Legenda i człowiek Cz II : Sojusznicy, rozdział 1

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Czasem wrogowie muszą współdziałać... Choć porozumienie bywa kruche. Druga część opowieści o i Victorii
Postacie/Characters
, de la Vega, Escalante, Felipe, Jamie , Luis Ramon, kapral Rojas,

Disclaimer: I do not own characters and I don’t make any profits on writing.

Od autora: Podziękowania dla Arianki. Za przypomnienie, jak to jest, gdy chce się pisać.

Druga część opowieści o Zorro i Victorii. Jak wcześniej napisałam, jest to radosna alternatywa, która nie bierze pod uwagę ostatnich czterech odcinków drugiej serii. Więc nie dziwcie się rozbieżnościom.

SOJUSZNICY

Słońce prażyło. Jego blask odbity od lufy muszkietu nieprzyjemnie raził oczy, a sama broń rozgrzała się już tak, że ciężko było ją utrzymać w dłoniach. Sierżant poprawił się na swoim siedzisku z kawałka deski i potarł dłonią brzuch. Pora była już południowa, sierżant zwykle spędzał ją w gospodzie señority Escalante nad talerzem i przy kubku wina, a nie na dachu garnizonu, usiłując schronić się przed słońcem w jedynym dostępnym skrawku cienia. Niestety, rozkaz pozostawał rozkazem, a choć sierżantowi zdarzało się już nie raz i nie dwa lekceważyć rozkazy, to tym razem zdrowy rozsądek nakazywał go posłuchać.

Cień osłaniający sierżanta nagle się powiększył. podniósł w górę oczy, mrużąc je od blasku i szczypiącego potu.

… – mruknął bez entuzjazmu.

– Wszystko w porządku, sierżancie? – zwinnie zeskoczył z narożnej wieżyczki.

– Gorąco. – uznał, że może się poskarżyć. nie był osobą, która powtórzyłaby , co sierżant myśli czy pragnie. Wręcz przeciwnie, już nieraz to właśnie zadbał, by wnieść w samotne, często nudne i czasem smutne życie Mendozy odrobinę prostych radości. Teraz też uśmiechnął się domyślnie.

– Zobaczę, co da się zrobić w sprawie obiadu, sierżancie – obiecał i ruszył dalej wzdłuż muru garnizonu.

Patrząc za nim nie mógł oprzeć się ukłuciu zazdrości. sprawiał wrażenie, jakby wcale nie odczuwał słonecznego skwaru, choć mogło się wydawać, że komuś odzianemu w czerń będzie wyjątkowo nieprzyjemnie. Ale nie, on poruszał się lekko i zwinnie, sprawnie przeskakując z murku na dach, a potem idąc wzdłuż kalenicy. Wreszcie zeskoczył w dół z taką pewnością, że nagle przestał mieć wątpliwości co do kilku wcześniejszych wizyt Zorro w garnizonie. O tak, ten czarno odziany, samozwańczy obrońca sprawiedliwości znał wszystkie tutejsze przejścia i najwyraźniej na dachu garnizonu czuł się tak samo pewnie, jak w każdym innym miejscu, choćby był to środek rynku .

Albo gospoda señority Escalante. Z miejsca gdzie siedział, sierżant nie mógł dostrzec, czy wszedł do środka, ale zza drzwi gospody wyłoniły się dwie kobiety, obie objuczone potężnymi koszami. Przemierzyły plac, by po dłuższej dyskusji z wartującym przy bramie kapralem, wejść do garnizonu. Parę chwil później pojawiły się na murze, częstując siedzących tam żołnierzy burritos i napełniając im kubki z obiecująco pękatych butelek. Chociaż, jak się przekonał Mendoza, butle te zawierały jedynie wodę, to w słonecznym skwarze łyk zimnej wody smakował mu lepiej niż niejedno wino. Nie omieszkał jednak skrzywić się lekko po pierwszym łyku, na co kobieta zachichotała i wyciągnęła z kosza niewielką buteleczkę, z której wlała mu do kubka odrobinę wina.

Najedzony, z kubkiem zimnej, zaprawionej winem wody pod ręką, sierżant czuł się znacznie lepiej. Rozsiadł się nieco wygodniej i zapatrzył w drgające od skwaru powietrze, jak rozmywają kontury drzew za .

X X X

Jak to już wcześniej w Los bywało, poważne wydarzenia zaczynały się zwykle bez fanfar, gromów czy wstrząsów. Nic nie zapowiadało, że szara, upalna codzienność może nagle ulec raptownej odmianie i dopiero później, w rozmowach i wspomnieniach, dostrzegano cały ciąg wydarzeń prowadzący do gwałtownego finału.

Tym razem pierwszym zwiastunem nadchodzącej burzy byli wędrowcy. Nie było to nic dziwnego w położonym niedaleko szlaku w głąb kraju, więc nikt nie zwracał na nich początkowo uwagi. Pojawiali się co kilka dni, jeden, czasem dwu, zjadali posiłek w gospodzie, czasem uzupełniali swoje niewielkie zapasy prowiantu i ruszali dalej. Dopiero jeden z nich sprawił, że zaczęto się im baczniej przyglądać.

Rosły, brodaty mężczyzna w zniszczonym surducie wpierw zaczął zgłaszać zastrzeżenia co do jakości podanego mu posiłku. Wycofał się jednak z zarzutów, gdy Escalante dość uszczypliwie spytała, co konkretnie mu nie smakowało. Przeprosił wtedy, lecz tak burkliwie, że trudno było oprzeć się wrażeniu, iż nie miał zamiaru tego robić. jednak skwitowała to wzruszeniem ramion, podobnie jak późniejsze jego próby nawiązania z nią rozmowy. Przez lata prowadzenia gospody przywykła do radzenia sobie z takimi klientami – bezpodstawnie wybrednymi co do jadła i wina, a nader często mylącymi jej rolę gospodyni i właścicielki oberży ze świadczeniem zupełnie innych usług. Radziła sobie z nimi drwiną i celnym słowem, a gdy to nie skutkowało, w ruch szły kuchenne naczynia. Niewielu wytrzymywało dłużej, niż kilka chwil, gdy na ich głowie czy ubraniu lądowała polewka lub sam garnek. Tu wydawało się z początku, że wystarczyła jedna kąśliwa uwaga, a przybysz zrezygnował ze swych zaczepek. upewniała się jeszcze kilkakrotnie, że siedzi on spokojnie przy swoim stole nad dzbankiem wina, ale wkrótce w gospodzie pojawił się don Diego de la Vega i wszystkie sprawy związane z gośćmi chwilowo poszły w niepamięć.

Przypomniały się jej jednak dość szybko, gdy ten właśnie nieprzyjemny gość złapał ją przy drzwiach. Tym razem nie nalegał na lepsze wino czy zmianę talerza, lecz bezceremonialnie przycisnął ją do ściany i spróbował pocałować. Nim jednak zdołała kopnąć go czy choćby się szarpnąć, mężczyzna został odepchnięty w bok, aż z rozmachem usiadł na pobliskiej ławie. Poderwał się z zaciśniętymi pięściami i wymierzył cios napastnikowi. Bezcelowo jednak, bo przeciwnik uchylił się, pozornie nieznacznie, ale dość, by pięść wojowniczego gościa zetknęła się z całą siłą z murem i nim zdołał on złapać oddech po fali bólu, jaką to wywołało, został złapany za kark i przyciśnięty do ściany. Lodowaty głos wycedził przy jego uchu.

– Następnym razem sięgnę po stal.

Mężczyzna obrócił się wolno. Stał przed nim ten sam , z którym przed chwilą tak entuzjastycznie witała się gospodyni.

– Wybacz, . Nie sądziłem, że ta kobieta… – urwał, czując nacisk na gardło. pochylił się tak, że niemal dotykali się nosami.

– To. Moja. Narzeczona. – Przez chwilę wydawało się, że zwiększy nacisk, ale puścił przeciwnika. – Radzę zachowywać się właściwie.

Przez dłuższą chwilę kłopotliwy przybysz stał rozcierając stłuczoną dłoń. Wreszcie jednym haustem dopił swój kubek, rzucił na stół monetę i ruszył do swojego konia. Wydawało się, że odjedzie bez słowa, ale zatrzymał się na chwilę przy koniowiązie, by spojrzeć na i przytuloną do niego właścicielkę gospody i splunąć na ziemię. Ta chwila wyrażenia uczuć sporo go kosztowała, bo w tym samym momencie odezwał się .

– Chwileczkę, !

– Tak? – mężczyzna zatrzymał się w połowie odwiązywania wodzy wierzchowca.

– Możecie mi wyjaśnić, skąd macie tą monetę? – sierżant wyciągnął dłoń, w której pobłyskiwało srebrne peso, rzucone przed chwilą na stół.

Zamiast odpowiedzieć, mężczyzna szarpnął rzemieniami. Nim jednak zdążył je zerwać i wskoczyć na siodło, chwycił go za ramię. Przybysz zwinął się, próbując jeszcze uderzyć, ale krótki cios pięścią posłał go nieprzytomnego na ziemię, pod końskie kopyta.

– Ouf… don Diego… – sapnął na ten widok sierżant.

– Chyba mieliście rację co do tej monety, sierżancie – odparł Diego. – Gdyby nic z nią nie było, nie próbowałby uciekać… Pokażcie ją.

uprzedziła Diego, wyjmując monetę z dłoni sierżanta.

– Fałszywa!

Diego bez większego współczucia poderwał z ziemi nieprzytomnego przybysza i popchnął go w ręce żołnierzy.

– Zabierzcie go do aresztu, kapralu Rojas! – polecił Mendoza, a gdy żołnierze się oddalali, zwrócił się w stronę Diego i Victorii. – Don Diego…

– Tak sierżancie?

– Wy… wy brzmieliście zupełnie jak Zorro! I byliście tak szybcy jak on! – w głosie sierżanta było pełne przejęcia zdumienie.

Ku jeszcze większemu zdziwieniu sierżanta, don Diego uśmiechnął się nieśmiało i niepewnie, jakby zawstydzony. objęła go mocniej.

– Muszę panu się przyznać, sierżancie – odezwał się wreszcie Diego – że trochę się uczyłem. Od Zorro.

– I ta nauka daje efekty! – rozpromienił się sierżant. – To było naprawdę bardzo podobne do Zorro, jak jest rozzłoszczony – zapewnił jeszcze i ruszył dumnym krokiem w stronę garnizonu, by złożyć raport o całym zajściu.

– Uczysz się? – zapytała Victoria, wymownie podnosząc brew.

– Uczę – uśmiechnął się do niej Diego. – I bardzo staram.

X X X

Alcalde nie był najlepszym alcalde na świecie. Gdyby ktoś wypytywał o to mieszkańców Los , to zapewne nie nazwaliby go nawet przeciętnym alcalde, jakiego miało to maleńkie pueblo. Był pyszny, chciwy i zdarzało mu się postępować wręcz podle. Był też szybki w osądach wedle swojego uznania i zapamiętały w niechęci, przy czym zasłużyć na jego niechęć było naprawdę łatwo. A do tego jeszcze stale próbował, czy nie uda mu się podnieść podatków tak, by nadwyżka wpadała do jego kieszeni i niemalże z regularnością zmian pór roku wpadał na inne, głupie zdaniem mieszkańców, pomysły, które miały mu przynieść jeśli nie sławę, to chociaż pieniądze, i które, przynajmniej od czasu gdy pojawił się Zorro, spełzały na niczym. Ale Luis Ramone był alcalde, a co za tym idzie, miał wobec pewne obowiązki, takie jak dopilnowanie przestrzegania prawa. Chociaż sam często to prawo łamał.

Toteż, gdy przyprowadzono do jego gabinetu człowieka oskarżonego o to, że zapłacił fałszywą monetą, Ramone zastanawiał się długo. Choć bowiem obcy gość uderzał w to, co było dla niego najcenniejsze, w finanse, nie uśmiechało mu się prowadzenie śledztwa, czy gdzieś w pobliżu nie pojawił się fałszerz, jeżdżenie po okolicy, czy kłopotliwe raporty dla gubernatora. Toteż, po przejrzeniu zawartości kieszeni i sakiewki zatrzymanego oraz po długim i głębokim namyśle, alcalde wydał swój wyrok. Ze względu na to, że znaleziono tylko jedną fałszywą monetę, stwierdził, iż właściwą kara będzie grzywna i noc w areszcie, oraz nakaz opuszczenia okolic Los tak szybko, jak tylko to będzie możliwe.

I tak, następnego ranka, obcy przybysz, uboższy o kilkadziesiąt pesos i ponury niczym gradowa chmura, opuścił mury garnizonu, wsiadł na swego wierzchowca i wyjechał z granic miasta, wymijając obojętnych mieszkańców pueblo. Jego odjazd był uważnie obserwowany przez co najmniej troje ludzi.

– Mam pewne obawy, co do jego osoby… – stwierdził w zadumie don Diego. Stał razem z Victorią w cieniu werandy przy gospodzie, skąd miał doskonały widok i na bramę garnizonu, i na wyjazd z miasta.

– Czemu?

– Może nazwiesz to pewnym przeczuleniem, Vi, ale nagle coś zaczęło mi nie pasować… To tylko podejrzenie, ale chciałbym je sprawdzić. Poza tym, mam dobrego wierzchowca, muszę zadbać, by się wybiegał – uśmiechnął się łobuzersko i pocałował ją we wnętrze dłoni. roześmiała się.

– Jedź, jedź… i wracaj szybko.

– Będziesz tęsknić, ?

– Tylko za tobą – odpowiedziała. I dorzuciła szeptem – Za prawdziwym tobą.

To be continued…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *