Legenda i człowiek Cz IV: Zatrute piękno, rozdział 8

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Niebezpieczeństwo czasem kryje się tam, gdzie nikt się go nie spodziewa... Czwarta część opowieści o i Victorii
Postacie/Characters
, de la Vega, Escalante, , Jamie , Luis Ramon,

Zwykły dzień w pueblu Los miał swój rytm i melodię. Na rytm składały się spotkania przy studni przed świtem, odprawa wart w garnizonie, południowa sjesta, a wieczorem rozmowy na werandzie gospody señority Victorii Escalante. Melodią było pobrzękiwanie dzbanów i baryłek, poskrzypywanie wózków z warzywami, pianie kogutów, gdakanie kur, od czasu do czasu rżenie konia i hałas jakiejś awantury.

Ostatnio awantury dało się słyszeć codziennie. Raz – miała od pewnego czasu niezbyt dobry humor. Z niewiadomego powodu zrobiła się drażliwa, niczym osa, i rzeczy, nad którymi do tej pory przechodziła do porządku dziennego, teraz były powodem do wyrażania oburzenia, trzaskania naczyniami czy garnkami, względnie do wszczęcia kłótni.

Po drugie – zbliżał się termin corocznego rozliczenia podatków z gubernatorem w Monterey, a dokumenty były w rozpaczliwym stanie, co wprawiało Luisa Ramone w nastrój równie zły, co u señority Escalante. Toteż chwilowo nie było niczym dziwnym, że tych dwoje wymyślało sobie przez całą długość placu, a w dodatku alcalde jeszcze nader często wyładowywał swe złe nastroje obsztorcowując sierżanta Mendozę i wszystkich pozostałych żołnierzy w garnizonie.

Także tego dnia señorita Escalante była w wybitnie złym humorze. Na swoje usprawiedliwienie miała to, że od świtu, od kiedy się obudziła, dolegał jej ćmiący ból głowy, który powodował, że nie mogła zebrać myśli. Wciąż wydawało się jej, że czegoś zapomniała zrobić i doprowadzało ją to do szału, szczególnie gdy stała na środku kuchni i starała się przypomnieć sobie, co z jedzenia zamówiła u dostawców na rano, a co mają przynieść dopiero po południu. Kręciła się więc to tu, to tam, przekładając rzeczy na stole i półkach, i wysilając pamięć, o czym i z kim rozmawiała. Z Pablo, że dostarczy jajek? Z Manuelem, że będzie miał dla niej kurczaki? A Antonia? Czy dziś przyjdzie pomóc jej w gotowaniu? Myśli rozbiegały się i gubiły, brakowało słów, by wyrazić, co jest jej potrzebne, a irytacja narastała.

Metaliczny hałas pogrzebacza padającego na kafle podłogi odbił się bolesnym echem w jej uszach.

– Marisa! – warknęła, obracając się w stronę komina.

– Potrąciłam tylko – zaprotestowała dziewczyna.

– Więc bądź uważniejsza na przyszłość! – señorita Victoria nie miała ochoty odpuścić. Kłótnia, jakakolwiek kłótnia, pozwalała jej wyładować całe to poirytowanie i przenieść na kogoś tak dokuczający jej zły nastrój.

Jakby spełniając jej życzenie, w głównej sali rozległ się głos .

– Mendoza!

,

– Co to jest, Mendoza? Co! To! Jest?

– Dokumenty,

– A co one tu robią! Od kiedy to dokumenty nosi się do gospody, Mendoza?

– Ależ , ja…

– A od kiedy to zaczyna się dzień od wymyślania komuś? – nie wytrzymała Victoria.

Señorita Escalante! – oburzył się Ramone. – Nie powinniście się wtrącać w moją rozmowę z podwładnym.

– A wy nie powinniście zrzucać na podwładnych swoich zaniedbań! – Victoria z furią trzepnęła trzymaną w ręku ścierką o najbliższy stół. Mendoza skulił się odruchowo.

– Jak to, zaniedbań? – obruszył się , dotknięty do żywego tym stwierdzeniem.

– Skoro wasze dokumenty są w takim stanie, że wymagają dopracowania, to czemu zrzucacie to na sierżanta!

– Od kiedy to właścicielka gospody wie, jak puebla ma prowadzić dokumenty?

– Od kiedy nie potrafi poradzić sobie z kilkoma wpisami w księdze?

Pytania bez odpowiedzi śmigały po sali. Marisa zajrzała ostrożnie przez odchyloną zasłonę i zaraz się wycofała z powrotem do kuchni. Mendoza wyprostował się sztywno, zapatrzył na galeryjkę i starał się sprawiać wrażenie, że nie słyszy, nie widzi i w ogóle go w tym miejscu nie ma – jest tylko jakiś mebel, trochę przeszkadzający w burzliwej rozmowie.

– Czy przypadkiem nie przeszkadzam? – wtrącił się Diego de la Vega, korzystając z tego, że obie strony właśnie na moment umilkły.

– Nie! – odpowiedział natychmiast .

– Tak! – Victoria najwyraźniej miała ochotę mieć odrębne zdanie.

– Zatem proszę o wybaczenie i chwilę rozmowy – Diego chyba miał ochotę zaryzykować burę. Jednak jego pojawienie się odniosło pewien skutek. zebrał papiery ze stołu i poganiając przed sobą sierżanta Mendozę ruszył w stronę garnizonu. Victoria z furią zaczęła wycierać blat.

– Jeszcze tu jesteś? – warknęła po chwili, gdy Diego nie ruszył się nawet na krok.

– Powiedziałem, że chcę cię poprosić o chwilę rozmowy – odpowiedział.

– Nie mam czasu!

– Proszę…

– Powiedziałam ci, że nie mam czasu. Zaraz przyjadą dostawcy! Muszę zaplanować na dzisiejszy dzień, nie wiem, czy się wywiązali z zamówień, Antonia nie dała znaku życia od rana, jutro jest dzień targowy i ja w ogóle nie mam czasu! Na nic, słyszysz? Nic nie mogę zrobić, bo wciąż ktoś coś ode mnie chce! I… mpf..

Gniewna wyliczanka Victorii urwała się nagle. Diego zrobił jeden szybki krok i po prostu zasłonił jej dłonią usta. Drugą ręką otoczył ją w pasie, uniemożliwiając tym samym próby wyrwania.

– Dostawy masz zamówione, Antonia przyjdzie i wszystko zostanie zrobione – powiedział spokojnie. Zanim zdecydowała się spróbować wyrwać, czy uchylić spod jego ręki, dorzucił szybko. – Nie musisz, ale byłbym bardziej niż szczęśliwy, gdybyś dzisiaj ze mną pojechała.

Victoria sięgnęła do dłoni zasłaniającej jej usta. Przez moment mocowali się ze sobą, ona rozzłoszczona, on niewzruszenie spokojny, aż señorita Escalante zrezygnowała. Opuściła rękę i Diego natychmiast odjął dłoń z jej ust i pozwolił jej odwrócić się do siebie.

– Dlaczego mam z tobą jechać? – zapytała, starając się, by jej głos był spokojny.

– Bo zamęczasz się pracą.

– Tak? Ciekawe… – w głosie Victorii zabrzmiało wyraźne ostrzeżenie, którego Diego nie zlekceważył. Delikatnie przesunął palcami po jej policzku.

– Nie wiem, czy to od pracy, Vi, ale zmizerniałaś ostatnio – powiedział łagodnie. – Masz sińce pod oczyma. Chciałem, byś trochę odpoczęła…

Victoria gwałtownie wciągnęła powietrze.

– I to ma być powód, dla którego przeszkadzasz mi w pracy?

– Chcę pobyć trochę z tobą, proszę…

Señorita Escalante cofnęła się o krok i trzepnęła ścierką o stół.

– Poczekaj chwilę!

– Już poprosiłem, by ci osiodłali konia! – zawołał za nią Diego, gdy wbiegała na pięterko.

Gdy po dłuższej chwili Victoria wyszła ze swego pokoju, od razu zorientowała się, że w gospodzie przybyło gości. W dodatku zjawili się ci najbardziej dla niej irytujący – donna Escobedo i jej kuzynki, czyli trójka najbardziej rozplotkowanych, pustych panien, jakie zdaniem señority Escalante widziało . A w dodatku donna Dolores bezczelnie wdzięczyła się do Diego! Właśnie gdy Victoria schodziła po schodach, panna Escobedo kładła czułym gestem dłoń na jego rękawie!

Jednak zanim Victoria mogła wybuchnąć słusznym oburzeniem, Diego postąpił do przodu, zręcznie unikając dotknięcia, i dłoń Dolores zawisła w powietrzu.

– Moja piękna pani – Diego ukłonił się przed Victorią z uśmiechem. – Cieszę się, że znalazłaś chwilę, by pojechać ze mną na przejażdżkę.

– Diego… – Victoria zawiesiła ostrzegawczo głos, by skończył z tą błazenadą. Czuła, że nie powinna okazywać swego poirytowania w obecności panien Escobedo. Nie wyszłoby to jej na dobre.

– Kochanie… – Diego bez najmniejszego wahania sięgnął, by objąć ją w pasie. Drugą ręką delikatnie odsunął jej z policzka niesforne pasemko włosów i skradł szybkiego całusa w policzek. Wyszli oboje, nie zwracając uwagi na nagle spochmurniałą pannę Dolores.

Przejażdżka pomogła Victorii wrócić do równowagi, a poranna awantura najwyraźniej podziałała ożywczo na Luisa Ramone. spędził dwa następne dni nad swoimi dokumentami, wertując je na wszystkie możliwe kierunki i usiłując odtworzyć luki. Problem polegał na tym, że ostatnia choroba , jeśli można było tak nazwać jego całkowite pogubienie się w rzeczywistości i obowiązkach spowodowane nadużyciem pewnych leków, miała jako skutek uboczny, poza niezmiennym zatargiem z , kompletny brak prowadzonej w tym czasie dokumentacji wpływów do kasy miejskiej. Właściwej dokumentacji, bo od czasu do czasu zdarzały się zapisy o podatkach poczynione przez obowiązkowego sierżanta Mendozę, a znacznie częściej natrafiał na spisane swoją ręką epistoły, które nieodmiennie powodowały u niego wściekłe czerwienienie się, zażenowanie, a na koniec desperackie darcie kolejnych papierów. To, co tam nawypisywał… Ramone modlił się i bluźnił na przemian, błagając Boga czy przychylny los, by tych elaboratów nie widzieli w swoim czasie czy don Diego de la Vega. Jeden dlatego, że z pewnością nie omieszkałby przy jakiejś okazji przypomnieć o tym alcalde i bezlitośnie go przy tym wydrwić, a drugi… nie miał pojęcia, jak zazwyczaj łagodny i przyjazny wobec całego świata don Diego mógłby wykorzystać przeciw niemu tę całą pisaninę, ale czuł, że byłoby lepiej, by nie musiał się o tym przekonywać. Każdy kolejny odnaleziony papier, zabazgrany w pośpiechu ręką alcalde, powodował, że po raz kolejny zaprzysięgał się, że resztę życia spędzi w całkowitej abstynencji, nie tylko od pewnych specyfików, ale i od zwykłego alkoholu. Ujawnić światu pod wpływem oszołomienia i nadmiernej pewności siebie takie rzeczy! Nie, to nie powinno było się zdarzyć!

Jednak jeden z takich świstków wywołał u Ramone nie atak zawstydzenia i furii, ale chwilę namysłu. Był zapisany wyjątkowo oszczędnie, ledwie dwie czy trzy linijki tekstu, ale to co z nich wynikało… Alcalde nagle stwierdził, że bałagan w papierach może się okazać przydatny.

CDN.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *