Legenda i człowiek Cz V: Doskonały plan, rozdział 1

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Pech czy los sprawiają, że nawet najlepszy plan może zawieść. Piąta część opowieści o Zorro i Victorii.
Postacie/Characters
, de la Vega, Escalante, , Jamie , Luis Ramon,

Od autora: Ta historia jest najdłuższą, jaką do tej pory napisałam. Mam nadzieję, że zwroty akcji wynagrodzą to czytelnikom. Podziękowania dla Arianki. Za cierpliwość i rozmowy.

Doskonały plan

Rozdział 1. Pomysł

Luis Ramonie nie był durniem. Dowodził tego, jego zdaniem, sam fakt, że mianowano go , choć był nim w tak małym jak . Zresztą, zdaniem Ramone, nie było aż tak małe, częściej określał je słowem „zaciszne”. No bo w końcu ile puebli na terenie Kalifornii mogło się pochwalić własnym jeziorem? Zaś gazety nie posiadały nawet znacznie większe Monterey czy port w San Pedro. Ramone dyskretnie pomijał przy tym, kto był pomysłodawcą pierwszej z tych nowinek i utrzymywał drugą, podkreślając, że wszystko to pojawiło się w Los za jego rządów.

O dziwo, mieszkańcy podzielali w tej kwestii jego zdanie. Mieli sporo do powiedzenia na temat pomysłów swojego alcalde, szczególnie tych dotyczących nowych opłat czy podatków i równie dużo na temat samej osobowości Luisa Ramone, ale nikt nie twierdził, że jest on durniem. Raczej uważano, że to sprytny człowiek, który przez posiadaną w swoich rękach władzę i samolubne podejście do świata jest dosyć niebezpieczny. A w każdym razie dość groźny, by unikać otwartego z nim konfliktu. Co oczywiście nie oznaczało, że pewnych problemów nie można było załatwić po cichu, w czym szczególnie celowali żołnierze. Pikanterii całej sprawie dodawał fakt, że sam Ramone wiedział, iż jego polecenia czy zarządzenia są traktowane, powiedzmy, że dość oględnie, a w każdym razie nie przestrzegane co do joty, co stanowiło dla niego źródło ciągłej frustracji. Bo, mimo wszystko, mimo rozkwitu powierzonego mu pueblo, mimo powoli, ale stale pęczniejącej prywatnej kasy (kasa miejska była odrębną sprawą i z zasady świeciła pustkami), nie mógł zdobyć wymarzonego poważania i szacunku. Nie mówiąc już o opinii gubernatora, która mogła mu przynieść przeniesienie do innego, zamożniejszego i łatwiejszego w zarządzaniu pueblo.

Ramone doskonale wiedział, kto jest winien zaistniałej sytuacji. W chwilach frustracji wyliczał sobie kolejne osoby: pyskatą do granic bezczelności señoritę Victorię Escalante, prowadzącą jedyną w gospodę, z jadłodajnią i noclegami, gdzie zatrzymywali się wszyscy przejezdni i gdzie toczyło się życie towarzyskie pueblo, która nigdy nie okazywała stosownego dla władzy respektu, protestując przy każdej okazji; don de la Vegę, najbogatszego i najbardziej poważanego w i okolicach, który zawsze pamiętał, jakie są przywileje osiadłej tu hiszpańskiej szlachty i nigdy nie omieszkał wytknąć ich naruszenia; don Diego de la Vegę, syna don , dziwaka i niezgrabiasza, który jednak nie omijał żadnej okazji, by się wtrącić swoje trzy grosze do każdego zarządzenia alcalde. No i przy żadnej takiej wyliczance nie pomijał Zorro, tego roześmianego przebierańca, który był w najoczywistszy sposób odpowiedzialny za to, że alcalde cieszył się w tak małym szacunkiem. Bo jeśli nawet, groźbą aresztu czy wręcz egzekucji, udawało mu się zamknąć usta señoricie Victorii czy de la Vegom, tak Zorro nie mógł uciszyć nigdy. Wręcz przeciwnie, im bardziej się starał, tym bardziej spektakularne ponosił klęski. Zorro wyśmiewał go, krzyżował mu plany, obracał je przeciwko niemu, a gdy już–już wydawało się, że tym razem się uda, zmuszał go do porzucenia czy odwołania zarządzeń.

Ramone był na tyle bystry, by przyznać się przed samym sobą, że spora ilość jego niepowodzeń wypływała czy to z jego własnej zachłanności, czy też z tchórzostwa. Gdyby bowiem pewne rzeczy zaplanował bardziej ostrożnie, gdyby nie próbował skorzystać z pewnych okazji, Zorro nie miałby pretekstu do wystąpienia przeciwko niemu. A gdyby nie był tchórzem… Mógł powtarzać sobie, że odwołanie podatku pod groźbą przyłożonej do gardła szpady było przejawem nie tyle tchórzostwa co rozsądku, ale rozgoryczenie, poczucie bycia tchórzem i niesmak do samego siebie pozostawały.

By się od nich uwolnić, by odzyskać poważanie, musiał coś zrobić. Pozbycie się Zorro wydawało się być pierwszym i najlepszym rozwiązaniem. Nie było to jednak takie proste. Ramone, przy okazji wspominania, kto mu jak zawinił, przywoływał też w pamięci wszystkie swoje wcześniejsze próby pozbycia się jeźdźca w masce i efekty, jakie one odnosiły. Musiał przyznać, że najbardziej zbliżył się do swego celu dwukrotnie: gdy Palomarez rządził pueblo i gdy był uwięziony w starej kopalni. Pierwszego nie był w stanie powtórzyć. Pomijając fakt, że metoda Palomareza przyprawiała go o dreszcze, nawet we wspomnieniach, i to, że nie miał dosyć żołnierzy, by ją powtórzyć, to sposób ten okazał się bardzo nieskuteczny. Zorro uciekł z celi w ciągu kilkunastu minut, najwidoczniej mając przygotowaną drogę wyjścia jeszcze zanim pozwolił się tam zamknąć. Drugi sposób był raczej wykorzystaniem okazji, bardzo obiecującym, ale jedynym jego skutkiem było to, że Zorro nie pokazywał się przez kilka tygodni i przesłał mu przez swego kolegę po szpadzie, don Diego, kilka słów ostrzeżenia. No i to, że uznał to za pretekst, by przy innej okazji zaproponować Luisowi Ramone rewanż w przysługach.

Jednak jakiś sposób znaleźć się musiał…

X X X

Tego dnia maszyna drukarska miała swój dzień buntu. Wystarczył jeden mało ostrożny ruch i wszystkie czcionki z kaszty rozsypały się po podłodze. Don westchnął jedynie i zabrał się za zbieranie ich z powrotem do przegródek. Tyle tylko było w tym dobrego, że pierwsza strona Guardiana została odbita i będzie mógł sprawdzić, ile porobił literówek, gdy już skończy porządkowanie. Praca była brudna i mozolna, toteż pojawienie się sierżanta Mendozy zostało przyjęte z prawdziwą ulgą.

Buenos dias, sierżancie – Diego starał się zachować dobry humor niezależnie od poplamionych farbą rąk i jeszcze nie posortowanego stosu czcionek na podłodze. – Co was sprowadza?

Alcalde chce was widzieć w swoim gabinecie, don Diego…

Alcalde? Nie będę miał dla niego jeszcze nowego numeru, powiedzcie mu, że mam przestoje techniczne – Diego podniósł kolejną czcionkę, obejrzał i wrzucił na właściwe miejsce.

– Ale on nie chce mówić z wami o gazecie…

– Nie? A o czym w takim razie?

– Nie powiedział mi, don Diego…

Diego z westchnieniem wytarł ręce w szmatę. Zbieranie czcionek mogło poczekać. Niedługo pojawi się i we dwójkę znacznie sprawniej posprzątają cały ten bałagan. Chłopak miał prawdziwy talent do odczytywania liter, nawet tych odwróconych w pojedynczych czcionkach. Ale zanim przyjdzie, on, Diego, może przejść się do Ramone i dowiedzieć, czego od niego chce alcalde.

Alcalde nie bawił się w subtelności.

– De la Vega, jak komunikujecie się z Zorro? – rzucił zamiast powitania.

Don Diego uniósł brwi w zdziwieniu.

Alcalde, po co wam ta wiedza?

– To dla was nieistotne. Odpowiedzcie!

– Nie, alcalde – Diego uśmiechał się lekko, udzielając tej odpowiedzi, ale to nie złagodziło ostateczności tej odmowy.

– To rozkaz!

– Wybaczcie, alcalde, ale nie jestem żołnierzem.

Luis Ramone sapnął gniewnie, słysząc tę odpowiedź. Oczywiście, że młody de la Vega nie był żołnierzem. Mógł jednak wykonać rozkaz swojego alcalde.

– Zastanawiam się – powiedział – czy wizyta w celi nie będzie dla was dobrą okazją, byście się zastanowili nad waszym oporem wobec władzy.

– Czyżbyście chcieli mnie aresztować? Za co?

– Za pomaganie znanemu banicie, za opór wobec władzy i… – Ramone zawahał się na moment – za rozpowszechnianie tajemnic państwowych. – Wskazał na smugi farby drukarskiej na rękawie don Diego.

De la Vega wzruszył ramionami.

– Rozumiem, że moje zwolnienie z aresztu będzie zależało od odpowiedzi na wasze wcześniejsze pytanie?

– Lub od tego, czy Zorro uzna za stosowne spróbować was uwolnić – uśmiechnął się w odpowiedzi Ramone. – Mendoza! Zamknijcie don Diego w celi!

– Ale alcalde

– To rozkaz!

, alcalde

Don Diego spokojnie ruszył w stronę wejścia do aresztu. Gdy Mendoza zamknął za nim kratę, Diego wyciągnął z kieszeni kilka monet.

– Sierżancie, bądźcie tak dobrzy i powiadomcie señoritę Escalante, że nie zjem dziś z nią obiadu. Gdyby była tak uprzejma i przysłała mi tu posiłek… Sami też się poczęstujcie, proszę. A, i jeszcze jedno. Będę potrzebował paru drobiazgów…

, don Diego – wyjąkał sierżant, najwyraźniej oszołomiony beztroskim podejściem aresztanta i zniknął za drzwiami. Diego usiadł na pryczy, wypróbowując, czy jest dość wygodna. Już kiedyś spędził tu kilka godzin, więc teraz… Teraz był bardzo ciekawy, jak rozwinie się dalej sytuacja.

X X X

Escalante, narzeczona don Diego de la Vegi, nie przysłała mu obiadu. O nie, najpierw wpadła do gabinetu alcalde niczym antyczna furia. Siedząc na swojej pryczy Diego z uśmiechem przysłuchiwał się awanturze szalejącej w sąsiednim pomieszczeniu. Musiał przyznać, że początkowo Ramone wykazał się sporą odwagą, stawiając czoła rozwścieczonej señoricie Escalante, jednak szybko sytuacja przestała być zabawna. Luis Ramone zagroził bowiem Victorii, że uwięzi także i ją. To trochę ostudziło señoritę, na tyle, by przeszła od żądań natychmiastowego uwolnienia Diego do domagania się widzenia z uwięzionym. Na to już alcalde przyzwolił.

– Wszystko w porządku, Diego? – zapytała, ściskając mu dłonie przez kraty.

– Wszystko w porządku – odpowiedział. Ucałował wnętrze jej dłoni. – Przepraszam, ale nie mogę ci obiecać, że szybko zjemy wspólny obiad. Mam tu być, póki nie powiem, jak kontaktuję się z Zorro. Albo póki Zorro nie okaże się na tyle nieostrożny, że przyjdzie mnie uwolnić.

– Co on… – ściszyła głos, zerkając w stronę drzwi prowadzących do gabinetu. Widok Diego za kratami denerwował ją do szaleństwa. I dlatego, że przypominała sobie, jak ona sama była uwięziona w tym areszcie, i dlatego, że sama myśl o tym, że Diego może się tu znaleźć, była dla niej koszmarem już od miesięcy.

– Ciii… kochanie… – Diego raz jeszcze ucałował jej dłoń. – Nic się o mnie nie martw… Nic mi się nie będzie.

– Diego…

– Nic się nie martw – powtórzył Diego i dorzucił szeptem. – Ramone pożałuje, że mnie zamknął, ale to trochę potrwa. Pomożesz mi?

spojrzała na niego ze zdumieniem pomieszanym z niedowierzaniem. Wyglądało na to, że Diego ma plan, który zrealizuje jako Diego, nie jako Zorro.

– Co mam robić?

– Uprzedź ojca, by nie robił zbytniej awantury, to pierwsze. Przeproś go, że jakiś czas będę… zajęty – Diego zaczął mówić głośniej. – Gdyby pojawił się Felipe, to ma posprzątać w drukarni, rozsypałem niechcący kasztę. Potrzebuję trochę papieru na notatki, pióra i atramentu i jakby przyszły moje książki z Monterey, to też mi je przyślij. A, i jeszcze będę potrzebował świeżego ubrania, może mi je przynieść.

– Diego… Ty się szykujesz na dłuższy pobyt…

– Oczywiście. Jak mówiłem, albo zdradzę Zorro, albo Zorro po mnie przyjdzie. Choć nie sądzę, by był aż tak nierozważny… I jeszcze… – Diego nachylił się do ucha Victorii szepcąc coś szybko, a jej oczy stawały się coraz większe i większe, aż zaśmiała się głośno.

– Och, Diego!

– Dosyć tych czułości – Ramone stanął w drzwiach aresztu. – , proszę wyjść.

– A jeśli nie? – Victoria ujęła się pod boki.

– Zamknę was w ostatniej celi!

Na to stwierdzenie Victoria ustąpiła i z dumnie uniesioną głową wymaszerowała z aresztu. Ramone wyszedł odprowadzić ją do wyjścia i wrócił do aresztu.

– Zaczynam się zastanawiać – powiedział – czy dobrze zrobiłem zamykając właśnie was. Victoria w areszcie przyciągnęłaby Zorro znacznie szybciej…

– Odradzałbym – Diego stwierdził to tak lodowatym tonem, że Ramone spojrzał na niego ze zdziwieniem.

– Powiedziałem, że się zaczynam zastanawiać – odparł i wyszedł.

X X X

Przez resztę dnia w areszcie i gabinecie alcalde panował spokój. Ramone siedział nad papierkową robotą, od czasu do czasu klnąc pod nosem na co bardziej skomplikowane wyliczenia, a Diego w swojej celi nie próbował się do niego odezwać. Zajrzał Mendoza, taszcząc koszyk wypełniony smakołykami, potem zjawił się Felipe, niosąc zawiniątko z świeżą odzieżą, książki i przybory do pisania. Więzień ucieszył się na jego widok. Odczekał cierpliwie, aż Ramone zrewiduje paczkę.

– Ojciec bardzo się gniewa? – zapytał głośno.

Chłopiec potrząsnął głową.

– To dobrze. Przyjedzie?

Znów zaprzeczenie.

– W porządku. Posprzątałeś w drukarni?

Przytaknięcie.

– To dobrze. Bardzo dobrze, Felipe. Dziękuję, że przyniosłeś mi coś do pisania. Będę mógł uporządkować swoje notatki do następnego wydania gazety. Może nawet coś napiszę…

– Wszystko w porządku – alcalde z niezadowoloną miną oddał kosz. Diego od razu zaczął rozpinać swoją koszulę.

– Przydałaby mi się miska z wodą – powiedział. – Trochę to nieprzyjemne, tak ubierać świeżą koszulę bez kąpieli… Alcalde, jeśli bylibyście tak uprzejmi…

Mina Luisa Ramone świadczyła, że jest najdalszy od jakiejkolwiek uprzejmości, ale mimo to odwrócił się do drzwi i zawołał.

– Mendoza!

W chwili, gdy był odwrócony, błyskawicznie wsunął pod siennik na pryczy coś niewielkiego, co do tej pory ukrywał w rękawie. Diego skwitował to kiwnięciem głowy i zabrał się za układanie książek.

X X X

Zdaniem Luisa Ramone wieczór nadszedł aż za wcześnie. De la Vega, gdy już dostał swoje książki i papier, resztę dnia przesiedział pogrążony w lekturze i notatkach, ignorując zamieszanie, jakie panowało tuż obok, w gabinecie i na zewnątrz budynku. Alcalde postawił na nogi cały oddział i wyznaczył im podwójne, a w niektórych miejscach potrójne warty. Od dawna już wiedział, że Zorro przychodzi do garnizonu, kiedy chce i odchodzi stamtąd, kiedy chce, ale tym razem chciał mu to jak najbardziej utrudnić. Warta na dachu miała dopilnować, by przebrany spryciarz nie wykorzystał swojego ulubionego wejścia, posterunki na każdym rogu muru miały utrudnić mu wejście na sam teren garnizonu. Alcalde przykazał także, by żołnierze nawoływali się wzajemnie, a miał wyznaczone kolejne obchody co jakiś czas – to miało zapewnić, że nikt nie wymknie się gdzieś na bok, by się zdrzemnąć, a tym samym nie ułatwi Zorro dostępu do więzienia. Najważniejsze jednak czekało w środku. Sam Luis Ramone zajął miejsce przy celi Diego, usadowiwszy się w najciemniejszym kącie aresztu. Nie liczył bowiem, prawdę mówiąc, że dla Zorro żołnierze będą czymś więcej niż drobnym spowolnieniem bądź utrudnieniem. Ale on sam, z trzema naładowanymi pistoletami, miał szansę. Przez ostatnie tygodnie intensywnie ćwiczył strzelanie do celu i miał pewność, prawie całkowitą pewność, że tym razem nie spudłuje. Świeca przy celi miała mu dodatkowo ułatwić celowanie.

Diego z coraz większym zatroskaniem przyglądał się, jak Ramone lokuje się w swoim kącie. Doskonale, uznał alcalde. Widać domyśla się, jak bardzo te przygotowania mogą okazać się skuteczne i zaczął się wreszcie martwić. Jednak gdy de la Vega nieoczekiwanie zaczął rozmowę, zapytał o coś zupełnie innego.

– Nie obawiacie się, alcalde, że sierżant, składając swoje cogodzinne raporty wskaże miejsce waszej zasadzki? – spytał.

– Nie – odparł Ramone. – Przewidziałem to. Mendoza złoży mi raport dopiero rano.

– A nie obawiacie się, że Zorro was wypatrzy?

Don Diego! Chyba zauważyliście, że siadam w najciemniejszym kącie! Wierzcie mi, Zorro będzie całkowicie zaskoczony, gdy się tu zjawi.

– Jeśli się zjawi – odparł Diego łagodnie. – Równie dobrze może uznać całe te przygotowania za zbyt wielką przeszkodę, by ryzykować życiem.

– Słucham? – Ramone nie wierzył własnym uszom. – Zorro, obrońca uciśnionych, ma zrezygnować z ratowania swojego przyjaciela? Chyba że chcecie mi wmówić, że go odstraszam!

– Nie chcę – zaprzeczył Diego.

– To dobrze. A teraz zamilknijcie. Zorro może usłyszeć naszą rozmowę.

CDN.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *