Legenda i człowiek Cz IV: Zatrute piękno, rozdział 17

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Niebezpieczeństwo czasem kryje się tam, gdzie nikt się go nie spodziewa... Czwarta część opowieści o i Victorii
Postacie/Characters
, de la Vega, , Felipe, Jamie , Luis Ramon,

Pochodnie oświetlały rynek , a drewno nowiutkiej szubienicy połyskiwało w ich blasku ponurą czerwienią. Sierżant westchnął po raz kolejny i poprawił się na swoim stanowisku na ławce przed gospodą señority Escalante. Było mu ciężko na sercu, pomimo wyjątkowo smacznej polewki i wypitego dobrego wina, na jakie zwykle nie mógł sobie pozwolić. Zazwyczaj też dobry posiłek poprawiał mu nastrój, ale to był wyjątkowy dzień, wyjątkowo paskudny, jeśli miał być szczery. Uważał, że do tej pory w swoim życiu nie miał tak paskudnego dnia, a gorszy… gorszy miał być tylko dzień jutrzejszy.

I egzekucja.

wreszcie wstał i ruszył w obchód placu. Rozkazy były jasne, miał dopilnować, by szubienica dotrwała do następnego dnia. słusznie podejrzewał, że ktoś z Los może zadbać, by szafot przeznaczony dla samozwańczego obrońcy nie doczekał jego egzekucji, dlatego też sierżant patrolował plac, a za bramą garnizonu czekało na jego sygnał kilku uzbrojonych żołnierzy. Ponadto słyszał propozycje rozwiązania sytuacji rzucane w rozmowach toczących się w gospodzie i to dodatkowo psuło mu przyjemność z jedzenia kolacji. Rozgorączkowanych ludzi uspokajali jedynie don Diego i , słusznie zwracając im uwagę, że jakakolwiek akcja, jeśli nie będzie dobrze przemyślana, raczej zaszkodzi Juanowi, czy też , niż mu pomoże. Cóż, on sam musiał się przyznać, że uzbrojony alcalde zajął miejsce w areszcie, zdeterminowany, by raczej zastrzelić Zorro, niż pozwolić go komukolwiek uwolnić.

Dlatego też sierżant siedział na placu i zastanawiał się, co on sam może jeszcze zrobić.

Kaprala Rojasa zauważył dopiero, gdy ten był kilka kroków od niego.

– Co się stało, kapralu?

– Przyszedłem zapytać, czy może nie zmienić was na warcie – odparł kapral.

– To miłe z waszej strony – podniósł się z ławki i ruszył w stronę Rojasa. Nagle nabrał podejrzeń. Kapral nigdy nie zgłaszał się tak chętnie, zwłaszcza do tak nieprzyjemnych zadań. No tak, coś trzymał za plecami. – Co tam macie, kapralu?

– Eee… Nic!

– Pokażcie mi to nic – wychylił się w bok. Rojas wykręcił się od niego. Mendoza zajrzał w drugą stronę, tym razem przezornie sięgając za ramię kaprala. Przez chwilę mocowali się wzajemnie, aż sierżant zobaczył, co Rojas chował za plecami.

Obcęgi, niewielki łom i piłę.

– Kapralu… – w głosie sierżanta był smutek i zawód.

– Pozwólcie mi sierżancie – zaczął gorączkowo mówić Rojas. – Wiecie, że Juan jest niewinny. On przecież nie mógł być Zorro!

– Wiem, kapralu. Alcalde też wie – dorzucił ponuro Mendoza. – Ale wiecie, co powiedział…

– Wiem, słyszałem! Ale Juan jest moim przyjacielem, sierżancie, nie mogę go tak zostawić! Mój ojciec był stolarzem, wiecie, wiem co i jak podpiłować… to mi zajmie tylko chwilkę…

– Ale mam rozkazy, kapralu! – jęknął udręczony Mendoza.

– Mówicie, że wiecie, co tam podpiłować? – czyjś głos odezwał się za plecami żołnierzy. Znajomy, bardzo dobrze znany głos.

– Zorro! – sapnęli obaj. A za chwilę ich twarze rozjaśnił uśmiech.

– Zorro, jak dobrze! – ucieszył się Mendoza. – Miałem nadzieję, że się zjawisz… Nie żebym pytał jaki masz plan, ale…

Rojas uśmiechnął się nagle szaleńczo.

– Zorro, poczekaj tu może przez chwilę – zaczął pośpiesznie mówić. – Ja zaraz pobiegnę do garnizonu, chłopaki są pod bronią, zaraz przybiegną, tylko zanim zaczniemy się gonić po placu, przyciągnę tu taką małą baryłeczkę smoły. Jedna pochodnia i będziemy mieli z głowy szafot, a jak alcalde zobaczy cię na placu…

– To i tak nie uwierzy – burknął Mendoza. – Będzie pewien, że to pułapka. On przecież wie, że Checa nie jest tak naprawdę Zorro, ale i tak chce go powiesić. Jako przykład.

– Sierżant ma niestety rację, kapralu – stwierdził Zorro – i choć podoba mi się myśl urządzenia z wami gonitwy po całym rynku, to niestety, nie przyniesie to nam niczego dobrego. Musimy zrobić to inaczej. Miałem plan, dość skomplikowany, sierżancie, w którym potrzebowałem pańskiej pomocy.

– To znaczy?

– To znaczy, że ten nieszczęśnik, który się za mnie ostatnio przebierał, spędzi jeszcze tę noc w celi, pilnowany przez alcalde. Ja sam chciałem zająć się przeznaczoną dla niego liną, ale skoro tu obecny kapral Rojas ma pomysł na bardziej radykalne działanie… – Zorro wskazał dłonią szafot. – Pożyczcie mi tylko waszej kurtki i czako, sierżancie, by alcalde się nie zdziwił, kto krąży po placu.

bez wahania zdarł z siebie kurtkę i czako, a potem przyjął od Zorro jego kapelusz i pelerynę. Usadowił się wygodnie w rogu werandy i czekał. Nagle drgnął, gdy obok niego stanęła señorita Escalante. Poderwał się, starając jednocześnie zasłonić jej widok na plac i ukryć za sobą trzymane w rękach przedmioty. Bezskutecznie. Zauważyła, co trzyma i ku jego zaskoczeniu zaśmiała się cicho.

– Bardzo dobrze, sierżancie – powiedziała i pocałowała go w policzek. – Bardzo dobrze. Jak już skończy i pójdzie sobie, to zajrzyjcie do mnie. Odgrzeję dla was trochę zupy.

usiadł z powrotem z westchnieniem ulgi. Nagle poczuł się bardzo głodny i uśmiechnął się na samą myśl o zupie señority Victorii.

W dzień egzekucji poranek w Los wstał wyjątkowo pogodny i słoneczny. Tylko niewielki chłód zdradzał, że jest to prawie połowa zimy. Ludzie zebrali się tłumnie, także dlatego, że na ten dzień przypadał w pueblo targ i sporo farmerów z okolicy przybyło z towarami czy zwierzętami na sprzedaż. Wesołe nastroje przybyszy szybko zmieniały się w mocno posępne, gdy wchodząc na plac dostrzegali wysoką konstrukcję szubienicy, wartujących przy niej żołnierzy i dowiadywali się, kto ma zostać stracony.

W południe milczący tłum wypełniał już prawie cały plac. Wreszcie brama garnizonu skrzypnęła i zza wrót wymaszerował oddziałek żołnierzy, prowadzony przez alcalde. Ustawieni w kwadrat otaczali człowieka w czarnym stroju, ze spętanymi z tyłu rękoma. Juan Checa szedł spokojnie, wyprostowany. Odebrano mu kapelusz i pelerynę, a zdarta maska niczym bandana otaczała szyję. Dopiero tuż przy szafocie, gdzie w pierwszym rzędzie widzów stał don Escobedo z córkami i bratanicą, zatrzymał się nagle.

Donna ? – odezwał się, zanim którykolwiek z żołnierzy zdążył zareagować. Zresztą żaden z nich nie chciał mu w tym przeszkodzić. – Czy pożegnasz się ze mną?

Cokolwiek jednak więcej chciał przekazać swojej ukochanej, pozostało niewypowiedziane. Dziewczyna bowiem zrobiła dwa szybkie kroki, mijając eskortę i z rozmachem uderzyła go w twarz.

– Jak śmiesz się do mnie odzywać! – syknęła. – Nienawidzę cię! Mam nadzieję, że zdechniesz powoli!

Tłum zaszemrał. Słowa donny Escobedo były dosyć głośne, by usłyszeli je prawie wszyscy i teraz dookoła wszczęła się fala gorączkowych szeptów. Checa jakby się załamał. Nagle opuścił głowę, jego krok stracił pewność i sprężystość. Po stopniach szubienicy wszedł chwiejnie, ale bez protestów. Sprawiał wrażenie kogoś, komu nagle przestało zależeć na życiu.

Alcalde uśmiechnął się szeroko. Ten dzień miał być jego świętem. Nie takim, jakiego się spodziewał, ale mimo wszystko przybliżył się dziś do celu. A być może uda mu się całkowicie ten cel osiągnąć. Żołnierze byli już rozstawieni na swoich posterunkach.

– Mieszkańcy Los i okolicy! – zaczął. – Zebraliście się tutaj, aby być świadkami triumfu sprawiedliwości! Dziś ujrzycie, jak człowiek, który przez te wszystkie lata terroryzował nas i drwił z prawa, płaci za swoje winy! Dziś zobaczycie, jak zostaje stracony Zorro!

– Nie śpieszyłbym się tak z oznajmianiem mej egzekucji, alcalde – rozległ się spokojny głos. Ramone rozejrzał się gorączkowo, tłum zaszemrał.

Zorro był zaraz za ludźmi, na krawędzi placu. Siedział na swoim wierzchowcu, , niczym czarny posąg i jakoś nikt w tej chwili nie miał wątpliwości, że oto zjawił się prawdziwy Zorro. Wśród ludzi wybuchł tumult. Radosne okrzyki, piski dziewcząt, nawoływania zagłuszył nagle krzyk alcalde.

– Brać go! – ryczał . – Brać go!

Zorro zasalutował szpadą w odpowiedzi. Ludzie rozpierzchli się na boki, odsłaniając rozstawionych w tłumie żołnierzy, pozostawiając pusty środek placu i otwartą drogę do szafotu.

Przez parę następnych chwil całe miasteczko Los biło brawa i wiwatowało. Żołnierze rzucili się na Zorro, ale ten przejechał pomiędzy nimi tak, jakby nikogo nie było, zostawiając za sobą kilku z nich przewróconych w uliczny piach. Pozbierali się szybko i kulejąc uciekli gdzieś na bok, pomiędzy ludzi. Padło kilka niecelnych strzałów, ale strzelcom najwyraźniej zbyt się trzęsły ręce, by byli w stanie dobrze wymierzyć. Teraz Zorro zeskoczył z siodła, by stawić czoła następnym przeciwnikom. Starł się na szpady z jednym czy dwoma, a tymczasem Tornado zaczął atakować pozostałych. Każdy kopniak konia, każde przewrócenie się żołnierza było kwitowane przez tłum gromkimi okrzykami i brawami.

Alcalde patrzył na to wszystko w oszołomieniu. Wreszcie jakby się ocknął i rozejrzał dookoła. Wyglądało na to, że jednak nie uda mu się pojmać Zorro, ale mógł jeszcze uczynić jego zwycięstwo nadaremnym. Z gorączkowym pospiechem złapał za sznur i nałożył pętlę na szyję Juana Cheki. Teraz pozostało mu tylko czekać.

Ostatni z żołnierzy, potykając się wpadł pomiędzy ludzi, umykając przed rozzłoszczonym Tornado. Zorro pozostał sam na placu boju. Obejrzał się w stronę szubienicy.

– Zorro! – krzyknął Ramone. – A jednak przegrałeś!

I szarpnął za spust zapadni.

Trzask!

I wielkie, zdumione westchnienie tłumu.

Cała konstrukcja szafotu zatrzęsła się i runęła w dół niczym domek z kart.

Cisza zapanowała na placu i gwizdnięcie Zorro na Tornado zabrzmiało w niej wyjątkowo głośno. Wskoczył na siodło dokładnie w chwili, gdy wygrzebał się spomiędzy potrzaskanych desek. Nim jednak alcalde przeszedł kilka kroków, Zorro podjechał i jednym kopnięciem posłał go wprost w koryto do pojenia koni.

– Ochłońcie nieco, alcalde – poradził. – A teraz… teraz zostały mi jeszcze dwie sprawy do załatwienia – oznajmił.

Podjechał do werandy, gdzie znalazł schronienie don Escobedo z donną Dolores i córkami.

Don Escobedo, za waszym pozwoleniem – Zorro uniósł dłoń do kapelusza.

– Proszę, Zorro – odpowiedział . Nie spodziewał się jednak, że Zorro zręcznie ściągnie z werandy donnę Dolores. Dziewczyna pisnęła, zwisając w niewygodnej pozycji przez siodło. Zorro ruszył przez plac.

Donna Dolores – oznajmił – dziś dowiodłaś, że jesteś tylko śliczną, porcelanową buzią. Powinnaś się więc znaleźć w towarzystwie równie jak ty bystrym, a dla niektórych nawet bardziej powabnym.

Po tych słowach zrzucił dziewczynę z siodła. Wprost w prowizoryczną zagrodę, gdzie zgromadzono przywiezione na targ ptactwo. Kury, gęsi i kaczki poderwały się z krzykiem, który prawie zagłuszył pisk oburzenia dziewczyny.

Señor Zorro! – krzyknął don Escobedo.

– Pytałem o pozwolenie, señor – odparł Zorro. – I ostrzegam. Ujmijcie tę panienkę w karby. Chce się bawić ogniem, ale brak jej rozumu, by dostrzec ryzyko poparzenia. Siebie i innych, don Escobedo.

Caballero przez chwilę patrzył na Zorro, wreszcie skinął głową. Teraz Zorro zwrócił się do ruin szubienicy. Już chwilę wcześniej z tłumu wyrwała się jakaś señorita, która pomogła Juanowi wydostać się spomiędzy belek, rozcięła mu więzy i zdjęła sznur z szyi. Teraz Checa siedział ze zwieszoną głową na resztkach stopni szafotu.

– To było bardzo sprytne, señor Checa – odezwał się do niego Zorro. – Próbować mnie pojmać, udając mnie samego. Szkoda, że alcalde was nie docenił.

Checa uniósł głowę.

– Ja… – urwał, najwyraźniej niezdolny wyrazić tego, co czuje.

Zorro nie czekał jednak, aż Juan Checa zbierze myśli, tylko podjechał jeszcze raz pod werandę.

Señorita Escalante…

Señor Zorro – odpowiedziała Victoria.

– Cieszę się, że jesteście już w dobrym zdrowiu – Zorro zasalutował szpadą, spiął konia i pognał do wyjazdu z miasteczka, odprowadzany wiwatami mieszkańców.

Tłum skłębił się na placu. Alcalde wygrzebał się z koryta, żołnierze przemykali się pomiędzy ludźmi w stronę garnizonu, ktoś zaczął odciągać resztki drewna, rozstawiano stoły i wyciągano z bocznych uliczek wózki z towarem… Gdy wydostano spomiędzy kur rozhisteryzowaną donnę Dolores, na chwilę zapadła cisza, a potem ludzie buchnęli głośnym, drwiącym śmiechem. Zalana łzami dziewczyna, w wybrudzonej sukni, pobiegła do powozu ścigana drwiącym gdakaniem i gęganiem, a za nią podążyła purpurowa z gniewu señora Chiara i równie zaczerwienione kuzynki. Don Escobedo szedł znacznie powolniejszym krokiem, kilkakrotnie oglądając się na Juana Checę, wciąż siedzącego wśród ruin szafotu.

.

CDN.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *