Legenda i człowiek Cz VII Gra pozorów, rozdział 2

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
ma znów . Lecz gdy aktor spotyka ę z politykiem, czy nie oznacza to nowych kłopotów? Siódma część opowieści o Zorro i Victorii.
Postacie/Characters
Diego de la Vega, de la Vega, Escalante, , Jamie , Luis Ramon,

, Filigranko – dziękuję za pomoc!

Rozdział 2. Nowy porządek

Przez następny tydzień głównym zajęciem nowego alcalde była musztra żołnierzy. Mieszkańcy z zainteresowaniem przyglądali się, jak oddział z garnizonu maszeruje czy ćwiczy strzelanie. Te obserwacje były raczej przyjazne, gdyż każdy zdawał sobie sprawę, że bezpieczeństwo i okolic zależało od sprawności wojaków. Jedyne złośliwe docinki i komentarze padały pod adresem garnizonowego kucharza, który na rozkaz alcalde musiał dołączyć do ćwiczących i niezbyt sobie radził z dotrzymywaniem im kroku.

Jednak mimo tego przyjaznego nastawienia w nastrojach obserwatorów dało się wyczuć niepewność. Wzbudziło ją oświadczenie de Soto o tym, jakie zadania ma wypełnić w Los , i to, co opowiedział o planach swojego zwierzchnika. Sam alcalde podsycał ten niepokój swoim zachowaniem, gdyż przez cały tydzień nie opuszczał biura, ślęcząc nad zebranymi przez lata raportami o Zorro. Takie poświęcenie się pracy budziło słuszne obawy, że spróbuje osiągnąć swój cel za wszelką cenę, nie bacząc na to, że w nie widziano Zorro już od miesięcy.

To właśnie powtórzył don Escobedo na zebraniu , jakie de Soto zwołał w gospodzie w tydzień po swoim przyjeździe.

– Nie możemy wam pomóc, alcalde – oświadczył. – Nikt z nas nie wie, kim jest Zorro i gdzie przebywa.

– Doprawdy nikt? – skrzywił się de Soto. – Wydawało mi się, że wy wszyscy tu zebrani jesteście jego przyjaciółmi.

– To nie oznacza…

– Ależ oznacza – przerwał mu de Soto. – Jeśli jesteście jego przyjaciółmi, pomagacie mu. Dostarczacie żywności, broni, schronienia… I jesteście współwinni jego występków. Odpowiadacie za bunt przeciwko władzy króla. To nieco zaprzecza temu, co przed tygodniem usłyszałem tu o waszej lojalności, nieprawdaż? – zakończył z ironią.

Przez moment panowała cisza.

– Nikt z tu obecnych ani nie dostarczał Zorro żywności, ani nie zna jego schronienia – oznajmił wreszcie don Escobedo.

– Mam w to uwierzyć? Że nie znaleźliście sobie kogoś, kto was wyręczał w buncie?

– Nie znaleźliśmy. Nikt z nas nie wie, skąd Zorro przybył, ani co spowodowało, że wystąpił przeciwko Luisowi Ramone.

De Soto przeszedł tam i z powrotem pomiędzy zebranymi w gospodzie.

– Przeciwko Luisowi Ramone? – przemówił wreszcie. – Mam uwierzyć, że ten banita występował tylko przeciwko niemu?

– A tak nie było? Gdy Ramone zginął, Zorro przestał się pojawiać.

– Owszem – zgodził się de Soto. – Ale tylko przez pół roku. Potem wrócił.

– I widzieliśmy go dwa razy, nie więcej.

– Cztery – skorygował de Soto. – Policzyłem to dokładnie.

– A zatem wiecie też, że pojawił się, kiedy w zaczął siać niepokój ten rewolucjonista Delgado. I to dzięki Zorro cała banda została schwytana. A sam Zorro znów zniknął.

– To niczego nie przesądza – stwierdził alcalde.

– Ależ przesądza wszystko! – zaprotestował don Oliveira. – Zorro omal nie zginął z ręki Delgado!

– Nie wyolbrzymiacie zanadto?!

Don Esteban Oliveira podniósł się ze swego miejsca za stołem i podszedł do Ignacio de Soto.

– Nie wiem, jak wy byście postąpili, mając taki wybór, jak Zorro – wycedził, patrząc wprost w oczy alcalde. – Między stryczkiem na szyi, a rodziną.

de la Vega, do tej pory obserwująca zebranie z wygodnego miejsca przy barze, zacisnęła na moment wargi. Siedzący obok niej Diego swoją uwagę poświęcał de Soto, temu, jak nowy alcalde porusza się i jak rozmawia z . Po słowach Oliveiry jej mąż skrzywił się mimowolnie. Nie wiedziała, czy jest to spowodowane wspomnieniem tego, o czym mówił, czy też raczej tym, że don Ignacio ani na moment nie spuścił oczu w tej rozmowie, nawet tak bezpośrednio zaatakowany. W następnej chwili zdała sobie jednak sprawę z tego, co don Esteban powiedział: Zorro ma rodzinę.

De Soto też to zauważył.

– Powiedzieliście: rodziną? – zapytał.

Don Oliveira zmieszał się na moment.

– Tak powiedziałem – przyznał wreszcie.

– Mogę wiedzieć, skąd wy to wiecie?

– Nie!

Alcalde nie nalegał, a wśród dostrzec można było pewne poruszenie. Gdzieś pod ścianami wszczęły się szeptane rozmowy.

Alcalde – odezwał się nagle don de la Vega. – Jeśli mówimy o sobie, że jesteśmy przyjaciółmi Zorro, to dlatego, że każdy z nas ma wobec niego dług. Ja sam temu nie zaprzeczę. Jeśli Zorro czegokolwiek by ode mnie potrzebował, dałbym mu to.

– Więc przyznajecie, że współpracowalibyście z tym przestępcą?! – Alcalde odwrócił się gwałtownie.

– Przyznaję, że Zorro uratował mi kilkakrotnie życie, don Ignacio – odparł spokojnie don Alejandro, podkreślając grzecznościowy zwrot. – Mój honor wymaga ode mnie – dodał z naciskiem – bym okazał mu wsparcie, jeśli by tego potrzebował.

Przez moment Ignacio de Soto milczał, tylko jego palce nerwowo skubały bródkę, gdy rozglądał się po zebranych . Mógł poznać, że starszy de la Vega wypowiedział głośno to, co myśleli wszyscy. Zorro wielokrotnie przychodził im z pomocą. Nawet, jeśli jego pojawienie się było spowodowane jakąś osobistą animozją do ówczesnego alcalde, mieszkańcy wiele mu zawdzięczali.

– Rozumiem – odezwał się w końcu de Soto nieprzyjemnym, chłodnym tonem. – Nie mogę liczyć na wasze poparcie. Ostrzegam więc, że jeśli kogokolwiek przyłapię na pomaganiu Zorro, uznam go za współwinnego i poniesie on taką samą karę. Wy zaś wszyscy tu zebrani już niedługo będziecie świadkami egzekucji tego bandyty. Ten lis przekona się, że z oficjalnej szubienicy ciężej uciec niż ze stryczka rebeliantów.

– Możecie próbować, don Ignacio – odezwał się nieoczekiwanie don Diego. – Ale wasza garderoba źle to zniesie.

x x x

Oświadczenie Ignacio de Soto, alcalde , wywołało spore poruszenie wśród mieszkańców puebla, zarówno tych uboższych rzemieślników i ów, jak . Zapowiedź, że Zorro zostanie niebawem pojmany i stracony, została przyjęta w pierwszej chwili z mieszaniną niedowierzania i niepokoju. Czarno odziany jeździec był przecież obrońcą puebla, kimś, na kim mogli polegać przez długie, ponure lata rządów Luisa Ramone i chociaż nikt go nie widział przez ostatnie tygodnie, wystarczało samo wspomnienie losu Delgado, by wszyscy mieli pewność, że Zorro w jakiś sposób nad nimi czuwa.

Szybko jednak ludzie ochłonęli i zaczęli się zastanawiać, a wtedy strach został zastąpiony przez rozbawienie. De Soto chce schwytać Zorro? Proszę bardzo, mówili. Czyż nie zarzekał się, i to już po pierwszym pojawieniu się jeźdźca w masce, że to zrobi? Każdy, kto był świadkiem jakiejkolwiek wizyty Zorro w , mógł zaręczyć, że szalony alcalde z furią zaklinał się wtedy na niebo, ziemię i wszystkie świętości, że powiesi banitę. A nigdy nie udało mu się choćby go osaczyć. Czemu zatem de Soto miałoby się powieść lepiej niż Ramone? Zorro przecież przypominał wiatr. Zjawiał się i znikał bez śladu. Jeśli nowy alcalde chciał go ścigać, to czemu nie? Rozmawiający na ten temat zwykle w tym miejscu parskali śmiechem. Niech de Soto goni Zorro. Przekona się, że źle na tym wyjdzie. Najbardziej zaś ucierpi jego garderoba, jak to podobno celnie zauważył don Diego. No i najpierw banita musiałby się pojawić, a na razie się na to nie zanosiło.

Jeśli nawet Ignacio de Soto zdawał sobie sprawę z opinii mieszkańców pueblo, nie dał tego po sobie poznać. Wciąż zajmowały go raporty i wewnętrzne sprawy garnizonu, więc przez większość czasu nie opuszczał swego gabinetu. Jeśli już wychodził, wydawał się być nieobecny duchem, wyniośle ignorując pozdrowienia.

Ludzi niewiele to obchodziło. Możliwość pojmania Zorro została przez nich omówiona i wszyscy zgodzili się, że jest to mało prawdopodobne. Znacznie bardziej interesująca dla wszystkich plotkarzy była druga sprawa, jaka przypadkiem wyszła na jaw. Drobna niedyskrecja don Oliveiry, który zdradził, że Zorro ma rodzinę, rozpaliła wyobraźnię ludzi. Doña de la Vega szybko zauważyła, że rozmawiający w jej gospodzie goście przezornie ściszają głos, gdy tylko ona pojawia się w głównej sali, a niektórzy wręcz milkną na jej widok. Niewiele mogła poradzić na tą irytującą reakcję, ale też bardziej martwiło ją co innego.

– Mogłeś uważać, co mówisz do Oliveiry – stwierdziła kwaśno, gdy pewnego wieczora spotkała się z mężem w bibliotece.

– Co się stało? – zdziwił się Diego.

– Połowa puebla milknie na mój widok, a druga ścisza głos! A wszyscy chcą wiedzieć, jak znoszę świadomość, że Zorro już za mną nie wzdycha, tylko pocieszył się kimś innym! I czy wiem, kto to jest? Wiesz, jakie to jest…

– Nieprzyjemne? – podchwycił.

– Tak! Nienawidzę być obmawiana!

Kąciki ust Diego drgnęły w uśmiechu. Na jego nieszczęście to zauważyła.

– Dobrze ci się śmiać! Przyjedź jutro do puebla, to zobaczysz, jak będą na ciebie patrzyć.

– Obawiam się, że nie będą – odpowiedział spokojnie. – To w końcu ty zakończyłaś romans, łamiąc serce biednemu Zorro i wybierając mnie, choć nie jestem ani tak zuchwały, ani tak bezczelny, ani tak…

Urwał, bo zasłoniła mu dłonią usta.

– Ani słowa – wymruczała. – Ani słowa, ty lisie. Dobrze wiedziałeś, co robisz.

Diego ujął dłoń Victorii i pocałował jej wnętrze.

– Ty też – uśmiechnął się. – Ty też, więc niestety…

Nie mogła nie odpowiedzieć mu uśmiechem, ale zaraz spoważniała.

– Diego, a jeżeli de Soto uzna to za ślad? Jeżeli zacznie tropić Zorro, szukając kogoś z rodziną? Kto niedawno się ożenił?

– Będziemy wiedzieli, że kogoś podejrzewa – odparł. – I jeśli będzie trzeba, Zorro się pojawi.

– A jeśli tym kimś będziesz ty?

– Nie będę – zaśmiał się Diego. – Przecież każdy w zaświadczy, że już widział mnie obok Zorro, prawda?

– Myślisz, że de Soto będzie na to zwracał uwagę?

– Ignacio to nie Ramone – odparł z pewnością w głosie.

CDN.

Related posts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.