Legenda i człowiek Cz V: Doskonały plan, rozdział 9

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Pech czy los sprawiają, że nawet najlepszy plan może zawieść. Piąta część opowieści o Zorro i Victorii.
Postacie/Characters
, de la Vega, Escalante, , Jamie , Luis Ramon,

Rozdział 9. Powrót do

Upał słabł, a popołudniowe słońce barwiło mury Los na złociście. przeciągnął się leniwie i zdjął buty z balustrady werandy otaczającej gospodę, uznając, że jest pora na niewielką popołudniową przegryzkę. Od czasu, gdy don przywiózł list od señority Escalante, że odwołuje ona swój zakaz goszczenia żołnierzy, sierżant, tak jak i jego koledzy z garnizonu, chętniej stołowali się tutaj, niż w koszarowej garkuchni. W dodatku rządząca obecnie w gospodzie Antonia, obdarzona miękkim sercem wobec żołnierskiej niedoli, chętnie dolewała mu zupy do miski czy dokładała tortilli.

W oddali niewielki kłębek kurzu zapowiadał, że ktoś zbliża się do . Z daleka można było dostrzec parasolkę, jaką siedząca w powozie , czy też señora osłaniała się od słońca. Mendoza poprawił więc czako, pobieżnie otrzepał się z kurzu i poprawił mundur. Ktokolwiek to był, nie wyglądał na miejscowego, więc, jak to nader często powtarzał mu , należało godnie reprezentować przed przybyłymi władze Los . Jednak gdy przybysze znaleźli się już w granicach puebla, sierżant, ku swemu zdumieniu rozpoznał powożącego. Na koźle siedział Felipe, wychowanek de la Vegów. A w powozie… Czy to możliwe?

Don Diego! – zawołał Mendoza, rozpoznając przyjezdnego. – A to kto? Escalante? Czy to możliwe? – zapytał zdumiony.

– Witajcie, sierżancie! – z wdziękiem złożyła parasolkę i podniosła się, by wysiąść z powozu. zaraz podskoczył, by pomóc jej przy wysiadaniu.

Sierżant także ruszył, jednocześnie ze zdumieniem spoglądając na don Diego, który nie drgnął nawet, by dopomóc narzeczonej. Zagadka wyjaśniła się częściowo chwilę później, gdy don Diego także wysiadł, z wyraźnym trudem i wspierając się na solidnej lasce.

Don Diego! Co się stało?

– Długa historia, sierżancie, naprawdę bardzo długa – uśmiechnął się młody de la Vega. – Być może będziemy mieli dość czasu, by ją opowiedzieć, ale to za chwilę. Najpierw chce sprawdzić, czy wszystko jest w porządku w gospodzie.

Radosne okrzyki, jakie właśnie dobiegły zza drzwi, świadczyły, że i goście, i obsługa gospody witali się z właścicielką. Sierżant zajrzał przez drzwi – señora Antonia, Marisa i Juanita skupiły się dookoła señority Victorii, mówiąc coś jedna przez drugą i gorączkowo pokazując na wszystkie możliwe strony.

– Sierżancie – odezwał się de la Vega.

– Tak?

– Możecie sprowadzić alcalde? Ojciec pisał nam, że pokój señority został opieczętowany. Chciałbym, by otwarto go komisyjnie i nie było żadnych… niejasności.

Mendoza nerwowo przełknął ślinę, nim ruszył do gabinetu alcalde. Pokój señority opieczętowano już po tym, jak , alcalde , odwołał swój wyrok skazujący ją na śmierć, podobnie jak wyroki na młodszego i starszego z de la Vegów. Nikt nie sprawdzał, czy wszystko zostało pozostawione w porządku, zresztą, nikt nie wiedział nawet, czy taki porządek w nim panował, bo wpierw samą señoritę aresztowano w gospodzie, a potem uciekała ona w środku nocy. A teraz sierżant mógł się spodziewać, że jeśli cokolwiek tam zostało naruszone, wybuchnie awantura.

Ramone spotkał go w pół drogi. Musiał dostrzec z okna, że ktoś przybył do puebla i zapewne wyruszył, by przedstawić się nowoprzybyłym i zapoznać ich z miejscowymi prawami, które w zasadniczej części były wykazem podatków. Pełna samozadowolenia mina znikła jednak, gdy sierżant zameldował mu, kto przyjechał.

– A więc zdecydowali się wrócić – mruknął tylko.

– Nie rozumiem, alcalde

– Mówię, że don Diego i jego narzeczona lepiej by zrobili, trzymając się z daleka od Los Angeles. Znów wywołają zamieszki.

– Ależ alcalde… Na pewno nic się takiego nie zdarzy!

– Zobaczymy… zobaczymy…

Początkowo wydawało się, że przewidywania alcalde będą trafne, gdyż Escalante z lodowatym chłodem odpowiedziała na jego powitanie i z miejsca zażądała, by otwarto jej pokój. Sprawdziła, czy nic nie zostało naruszone i gdy okazało się, że kilka rzeczy zostało przesuniętych, fuknęła gniewnie, wytykając Luisowi Ramone przeprowadzoną tam rewizję. Nie mógł się tego wyprzeć, szczególnie gdy wskazała mu pomieszane koronki i pogniecione kosztowne tkaniny w jednym z koszy. Przez chwilę zanosiło się na to, że stara kłótnia o autorytet władzy, niesłuszne aresztowanie i kilka innych zatargów pomiędzy alcalde a właścicielką gospody, rozgorzeje na nowo, ale wreszcie wzruszyła ramionami i wyprosiła wszystkich ze swego pokoju.

Don przysłuchiwał się dyskusji na piętrze, siedząc wygodnie przy stoliku koło baru, gdzie zaraz dosiadł się zaciekawiony .

– Co to za historia z waszą laską, don Diego?

– Ach, długo by opowiadać… – Diego machnął ręką – Señora Antonia, podałybyście wina? Dla mnie i dla sierżanta?

– Proszę bardzo, don Diego, ale pod warunkiem, że opowiecie, co wam się przydarzyło. Nie było wieści od was, poza tym jednym listem señority, od czasu kiedy…

– Kiedy uciekliśmy z aresztu, señora, to prawda. Ale też prawda jest taka, że nie bardzo jak mieliśmy przesłać wiadomości.

– A więc?

– A więc historia jest zarazem długa i prosta… Tamtej nocy uciekaliśmy na złamanie karku, ledwie wierząc we własne szczęście, że udało nam się wydostać i byliśmy pewni, że za chwilę dogoni nas pościg alcalde

– Pościg był, ale zgubiliśmy was na wzgórzach – zauważył sierżant.

– Wiemy, że zgubiliście, bo Zorro…

– Właśnie! – poderwał się sierżant – Co z Zorro? Co jemu się stało?

– A co wiecie, sierżancie?

– Widziałem, jak upadł po strzale alcalde, ale potem… potem… – Mendoza zająknął się na wspomnienie tego, co wydarzyło się dwa dni później.

– Potem się zjawił, by uwolnić mojego ojca i nakłonić alcalde do odwołania naszych wyroków – odpowiedział spokojnie don Diego. – Cóż, mogę tylko powiedzieć, że alcalde naprawdę kiepsko strzela…

– Moglibyście nie kłamać tak w żywe oczy – obruszył się Ramone. Schodził właśnie z piętra po rozmowie z señoritą i usłyszał ostatnie słowa don Diego. – Strzelam wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że trafiłem Zorro. Tego jestem pewien!

– Skoro tak twierdzicie, alcaldedon Diego uniósł ręce na znak poddania. – Nie będę zatem kwestionował waszych umiejętności…

Sierżant obejrzał się na Luisa Ramone z niechęcią, a kilka osób stojących dalej od stolika parsknęło śmiechem. Alcalde dosłyszał te śmieszki i nachmurzył się, ale ciekawość przeważyła.

– Więc gdzie się ukrywaliście przez ten cały czas? – zapytał.

– W Monterey, oczywiście – odpowiedział don Diego. – Jak tylko rozstaliśmy się z Zorro, pojechaliśmy do Monterey, by dostać się do gubernatora. Chcieliśmy wyjaśnić to całe nieporozumienie, zanim stanie się ono znacznie bardziej zaognione…

Ramone zgrzytnął zębami, słysząc te słowa i widząc łagodny uśmiech don Diego. Oczywiście, że pojechali do Monterey. Mógł się tego domyśleć, że syn jednego z najbardziej szanowanych w okolicy Los Angeles, pojedzie szukać pomocy i wsparcia właśnie u gubernatora.

– Chyba wiele nie wskóraliście – zauważył.

– Och, mieliśmy okropnego pecha. Możecie mi wierzyć, alcalde, nie raz żałowałem, że uciekłem z waszego suchego, komfortowego aresztu. Przed samym Monterey złapała nas potworna burza. Victorii na szczęście nic się nie stało, ale ja… No cóż, wyjątkowo nieszczęśliwie spadłem z konia. – Diego musnął dłonią włosy odsłaniając niewielką bliznę na granicy czoła, a potem wskazał na laskę. – Zamiast iść na audiencję u gubernatora, przeleżałem u znajomych ojca kilkanaście dni z rozbitą głową i złamaną nogą. A w międzyczasie przyszedł list od ojca, że odwołaliście wyroki i że możemy wracać…

– Więc nie udaliście się do gubernatora?

– Nie, alcalde. Czyżbym popełnił błąd?

– Nie, nie… – Ramone wycofał się szybko. Wiadomość, że tak bezpodstawnie aresztował rodzinę jednego z najznaczniejszych mieszkańców w Los mogła poważnie mu zaszkodzić w oczach gubernatora. Być może nawet przekreślić jego szanse na jakikolwiek awans. Miał już dostatecznie dużo kłopotów ze swoimi nieudanymi polowaniami na Zorro. Mógł jeszcze spróbować czegoś innego.

Don Diego… – odezwał się.

– Tak?

– Możecie mi wyjaśnić jedną zagadkę?

– Jaką?

– Gdy strzeliłem do Zorro, zginął. Jestem tego pewien – Ramone nachylił się nad stolikiem, wpatrując się w oczy siedzącego tam de la Vegi. – Możecie mówić, że kiepsko strzelam, ale krew, jaka została tamtej nocy na piasku, nie kłamie. Dostałem go. Widziałem, jak wasza narzeczona wciąga jego ciało na siodło. Widziałem was, jak jej pomagacie przy wyjeździe z pueblo. Więc nie kłamcie mi teraz, że znów spudłowałem. Chcę znać prawdę.

– Trafiliście – przyznał don spokojnym, pewnym głosem, nie odrywając swego spojrzenia od Luisa Ramone. – Ale Zorro przeżył. Jak ciężko był ranny, nie wiem, bo gdy tylko odzyskał przytomność i zdołał usiąść w siodle, nie pozwolił nam zakładać opatrunków, tylko kazał uciekać jak najdalej. Wtedy ruszyliśmy do Monterey, jak mówiłem.

Alcalde zawahał się. Najchętniej by zarzucił, że de la Vega łgał mu w żywe oczy, ale nie potrafił dowieść, że ma rację. Być może tak jednak było, być może rzeczywiście zranił Zorro na tyle lekko, że ten mógł dwa dni później rozgromić żołnierzy. Wolał nie wszczynać na ten temat kłótni. Może kiedyś uda mu się to wyjaśnić.

Zajęci rozmową nie zwracali uwagi na innych gości z gospody. Jeden don Diego witał się z kolejnymi znajomymi, ale i on nie zainteresował się mężczyzną siedzącym tuż koło wejścia nad kubkiem najtańszego wina.

CDN.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *