Legenda i człowiek Cz IV: Zatrute piękno, rozdział 1

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Niebezpieczeństwo czasem kryje się tam, gdzie nikt się go nie spodziewa... Czwarta część opowieści o Zorro i Victorii
Postacie/Characters
, de la Vega, , Felipe, Jamie , Luis Ramon,

Od autora: Podziękowania dla Arianki. Już ona wie, za co.

To jest czwarta część opowieści o Zorro i Victorii. Jak zaznaczałam wcześniej – jest to alternatywa, która nie bierze pod uwagę pewnych faktów z serialu New World Zorro, z sezonu I i II. Za to wprowadza inne fakty.

Przyjemnej lektury!

Zatrute piękno.

Rozdział 1

Woda była żółta.

Kilka dni wcześniej zachodni wiatr przygnał znad oceanu wysoko wypiętrzone chmury. Ulewa, jaką ze sobą przyniosły, zmieniła piach drogi w lepkie błocko, a każde zagłębienie w jeziorko. Nadmiar wody zaś spływał teraz z powrotem do oceanu znanymi od lat szlakami. Wąskie wąwozy, , wymyte przez wcześniejsze oberwania chmury, przemieniły się w głębokie i rwące strumienie, które swym wartkim nurtem, żółtym od niesionego piachu, porywały wszystko, co przez czas suszy się w nich znalazło. Na falach i w wirach kołysały się uschłe krzewy, kłęby trawy czy wysuszone truchła zwierząt.

Pod naporem wody kołysał się także dyliżans wbity w krawędź , a obecnie strumienia, zaś uczepiona jego dachu dziewczyna nie krzyczała przy każdym drgnięciu pojazdu tylko dlatego, że obawiała się, iż głośniejszy krzyk czy ruch zakłóci niepewną równowagę, w jakiej się znajdowała. Próba sforsowania zagłębienia na skrócie z Monterey była przeprowadzona w najgorszym z możliwych momentów. Akurat gdy dyliżans znajdował się w najniższym miejscu, koła ugrzęzły w piachu i konie go ciągnące mozoliły się nad wdrapaniem na skarpę, błocko na dnie zaczęło gwałtownie zmieniać się w potoczek, strumyk, a na końcu w porywisty potok. Niewielką szansę wydostania się z pułapki zaprzepaścił niedoświadczony woźnica. Podjął, pozornie rozsądną, próbę wydostania się z wąwozu przez jechanie zgodnie z jego biegiem, lecz gdy wreszcie udało mu się na chwilę wjechać na stok, woda była już tak wysoko, a jej nurt był tak silny, że powóz sam zaczął zsuwać się w dół, z prądem. Panika powożącego udzieliła się ciągnącym dyliżans koniom, a gdy szarpiące się zwierzęta złamały orczyk, stało się jasne, że nic nie uchroni podróżnych przed katastrofą. Konie wyrwały się na brzeg, także dwu pasażerów zdołało wydostać się na stały ląd, jednak z podróżujących z nimi kobiet, tylko jedna zdążyła przeskoczyć na krawędź wąwozu, nim kolejna fala wody nie porwała powozu. A chociaż wkrótce pojazd zaczepił się o krawędź i znów zatrzymał, jego dach wydawał zbyt chwiejny, by ostatnia z pasażerek, przestraszona, spróbowała opuścić go i przenieść się na bezpieczny grunt. Trzymała się jedynie kurczowo linek na dachu i pojękiwała przy każdym drgnięciu oparcia.

Z tego otępienia wyrwał ją męski głos.

– Czy mnie słyszysz, ?

Zdała sobie sprawę, że ktoś nawoływał ją od dłuższej chwili. Oderwała spojrzenie od wody. Na brzegu zobaczyła jeźdźca. Czarny koń z zainteresowaniem rozdymał chrapy, obserwując nurt, jego pan przechylał się w siodle, też uważnie śledząc płynącą wodę.

… – odezwała się dziewczyna. Bała się obcego, ale znacznie bardziej obawiała się tego, że za chwilę powóz znów zostanie porwany w dół strumienia.

– A więc słyszysz mnie, señorita – ucieszył się przybysz. – Posłuchaj zatem. Przesuń się nieco w moją stronę, a zdołam cię zdjąć na brzeg.

Przesunąć? Dziewczyna w nagłym przypływie paniki pokręciła przecząco głową i zacisnęła mocniej dłonie na linkach. Zamknęła oczy, więc ani nie widziała zrezygnowanej miny jeźdźca, ani nie słyszała jego westchnienia, kiedy zsiadł z konia i ostrożnie wszedł w nurt, asekurując się linką zaczepioną do końskiego siodła. Krok, dwa.. nagle stracił grunt pod nogami, ale już miał dyliżans na wyciągnięcie ręki i nim nurt go zniósł, uczepił się jego dachu.

Dziewczyna piskliwie krzyknęła, czując, że jej podpora chwieje się mocniej i drży. Za moment znów pisnęła, gdy mokre męskie ramię otoczyło ją w pasie.

– Spokojnie, señorita – usłyszała nad uchem.

Señor… – wykrztusiła.

– Spokojnie, señorita – powtórzył przybysz. – Jeszcze chwila i będziesz bezpieczna. Wypuść tylko te linki z dłoni.

– Ja, ja…

Dyliżans znów zadygotał. Obcy już bez słowa sięgnął i przeciął linki, których tak kurczowo trzymała się dziewczyna. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, mężczyzna ściągnął ją w wodę.

Krzyknęła i zakrztusiła się. Chciała się szarpnąć, ale w tej samej chwili woda oblała jej twarz, więc kolejny krzyk zamienił się w przerażone prychanie. Poddała się panice, ale mężczyzna już stał pewnie na gruncie i krok później postawił ją na brzegu. Wtuliła się mu w ramiona i zaszlochała.

Obcy dłuższą chwilę kołysał ją łagodnie, gładząc po włosach, aż wreszcie westchnęła i pociągnęła nosem.

– Przepraszam, señor.

– Nie ma za co, señorita.

– Donna – poprawiła. – Donna Escobedo. – Dygnęła niezgrabnie, na tyle, na ile pozwalały jej przemoczone fałdy sukni.

– Zorro – mężczyzna skłonił się lekko, z uśmiechem.

Wydawało się, że dopiero teraz dziewczyna zauważyła, że jej wybawca nosi maskę. Drgnęła i cofnęła się o krok.

– Nie obawiaj się, señorita – ponownie ukłonił się Zorro. – Nic ci z mojej strony nie grozi.

– Wybaczcie, señor Zorro. Słyszałam… wiele historii o was.

– Nie wątpię, że były nader barwne, ale zapewniam, że przynajmniej część z nich była zmyśleniem. Ale, ale, señorita. Wy drżycie. Powinniście się zaraz znaleźć pod dachem.

Dziewczyna rzeczywiście dygotała w przemoczonej sukni. Jednak wahała się. Jej wątpliwości, jakiekolwiek by nie były, rozwiały się, kiedy za jej plecami z głośnym trzaskiem woda uniosła resztki dyliżansu.

– Obawiam się, señor, że będę musiała zdać się na waszą łaskę – stwierdziła z rezygnacją. – Straciłam wszystkie moje kufry.

– Być może nie są jeszcze stracone – pocieszył ją Zorro. Pisnęła przestraszona, gdy podniósł ją niczym laleczkę i posadził w siodle.

– Jak to?

– Ten strumień za kilka mil zmienia się w rozlewisko. Wszystko, co zostało przez niego porwane, zatrzyma się tam i osiądzie na brzegach. Niewątpliwie w pueblu Los znajdziecie ludzi, którzy odszukają wasze kufry. Przy okazji – Zorro przynaglił konia – już niedługo będziemy w . Sądzę, że spotkacie tam waszych towarzyszy podróży.

Donna Escobedo, z początku sztywno wyprostowana i zdenerwowana, już po chwili oparła się o ramię Zorro. Jego peleryna, choć cienka, nieco chroniła ją przed wiatrem.

X X X

To nie był najlepszy dzień señority Victorii Escalante. Wpierw okazało się, że ostatnie ulewy pozalewały i porozmywały drogi do Santa Barbara i Monterey. Grupa podróżnych musiała z tego powodu pozostać w Los Angeles. Ich niezadowolenie, spowodowane tą zwłoką, dało się odczuć w narzekaniu na jakość pokoi czy kapryszeniu przy posiłkach. Prócz tego w nocy wybuchła pomiędzy nimi kłótnia, która postawiła całą gospodę na nogi, a señorita Escalante, jako właścicielka, musiała ją załagodzić, by reszta gości mogła pójść spać. Ponadto najmłodszy wnuk señory Antonii dostał gorączki i choć zaręczał, że nie zagraża ona jego życiu, starsza kobieta zamartwiała się zdrowiem dziecka, co natychmiast odbiło się na jakości przygotowywanych przez nią potraw. Chcąc nie chcąc, a raczej chcąc uniknąć skarg na przesolone zupy czy niedosolone warzywa, señorita musiała przejąć z powrotem rządy w kuchni. I, jako kucharce, było jej szczególnie ciężko, gdy rankiem w gospodzie pojawił się . Najwyraźniej poprawiał sobie winem z Monterey nastrój po deszczowych dniach i meldunkach o zalaniach, bo zjawił się na śniadanie wyjątkowo późno i był rozdrażniony niczym głodny grzechotnik. Drażniło go wszystko, od zapachów polewki po rozmowy gości i dawał temu wyraz w wyjątkowo cierpkich słowach. A że señorita Escalante właśnie podała mu śniadanie, jego uwaga i kąśliwość skupiły się na niej, skutkiem czego była potężna awantura, która przepłoszyła z gospody prawie połowę bywalców, a samej Victorii przyniosła ból głowy i poczucie zmarnowanego czasu.

Toteż gdy na werandzie gospody wszczęło się zamieszanie, Victoria z furią trzepnęła o stół ścierką od naczyń i ruszyła sprawdzić, co się dzieje na zewnątrz.

Niemal na progu wpadła na sierżanta Mendozę i grupkę przemoczonych, zabłoconych ludzi, którzy przekrzykując się jeden przez drugiego usiłowali wymóc wysłanie żołnierzy na poszukiwanie porwanego przez wezbrany strumień dyliżansu. Sierżant był nawet i chętny na taką wyprawę, oczywiście nie sam, chciał raczej wysłać w drogę kaprala, ale alcalde nie miał zamiaru trwonić czasu żołnierzy na takie błahostki. Odmowa ta spowodowała, że przybysze w pierwszej chwili zamilkli z oburzenia i zdumienia, ale niemal natychmiast zaczęli kłócić się z Luisem Ramone. Gwar podniesionych głosów wypełnił gospodę tak, że Victoria miała ochotę zacząć krzyczeć. I zaczęła krzyczeć, przyłączając się do nalegań, by z puebla wyruszył choć patrol na rozeznanie terenu. Nie tylko po to, by odszukać szczątki dyliżansu, ale też i po to, by rozpoznać, czy woda nadal przybiera, czy też możliwe będzie wyruszenie innych podróżnych.

Alcalde jednak nie ustępował. Wręcz przeciwnie. Bez wahania zwrócił się przeciwko woźnicy. Zrzucając na niego odpowiedzialność za wypadek powozu i zwracając szczególną uwagę na jego nieudolność w powożeniu i brak doświadczenia z nierównymi drogami w okolicach Los Angeles, zażądał od sierżanta, by ten natychmiast odprowadził pechowego chłopaka do garnizonowego aresztu. W ten sposób zapewnił sobie odrobinę słabszy nacisk ze strony pozostałych przybyłych i nieco ciszy, bowiem razem z woźnicą z grupy wycofał się Mendoza, który wcześniej donośnym głosem domagał się od alcalde zajęcia się sprawą, a przynajmniej zezwolenia, by on, Mendoza, wyznaczył ludzi na patrol. Chwilę później Ramone zagroził podobnym uwięzieniem reszcie przybyszy, za nieposzanowanie władzy alcalde, gdy jeden z nich, mimo wszystko, zaczął się domagać wszczęcia poszukiwań. Informacja, że w dyliżansie znajdowała się jeszcze dziewczyna, bratanica jednego z okolicznych hacjenderów, zrobiła na nim niewielkie wrażenie.

– Zapewne się już utopiła – Ramone skwitował sucho nalegania jedynej kobiety wśród przybyłych.

– Szybko oceniacie, kto przeżyje, alcalde – skomentował te słowa ktoś z głębi sali.

