Legenda i człowiek Cz I: Zmylić wrogów, rozdział 3

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Kiedy Zorro traci nadzieję na ocalenie, ciągle ją ma. Tylko czy to wystarczy, żeby go uratować? Pierwsza część opowieści o Zorro i Victorii.
Postacie/Characters
, de la Vega, Escalante, Felipe, Luis Ramon, Zorro,

Los wrzało.

W tym sennym codzienne rozmowy obracały się zazwyczaj wokół uprawy roli, problemów z wodą czy pastwisk. Ekscentryczne i samolubne zarządzenia , jego pomysły na podniesienie podatków czy zorganizowanie ruchu miejskiego, były tematem długich narzekań nad kubkami wina. Równie szeroko i obszernie były komentowane akcje Zorro, wnoszące w szarą i upalną codzienność odrobinę rozrywki, wesołości oraz poczucie sprawiedliwości i bezpieczeństwa. Kiedy czarno odziany jeździec rozbrajał na środku placu kolejnych żołnierzy, wiadomo było, że wieczorem nie wysunie nosa zza bramy garnizonu, zaniesie mu kolację, a w gospodzie Victorii roześmiane grupki peonów i caballeros będą komentować wśród żartów ostatnie wydarzenia.

Tym razem jednak wydarzeń było aż za dużo.

Wpierw ukończenie tamy i nowopowstałe jeziorko, które miało zagwarantować wodę dla okolicy. Sam ten fakt należało starannie omówić, nim jednak mieszkańcy doszli do porozumienia, jak należy korzystać z tej nowości, wynikł problem z wynagrodzeniami robotników, źródło wielu narzekań, zarówno prostych peonów, jak i caballeros, którzy czuli się oszukani i obrażeni przez . Gdy po raz kolejny wyprowadzano ich z garnizonu, szli wprost do gospody, by tam, nad kubkiem wina, dać upust swojej frustracji. Już samo zakończenie sprawy należności, dwie brawurowe akcje Zorro, zapewniłoby wszystkim dość tematów do rozmów na długie tygodnie. Nie często widziało się bowiem Luisa Ramone, alcalde , zgadzającego się na oddanie pieniędzy ze szpadą przyłożoną do gardła. I jak przy każdej takiej okazji, była to sposobność do wspomnienia innych, wcześniejszych wydarzeń, które miały podobny finał.

Ale nim opowieści i plotki rozgorzały na dobre, nim powspominano, jak to i dlaczego innymi razy Ramone kończył w pociętym szpadą surducie, dokonano zuchwałego napadu. Ofiarą miała paść señorita Escalante, którą nieznany napastnik zaskoczył przed świtem w głównej sali gospody i która uratowała się jedynie dzięki obecności don Diego de la Vegi, który nie bacząc na osobiste bezpieczeństwo stanął w jej obronie i został ranny, zapewne śmiertelnie.

Plotka goniła plotkę, a jedna była bardziej fantastyczna od drugiej. Don Diego podobno stoczył zaciętą walkę, demolując całą gospodę, nim napastnik zdołał go powalić. Nie, odpowiadali inni, zwykle ci, którzy tamtej nocy spali w gospodzie. Nie było ani hałasu, ani walki. Obudził ich strzał i krzyk Victorii, a jedyne co słyszeli poza tym, to galopującego konia. Obcy musiał szybko uciekać. Inni jeszcze dziwili się, czemu nie zaczęła krzyczeć wcześniej, a jeszcze inni zastanawiali się, kim mógł być tak zuchwały intruz i czy zostanie schwytany.

Komentowano także opieszałość w pościgu, choć akurat temu się zbytnio nie dziwiono. Od dawna było już wiadomo, że żołnierze z garnizonu wyruszą raczej w pościgu za Zorro, niż aby szukać jakiegoś przypadkowego przestępcy. Nie ważne przy tym było, jakiej zbrodni dokonano, jeśli tylko jej ofiarą nie padł sam Luis Ramone. Toteż, gdy przez cały dzień nie poczyniono żadnych kroków, do udał się sam don Alejandro, wstrząśnięty tym, co przydarzyło się jego synowi. Po dłuższej dyskusji złożył pełną uszanowania wizytę zrozpaczonej señoricie Escalante, wysłuchał jej opowieści o nocnych wydarzeniach i w końcu poprowadził żołnierzy na patrol. Wrócili przed wieczorem z pustymi rękoma, zmęczeni i zakurzeni. Jak twierdził Mendoza, przepłukując winem zaschnięte gardło, przez całą drogę spotkali tylko kilku miejscowych peonów i raz, tylko raz, widzieli w oddali Zorro. Nie ścigali go, bo jak się tłumaczył sierżant rozwścieczonemu , Zorro był bardzo daleko i gdzieś się spieszył, sprawiając wrażenie zaabsorbowanego tym, co widział na ziemi. Być może nawet nie zauważył, że mijał go patrol.

To spotkanie nasunęło mieszkańcom Los nowe pytania. Czy mogło być tak, że Zorro ścigał napastnika? A jeśli tak, to czemu go nie doścignął i nie przyprowadził do puebla? Señorita nie była mu przecież całkiem obojętna. Nawet biorąc poprawkę na typową dla Zorro nonszalancję i skłonność do flirtów, okazywał jej zawsze szczególną uwagę. I znów ludzie zbierali się w gospodzie, gdzie dwie wynajęte przez Victorię dziewczyny usługiwały gościom, by pić wino i roztrząsać, co mogło się tamtej nocy wydarzyć.

Samą señoritę Escalante widywano teraz rzadko, bowiem w jednym z pokoi na piętrze leżał don Diego. Lekarz stanowczo zabronił go przewozić do hacjendy, twierdząc, że wstrząsy wozu na wyboistej drodze niechybnie otworzą znów ranę, co będzie miało śmiertelny skutek. Jeśli zresztą chodziło o śmierć młodego de la Vegi, doktor wieszczył, że może ona nastąpić w każdej chwili. Wedle niego już samo to, że ranny nie odzyskał przytomności po tym, jak zemdlał na podłodze gospody, było złym znakiem. Don Diego stracił niewiarygodnie dużo krwi, od wstrząsu wywiązała się gorączka, a osłabiony organizm nie miał sił walczyć. Młody nawet nie majaczył.

zatem nie odstępowała od łóżka chorego, w nadziei, że jej starania i pielęgnacja mogą choć trochę mu dopomóc, a gdy już słabła ze zmęczenia i niepokoju, zastępował ją don Alejandro. Także głuchoniemy niemal nieprzerwanie czuwał w kącie pokoju. Jeśli już señorita schodziła do głównej sali, to zwykle po to, by nabrać do dzbanka świeżej wody, a wtedy jej ściągnięta ze zmęczenia, zrozpaczona twarz i podkrążone oczy wymuszały pełne szacunku milczenie. Niewielu miało odwagę zadawać jej pytania, jeden sierżant Mendoza, w swej prostocie i dobroduszności dopytywał się o stan don Diego, wciąż wyrażając głośno nadzieję, że jednak lekarz się pomylił i ranny wyzdrowieje.

Wtedy też do krążących po Los plotek dołączyła nowa. Nikt nie wiedział początkowo, kto to wymyślił. Co poniektórzy wskazywali co prawda już wcześniej na nietypową porę, o której de la Vega pojawił się u Victorii, ale to dopiero ten nieznany ktoś stwierdził, że być może nie było wcale żadnego napadu, a raczej, jeśli był, nie ona miała być jego ofiarą. Mówiąc wprost, ktoś wysunął podejrzenie, że feralny postrzał był finałem męskiej kłótni o kochankę, stoczonej pomiędzy don Diego i Zorro. A jeśli tak nie było, zapytywali plotkarze, co robił Diego przed świtem w gospodzie Victorii? Jednak w plotce tej nie było zawiści. Don Diego, mimo swoich dziwactw, cieszył się sporą sympatią mieszkańców puebla. Podobnie ceniono señoritę Victorię, nie tylko za upór, z jaki prowadziła odziedziczoną po ojcu gospodę, ale i za odwagę, z jaką wciąż wplątywała się w spory pomiędzy mieszkańcami Los Angeles, a . Jeśli zatem tych dwoje miało się ku sobie i nawet jeśli to sam Zorro stanął pomiędzy nimi, nikt nie widział w tym czegoś nazbyt złego. Raczej ubolewano nad tragicznym zbiegiem okoliczności, choć co poniektórzy potrząsali głową nad losem samej señority.

Plotka ta, podobnie pozostałe, dotarła do wielu uszu. W tym do samego don Alejandro, który od tamtej tragicznej nocy dzielił swój czas pomiędzy pokój syna, a biuro i okolice Los Angeles. Gdy żołnierski patrol nie przyniósł żadnych nowin o intruzie, starszy de la Vega sam osiodłał konia i wyruszył na poszukiwania. Wrócił późnym wieczorem, zmęczony, ale dziwnie spokojny i od tej pory nie nalegał już na żołnierski pościg. Tamtego wieczoru długo też siedział w pokoju syna. Obserwował Victorię, jak zmienia kolejne chłodne okłady na czole rannego, i jak Diego co jakiś czas otwiera nieprzytomne od gorączki oczy i zdaje się uspokajać, gdy widzi przy sobie dziewczynę. Kilkakrotnie wydawało się, że don Alejandro chce coś powiedzieć, ale za każdym razem rezygnował. Być może obawiał się, że powie coś, co rzuci cień na ostatnie chwile jego syna.

Młody de la Vega najwyraźniej miał jednak w swej naturze zaskakiwanie ludzi. Posępne przepowiednie lekarza nie sprawdziły się przez pierwsze dwa dni, a trzeciego dnia gorączka spadła i ranny zapadł w sen, tak głęboki, że nie budziły go nawet próby podania mu pożywnego rosołu. Doktor był co prawda zdania, że ten głęboki sen nie jest dobrym objawem, a raczej dowodem na ostateczną klęskę i że don Diego po prostu zgaśnie, niczym wypalona świeca, ale nabrała otuchy. Teraz na kierowane do niej pytania o stan rannego odpowiadała, że śpi i uśmiechała się pełnym nadziei, promiennym uśmiechem. Jej nadzieja nie okazała się płonna. Don Diego obudził się, początkowo na chwilę, ale z każdym kolejnym przebudzeniem zdawał się mieć więcej sił.

Chyba właśnie to, że Diego miał najwyraźniej zamiar pozostać przy życiu, przekonało don Alejandro, że musi poczynić pewne kroki. Kiedy zatem spotkał na schodach Victorię, śpieszącą z miską pełną rosołu, spytał, czy może później zamienić z nią ze dwa słowa.

Gdy przyszedł, nie zaczął rozmowy od razu. Wpierw usiadł w fotelu i przyglądał się jej i swemu synowi. Diego spał lub odpoczywał z zamkniętymi oczyma i twarzą przemyślnie osłoniętą przed światłem lampy, a siedziała na brzegu łóżka trzymając go za rękę. Co jakiś czas delikatnie dotykała czoła rannego, jakby chcąc się upewnić, że nie wróciła mu gorączka. Don Alejandro nie mógł już dłużej zwlekać.

– Usłyszałem jakiś czas temu – zaczął – sporo plotek o tym, co się wydarzyło tamtej nocy. – zwróciła się w jego stronę, niepewna, o czym mówi. – Wiem, że nie powinienem ich powtarzać, ale jedna z nich jest zbyt uporczywa, bym mógł tego zaniechać.

– Jaka? – zapytała. Dość obojętnie, w tej chwili ważny był dla niej tylko Diego.

– To właściwie nie plotka – westchnął don Alejandro – a pytanie. Co Diego robił przed świtem w gospodzie?

z przerażeniem podniosła dłoń do ust.

– Głupia, głupia… – szepnęła. – Nie pomyślałam. Nie pomyśleliśmy oboje…

– Ciii, dziewczyno – don Alejandro dotknął jej ramienia w uspokajającym geście. – Ja cię nie winię.

– Ale…

– Nic się nie martw. Diego, gdy wróci do zdrowia, zrobi z tym porządek.

– Diego? To niemożliwe, ja…

– Posłuchaj mnie, Victorio.– De la Vega uciszył ją podniesioną dłonią. – To prawda, że twoja matka była Indianką, ojciec oberżystą, a ród de la Vega jest jednym z najstarszych rodów w tych okolicach i nasze tradycje sięgają czasów wojen z Maurami. Ale jedną z tych tradycji jest to, że nade wszystko cenimy sobie prawość i odwagę. Urodzenie nie ma aż takiego znaczenia. Więcej, jesteś córką mojego przyjaciela. Victorio Escalante, jeśli się zgodzisz, będę bardziej niż szczęśliwy, mogąc cię powitać jako przyszłą żonę mojego syna. Wiem, że nie mógł wybrać lepiej.

Don Alejandro…

– Kiedy dowiedziałem się o tamtej plotce, obserwowałem cię, bo miałem wątpliwości. Nie względem tego, czy Diego przeżyje, choć bardzo się o niego bałem. Wątpiłem w twoje uczucia względem niego. Jednak obserwowałem was przez te straszne dni i teraz mogę z całą pewnością stwierdzić, że ty go kochasz.

– To prawda, don Alejandro – uniosła dumnie głowę. – Kocham go, i to z wzajemnością.

– Mogę ci obiecać, że się na nim nie zawiedziesz. Wiem, że Diego czasem robi wrażenie nieudolnego, czasem ma dziwaczne pomysły, a jeszcze kiedy indziej uchyla się od walki, ale to tylko pozory. Tak naprawdę jest on prawy i odważny. Obiecuję ci, że któregoś dnia się przekonasz.

– Nie musicie mnie przekonywać, don Alejandro.

– Wiem, widzę to – uśmiechnął się de la Vega. – Mówię ci o tym jednak, bo sam siebie przekonuję. Do tej pory widziałem w tobie tylko dumną i piękną młodą kobietę, którą pociąga odwaga i brawura Zorro. Teraz jednak dostrzegłem, że doceniasz mojego syna. Wiesz? Muszę ci powiedzieć, że przypominasz mi także jego matkę. Tak jak ona łączysz odwagę i piękno. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.

Don Alejandro raz jeszcze uspokajająco poklepał Victorię po ramieniu i opuścił pokój. Nie zauważył, wychodząc, że Diego przypatruje mu się zmrużonymi oczyma…

To be continued…

No tags for this post.No tags for this post.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *