Legenda i człowiek Cz V: Doskonały plan, rozdział 32

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Pech czy los sprawiają, że nawet najlepszy plan może zawieść. Piąta część opowieści o Zorro i Victorii.
Postacie/Characters
Diego de la Vega, , Escalante, , Jamie , Luis Ramon,

Rozdział 32. Wypłoszyć lisa

Don Diego de la Vega ponaglił swoją palomino. Droga z Santa Barbara do Los zajmowała dobremu jeźdźcowi kilka godzin, a on wyruszył o świcie i chciał już być jak najszybciej w domu, a przynajmniej w . Wracał zadowolony. Przekonanie Jose Pereiry, by wraz z córką pojawił ę na jego ślubie nie zajęło mu zbyt wiele czasu, a równie krótko trwało przekonywanie Juana Cheki do bycia drużbą. Diego wiedział, że za szybką zgodą młodego stała zarówno świadomość, kto naprawdę go zaprasza, jak i nadzieja, że wspólny wyjazd z señoritą Flor pomoże im w zacieśnianiu wzajemnych więzi. Z pewnym zaskoczeniem młody de la Vega zauważył, że tak samo jak ojciec señority, on sam nie miał nic przeciwko temu, by kolejny ślub w okolicy był właśnie jej i Juana.

Przyczyny, dla których don Diego de la Vega prosił na swego drużbę vaquero w służbie Pereiry były dość złożone. Oficjalnie, Diego miał świadomość, że choć wydawało się to nieprawdopodobne, wśród młodszych i starszych nie było nikogo, kogo mógł poprosić o przyjęcie tej zaszczytnej roli. Był starszy od pozostałych synów caballeros, a jego niechęć do przemocy i zamiłowanie do studiów dodatkowo sprawiły, że nie potrafił wyjść poza zdawkowe uprzejmości, wymieniane przy okazyjnych spotkaniach, takich jak ogólne zabawy. Żył w izolacji i nie uskarżał się na to, uważając ją wręcz za korzystną, bo póki nie miał bliskich przyjaciół poza hacjendą, nikt nie zadawał mu krępujących pytań i nikt się niczego nie domyślał. Ale teraz jego samotność zwróciła się przeciwko niemu. Nie chciał prosić żadnego z tych obcych mu młodzików do roli drużby. Bliższy mu wiekiem był don Oliveira, ale także nie była to na tyle bliska znajomość, by Diego chciał w tym dniu widzieć go koło siebie. Starsi caballeros, przyjaciele ojca, tym bardziej nie wchodzili w grę. Ponadto, młody de la Vega był znanym ekscentrykiem, więc nie sądził, że spowoduje większe zdziwienie czy oburzenie, twierdząc, że znalazł przyjaciela wśród vaqueros. A prawda była taka, że między nim a Juanem rzeczywiście zawiązała się specyficzna przyjaźń, wynikająca z wzajemnie zaciągniętych długów wdzięczności i świadomości tego, kim jest Zorro. Tym bardziej chciał mieć go koło siebie w tym najważniejszym dniu.

Diego minął bramę przy wjeździe do pueblo. Kilku przechodzących obok ów pozdrowiło go z szacunkiem. Odpowiedział im uprzejmym gestem i skierował swojego wierzchowca w stronę gospody. Sądząc po tłoku na werandzie, był tam więcej niż komplet gości i nie musiał zgadywać, jaka była tego przyczyna. Nowina ogłoszona na noworocznej zabawie rozeszła się szeroko i sporo mieszkańców okolic Los przyjeżdżało, by złożyć życzenia señoricie Escalante, pozdrowić ją, albo po prostu zobaczyć i poplotkować ze znajomymi. Marisa i Juanita wpadały i wypadały na werandę, nosząc puste i pełne tace. Razem z nimi kręciła się też , dziewczyna, którą od niedawna najmowała do pomocy szczególnie ruchliwych dniach w gospodzie. Diego skręcił więc w boczną uliczkę by już chwilę później zeskoczyć z palomino przy kuchennych drzwiach. Jak się spodziewał, tam była, pogrążona w ożywionej dyskusji z dwoma rolnikami. Zamawiała większą ilość kurczaków i w tej właśnie chwili cała trójka ustalała, jaka będzie stosowna za nie cena.

– Mam nadzieję, że wina jeszcze nie zamówiłaś – stwierdził Diego zamiast przywitania, kiedy wreszcie transakcja została zawarta i dostawcy odeszli.

– Och, oczywiście, że już zamówiłam – prychnęła Victoria. – Spóźniłeś się. Ale możesz za nie zapłacić, jeśli na tym ci zależało.

– Zależało. I wybacz spóźnienie, ale byłem dziś w Santa Barbara.

– Santa Barbara? Czy masz na myśli wizytę u Pereiry?

– Tak.

– I?

– Co i?

– Co udało ci się ustalić?

– Przyjęli nasze zaproszenie.

odetchnęła.

Ona także miała kłopot z organizacją ślubu, jakiego początkowo nie brała pod uwagę. Jej matka nie żyła, ojciec zaginął przed laty, a bracia jeszcze przed świętami odpisali dość zdawkowo, że obowiązki nie pozwalają im przybyć. Nie było nikogo, kto mógł ją poprowadzić do ołtarza. Gdyby wychodziła za kogoś innego niż Diego, mogłaby poprosić o tę przysługę don Alejandro, jako najbliższego przyjaciela ojca i człowieka, który sprawował pewną nieformalną opiekę nad nią i jej gospodą. Jednak w tym przypadku miejsce starszego de la Vegi było przy boku syna i señorita Escalante musiała poszukać kogoś innego na to miejsce albo iść samotnie do ołtarza.

Diego zaproponował, by powierzyć tę rolę don Alfredo da Silva albo don Hernando Escobedo, którzy w pueblo liczyli się zaraz po don Alejandro. Sam szacunek, jaki otaczał tych caballeros był wystarczający, zdaniem Diego, by godnie wypełnili rolę ojca panny młodej. więc, po dłuższym namyśle, zdecydowała się poprosić o tę przysługę don Hernando. Do don Alfredo wolała się nie zwracać. Zapraszała ich co prawda na ślub, ale nie zdziwiła się, gdy w odpowiedzi przyszedł grzeczny liścik, w którym da Silva zapowiadał swoją nieobecność i tłumaczył się rodzinnymi obowiązkami. Domyślała się, że powodem tego była jego aktualna synowa. Sam don Hernando, choć zgodził się chętnie, uprzedzał, że nie będzie mógł dłużej pozostać na weselu. Jego córki niezbyt dobrze przyjęły zamążpójście i okoliczności, w jakich do niego doszło, więc wolał nie narażać zbytnio swego domowego spokoju, pozostając w zbyt bliskich kontaktach z señoritą Escalante.

Antonia z radością zgodziła się, by pełnić rolę matki panny młodej, a przy tym oświadczyła, że to do niej będzie należeć przygotowanie weselnego przyjęcia. poprosiła też dziewczęta z gospody, by towarzyszyły jej jako druhny. Chciała, by dodatkowo dołączyła do nich señorita Flor Pereira, stąd ucieszyła się na wiadomość, że jej ojciec przyjął zaproszenie.

Diego zajrzał nad ramieniem Victorii za drzwi kuchenne. Tak jak się spodziewał, panował tam ożywiony ruch. Zapewne w kuchni rządziła dziś Antonia.

– Mogę cię na chwilę porwać, czy jesteś tak zajęta, że lepiej by było, bym ci nie przeszkadzał? – zapytał.

– Możesz – zaśmiała się. – Antonia już powarkuje na mnie, że się do wszystkiego wtrącam.

Przeszli razem przez uliczkę i skierowali się do wyjazdu z pueblo.

X X X

opuścił firankę w oknie swojego gabinetu. Mógł stąd widzieć ludzi krążących po placu, tłok i ruch na werandzie gospody, i tak, jak teraz, don Diego de la Vegę, który spacerował z señoritą Escalante. Sam widok tej dwójki niepomiernie drażnił . Wyglądali tak normalnie, tak szczęśliwie, kiedy on… Ale już niedługo. Ślub miał się odbyć za trzy dni, więc tyle też czasu miał alcalde na przygotowanie swojego planu. A właściwie dwóch planów.

Przyszło mu to do głowy późno w noc, gdy w pierwszej butelce wina zaczęło być już widoczne dno i na szczęście, jak uważał, zdołał to jeszcze zapisać. Dwa plany, dwie zasadzki. Pierwszą musiał zrealizować właśnie teraz, drugą zajmie się, jeśli ta pierwsza się nie powiedzie.

– A więc… Zobaczymy, czy nagonka wypłoszy lisa…

Na podwórzu garnizonu Mendoza właśnie prowadził przegląd uzbrojenia. Gdy alcalde otworzył drzwi, dało się słyszeć, jak sierżant dobitnie tłumaczył któremuś z szeregowych, że zaniedbał on ostatnimi czasy swój muszkiet.

– Mendoza, do mnie!

Si, alcalde.

Zanim sierżant przyszedł do gabinetu, Ramone rozejrzał się dookoła. Tak, wszystko było perfekcyjnie przygotowane. Stół pokryty stertami papierów, gruby plik raportów na samym środku, wpół opróżniona butelka i kubek stojące pośród tego bałaganu. On sam usiadł ciężko w fotelu, zsuwając się w dół, tak jakby już mocno szumiało mu w głowie. Jeszcze tylko wziął kubek do ręki i pociągnął łyk. Wino smakowało wybornie.

Mendoza uchylił drzwi i ostrożnie zajrzał do gabinetu. Alcalde znów sporo pił w ostatnich dniach i sierżant nie wiedział, czy w danej chwili może się z jego strony spodziewać bury, awantury czy pochwały.

Alcalde?

– Widzę, że musztrujecie szeregowych, sierżancie – odparł Ramone i przepłukał sobie gardło kolejnym łykiem wina. – Dobrze, bardzo dobrze…

Alcalde? – zaniepokoił się Mendoza. Ramone nie był z natury przyjaznym człowiekiem. Przykre doświadczenie już dawno nauczyło sierżanta, że jeśli alcalde zaczyna go chwalić, stoi za tym jakiś jego skomplikowany plan czy pomysł, wymierzony w mieszkańców , który właśnie sierżant będzie musiał wykonać.

– Wszystko w porządku sierżancie, wszystko w porządku – Ramone starał się mówić przesadnie wyraźnie, tak jakby wypity alkohol utrudniał mu zrozumiałe wypowiadanie słów.

Mendoza wyraźnie się odprężył. Alcalde chyba był dziś w wyjątkowo dobrym nastroju. Upewniły go w tym jego następne słowa.

– Niedługo wyjadę stąd, sierżancie – zwierzył się Ramone. – Już naprawdę niedługo… Będę bogaty i sławny…

wysyła was do Madrytu?

– Nie… – Ramone przeciągnął się wygodnie w fotelu, potem wstał i podszedł niepewnym krokiem do sierżanta. – Złapię Zorro.

– Zorro? Ale jak?

– Wiem kim on jest, sierżancie. Wiem… – Alcalde oparł rękę na ramieniu Mendozy i nachylił się, by chuchnąć mu w twarz wypitym winem i szepnąć do ucha. – To Diego de la Vega.

Mendoza osłupiał.

– Jak…? Don Diego…? – wyjąkał. – To niemożliwe, alcalde!

– Ależ możliwe, sierżancie, możliwe… – Ramone odepchnął się, zatoczył na środek gabinetu i chwiejnym krokiem podszedł do biurka. – Tu mam wszystko. Wszystkie dowody. – Poklepał stertę papierów. – Już niedługo będę mógł go aresztować…

Sierżant pokręcił głową, nadal nieprzekonany.

– Idźcie dalej ćwiczyć musztrę, sierżancie – powiedział Ramone. – Będziecie musieli dobrze wyglądać przy egzekucji…

Pobladły, przestraszony Mendoza wyszedł z gabinetu. Ramone przeciągnął się raz jeszcze i dolał sobie wina. Pułapka była zastawiona, teraz pozostało mu tylko czekać. Wiedział, że już od dawna nie jest lojalnym żołnierzem jego królewskiej mości. Nie od czasu, kiedy Zorro wyciągnął go spod szubienicy, na którą wysłał sierżanta Palomarez. A może jeszcze wcześniej, kiedy to okazało się, że zamaskowany banita nie zabija nikogo, co najwyżej potnie odzież czy uderzy, a w dodatku ułatwia żołnierzom życie, chwytając co sprytniejszych bandytów. Tak czy inaczej, Mendoza był, w przekonaniu alcalde, zwolennikiem Zorro i zapewne nie raz naginał dyscyplinę i rozkazy, by pomóc temu obrońcy pueblo. Ostatnia ucieczka Zorro z aresztu była chyba tego najlepszym dowodem.

A mówiąc o lojalności, przyznał Ramone, to Mendoza był najbardziej lojalny wobec swego żołądka. Co oznaczało także, że sierżant był też wielkim przyjacielem don Diego i señority Escalante, a właściwie jej kuchni i posiłków, jakie tam mu don Diego fundował. Gdy więc szczęście tych dwojga zostało zagrożone przez zasadzkę alcalde, sierżant z pewnością zrobi wszystko, by nie łamiąc regulaminów czy rozkazów ochronić ich tak samo jak Zorro i nie mając przy tym pojęcia, że tego właśnie po nim oczekuje. Gdy de la Vega poczuje się zagrożony, spróbuje uciekać. Albo Zorro złoży wizytę w jego gabinecie. Tak czy inaczej, potwierdzi się w ten sposób, że Zorro i don Diego są jedną osobą, niezależnie, jak by się tego wypierał. No, chyba że Zorro zdejmie publicznie maskę, by to udowodnić, zaśmiał się do siebie Ramone i znów napił się wina.

X X X

Sierżantowi Mendozie namysł nad tym, co ma zrobić z nowinami, jakie usłyszał od alcalde, zajął pół dnia i sporą część nocy. Machinalnie odprawił wieczorną musztrę, rozstawił warty na noc, wysłał patrol, a cały czas jego myśli zajmowało rozważanie, co powinien zrobić i co jeszcze ważniejsze, jak.

Gdy następnego dnia, wczesnym rankiem, zajrzał do gospody i został tam powitany przez uśmiechniętą radośnie señoritę Escalante, która postawiła przed nim talerz jego ulubionych tamales, podjął decyzję. Być może, jeśli jego udział w tym wyjdzie na jaw, będzie w poważnych kłopotach, ale nie potrafił tak tego zostawić. Znał na tyle dobrze Luisa Ramone, by wiedzieć, że alcalde zawsze realizuje to, co zaplanował. Jeśli więc wbił sobie do głowy, że don Diego de la Vega, najłagodniejszy, najbardziej pokojowo nastawiony człowiek pod słońcem to Zorro, nic go od tego nie odwiedzie. A przynajmniej nic, co mógł wymyślić sierżant Mendoza. Jedynym wyjściem pozostawało więc ostrzeżenie don Diego, by ten mógł przekonać alcalde, albo w jakiś sposób dowieść swojej niewinności.

Ramone znów za wiele wypił wieczorem i spał jeszcze głębokim, pijackim snem. Sierżant odetchnął więc z ulgą, oświadczył kapralowi, że wyjeżdża na patrol i ruszył w drogę do hacjendy de la Vegów.

CDN.

Related posts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.