– Zorro! – alcalde podskoczył, odruchowo sięgając do boku, gdzie zazwyczaj nosił szpadę. Tym razem jednak przyszedł na śniadanie bez niej i widać było po jego rozczarowanej minie, że mocno żałuje swego niedopatrzenia.

Na dźwięk tego imienia kilku nowoprzybyłych señores żachnęło się z niepokojem, a tęgawa dama pisnęła lękliwie i pospiesznie rozejrzała, jakby oceniając, gdzie i jak wypada jej zemdleć. Zorro nie zwrócił jednak na to uwagi.

– Wasza zguba, señores – delikatnie popchnął ku zgromadzonym dziewczynę. – Cała i zdrowa.

– Zorro, jak ty… – Victoria urwała w pół słowa. Ale wyglądało na to, że Zorro zrozumiał, co ma na myśli.

– Przejeżdżałem w pobliżu – wyjaśnił krótko. Nieznacznie uchylił w pozdrowieniu ronda kapelusza. – , señoritas, adios, señores – uśmiechnął się jeszcze i znikł za kuchenną zasłoną.

– Mendoza! – rozkrzyczał się alcalde, usiłując wyjść zza stołu.

– Dajcie spokój, alcalde – wtrąciła się Victoria. – I tak go żołnierze nie dogonią.

Señorita Escalante! – Ramone sapnął wściekle, ale opadł z powrotem na swoje miejsce.

Victoria nie słuchała go dłużej. Przybyła dziewczyna była przemoczona do suchej nitki i trzęsła się z zimna i ze zmęczenia.

– Dosyć tego gadania! – zawołała señorita Escalante. – Marisa! Przygotuj dla gości polewkę i wino z korzeniami. Juanita! Rozpal w głównym kominku, by goście mogli się osuszyć. A ty chodź ze mną – zwróciła się do dziewczyny.

– Dokąd mamy iść, señorita? – wtrąciła się druga z pasażerek dyliżansu. Objęła właśnie opiekuńczo dziewczyną, patrząc na alcalde i na Victorię tak, jakby mieli jej zaraz wyrządzić krzywdę.

– Do mojego pokoju. Jestem Victoria Escalante, właścicielka tej gospody. A wasza podopieczna – Victoria właściwie oceniła relacje pomiędzy damą i dziewczyną – potrzebuje suchej odzieży. Inaczej zapadnie na gorączkę.

Dama jęknęła na tak obcesowe postawienie sprawy, ale posłusznie poprowadziła słaniającą się na nogach dziewczynę za Victorią.

Mogło się wydawać, że gdy już pechowi podróżnicy z dyliżansu siedli przy parujących talerzach polewki i nad kubkami z grzanym winem, a alcalde opuścił gospodę i udał się w zacisze swej kwatery, by leczyć się ze wspomnień ostatniego wieczoru, señorita będzie w lepszym humorze. Niestety, tak się nie stało. Alcalde co prawda wyszedł, ale wspomnienie jego obojętności, uporczywego oporu przed wysłaniem żołnierzy na poszukiwanie dyliżansu i grożenia aresztowaniem, podobnie jak uwięzienie pechowego woźnicy, nadal rozpalało emocje w podróżnych. Ogrzana izba, ciepły posiłek i korzenne wino wskórały jedynie tyle, że toczyli oni nader ożywioną dyskusję, a każdy ich wykrzyknik odbijał się echem pod stropem sali i… w obolałej głowie Victorii.

Równie nieprzyjemnymi były dla niej dyskusje pań. Starsza, Chiara, jak słusznie odgadła señorita Escalante, okazała się być damą do towarzystwa i opiekunką młodziutkiej donny Escobedo w jej podróży do stryja. Przestraszona początkowo wypadkiem i zmęczona marszem, teraz trzęsła się nad swoją podopieczną niczym kwoka nad jedynym kurczęciem. Jej starania, by zapewnić dziewczynie jak najlepsze warunki byłyby może i zabawne, gdyby nie fakt, iż Chiara, urodzona i wychowana w Hiszpanii, miała niezbyt dobrą opinię o miejscu, do którego przybyły. Mogło mieć na to wpływ wiele rzeczy, ale nie ulegało wątpliwości, że zdaniem señory, znalazły się, ona i donna Escobedo, na skraju świata, gdzie brak jest podstawowych cywilizowanych udogodnień, a miejscowa ludność niewiele różni się od pogańskich dzikusów. Toteż, gdy tylko ogrzała się trochę i posiliła, zaczęła odnosić się do Victorii z nieskrywaną wyższością, dając do zrozumienia, że uwłaczającym jest sam fakt, że bratanica i wnuczka don Escobedo musi odpoczywać w gospodzie, ubrana w strój oberżystki.

Sama donna zdawała się na to nie zwracać uwagi. W milczeniu zjadła podany jej posiłek, wypiła wino, a na wszelkie uwagi i monologi señory Chiary reagowała tylko mrukliwymi przytaknięciami. Victoria była skłonna zrzucić milczenie dziewczyny na przeżyty strach i wyczerpanie, gdyby nie… no właśnie, gdyby nie delikatny półuśmiech, jaki często pojawiał się na jej bladej twarzyczce. Donna Escobedo była nie tyle wyczerpana, co pogrążona we własnych myślach, a sądząc z jej miny, były to myśli bardziej niż przyjemne. Gdy Victoria dostrzegła, jak przez moment dziewczyna przesuwa z namysłem palcem po swoich wargach, zadrżała. Nagle bowiem zrozumiała, gdzie już widziała takie rozmarzone spojrzenie.

Jej podejrzenia co do marzeń dziewczyny zmieniły się w pewność, gdy na placu zaturkotały koła powozu i do gospody wtargnęły dwie dziewczyny, córki don Hernando Escobedo i kuzynki donny , a sala wypełniła się okrzykami radości. Sam don Hernando, po uprzejmym przywitaniu się z Victorią i wyrażeniu podziękowania za opiekę nad bratanicą wdał się w dyskusję z przybyłymi, zaś dziewczyny utworzyły małą, pełną okrzyków i chichotów grupkę, wymieniając wrażenia z podróży.

Oczywiście, szczęśliwe ocalenie donny było pierwszym tematem, który jednak niemal natychmiast zmienił się w dyskusję o jej wybawicielu. Dopiero teraz donna Escobedo dowiedziała się, kto tak naprawdę uratował ją z katastrofy i zrozumiała, jakie spotkało ją szczęście i zaszczyt, gdy ujrzała pełne zazdrości miny kuzynek. Zaczęła więc opowiadać, bardzo szczegółowo, o każdej chwili, jaką spędziła z Zorro, a każda jej wypowiedź była kwitowana westchnieniami zachwytu i żalu. Gdy zaczęła się rozwodzić nad tym, jak wprowadził ją do gospody i jak pożegnał się z nią ukłonem, Victoria nie wytrzymała.

– Powiedział adios señoritas – zauważyła sucho, stawiając na stole kubki z sokiem.

Donna Escobedo spojrzała na nią. Zdumiona, że oberżystka odzywa się do niej takim tonem, a jednocześnie urażona, że przerwano jej tak emocjonującą opowieść, zachowała jednak pełne wyniosłości milczenie. Jej kuzynki nie były tak delikatne. Zanim Victoria doszła do zasłony w wejściu do kuchni, usłyszała za sobą.

– Nie martw się! Ona jest zazdrosna! A przecież sama dała mu kosza!

– Jak to?

Victoria zacisnęła zęby i znikła w kuchni, ale nie mogła się oprzeć nasłuchiwaniu rozmowy w głównej sali. Na jej nieszczęście dziewczyny siedziały dostatecznie blisko, by mogła usłyszeć każde słowo. Słuchała więc, jak kuzynki informowały donnę Dolores, nader obrazowo i obszernie, o tym, co było kiedyś pomiędzy właścicielką gospody a tajemniczym, wyjętym spod prawa jeźdźcem w masce, oraz o związku Victorii Escalante z don Diego de la Vegą. Najwyraźniej też uznały, że wyglądało na to, iż Zorro doszedł do wniosku, że czas zakończyć samotność i znaleźć pocieszenie u innej. Każde zdanie powodowało, że Victoria czuła się gorzej i gorzej, szczególnie, że córki don Escobedo już od dawna czuły do niej urazę za przyjęcie oświadczyn i teraz, korzystając z okazji, nie omieszkały odpowiednio przedstawić jej roli. Wreszcie usłyszała wypowiedziane zdumionym głosem słowa donny Dolores.

– Ależ ona jest o wiele starsza ode mnie! I taka brzydka i ciemna…

Tego nie mogła już dłużej wytrzymać. Duma nie pozwalała jej ośmieszyć się wtargnięciem do sali i urządzeniem awantury dziewczętom, zwłaszcza, że właśnie don Hernando skończył rozmawiać z pozostałymi podróżnymi i nakazał córkom i bratanicy wsiadać do powozu. Wyszła więc z kuchni i pożegnała się z gośćmi, na tyle uprzejmie, na ile pozwalała jej odczuwana złość na panienki, ale też będąc boleśnie świadomą, że jej chłód będzie szeroko komentowany przez rozchichotane dziewczęta. A potem zleciła Marisie nadzór nad kolacją dla pozostałych w gospodzie gości, osiodłała swojego wierzchowca i pognała do hacjendy de la Vegów.

X X X

Gdy Victoria wpadła do gabinetu, Diego pochylał się właśnie nad mapą Los Angeles i jego okolic z ołowianym rysikiem w dłoni.

– Wygląda na to, że mimo nawałnic system kanałów na południe od miasta jest wystarczający – oświadczył, gdy trzasnęła drzwiami.

– Czy możesz mi wyjaśnić, co to miało znaczyć? – spytała z furią.

– To ty? – Diego spojrzał na nią ze zdumieniem. – Byłem pewien, że to ojciec wrócił z objazdu. A chodziło mi o ten system irygacyjny, jaki wykopaliśmy dwa lata temu. Pamiętasz, to co mój ojciec zatwierdził plany. Do tej pory nie było aż takich deszczy, by można było go w pełni wykorzystać.

– Nie o to cię pytałam!

– A o co? – zdziwił się Diego.

– Skąd wziąłeś tę Dolores!

– Jaką Dolores? O kim ty mówisz? – zdumienie Diego było tak duże, że w innej sytuacji Victoria zapewne głośno by się roześmiała. Ale teraz nie było jej do śmiechu. Właśnie spędziła prawie dwie godziny wysłuchując zachwytów nad Zorro i kąśliwych komentarzy o swojej osobie, a Diego nie okazał się jej w najmniejszym stopniu pomocny. Zatem przelała na niego całe swoje zmęczenie i poirytowanie.

– O tę małą Escobedo, którą tak romantycznie przywiozłeś do mnie, do mojej gospody i z którą się tak czule żegnałeś przy wszystkich – zaczęła rozwścieczona, a potem krzyczała dalej. – Czy ja już się ci znudziłam? Tak? – Ruszyła do Diego i podkreślała każde pytanie puknięciem palca. – Zorro szuka innej señority? Młodszej? Lepiej urodzonej? Z ładniejszą buzią? A może bardziej ułożonej? Której można przynosić kwiaty? Albo śpiewać pod oknami? Nie mogłeś być wobec niej choć odrobinę mniej uprzejmy? Choć trochę okazać, że ci na mnie jeszcze zależy? Jak mogłeś? Wiesz, co one teraz opowiadają?

W trakcie tej tyrady Diego cofał się stopniowo od biurka. Wreszcie złapał Victorię za ramiona i przycisnął do ściany.

– Nie ma innej señority – powiedział spokojnie. – Nikogo nigdy nie było prócz ciebie.

– Puść mnie! – prychnęła.

Odsunął się posłusznie. Strzepnęła jego dłoń z ramienia.

– Nie wierzę ci – oświadczyła. – Nie wierzę. Mówisz tak tylko, by mnie uspokoić.

– Vi… – wyciągnął rękę, chcąc ją znów przytrzymać, czy może przytulić.

– Zostaw mnie!

Odwróciła się i wypadła z gabinetu, mijając zaskoczonego don . Rozpłakała się dopiero wtedy, gdy zabudowania hacjendy znikły za drzewami.

Don zajrzał ostrożnie do pokoju. Diego stał przy oknie, zapewne obserwując odjazd Victorii i w zamyśleniu pocierał dłonią kark. Rozsypane na biurku rysiki i mapy świadczyły w czym mu tak gwałtownie przerwano.

– Diego?

– Tak, ojcze? – odwrócił się od okna.

– Możesz mi powiedzieć, co się stało? Oczywiście, jeśli możesz – lekkim słowom don przeczył ton, jakim były wypowiedziane.

– Uraziłem Victorię – w głosie Diego można było wyczuć bezmierne zdumienie. – Uratowałem dziś z potoku dziewczynę, bratanicę Hernando Escobedo. Woda porwała dyliżans, którym jechała. Wyciągnąłem ją, przywiozłem do miasta… – Wciąż kręcił głową na poły z namysłem, na poły ze zdumieniem. – Naprawdę nie rozumiem…

– Powiedz mi tylko jedną rzecz – don oparł się o ścianę koło okna. – Wyciągnąłeś ją ty, czy Zorro?

– Zorro – Diego na moment oderwał wzrok od drzew zasłaniających drogę do Los Angeles. – potrzebuje ruchu, więc uznałem, że będzie lepiej, jak to Zorro pojedzie rozejrzeć się po okolicy.

Don przez chwilę miał ochotę się roześmiać z bezradnego zdumienia syna. Diego najwyraźniej zapomniał już, jak boleśnie przeżywał każde swoje niepowodzenie, gdy Victoria dawała mu do zrozumienia, że Zorro jest znacznie bardziej od niego atrakcyjny. A może po prostu uważał, że to, co było pomiędzy nim a señoritą Escalante było jedyne i wyjątkowe? Czasem jego syn był rozbrajająco naiwny, gdy chodziło o relacje pomiędzy mężczyznami i kobietami. Ale nie mógł mu tego powiedzieć, jeszcze nie teraz. Toteż ograniczył się do krótkiej porady.

– Wiesz, synu? – powiedział. – Gdy twoja matka wpadała w złość, nieważne z jakiego powodu, miałem tylko jedno wyjście.

– Jakie?

– Przeprosić ją…

– Ale…

– Nie ma ale. Żadnych ale. Pojedziesz do Los Angeles i przeprosisz Victorię. Za to co zrobiłeś i co, być może, nie zrobiłeś. Tego ona od ciebie oczekuje.

X X X

Wieczór nadszedł szybko, ale i tak było to późno dla znękanej señority Victorii. Wreszcie stali bywalcy opuścili gospodę, goście położyli się spać, a ona mogła udać się do swojego pokoju. Rozczesywała właśnie włosy, gdy usłyszała lekki szelest. Coś skrobało w okiennice. Obróciła się do okna. Wiedziała doskonale kto to i, przekornie, nie miała ochoty otwierać. Ktoś za oknem zaskrobał jeszcze raz, a po chwili, ku swemu zdumieniu, Victoria zobaczyła ostrze niewielkiego sztyletu, które gość wsunął w szczelinę i podważył rygiel okiennicy. Skrzywiła się i wstała.

– Witaj, Zorro – oświadczyła zimno, gdy okno się otworzyło. – Przyszedłeś się tłumaczyć?

– Nie – odparł Diego. – Przyszedłem cię przeprosić. Mam nadzieję, że nie będziesz teraz krzyczeć? – zapytał.

– Nie, nie będę.

Dopiero teraz, gdy wskoczył przez okno, zdała sobie sprawę, że przyszedł w stroju Diego, nie w masce. Uśmiechał się jednak do niej w ten jedyny w swoim rodzaju sposób, w jaki uśmiechał się Zorro.

– Przyszedłem cię przeprosić. Nie wiem, co zrobiłem – powiedział. – Nie wiem, czego nie zrobiłem, ani też co takiego powiedziałem. Ale chcę, byś wiedziała, że nie chciałem cię skrzywdzić. Nie wiem też, co one, i jakie one opowiadały, ale daję ci moje słowo, i słowo Zorro, że nie ma nikogo innego niż ty. Jesteś tylko ty.

Victoria potrząsnęła głową. Cała jej złość na Diego jakoś rozmyła się w ciągu dnia. I, musiała to przyznać sama sobie, niepotrzebnie się na niego rozzłościła. Sprowokowało ją tylko to paplanie dziewczyn i rozmarzone oczy tamtej panienki. A to, że Diego wdrapał się do jej pokoju tak, jak zwykle robił to Zorro, miło ogrzało jej serce. Przez chwilę jeszcze się wahała, ale gdy Diego dotknął jej ramienia, uśmiechnęła się nagle i pocałowała go.

.

CDN.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *