Legenda i człowiek Cz II : Sojusznicy, epilog

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Czasem wrogowie muszą współdziałać... Choć porozumienie bywa kruche. Druga część opowieści o i Victorii
Postacie/Characters
, de la Vega, Escalante, , Jamie , Luis Ramon, kapral Rojas,

EPILOG

Słońce zachodziło nad , barwiąc swym blaskiem na pomarańczowo i złoto ściany domów. Wieczór przyniósł ulgę od wszechobecnego upału. Niewielki wiatr poruszył zastane, rozgrzane powietrze.

Na rynku puebla wrzało. Przed gospodą señority Escalante ustawiono stoły, dookoła nich kręciły ę mniejsze i większe grupki ludzi.

– Jadą, jadą! – rozkrzyczał się ktoś z wieży kościoła.

Wjeżdżali do miasteczka. Pierwszy , za nim parami żołnierze. Na końcu toczył się powoli pusty wóz, na którym dwa tygodnie wcześniej wywieziono pojmanych dezerterów. Bosonogie dzieciaki ścigały się z końmi od bramy wjazdowej, piszcząc i pokrzykując. Przed bramą garnizonu zeskoczył z wierzchowca i oddał wodze kapralowi, a żołnierze kolejno wjechali na wewnętrzny dziedziniec. Sam Ramone natomiast przeszedł przez plac, na werandę gospody.

był szczęśliwy. Dookoła widział ludzi, którzy patrzyli na niego z szacunkiem, ba, prawie z uwielbieniem. Wygłaszając mowę, napawał się ich podziwem i wdzięcznością. Tak, to była chwila, jaka będzie mu się śnić jeszcze przez lata. I to będzie szczęśliwy sen. Spełnienie jego marzeń.

Skończył mówić i ruszył z powrotem do garnizonu. Jeszcze tu wróci, jeszcze napije się doskonałego wina i będzie wysłuchiwał podziękowań i gratulacji, ale najpierw, by ten wieczór był doskonały, musi o coś zadbać. Odebrał wodze wierzchowca od czekającego pokornie kaprala Rojasa, zdjął z siodła niewielką torbę i ruszył do swojego gabinetu. Sakwa, jaką przywiózł z Monterey, była przyjemnie ciężka i pobrzękująca w jego ręku. Zaraz złoży ją w swojej osobistej, starannie zabezpieczonej skrytce i wróci na rynek, świętować wraz z innymi zwycięstwo nad bandą dezerterów i zbierać powinszowania. Tylko upewni się, że nikt mu tej chwili nie zakłóci…

W chwili, gdy wysuwał skrzynię, by łatwiej otworzyć ciężkie wieko skrytki, poczuł na karku powiew powietrza. Nie, tylko nie to, pomyślał. Nie teraz i nie w TEN wieczór.

– Dobry wieczór, alcalde – usłyszał za swoimi plecami. Znany, znienawidzony głos. Nieco rozbawiony, jakby to, że go zaskoczył, było doskonałym żartem.

– Czego tu chcesz? – burknął, prostując się. Pytał właściwie retorycznie, doskonale wiedział, po co przyszedł jego gość. Jeśli zdoła dopaść szuflady biurka, gdzie ma pistolet, to ta wizyta nie tylko nie popsuje mu wieczoru, ale uczyni go jeszcze wspanialszym.

– Powinieneś to przewidzieć, alcalde uśmiechał się szeroko, sztychem szpady wskazując na pozostawioną na biurku sakwę.

– To nie są podatki – warknął Ramone. – Nie zmuszałem nikogo, by mi je oddał! Nie masz prawa… – zakończył nieco słabszym głosem.

– Nie, nie są – zgodził się . – Ale na tę nagrodę zasłużyli także żołnierze z garnizonu i ludzie z . Oni także walczyli. To trochę niesprawiedliwe, by obeszli się kilkoma ładnymi słowami, nieprawdaż?

– Mówiąc o ludziach, masz na myśli siebie?

– Nie. Mi to nie jest potrzebne. – wzruszył ramionami. – Ale z pewnością spora część świętujących ucieszy się, że alcalde okazał się taki hojny i podzielił się z nimi nagrodą. Może nawet cię polubią – w głosie kryła się odrobina drwiny.

– Przypuśćmy… przypuśćmy, że cię posłucham – Ramone podszedł ostrożnie do biurka. Sakwa w jedną dłoń, a drugą zsunąć niżej, gdzie jest uchwyt. Szuflada jest nasmarowana, nie skrzypnie. stoi o dwa kroki dalej, opuścił szpadę. Nie odrywać od niego wzroku nawet na chwilę, by się nie zorientował, po co się naprawdę sięga, by dał się zaskoczyć…

– Tego szukacie, alcalde? – wysunął spod peleryny pistolet. A gdy Ramone przez chwilę nie mógł wykrztusić słowa, rzucił mu broń na biurko. – Radziłbym oddać go do rusznikarza, mocno znosi w lewo.

Ramone bez słowa złapał za pistolet. Znosi czy nie, z odległości trzech kroków nie mógł chybić. Jednak nim uniósł rękę, uderzenie jakby ognia przycisnęło mu ją do blatu. Mgnienie oka później poleciał w tył, na ścianę. trzymał go za gardło.

– Wiedziałem, żeś tchórz i podlec, ale nie sądziłem, że do tego stopnia, by strzelać komuś w plecy – wysyczał.

Alcalde zaczął się bać. Czuł jak palce coraz mocniej zaciskają się na jego szyi. Pistolet został na biurku. Zza okna dobiegał coraz głośniejszy gwar świętujących, żołnierze z garnizonu także dołączyli się do fiesty. Nikt w tym hałasie nie usłyszy jego wołania o pomoc, a nawet gdyby usłyszał, to jeśli krzyknie, zanim ktokolwiek zdoła dobiec do jego gabinetu, Zorro zdąży zniknąć, pozostawiając… Co? Wpół uduszonego alcalde i obrabowaną skrytkę? A może martwego alcalde? Tym razem może mu nie darować tego zamachu…

– Nie… – wycharczał. – Litości…

Przez chwilę, długą jak wieczność, nawet nie drgnął. Wreszcie jego palce rozluźniły się i Ramone osunął się na kolana, krztusząc się, kaszląc i łapiąc oddech. Po chwili dłoń w czarnej rękawicy ujęła go pod brodę i podniosła mu głowę tak, że spojrzał Zorro w oczy.

– Nie zmieniaj reguł gry, alcalde – powiedział z lodowatym spokojem. – Bo gdy ja zmienię swoje, możesz nie zdążyć poprosić o litość. Pamiętaj o tym.

Alcalde spodziewał się trzasku ciętego materiału, czy skrzypnięcia biurka, ale zniknął bezszelestnie niczym duch i to, że tym razem, wbrew swemu zwyczajowi, nie pozostawił znaku, przeraziło Luisa Ramone jeszcze bardziej. Klęczał jeszcze długą chwilę, łapiąc powietrze i starając się uspokoić walące serce, nim zdołał wstać i powlec się na rynek, by tam rozdzielić nagrodę gubernatora.

X X X

na placu stawała się coraz bardziej radosna. Dzbany wina podawane były z rąk do rąk, kilku muzykantów z gospody usadowiło się w rogu werandy i zaczęło skocznie przygrywać ludziom tańczącym koło studni. przemykała pomiędzy żołnierzami, i peonami, roznosząc kolejne dzbanki. Na chwilę zatrzymała się przy sierżancie Mendozie, opowiadającym każdemu z osobna i wszystkim naraz, jak to byli przyjmowani u gubernatora, ale zaraz znów krążyła między rozbawionymi ludźmi.

Nigdzie nie widziała Diego. Zniknął jej z oczu na początku zabawy, zaraz po tym, jak zamienił kilka słów z Mendozą, kiedy jeszcze Ramone wygłaszał swoje przemówienie. Spodziewała się, że skrył się, bo za chwilę na placu pojawi się i sprawdziła, że skrytka pod dachem stajni była już pusta. Jednak i Zorro był nieobecny. Podejrzewała, że miało to coś wspólnego z sakwą, którą tak pospiesznie alcalde zabrał do garnizonu.

Wreszcie wypatrzyła wysoką sylwetkę z boku placu, pod dachem werandy.

– Zor..? – urwała. – Diego?

– To ja… – odpowiedział. Stał oparty o mur, dziwnie ponury. Nigdy jeszcze nie widziała go w takim nastroju.

– Co się stało?

rozmawiał z alcalde – odpowiedział. Coś w jego głosie ją zaniepokoiło.

– Diego? – spytała.

rozmawiał… Nie, ja rozmawiałem – powiedział zdecydowanie. – Omal go nie zabiłem – oświadczył. – Ja. Nie Zorro.

Przez dłuższą chwilę nie wiedziała co powiedzieć. Objęła tylko Diego w pasie i oparła głowę na jego ramieniu. Odwzajemnił uścisk, ale nadal był ponuro zapatrzony w pustkę, dziwnie nieobecny.

– Chciałem go zabić – powiedział wreszcie. – Chciałem. Gdy myślę o tym, że strzelił do mnie, nadal chcę go zabić.

– Gdyby coś się stało… Gdyby on ci coś zrobił… sama bym go zabiła – oświadczyła spokojnie .

– Vi! – Diego odwrócił się do niej, zaskoczony. Uśmiechnęła się, widząc, że jego przygnębienie znikło.

– Zrobiłabym to – oświadczyła.

Okrzyki na placu przyciągnęły ich uwagę. Alcalde wyszedł z garnizonu i wygłaszał kolejną mowę. Początkowo mówił dość niepewnie, schrypniętym głosem, ale gdy ogłosił pieniężną nagrodę i uniósł w górę sakwę, a zgromadzeni dookoła żołnierze i peoni wybuchli wiwatami, uśmiechnął się nagle szeroko i zaczął rozdzielać monety.

– Spodobało mu się – zauważył Diego. nie wiedziała, czy miał na myśli Luisa Ramone, czy sierżanta. Mendoza odebrał właśnie swoją nagrodę i teraz entuzjastycznie machał do wszystkich dookoła. Uznała jednak, że Diego myśli o alcalde.

– Myślisz, że zapamięta, co mu powiedziałeś?

– Zapamięta… Oby zapamiętał…

Objęci stali dalej, wpatrzeni w radosne zamieszanie.

KONIEC

WROCŁAW, 26.03 – 7.04.2011.

Related posts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.