie ruszała się nigdzie bez towarzystwa swoich kuzynek i señory Chiary. Wiedział bowiem, że w razie spotkania nie uniknie choćby chwili pogawędki, a jakiś instynkt, co do którego Diego przypuszczał, że był to odruch wyczuwania niebezpieczeństwa, jaki wyćwiczył sobie Zorro, podpowiadał mu, że po takich pogaduszkach może zapomnieć o jakiejkolwiek rozmowie z Victorią. Gorzej nawet, jeśli donnie uda się go osaczyć, to nie omieszka się ona pochwalić tym señoricie Escalante. A jakie to mogło mieć skutki, Diego wolał nie myśleć. Odkładał te przewidywania w pamięci tam, gdzie trzymał wspomnienia paru innych, nieprzyjemnych sytuacji, w których krew, ból i strach grały główną rolę. Panna Escobedo jednak tropiła go z zaciętością doświadczonego myśliwego, nic zatem dziwnego, że i Diego stawał się coraz bardziej nerwowy.

– Mam tego dosyć – warknął, chodząc któregoś dnia po bibliotece.

Felipe siedzący z książką na kolanach wzniósł oczy ku niebu.

– Czego masz dosyć, jeśli można wiedzieć? – zainteresował się don Alejandro.

Donny Escobedo!

– A to czemu? Ta dziewczynka chyba nie interesuje się niczym poza sukienkami…

– Poza mężczyznami, chciałeś powiedzieć, ojcze. Sukienki to dla niej tylko broń i przynęta. A teraz szczególnie interesuje się mną.

– Czy to poważne?

– Nie wiem, ale ojcze, przysięgam, że gdyby alcalde wpadł na pomysł, by ją wynająć do zapolowania na Zorro, jeszcze dziś uciekłbym z Los Angeles.

– Diego!

– Jest uparta niczym osioł i dokuczliwa jak cierń z kaktusa. Dziś się ledwie wywinąłem, bo już pędziła, by ze mną porozmawiać. W ostatniej chwili dopadłem konia, by nie wyglądało to na oficjalną ucieczkę.

– To może porozmawiaj z nią, wyjaśnij jakoś łagodnie, że nie jesteś nią zainteresowany…

– Ojcze! – Diego sprawiał wrażenie zszokowanego.

– Co złego w takiej rozmowie? Jeśli tylko na rozmowie poprzestaniesz…

Diego odwrócił się do ściany i oparł się o nią czołem i rękoma, oddychając głęboko, by się uspokoić.

– Ojcze, byłeś przez ostatni tydzień na północy. Nie wiesz, co się dzieje – powiedział wreszcie.

– Chcesz powiedzieć, że

– Tak, Victoria. Nadal jestem dla niej tylko kimś na werandzie. Jeżeli zobaczy mnie rozmawiającego z donną Dolores…

Za plecami Diego Felipe odstawił małą pantomimę, niedwuznacznie sugerując don Alejandro, że mieszkańcy Los Angeles mieliby sporo do oglądania, gdyby zobaczyła Diego rozmawiającego z donną Dolores. Starszy de la Vega stłumił wybuch śmiechu, niestety, Diego to usłyszał.

– To nie jest śmieszne – warknął. Felipe zrobił obrażoną minę. Diego westchnął, jakby prosił niebo o pomoc i wyjaśnił spokojnie. – Donna nie zadowoli się samą rozmową. A nawet jeśli nie zrobi tego ona, zrobi to jej señora Chiara. Pochwali się Victorii, kim teraz jestem zainteresowany. Wolę nie myśleć, jak to zrani Victorię. I jakie to może mieć skutki.

Felipe podszedł do Diego już bez uśmiechu, gwałtownie czemuś zaprzeczając.

– Wiem Felipe, że ona tego by nie zrobiła. Ale jeśli uzna, że ją zdradziłem… Nie, nie chcę jej tak ranić.

Przez chwilę panowało milczenie, wreszcie odezwał się don Alejandro.

– Skoro już doszliśmy do tego tematu… jak idzie twoje śledztwo?

– Źle – odparł Diego. – Pojawił się tylko raz, zaprowadził porządek w pueblo i zniknął. Nikt nie widział go w pobliżu. Nawet jeśli ktoś mi opowiada, że go zobaczył, to gdy bardziej się dopytuję, okazuje się, że widział mnie.

– Więc to może jednorazowy wyskok?

– Chciałbym… – westchnął Diego. – W takim przypadku miałbym szansę…

Jakakolwiek miała być szansa dla Diego, don Alejandro nie chciał pozostawiać jej przypadkowi. Następnego dnia wybrał się więc do puebla, starannie trzymając się w pewnej odległości za synem. Obserwował, jak Diego krąży dookoła wejścia do gospody, a Victoria mija go z wysoko uniesioną głową. Potknęła się na progu i Diego natychmiast ją podtrzymał. Podziękowała odruchowo, zanim się cofnęła, ale obserwującemu tę scenę don Alejandro wydawało się, że dystans pomiędzy tym dwojgiem nagle zmalał. Rzeczywiście, po chwili Victoria wyszła z gospody i usiadła przy stole naprzeciw Diego. Nim jednak zaczęli rozmawiać, na werandę wtarabanił się i zaczął coś opowiadać. Don Alejandro widział ze swojego punktu obserwacyjnego, że Diego i Victoria wpierw odetchnęli z ulgą, a potem spojrzeli na siebie wyraźnie poirytowani towarzystwem. A więc nie wszystko było stracone.

Jednak po chwili zmienił zdanie. Czy zawinił , rozsiadając się przy stole i zasłaniając Diego i Victorii widok na plac, czy też Diego, skupiony na swojej szansie rozmowy z Victorią, przestał być tak czujny jak zwykle, tego don Alejandro nie umiał ocenić. Dosyć, że nim ktokolwiek się spostrzegł, trzy panny Escobedo weszły na werandę, odcinając Diego i Victorii drogę ucieczki. Ze swego miejsca de la Vega mógł doskonale widzieć, jak jego syn odchyla się ku tyłowi, by uniknąć choćby muśnięcia ze strony donny Dolores, a Victoria mnie w rękach krawędź fartucha. Wreszcie Diego odchylił się tak daleko, że ława nie wytrzymała i runęła z trzaskiem. Victoria zerwała się na równe nogi. Młody de la Vega pozbierał się z podłogi, niezbyt zgrabnie, otrzepując się z wydatną pomocą zatroskanego Mendozy, który widocznie nie zdawał sobie sprawy z niezręczności sytuacji. Panna ruszyła także z pomocą, ale Diego wmanewrował sierżanta pomiędzy nią a siebie. Sądząc z gestów, Diego dość poważnie potłukł sobie ramię i teraz dyskusja sprowadzała się do tego, kto go odprowadzi do lekarza. W tym momencie don Alejandro uznał, że musi się włączyć.

– Diego, na litość boską, co ci się stało? – rzucił zamiast powitania.

– Drobnostka, tylko…

Diego tylko stracił równowagę – wtrącił się Mendoza. – Chyba ta ława jest trochę kulawa…

– Ta ława jest tak samo nędzna, jak całe urządzenie – wtrąciła się señora Chiara.

– Nic mi nie jest, nic poważnego – Diego wszedł jej w słowo, próbując odzyskać kontrolę nad sytuacją. – Victorio, kochanie, czy byłabyś tak dobra i pożyczyła mi ręcznika i octu…

Przez moment wydawało się, że mu się udało, jednak Victoria odwróciła się i wpadła do wnętrza gospody. Don Alejandro był pewien, że Diego zaraz zaklnie.

Don Diego, powinniście pójść do lekarza, ta ręka może być złamana – zaszczebiotała donna Dolores.

– To tylko stłuczenie, señorita – odparł Diego.

Dziewczyna uniosła głowę.

– Proszę mówić do mnie donna! – zażądała.

– Proszę o wybaczenie, donna Dolores, ale pójdę poprosić Victorię o ręcznik i ocet – Diego nie omieszkał skorzystać z ostatniej drogi ucieczki i ruszył do wejścia.

Don Alejandro zawahał się, czy zostać na werandzie, gdzie niezgrabnie czynił honory wobec panien Escobedo, czy też ruszyć za synem i przekonać się, jak mu idzie przekonywanie Victorii. Wybrał to pierwsze, uznając, że powstrzymanie panien Escobedo przed dalszym niesieniem pomocy jego synowi choć trochę ułatwi Diego zadanie, i jak się okazało, wybrał słusznie. Po dłuższej chwili Diego wyłonił się z wnętrza gospody z ręką okręconą ręcznikiem i zawieszoną na prowizorycznym temblaku, a jego pożegnanie z Victorią nie było może zbyt czułe, ale też nie lodowate. Don Alejandro odetchnął. Sprawy miały się ku dobremu, mógł zatem z czystym sumieniem odpowiedzieć na powitanie znajomego i usiąść w chłodnym wnętrzu gospody nad kubkiem dobrego wina.

Niestety, przekonał się, że Diego nie wyolbrzymiał problemu, jaki stanowiła donna Dolores. Zajęli z don Alfredo miejsce w głębi sali, dosyć blisko kuchennego wejścia, toteż mógł doskonale słyszeć rozmowę, jaka miała miejsce w kuchni.

– Chcę ci coś powiedzieć, señorito Victorio Escalante, właścicielko gospody – odezwała się Dolores.

– Słucham.

– On będzie mój.

– Kto? Zorro?

– Nie, Diego. Będzie mój.

– Nie.

– Przekona się, że nie warto wiązać się z kimś takim jak ty. Dobrze ci radzę, poszukaj sobie raczej kogoś wśród poganiaczy. Bardziej będą ci paso…

Trzask! Don Alfredo chciał się podnieść, ale don Alejandro przytrzymał go za ramię.

Señora Chiara poderwała ze swego miejsca przy stoliku.

– Co się dzieje? Donna Dolores?

Donna wypadła zza kotary. Poza lekkim wzburzeniem idealnie ułożonej fryzury i zaczerwienionymi policzkami, nie widać na niej było żadnych widocznych śladów.

– Nic się nie stało – oświadczyła zimno. – Wracamy do domu.

Don Alejandro zajrzał do kuchni. Victoria z furią ścierała ze stołu sos z wywróconej miski. Uznał, że lepiej będzie, dla niego i dla Diego, jeśli ostrożnie się wycofa, zanim ona go spostrzeże.

.

CDN.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *