Legenda i człowiek Cz I: Zmylić wrogów, rozdział 1

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Kiedy traci nadzieję na ocalenie, ciągle ją ma. Tylko czy to wystarczy, żeby go uratować? Pierwsza część opowieści o i Victorii.
Postacie/Characters
, de la Vega, Escalante, Felipe, Luis Ramon, ,

Od autora: Podziękowania dla Arianki, która mnie nakłoniła, bym zapisała to, co przyszło mi na myśl.

Ten tekst stał się początkiem mojej przygody z opowieścią o Zorro. Jest to radosna alternatywa, która nie bierze pod uwagę ostatnich czterech odcinków drugiej serii. Więc nie dziwcie się rozbieżnościom.

Zmylić wrogów

Piękno szpady wynika z jej idealnej prostoty. Proste ostrze, idealnie łączące wytrzymałość ze sprężystością, prosty kosz ochraniający dłoń, gładki, srebrzysty metal, na którym delikatne rysy to wspomnienia starć i potyczek. Nic więcej, ale nic więcej nie jest potrzebne. Odsłonięta szpada, zwłaszcza w ręku wprawnego szermierza, wywiera wręcz hipnotyczne wrażenie.

A ta szczególna szpada wywierała szczególne wrażenie. Nie dlatego, że była tak lśniąca i dobrze utrzymana, że w świetle dnia jej ostrze nabrało barwy bezchmurnego nieba. Ani dlatego, że w koszu, osłaniającym obecnie dłoń w czarnej rękawicy, oślepiającym blaskiem odbijało się południowe słońce. Ani także dlatego, że owa dłoń była dłonią wyjątkowo wprawnego szermierza. Nie, dla Luisa Ramone, , żaden z tych powodów nie był tak istotny i przykuwający uwagę jak to, że sztych rzeczonej szpady tkwił właśnie, uparcie, choć delikatnie, dokładnie pod jego brodą. Gdy z wysiłkiem przełykał ślinę, usiłując nie dać poznać po sobie, jak bardzo zaschło mu w ustach, czuł zaskakująco chłodny metal tuż przy swojej tchawicy.

Cały świat ograniczał się w tej właśnie chwili do tego dotyku. Oczywiście, było w nim miejsce także na łaskoczące kropelki potu, ściekające po czole, zbyt ciasny kołnierzyk i przesiąkniętą nieprzyjemną wilgocią koszulę przylepioną do pleców, ale już doznania wzrokowe ograniczały się do jednej masy czerni, przeciętej błękitną smugą ostrza szpady, zaś słuchowe do odległego gwaru miejskiego rynku. Nie, żeby ten gwar był zbyt głośny. W danym momencie wszyscy oczekiwali w milczeniu na dalszy rozwój wypadków.

– A więc, … – Rozbawiony głos przebił się przez szum w uszach Ramone – Może jednak zmienicie zdanie i wyrazicie zgodę?

Luis Ramone powędrował spojrzeniem w górę, nad ostrze szpady, tak nieprzyjemnie bliskie jego gardłu i trzymającą tą szpadę dłoń jeźdźca. Nowe strużki potu pociekły mu po plecach, gdy zdał sobie sprawę, że wbrew swemu rozbawionemu głosowi, właściciel szpady się nie uśmiecha. O nie, tym razem był wręcz wściekły i zrozumiał, że ta pozorna wesołość ma być dla niego szansą na względnie honorowe załatwienie sprawy. Bo inaczej, jeśli będzie się upierał, sprawy przybiorą dla niego znacznie, znacznie gorszy obrót.

– Zga… – zakrztusił się. Ostrze szpady odsunęło się leciutko. Jeszcze raz z wysiłkiem przełknął ślinę i spróbował ponownie. – Zgadzam się! – ogłosił.

Odpowiedziały mu wiwaty. Szpada cofnęła się od jego gardła, ale nim zdołał cokolwiek w związku z tym uczynić, jeździec przesunął się szybko tak, że Ramone stał teraz tuż przy jego bucie, za plecami mając koński bok. Spocony koński bok, jak z niesmakiem zauważył Luis. Nie mógł się odsunąć, bo szermierz tym razem oparł ostrze szpady na jego ramieniu przy nasadzie szyi, zmuszając go do przyciśnięcia się do konia. W tym miejscu miał doskonały widok na cały plac, pełen radośnie wiwatujących ludzi. Bynajmniej nie cieszyli się tak na jego cześć, pomyślał, czując jak groza sprzed chwili już odpływa, ustępując miejsca pełnej goryczy nienawiści. Przez moment jeszcze miał nadzieję, że nie dojdzie do najgorszego, ale gdy jeden z żołnierzy uniósł niepewnie muszkiet, zdał sobie sprawę, że równie dobrze może zostać trafiony on, jaki i jego prześladowca, więc odczuł ulgę, gdy drugi żołnierz, wyraźnie szybciej myślący, zepchnął koledze lufę w dół.

Był zatem bezradny. Stał w palącym słońcu, cierpliwie czekając, aż zza bramy garnizonu wyłonili się zamknięci tam peoni. Stał dalej, gdy trzej caballeros, wraz z sierżantem Mendozą, wynieśli okutą skrzynię z jego osobistego gabinetu. Gdy podnoszono wieko, chciał zaprotestować, ale ledwie drgnął, ostrze szpady przesunęło się lekko, bliżej szyi, przypominając mu, w jakiej sytuacji się znajduje. Musiał więc stać dalej, zaciskając pięści, gdy skrzynia została otwarta, a znajdujące się w niej pieniądze rozdzielone. Mendoza, ten gruby oferma i zdrajca, uśmiechał się szeroko, gdy kolejni peoni kwitowali odbiór monet znaczkami w opasłej księdze trzymanej przez don Sebastiana. Inni żołnierze zbili się w niepewną grupkę, nie wiedząc, czy mają spróbować jakoś działać, czy lepiej będzie dla nich, jak schronią się w garnizonie. W międzyczasie popodnoszono przewrócone stragany, pozbierano rozsypane warzywa, zagoniono do zagrody te kilka kur, które wymknęły się wcześniej w zamieszaniu – jednym słowem przywrócono porządek. Oczywiście nie obyło się też bez nawoływań, rozmów i coraz głośniejszych śmiechów i żartów, których celem był zapewne Los Angeles, chwilowo unieruchomiony przez niejakiego Zorro, zuchwalca, rebelianta i samozwańczego obrońcę prawa oraz miejscowej ludności. A on, Luis Ramone, mógł tylko stać, pocić się, obrywać od czasu do czasu po ramieniu końskim ogonem i słuchać, zarówno ogólnej wesołości, jak i cichej szeptanej rozmowy za swoimi plecami. najwyraźniej nie przejmował się ani upałem, ani jeńcem, ani grupą żołnierzy i beztrosko flirtował z señoritą Victorią Escalante, właścicielką miejscowej gospody. Sądząc z tego, co jej mówił, zanosiło się na kilka skradzionych całusów, jednak nacisk szpady nie zelżał nawet na chwilę.

Gdy ostatni peon wmieszał się w tłum, uwolnił swego jeńca.

– To na pamiątkę, – Jego słowom zawtórował trzask ciętego materiału. – Byś nie popełnił drugi raz tego błędu.

Wytworna kamizelka Luisa była jednym strzępem, pociętym w wielkie „Z”. Ten widok, jak i błysk szpady w szyderczym salucie, sprawiły, że wściekłość eksplodowała.

– Strzelać! – wrzasnął, podczas gdy gnał do bramy pueblo. – Strzelać! Zastrzelcie go! – I w resztce przytomnego myślenia padł na kolana.

W bramie miasteczka, pod napisem Los Angeles, właśnie okręcił konia w zawadiackiej levade, gdy rozległa się salwa. Jeszcze tylko załopotała czarna peleryna, i zuchwalec znikł pomiędzy porastającymi brzeg drogi drzewami, na długo przed tym, jak pierwsi żołnierze wypadli konno zza bramy garnizonu. Nie spieszyli się zresztą. Od dawna już każdy żołnierz w wiedział, że ściganie jest jak gonienie wiatru – męczące i bezskuteczne.

I nikt, żaden żołnierz, żaden peon czy , rozwścieczony , ani nawet właścicielka gospody, zupełnie nikt nie dostrzegł, że gdy padły strzały, zachwiał się przez moment w siodle…

X X X

A zaczęło się tak niewinnie. Kilkutygodniowy wiosenny upał sprawił, że wysechł jeden z pobliskich strumieni, co sprawiło, że zaczęły się zwady pomiędzy kilkoma drobniejszymi właścicielami ziemskimi o to, gdzie mają poić swoje bydło. Swary były raczej lokalne i niemrawe, zresztą szczęśliwie deszcz położył im szybko kres, ale problem wysychającego strumienia pozostał. Omawiano go obszernie, zarówno w hacjendach, jak i przy zacnym winie w gospodzie Victorii. Początkowo chciano tylko ustalić, kto gdzie może przepędzić stado na wypadek podobnej suszy, ale młody de la Vega, który powrócił ze studiów z Hiszpanii z kuframi pełnymi książek, i który uparcie opowiadał o rozmaitych nowinkach, zaproponował bardziej radykalne rozwiązanie. Budowa niewielkiej tamy poniżej miasta, gdzie strumień przepływał przez wąwóz, zapewniał, zamieniłaby tamtejsze nieużytki w jezioro, które byłoby dla okolicy rezerwą wody nawet na wielokrotnie dłuższą suszę.

Pomysły don Diego de la Vegi były początkowo uważane za co najmniej dziwaczne. Jednak nie tylko stał za nim autorytet jego ojca, ale zauważono już, że don Diego ma zwyczaj upierać się przy realizacji tych konceptów, które, choć najdziwniejsze, przynosiły korzystne rezultaty. Tak było z posypywaniem pól mieszanką jakiś paskudztw, co, o dziwo, spowodowało wzrost plonów, czy ze sprowadzeniem długorogiego byka zza Rio Grande, więc tym razem Diego nie musiał się zbytnio wysilać, by przekonać wszystkich do budowy tamy. Zresztą, jak to zgodnie uznano, w kasie miejskiej jest dość pieniędzy, by opłacić i robotników, i sprowadzone materiały. A okolicznym peonom przyda się każde peso.

Don Diego zatem sporządził projekt tamy, jego ojciec sprowadził niezbędne materiały, ogłoszono zaciąg dla pracowników… Budowa poszła szybko i gdy spadły jesienne deszcze, kilka mil poniżej rozlało się okazałe jezioro.

I wszystko byłoby doskonale, gdyby nie . Do niego należał nadzór nad miejską kasą i do niego zwrócono się o zwrot kosztów materiałów i pensje robotników. A Luis Ramone, Los Angeles, odmówił. I pierwszej, uprzejmej prośbie, i późniejszemu, znacznie bardziej upartemu naleganiu okolicznych caballeros. Don , starszy de la Vega, może by i zrezygnował z nacisków, gdyż i podejrzewał, że miejska kasa jest pusta, i sam koszt materiałów nie był dla niego tak wielką stratą, ale nikt nie myślał nawet o odpuszczeniu sprawy wypłaty.

Po serii mniejszych i większych kłótni, gdy po raz kolejny kazał żołnierzom wyrzucić z garnizonu natrętów, do sprawy wmieszał się Zorro. Początkowo po prostu wyniósł miejską kasę i przekazał ją w ręce caballeros, by komisyjnie wypłacili należności. Jednak odpowiedział na to aresztowaniem tych z robotników, którzy zgłosili się po wypłatę do miasta. Poza tym, zgodnie z przewidywaniami don Alejandro, kasa okazała się mocno pustawa. W każdym razie znacznie bardziej pusta, niż można to było wywnioskować z zebranych wcześniej podatków. Druga akcja Zorro była już znacznie bardziej brutalna. Seria widowiskowych pojedynków z co bardziej natrętnymi żołnierzami i zdemolowanie rynku puebla skończyło się tym, że Zorro przyłożył szpadę do gardła i zarządził zwolnienie zatrzymanych i wyniesienie osobistej kasy Luisa.

I tak robotnicy zostali wypuszczeni na wolność i dostali swoje należności, spędził niemiłe chwile w palącym słońcu i stracił ulubioną kamizelkę oraz surdut, który przesiąkł końskim potem, zaś Zorro odjechał, jak zawsze, do swojej kryjówki.

Przynajmniej tak się tego południa wszystkim wydawało.

To be continued…

No tags for this post.No tags for this post.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *