Legenda i człowiek Cz IV: Zatrute piękno, rozdział 3

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Niebezpieczeństwo czasem kryje się tam, gdzie nikt się go nie spodziewa... Czwarta część opowieści o i Victorii
Postacie/Characters
, de la Vega, Escalante, , Jamie , Luis Ramon,

Od autora: ABlape – thanks for review!

.

Mijające dni wypełniała mieszkańcom codzienna krzątanina. Ślady powodzi zostały usunięte, stada zapędzone na pastwiska porosłe świeżą trawą, a sady i ogrody wypełniały się warzywami. Prace gospodarskie wróciły więc do swego zwykłego rytmu, co oznaczało, że w gospodzie señority Victorii Escalante wino lało się z dzbanów, a gwar rozmów nie cichł do późnej nocy.

Ku zadowoleniu samej señority, panny Escobedo prawie nie zaglądały do gospody. Widywała je, a jakże, gdy składały wizytę krawcowym, ale zwykle wpadały do i natychmiast znów wyjeżdżały. Victoria domyślała się, że póki nie zakończą przymiarek i dopasowywania stroju, nie pojawią się w gospodzie, ale nie martwiło jej to. Podobnie jak nie przejmowała się tym, że żadna ze szwaczek nie miała obecnie czasu na coś innego niż suknie donny i jej kuzynek. Jej suknia miała być jedyna w swoim rodzaju, dopracowana w każdym szczególe, mogła więc czekać i obmyślać ją bez pośpiechu.

Sprawą, jaka zaprzątała rozmówców w gospodzie, prócz oczekiwań na letnie upały i jesienne burze, była zmiana, jaka zaszła w ostatnich tygodniach w . , zwykle na zmianę kąśliwy, wyniosły czy obrażony, stał się nieoczekiwanie otwarty i przyjazny. Chyba każdy mieszkaniec pueblo przeżywał szok, gdy słyszał z jego strony beztroskie powitanie, a z tego szoku rodziło się pytanie, co też takiego znów alcalde wymyślił. Jak do tej pory dobry i przyjazny nastrój Ramone oznaczał jedynie, że właśnie wciela on w życie swój kolejny genialny plan, który kończył się dla niego wielkim „Z” wyciętym na ubraniu, a dla mieszkańców Los Angeles, po przejściowych niedogodnościach, pożywką do długich dyskusji nad kubkami wina i cydru. Choć więc na razie alcalde niczego nie ogłaszał, zastanawiano się już, co też tym razem to będzie.

Jednak alcalde pozostawał alcalde, niezmiennym niczym pory roku i chociaż dotychczas nic nie mówił o nowych podatkach, czy pomiarach gruntu, to sprowadził do Los Angeles oddziałek żołnierzy. Być może zrobił tak, by poprawić swoje samopoczucie po tym, jak don Hernando wytknął mu w ostrych słowach brak patroli, które mogły ostrzec podróżnych przed zalanymi drogami. A może planował coś znacznie szerzej zakrojonego, do czego będzie mu potrzebna znacznie większa obsada garnizonu. Jak by nie było, obecnie więcej stołów w gospodzie zajmowali żołnierze. Pili najtańsze wino, zamawiali posiłki i plotkowali, niczym gromada starych bab. Victoria, jak i jej pomocnice, miała pełne ręce roboty.

Któregoś wieczoru, gdy nalewała wino, jeden z żołnierzy sięgnął ku niej. Już miała się odwrócić z ostrym słowem, bowiem przez ostatnie dni, z niewiadomych powodów była coraz bardziej rozdrażniona, gdy siedzący obok kapral Rojas ściągnął rękę kolegi na stół.

– Nie radzę – zauważył spokojnie.

– Czemu?

– Bo nikt nie zaczepia señority Victorii, Juan. Nikt przy zdrowych zmysłach.

– A to dlaczego? – Juan najwidoczniej miał ochotę popytać, czy się poupierać.

– Dlatego – prychnął inny z siedzących przy stole żołnierzy, jeden z starej gwardii, jak się w żartach teraz określali.

– Rozejrzyj się dookoła, Checa – Rojas oparł się wygodnie o ścianę i pociągnął spory łyk wina. – Los Angeles to najmilsze miejsce pod słońcem na służbę. Mamy tu wygodną kwaterę, wina są i dobre, i tanie, tak samo jedzenie, a gdy nie masz już żołdu, zawsze dostaniesz coś niecoś na kreskę. Oczywiście, jeśli spłacasz swoje długi, będzie ci łatwiej. A jakby to cię nie przekonywało, to wiedz, że tutejsze señoritas potrafią spojrzeć przyjaznym okiem na samotnego żołnierza.

– Więc czemu nie mogę porozmawiać trochę z tą jedną señoritą?

– Dlatego, Checa, że ten raj ma swoją cenę. Jeśli nie zgodzisz się jej zapłacić, zamieni się on dla ciebie w piekło. Chcesz ją znać?

– No, mów – Juan Checa także rozsiadł się wygodnie.

– Proszę bardzo, oto ta cena: Nie wchodź w drogę .

– Nie wchodź w drogę? A co to ma znaczyć? – zdziwił się Checa. – I czy przypadkiem na ścianach nie wiszą ogłoszenia z nagrodą za głowę tego… Zorro?

– A wiszą, wiszą – wzruszył ramionami Rojas. – A co to oznacza? Ano, choćby to, że nie zaczepia się señority, do której on uderzał w konkury.

– O!

– Tak, tak. To była jego pani, i nikt nie mógł złego słowa o niej powiedzieć. I nadal nie może, jeśli to cię interesuje. Ani nie powinien jej zaczepiać, bo będzie miał na głowie nie tylko Zorro, ale i jej obecnego narzeczonego, don Diego.

– Widziałem go – prychnął Checa. – Nie zrobił na mnie wrażenia, że jest bardzo groźny…

– Wiesz Juan? Don Diego może i nie wygląda groźnie, ale potrafił odbić Zorro señoritę. A to o czymś świadczy.

Don Diego całkiem dobrze radzi sobie ze szpadą – wtrącił się przechodzący właśnie obok stołu . Nachylił się do żołnierzy i dodał poufnym tonem. – Uczy się, i to szybko. Ostatnio wytrzymał ze mną całe dwie minuty.

Juan Checa zakrztusił się winem. Kaszlał dłuższą chwilę, nim się opanował i odetchnął.

– To rzeczywiście sporo umie – stwierdził zdławionym głosem. – No dobrze, czyli mam nie umizgiwać się do señority Escalante, bo jest czy też była narzeczoną Zorro.

– I dlatego też, że to ona tu gotuje, więc lepiej bądź dla niej uprzejmy, lub wrócisz do kuchni w garnizonie – zauważył Mendoza. Pozostali przytaknęli.

– No to i dlatego – zgodził się Checa. – A są jeszcze jakieś inne sytuacje, gdy nie należy wchodzić w drogę Zorro, co? Czy tylko kiedy on zajmuje się señoritami?

– Ech, Juan, jakby ci to powiedzieć… – westchnął Rojas. – No dobra, nachyl się tutaj i słuchaj. Nie wchodzić w drogę oznacza, że jak złożysz się z nim na szpady, to odpuszczasz po chwili, jak strzelasz, to dziurawisz powietrze, a jak gonisz… to nie popędzaj za bardzo konia. Jednym zdaniem: nie próbujesz go złapać.

– A to niby dlaczego? Nikt nie próbował zgarnąć tej nagrody?

– Po pierwsze – Rojas z determinacją wypił łyk wina – to nagrodę, jeśli będzie, zgarnie alcalde. Komu by się nie udało, to możesz być pewien, że pieniądze wylądują w skrzyni alcalde.

– Zaraz, zaraz… A jak była nagroda za tamtą bandę dezerterów, to czy nie dostaliście pieniędzy?

– Oczywiście, że dostaliśmy, tylko widzisz… Alcalde wiózł sakwę z nimi tak, jakby jej nie było. Wszystko cicho i sza, nikt nic nie widział, nikt nic nie wie, a przy siodle alcalde jedna sakwa więcej, i to ciężka. I jak tu wróciliśmy, też się słowem nie zająknął, choć wygłosił wielce porywającą mowę o obronie Los Angeles. Potem alcalde znika do garnizonu i nagle znów zjawia się na placu i znów wygłasza mowę. Tym razem do tego sypie groszem. Ale ja widziałem, jaką on miał krzywą przy tym minę… I nie jestem pewien, ale chyba mi mignął na dachu garnizonu. Było ciemno, więc nie podnosiłem alarmu, poza tym… to Zorro nas wszystkich zgonił wtedy do roboty i to on tak naprawdę rozwalił tę bandę. Wszyscy potem czekali, czy przyjdzie poświętować, ale się nie zjawił. Może nie chciał nam psuć zabawy, bo by nas alcalde do łapania pogonił, a chyba nikt tego nie chciał. A może i się zjawił, tylko co innego załatwiał, bo tak sobie myślę, że to on przekonał alcalde, by nam oddał te pieniądze.

Checa przez dłuższą chwilę patrzył z namysłem na Rojasa.

– Twierdzisz, że to tak naprawdę pozbył się dezerterów? A ja słyszałem, że on okrada ludzi i przeszkadza przy zbieraniu podatków…

– Wiesz? – syknął cicho Rojas. – Jak masz za podatki zabrać ubogiej rodzinie jedyną krowę, to naprawdę nie masz ochoty bić się z kimś, kto ci w tej robocie przeszkadza. Raczej odpuścisz, pogonisz chwilę, gdy będzie zmykał, bo zawsze potem zmyka, a na koniec posłuchasz sobie cierpliwie, jak się alcalde wydziera. Ale krowa zostanie przy rodzinie i ty będziesz miał spokojniejsze sny.

– Do licha, Rojas, wiem, że to paskudne! Moja rodzina też była farmerami i też mieliśmy jedną krowę, wiesz o tym. Ale prawo jest prawo, jak jest podatek, to muszą go zapłacić…

– Tak, tyle, że muszą płacić i ty musisz tę krowę zabierać, tylko dlatego, że alcalde sobie uwidział ten podatek. Obudź się, Checa! Alcalde traktuje tę mieścinę jak dojną krowę, skoro już o krowach mówimy, i każdy pomysł jest dla niego dobry, by coś z ludzi wyciągnąć. Póki się nie pojawił, paskudnie tu bywało. Teraz też słyszę, jak się ludzie zastanawiają, czemu Ramone was tu ściągnął i co nowego wymyśli. Nie wpadają w panikę tylko dlatego, że Zorro pewnie się w to zaangażuje.

– Więc twierdzisz, że ten tak naprawdę nie robi nic złego? Nie mogę w to uwierzyć.

– Im szybciej w to uwierzysz, tym lepiej dla ciebie – stwierdził Rojas.

– A jak nie posłucham twoich rad i spróbuję schwytać Zorro?

– To my sobie siądziemy i popatrzymy… Możesz spróbować, ale wierz mi, że będziemy mieli dobrą zabawę. może i nie zabija, ale jak mu kto wejdzie w drogę, to szybko ma ochotę umrzeć. Albo przynajmniej zapaść się pod ziemię, by go inni nie oglądali. Już Zorro o to zadba.

Checa jakby stracił zapał do rozmowy. Dopił swoje wino i wyszedł na werandę przed gospodą. Plac Los Angeles był pełen podążających za swoimi sprawami ludzi, przy fontannie kilka dziewcząt nabierało wody do dzbanów, zapewne na wczesną kolację. Kilka innych dziewcząt, elegancko ubranych i w towarzystwie równie eleganckich młodzieńców, przeszło przez rynek kierując się do gospody. Jedna z nich potknęła się na stopniach. Nim którykolwiek z elegantów zareagował, Checa postąpił krok do przodu i podtrzymał panienkę. Ta oparła się na nim, podziękowała z łagodnym uśmiechem i weszła z towarzyszami do gospody, a kapral Checa został na zewnątrz, nieoczekiwanie oszołomiony.

– A mówili, że w Los Angeles są piękne señority – szepnął do siebie.

X X X

Dobry humor alcalde nie trwał długo. Minęło zaledwie kilka tygodni i Luis Ramone powrócił do swego zwykłego aroganckiego sposobu bycia. Parę osób było nawet gotowych przysiąc, że alcalde zrobił się jeszcze bardziej arogancki i ignorujący mieszkańców puebla, ale póki za jego opryskliwością nie szły jakieś sankcje finansowe czy fizyczne, przyjmowano to z obojętnością. Ważniejsze były inne, codzienne sprawy.

W gospodzie señority Escalante także było gwarno i wesoło. Panny Escobedo znów były stałymi gośćmi, ale teraz już nie zabawiały się dokuczaniem Victorii. Miały ciekawsze zajęcia. Wciąż otaczała je grupka miejscowych młodzieńców, synów , a także kilka panien, zafascynowanych opowieściami donny Dolores o hiszpańskiej modzie i madryckim dworze, które snuła, kiedy razem przesiadywali na werandzie gospody, nad dzbankami cydru i wina. Sama Escalante miała jednak wątpliwości, czy spoglądać na tych gości łaskawszym okiem, bo choć z jednej strony widziała, jaki przynoszą obrót jej gospodzie, to z drugiej wciąż ją drażniła wyniosłość, z jaką odnosiła się do niej donna Dolores, a za nią reszta towarzystwa, nawet te panny, które wcześniej były całkiem serdeczne w swych relacjach z Victorią. Być może właśnie to powodowało, że Victoria coraz częściej czuła się źle, rozbita i rozdrażniona.

Koło panien Escobedo zadziwiająco często też zdarzało się ujrzeć jednego z nowoprzybyłych żołnierzy. Kapral Juan Checa wciąż pojawiał się w gospodzie, gdy tam przybywały i choć nie ośmielał się zbytnio zbliżyć do wesołego towarzystwa, widać było, że nie spuszcza oka z donny Dolores. Tak było aż do czasu pewnego wydarzenia.

Zły nastrój Luisa Ramone powoli narastał. Coraz częściej zza bramy garnizonu można było usłyszeć połajanki i ruganie, jakimi częstował żołnierzy, wszystkich bez wyjątku, nie tylko pechowego sierżanta Mendozę. Coraz częściej także zdarzały się Ramone starcia z innymi mieszkańcami puebla, głownie z señoritą Escalante, przy posiłkach. Żądał bowiem bycia obsługiwanym jako pierwszy, poza kolejnością, i coraz częściej zgłaszał zastrzeżenia co do jakości potraw, a że señorita ostatnimi czasy też bywała w nienajlepszym humorze, prowadziło to do kolejnych potyczek, które señorita Victoria przegrywała nie tyle dlatego, że nie miała racji, a raczej dlatego, że ustępowała coraz bardziej rozzłoszczonemu alcalde.

Zdarzyło się więc pewnego dnia, że alcalde opuścił gospodę wprawdzie najedzony, ale też w wyjątkowo nieprzyjemnym nastroju. Dzień był pochmurny, a noc deszczowa i na rynku pozostały liczne kałuże i błocko, od świtu rozjechane przez liczne wózki czy końskie kopyta. Trudno więc było się dziwić, że kiedy śpieszący się alcalde wpadł z całym impetem na przechodzącego właśnie przez plac , ten zareagował oburzonym okrzykiem. Reakcja alcalde była równie gwałtowna i pełna oburzenia. W jednej chwili wezwał do siebie przechodzących żołnierzy i nakazał im zamknąć pechowego caballero w areszcie. Zwolnił go co prawda po kilku godzinach, ale całe pueblo już wrzało, zaniepokojone taką demonstracją siły.

Plotki i oburzenie mieszkańców skrupiły się między innymi na kapralu Checa. Gdy zjawił się w gospodzie, by swoim zwyczajem wypić kubeczek wina i pośledzić będące właśnie z wizytą panny Escobedo, zamiast swojego cichego siedziska w kącie gospody stanął oko w oko z donną Dolores, która nie przebierając zbytnio w słowach powiedziała mu, co sądzi o takim traktowaniu ludzi, jakie zaprezentował tego dnia alcalde. Checa nie miał zbyt wiele na swoją obronę, zwłaszcza że to on dowodził tym nieszczęsnym patrolem, który zabrał caballero do aresztu, ale też nie próbował się zbytnio bronić. Raczej czerwienił się i bladł na przemian, starając się patrzeć wszędzie, tylko nie na rozzłoszczoną panienkę. A ta, gdy już skończyła wykrzykiwać swoje oburzenie, nagle zmieniła front. Słodkim niczym ulepek głosem zaprosiła kaprala, by usiadł nie na swoim zwyczajowym miejscu, a przy stole, razem z resztą jej towarzyszy. Postronnym obserwatorom trudno było powiedzieć, co było cięższą próbą dla kaprala, czy gniew donny, czy też raczej jej nieoczekiwana łaska. Tak czy inaczej, gdy donna Escobedo zdecydowała, że pora już wracać do domu, kapral Juan Checa był już poważnie spóźniony na odprawę w garnizonie i, ku swemu ogromnemu zdziwieniu, nie dbał o to.

Od tamtej pory kapral Checa stał się stałym towarzyszem donny Escobedo. Oczywiście, nigdy nie przebywała z nim sama, ale gdy zjawiała się w gospodzie, wraz z towarzystwem, nie wahała się go zaprosić, by zasiadł przy ich stole i włączał się do rozmowy. To, że kapral był dość utalentowany w szpadzie, oraz to, że w swej służbie przemierzył już spory szmat meksykańskich kolonii, sprawiało, że coraz częściej to on miał coś ciekawego do powiedzenia. Zwykle jednak donna Dolores nie pozwalała mu na zbyt obszerne opowiadanie i szybko sprowadzała rozmowę na właściwsze, jej zdaniem, tory.

X X X

Przypadek z błockiem i pechowym caballero był pierwszym sygnałem, że Luis Ramone, alcalde Los Angeles, zaczyna znów snuć swoje marzenia o znaczeniu i potędze. Wkrótce potem, zapewne zainspirowany wspomnieniem pretensji don Escobedo, jakie ten miał do niego po wypadku dyliżansu, Ramone umyślił sobie budowę mostów nad , którymi po nawałnicach spływała woda. Sam pomysł nie był niczym złym, spora część mieszkańców puebla ucieszyła się, gdy im to oznajmił. Ostatnimi czasy alcalde nabrał bowiem zwyczaju wygłaszania mów na środku puebla. Nikt z tego powodu nie protestował, bo choć co prawda przypominało to wszystkim o jego co bardziej szalonych pomysłach, jak nałożenie opłat na jedyną sprawną studnię, to zarazem było przypomnieniem, jak się takie pomysły kończyły. Trudno było zachować pełną powagę, gdy wspominało się, jak alcalde umykał przez plac, z wielką literą „Z” wyciętą na odzieży tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.

Tak więc oznajmienie przez alcalde nowiny, że zostaną wybudowane przeprawy na drodze do Monterey i Santa Barbara, zostały przywitane oklaskami. Brawa jednak zamarły, gdy w dalszej części mowy Luis Ramone oświadczył, że do budowy ich skierowani zostaną ci, którzy zalegają ze spłacaniem podatków. Ludzie zaczęli się gorączkowo zastanawiać, kiedy i jakie podatki płacili, by mieć pewność, czy to ich dotyczy najnowsze zarządzenie alcalde.

Niestety, okazało się, że alcalde nie ma na myśli realnych podatków. Już w dwa dni później kilkanaście gospodarstw w okolicach Los Angeles zostało odwiedzonych przez konny patrol, którego dowódca oznajmiał zaskoczonym i przestraszonym mieszkańcom, że według rejestrów są oni winni znaczne kwoty i ich obowiązkiem jest zgłoszenie się do pracy przy budowie. W ciągu jednego dnia niewielka szopa w garnizonie zapełniła się zmartwionymi, zaniepokojonymi ludźmi.

Jak jednak spodziewała się większość mieszkańców, taka sytuacja nie mogła potrwać długo. Ledwie zapadł wieczór, a żołnierze garnizonu zaciągnęli warty, na plac wjechał Zorro. Tym razem otwarcie wezwał alcalde do uwolnienia ludzi, zatrzymanych w ciągu dnia. Jak można było przewidzieć, Ramone odpowiedział na to otwarciem ognia. jedynie obrócił się w miejscu i pogalopował w noc. Ta ucieczka była tak niespodziewana, że Ramone, niewiele myśląc, wysłał w pogoń za nim patrol żołnierzy. Ci jednak wrócili szybko, aż za szybko. Zorro po prostu zniknął.

Drugi raz pojawił się, gdy zapadła już ciemność, tylko mur garnizonu był jasno oświetlony pochodniami. Ramone uczył się na swoich wcześniejszych błędach. Mógł się spodziewać, że pojawi się, by uwolnić zatrzymanych, zatem postawił pod bronią całą obsadę garnizonu. Oświetlił także mur i budynki, by nie dać jeźdźcowi w czarnej masce sposobności do prześlizgnięcia się pod osłoną mroku, gdyż było jasne, że Zorro spróbuje albo wyprowadzić więźniów, albo też zaatakuje samego alcalde, by wymusić na nim ich zwolnienie. W jednym i w drugim przypadku alarm w garnizonie i oświetlenie miały mu w tym przeszkodzić.

A jednak nie próbował podjechać do muru. Tym razem znów ustawił się przed bramą i znów wezwał Ramone, by ten uwolnił więźniów. Reakcja żołnierzy była do przewidzenia. Kolejna salwa wstrząsnęła pueblo.

I tym razem salwa odniosła skutek. Zorro zachwiał się nagle i pochylił w siodle. Obserwujący to ludzie jęknęli. postąpił niepewnie kilka kroków, jakby zaskoczony tym, że jego pan zachowuje się tak dziwnie, a Zorro osunął się jeszcze bardziej do przodu, wręcz kładąc się na szyi konia. Teraz trzymało go tylko wysokie siodło. Widać było, że jedna ręka kołysze się mu bezwładnie.

Na taki widok alcalde nie mógł nie zareagować. Za murem garnizonu rozległy się krzyki i za chwilę zaskrzypiała otwierana brama. Wtedy jednak Tornado zastrzygł niepewnie uszami i potruchtał w stronę wyjazdu z pueblo, z jeźdźcem wciąż wiszącym bezwładnie w siodle. Chwilę później za nim pognała pogoń – praktycznie wszyscy żołnierze z garnizonu, z samym alcalde na czele. Przy bramie pozostało jedynie dwu żołnierzy, pełniących bardziej symboliczną niż faktyczną wartę.

Tętent koni oddziału ucichł już w nocy. Obaj wartownicy nie ruszali się ze swoich miejsc, nasłuchując, czy nie usłyszą jakiś odgłosów świadczących o tym, że pościg został zakończony sukcesem. Cała ich uwaga była na tym skupiona, toteż uczucie chłodu na karku jednego z nich potrzebowało kilku chwil, by się przebić do świadomości.

– Wybaczcie, señores – usłyszeli za sobą i pierwszy, który się odwrócił, zetknął się z pięścią w czarnej rękawicy. Drugi, widząc tuż przy swojej twarzy ostrze szpady, wolał sam usiąść grzecznie za skrzydłem bramy i dać się spętać i zakneblować.

Zgromadzeni dookoła fontanny zaniepokojeni losem Zorro mieszkańcy pueblo, ku swemu niepomiernemu zdumieniu, ujrzeli aresztantów wymykających się zza bramy garnizonu. Gdy wyszedł już ostatni z nich, ktoś pociągnął skrzydło bramy do środka, a łoskot, jaki temu towarzyszył, świadczył, że zostały założone także sztaby. Kto to zrobił, okazało się za chwilę, gdy na murze pojawiła się doskonale wszystkim znana czarno odziana postać.

Zorro zręcznie zeskoczył na ziemię i zagwizdał donośnie. Odpowiedziało mu rżenie i Tornado, wciąż obarczony sylwetką w pelerynie, wpadł na rynek. Jego pan czule pogłaskał konia po nozdrzach, odpiął z siodła lalkę i usadził ją na cembrowinie fontanny, czemu towarzyszyły coraz głośniejsze śmieszki widzów. Sam Zorro wskoczył na siodło i powoli odjechał w cień zalegający pobliską uliczkę, podczas gdy narastający hałas świadczył o tym, że pogoń powraca.

Alcalde wpadł na plac jako pierwszy i spiął konia prawie w miejscu, gdy zobaczył czarno odzianą postać siedzącą przy fontannie tak, jakby na niego oczekiwała.

– Poddaj się, Zorro! – oznajmił, podjeżdżając. Nieruchomość przeciwnika chyba jednak go zaniepokoiła, bo zamiast dalej się zbliżać, machnął ręką na Checę i Rojasa, którzy nadjechali zaraz za nim. – Obstawić plac! Nie pozwolić, by uciekł!

Zorro jednak nie uciekał. Siedział dalej, jakby zrezygnowany.

– Poddajesz się, Zorro? – spytał Ramone.

Nadal nie było odpowiedzi.

– Może on już nie żyje, alcalde… – odezwał się nieśmiało Mendoza. On jeden zauważył tłumek ludzi stojących dookoła placu i przypatrujących się w napięciu rozwojowi wydarzeń. Ramone na to stwierdzenie wzruszył ramionami i zeskoczył z siodła.

– Jesteś aresztowany, Zorro – oznajmił i złapał czarną postać za ramię. Ta osunęła się nagle na ziemię. Mendoza jęknął, a Ramone odruchowo podtrzymał padającego, tylko po to, by spojrzeć na wypleciony z łyka koszyk, będący głową manekina.

Dookoła zerwał się huraganowy ryk śmiechu. Rozwścieczony alcalde poderwał się na równe nogi i kopnął lalkę, a potem ruszył szybkim krokiem w stronę bramy garnizonu. Ta jednak okazała się zamknięta.

– Otwierać! – krzyknął Ramone. Odpowiedziała mu cisza.

– Munoz, Gomez! Otwierajcie! – zawtórował mu Mendoza. Tym razem odpowiedziały mu kolejne wybuchy śmiechu mieszkańców. Teraz już alcalde zorientował się, że coś jest z bramą nie tak.

– Sierżancie Mendoza – rozkazał. – Otwórzcie bramę.

– Ależ alcalde

– To rozkaz!

Gdy wyznaczeni przez sierżanta żołnierze z trudem wdrapywali się na mur, towarzyszyły im coraz głośniejsze śmiechy i komentarze mieszkańców. Przypominały one już prawie huragan, gdy jeden z żołnierzy stracił równowagę, oparł się na pobliskim daszku i w deszczu dachówek zjechał z powrotem na ziemię. Drugi miał więcej szczęścia. Udało mu się przeskoczyć na drugą stronę muru i już po chwili brama zaczęła się powoli otwierać.

Większość żołnierzy była już w środku, gdy Zorro po raz trzeci wjechał na plac. Mendoza akurat się obejrzał.

– Zorro! – ogłosił.

Alcalde wypadł zza bramy w samą porę, by zobaczyć, jak Zorro otrzepuje z piasku swoją pelerynę i kapelusz.

– Nie obeszliście się z nimi najlepiej – zauważył Zorro.

– Ty…

Alcalde, raz już próbowaliście zabrać ludzi do prac przymusowych – Zorro wycelował w pierś Ramone ostrze szpady. – Nie próbujcie tego ponownie!

Nim żołnierze wypadli z powrotem z garnizonu, pierś alcalde ozdobiło piękne „Z”, a sam Zorro po raz trzeci odjechał w ciemność.

CDN.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *