Legenda i człowiek Cz II : Sojusznicy, rozdział 3

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Czasem wrogowie muszą współdziałać... Choć porozumienie bywa kruche. Druga część opowieści o Zorro i Victorii
Postacie/Characters
, de la Vega, , , Jamie Mendoza, Luis Ramon, kapral Rojas,

Victoria Escalante, właścicielka jedynej gospody w Los , a obecnie narzeczona syna najznaczniejszego w okolicy, odstawiła z ognia garnek i ostrożnie zaczęła dolewać do niego wina. Potrawka z winem była jej popisowym daniem, jednym z popisowych, prawdę powiedziawszy, i chyba najchętniej kupowanym, ale wymagała od niej sporo uwagi przy mieszaniu. Zadanie to pochłonęło ją tak bardzo, że dopiero po dłuższej chwili zdała sobie sprawę z krzyków i zamieszania przed gospodą. Wybiegła na werandę tylko po to, by niemal natychmiast cofnąć ę do wnętrza.

Uzbrojeni konni wywracali kolejne stragany, goniąc przed sobą po równi kury, kozy, kilku ów, a nawet jednego z żołnierzy. Zobaczyła właśnie, jak wypadł z garnizonu i niemal natychmiast z powrotem skrył się za masywnymi wrotami. Zrobił to w samą porę, by uniknąć salwy z pistoletów. Jeden z napastników ze śmiechem zaczął pchać skrzydło bramy, by ją zamknąć. Inny z kolei zaczepił linkę o podpory daszku ocieniającego wejście do pobliskiego domu i zwalił go w dół, więżąc tam kilka osób. Rozpoznała jednego z przybyszów, i wiedziała, że także ona jest ich celem.

Gdzie, u licha, jest Zorro? przemknęło przez myśl Victorii, ale zaraz się za to sama zbeształa. Wiedziała przecież, gdzie był. Jeśli krążył gdzieś po wzgórzach, nie mógł wiedzieć, co dzieje się w miasteczku. A to oznaczało, że muszą sobie poradzić sami.

Jej ruch, choć tak szybki, nie umknął uwagi napastników. Zanim zatrzasnęła drzwi, słyszała już za sobą nawoływania. Sztaba nie chciała się zamknąć. Zostawiła blokowanie wejścia jednemu z gości gospody, a sama pobiegła do tyłu, do kuchennych drzwi, by także je zamknąć. Może było to nierozsądne posunięcie, ale wolała, by nikt nie zaszedł jej od tyłu, gdy ona będzie się bronić w swoim domu.

Caballeros z gospody nie byli niestety dostatecznie uzbrojeni czy zdesperowani, bo już kilka chwil później usłyszała, że tumult przeniósł się do głównej sali. Nad dobiegającą z zewnątrz palbą zaczęły górować pokrzykiwania i łoskot przewracanych mebli. Wreszcie czyjaś niecierpliwa ręka szarpnęła za grubo tkaną zasłonę, jaka oddzielała salę od kuchennego zaplecza.

Victoria była już na to przygotowana. Solidna, żeliwna patelnia zatoczyła szeroki łuk i z głuchym stukiem spotkała się z głową przybysza. Ten wydał z siebie zdławiony jęk i zatoczył się, na szczęście do przodu, tak że złapała go za ramię i popchnęła pod stół. Próbował się podnieść, więc z rozmachem uderzyła znowu, z tym większą satysfakcją, że rozpoznała w nim wczorajszego niemiłego gościa. Osunął się na podłogę i znieruchomiał, a ona zwróciła się znów ku wejściu na salę.

Strzelanina na zewnątrz przycichła, zagłuszana przez zamęt w gospodzie. Ktoś tam krzyknął, krótko, boleśnie, ktoś uderzył całym ciężarem w ścianę. Za moment przez zasłonę przeleciał mężczyzna, wymachując rękoma i łapiąc równowagę. Nim zdołał się pozbierać, Victoria znów użyła swej patelni i drugie ciało legło pod kuchennym stołem.

Cisza, jaka w końcu zaległa, była bardziej alarmująca niż dotychczasowe zamieszanie. Trzeci przybysz wchodził do kuchni znacznie wolniej, ostrożnie odsuwając kotarę, ale Victoria, nauczona już doświadczeniem, z rozmachem trzasnęła patelnią mniej więcej tam, gdzie spodziewała się jego głowy. I jednocześnie krzyknęła, bo obcy zdążył złapać ją za rękę, nie dość szybko, by uniknąć ciosu, ale dostatecznie szybko, by ten cios znacznie złagodzić.

– To było bolesne, señorita – powiedział Zorro. Pstryknięciem w rondo przesunął kapelusz na właściwe miejsce. – Ale, jak widzę, skuteczne – dorzucił na widok dwóch nieprzytomnych mężczyzn.

– Zorro! – Pod Victorią ugięły się nogi.

– Wszystko w porządku, señorita Escalante? – zapytał głośno, a po chwili dorzucił cicho. – Wybacz, że nie zdążyłem wcześniej. Musiałem zająć się tymi na zewnątrz.

Victoria zerknęła szybko w stronę naderwanej kotary w drzwiach kuchni.

– Wszystko w porządku, señor Zorro – oświadczyła głośno – choć przydałoby się tu trochę posprzątać.

– Sierżant Mendoza zaraz będzie tu z żołnierzami – wtrącił jeden z gości. Inni ciekawie zerkali na Zorro i Victorię.

– Lepiej będzie, jak pójdziesz, Zorro – zauważyła.

– Niestety, muszę zostać – odpowiedział. – Ta grupa to tylko część znacznie większej bandy, jaka koczuje na wzgórzach. Sądzę, że Los Angeles będzie musiało się bronić.

Z tuzina przybyszy, tylko jeden miał dość przytomności umysłu, by zacząć od razu uciekać, choć na wiele mu się to nie zdało, gdy Zorro, niczym anioł zemsty, wjechał za nimi do . Te kilka chwil, gdy rozproszyli się demolując rynek, dało mu dostateczną przewagę, by mógł podjechać i zrzucać ich z koni, jednego po drugim. Ostatniego zwalił z nóg już w sali gospody. Mendoza, dumny jak paw, nadzorował odprowadzanie jeńców do garnizonowego aresztu, podczas gdy Victoria i trzej caballeros ruszyli do gabinetu , by tam wyjaśnić, jakie zagrożenie pojawiło się w okolicy Los Angeles. Zorro krótko przeprosił, nim jeszcze sierżant wszedł do gospody, i zniknął gdzieś pomiędzy budynkami, obiecując, że weźmie udział w rozmowie, a jedynie woli uniknąć spotkania z żołnierzami. Jak stwierdził, nie chce odwracać ich uwagi od poważniejszego zadania.

– Nie, nie, i jeszcze raz nie! – wrzasnął i walnął pięścią w biurko. – Nie ma mowy, bym wysyłał uzbrojonych żołnierzy poza miasto! I kto to widział, by bez mojego rozkazu zamykać w areszcie więźniów. – Ramone jeszcze raz uderzył w biurko dla podkreślenia swoich słów i gniewnym wzrokiem obrzucił stojącą przed nim grupkę. Trzech caballeros, w których rozpoznał stałych klientów gospody señority Escalante, a z których jeden miał surdut oblany winem, sama señorita Victoria w poplamionej ciastem spódnicy i z wielką patelnią w dłoni oraz kryjący się za ich plecami sierżant Mendoza, z na poły zaniepokojoną, na poły nieszczęśliwą miną, jakby chciał być gdzieś zupełnie indziej. To, że przyszli zaraz po tym, jak pod bramą garnizonu wybuchła nieoczekiwana strzelanina, wprawiło go w furię.

– No tak, bez waszego rozkazu – prychnęła Victoria. – Raczcie mi wybaczyć, , ale oni najechali nas także bez waszego rozkazu – w jej tonie nie było nawet cienia uległości.

– Sierżancie Mendoza! – wrzasnął w odpowiedzi Ramone. – Proszę natychmiast wyprosić tych ludzi z mojego gabinetu!

– Ależ … – zaprotestował Mendoza. Don Eduardo wszedł mu w słowo.

– Jak to wyprosić?

– Wyrzucić! – powtórzył Ramone. – Słyszeliście, sierżancie? A potem zwolni pan tych więźniów, czy kim oni tam są!

– Dezerterami – ktoś odezwał się od drzwi.

– Co? – odwrócił się, słysząc znany i znienawidzony głos. – Zorro!

Odruchowo złapał za szpadę. Ale Zorro nie zareagował, za to pomiędzy niego, a Ramone weszła señorita Escalante. spojrzał na nią, na jej minę, na ciężką patelnię, którą w pobitewnej gorączce zabrała ze sobą i teraz lekko uniosła, jakby gotując się do ciosu… i powoli rozluźnił chwyt. Zorro uśmiechnął się z uznaniem na widok takiej przezorności.

– Możesz mi wytłumaczyć, Zorro, co robisz w moim gabinecie? I jak tu weszliście? – Ramone starał się obronić choć cień swojej władzy.

– Z tego drugiego nie będę się tłumaczył – wzruszył ramionami Zorro. – Powiem tylko, że musimy porozmawiać.

– Nie mamy o czym rozmawiać.

– Ależ mamy… – Zorro nonszalancko usiadł na brzegu biurka, na wyciągnięcie ręki od . – Jak już powiedziałem, nasi nieoczekiwani goście są dezerterami. A, i jeszcze mordercami, złodziejami i rabusiami. Zebrali się w większą gromadę, by obrabować transport srebra, jaki na dniach będzie zdążał przez Santa Barbara do portu w San Pedro. Zakładam, że słyszeliście o tym transporcie, ?

– Słyszałem – odparł Ramone. – Ale co ma wspólnego ten transport ze mną? Nie oczekujesz chyba, że wyślę żołnierzy, by go ochraniali. To zadanie gubernatora…

– Niestety nie, – powiedział spokojnie Zorro. – Nim zaatakują transport, bandyci złożą wizytę tu, w pueblo.

– Jak to?

– Popełniliście błąd, , przesłuchując jednego z hersztów bandy w tym gabinecie. Zdążył się dokładnie przyjrzeć, jak słaby jest tu garnizon i… jak bogaty . Nie ma potrzeby wysyłania żołnierzy. Będą potrzebni tu i teraz.

– Załóżmy, że ci uwierzę, Zorro… – ustawił się trochę dalej od biurka, tak, by nie być w pobliżu swego wroga. – Załóżmy, że rzeczywiście jest taka banda gdzieś w pobliżu. Co mnie powstrzyma przed odesłaniem tych pojmanych do Monterey, wezwaniem posiłków od gubernatora, a przy okazji… – zawiesił na moment głos – przy okazji pojmaniem ciebie? – W jego dłoni błysnął niewielki pistolet. Zorro nawet nie drgnął.

– To ponad czterdziestu bandytów – powiedział spokojnie. – Wysyłanie tych pojmanych do Monterey nie ma sensu. Nie dojadą dalej, niż do wzgórz, a tam kompani ich uwolnią. Stracisz żołnierzy, , a banda powróci nieuszczuplona. I bardziej chętna do zemsty, niż do rabunku. Zwłaszcza zemsty na tobie, . – pobladł, a Zorro ciągnął dalej. – Tak samo wysłany kurier nie dotrze do Monterey, a gdyby nawet mu się udało, nie zdąży sprowadzić żołnierzy. Bo dezerterzy przyjdą tu jutro, jak tylko domyślą się, co spotkało ich towarzyszy. Tym razem, – Zorro wstał, ignorując wciąż wycelowaną w siebie lufę pistoletu, a jego głos był zimny jak lód – to nie są już nasze wesołe przepychanki, z pociętymi kamizelkami, znakami na biurku i marnowaniem prochu. Tym razem będziemy musieli walczyć na śmierć i życie, albo z Los Angeles pozostanie sterta zgliszcz. – A gdy Ramone wciąż trzymał uniesioną broń, Zorro dorzucił z nagłym rozbawieniem. – Naprawdę nie chcesz ocalić pueblo i transportu srebra gubernatora, ? Nie chcesz zostać bohaterem?

Luis Ramone powoli odłożył pistolet.

– Zorro… – odezwał się jeden z mężczyzn. – Czy naprawdę sytuacja jest tak zła?

– Jest, don Eduardo. Jeżeli czegoś nie zrobimy, pueblo zginie.

– Ale co możemy zrobić? I co z hacjendami?

– Hacjendy są na razie bezpieczne. Pueblo i kasa miejska są zbyt łakomym kąskiem. A co możemy zrobić? Cóż, chyba tylko walczyć. Jeśli się dobrze przygotujemy, mamy szansę. – Zorro ruszył w stronę drzwi. – Sprowadzę tu młodego de la Vegę.

Don Diego? – zdziwił się Ramone. – A po co jego?

– Gdzie jest Diego? – zapytała w tej samej chwili Victoria.

Zorro zatrzymał się w drzwiach.

– Może nie idzie mu jeszcze najlepiej ze szpadą, ale planować potrafi – wyjaśnił. – A jest teraz na północnych wzgórzach, szuka kryjówki bandy.

– Szuka? – Victoria spojrzała przerażona.

– Nie obawiaj się, señorita – uśmiechnął się Zorro. – Nie znajdzie. Banda ma kryjówkę na południe od miasta. !

To be continued…

Related posts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.