Legenda i człowiek Cz V: Doskonały plan, rozdział 24

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Pech czy los sprawiają, że nawet najlepszy plan może zawieść. Piąta część opowieści o Zorro i Victorii.
Postacie/Characters
, , Escalante, , Jamie , Luis Ramon,

Rozdział 24. Handlarze żywym towarem

Gdy tylko wyjrzała zza kuchennej kotary, wiedziała, że szykują ę kłopoty. Sześciu mężczyzn zgromadziło się wokół jednego, położonego w kącie sali, stołu. Ich wygląd nie budził zaufania, ale nie to zwróciło uwagę señority Escalante. W jej gospodzie, jedynej w , siłą rzeczy zatrzymywali się przeróżni ludzie i trzeba było być bardzo aroganckim, jeśli wręcz nie zaślepionym, by oceniać gości po jakości ich ubrania. Nawet najuczciwsi z vaqueros, po kilkutygodniowej pracy przy przepędzie bydła, wyglądali jak obszarpańcy, zachowywali się często niczym banda dzikusów i trzeba było czegoś więcej niż paru ostrych słów, by przypomnieli sobie o dobrych manierach. A elegancki garnitur, czyste ręce i uprzejme zachowanie mogły maskować kogoś, kto potem okazywał się bandytą najgorszego sortu, pozbawionym najmniejszych skrupułów. Nie, wygląd nie był wskazówką. Escalante bardziej starała się dostrzegać inne rzeczy: drobne, ukradkowe gesty, jakimi szulerzy przekładali karty, nieznaczną sztywność ruchów tych, co ukrywali pod odzieżą broń, ciągłą obserwację otoczenia – wszystko to, co mogło oznaczać kogoś, kto wolałby uniknąć spotkania z przedstawicielami prawa.

Lecz w przypadku siedzącej w kącie grupy ta drobiazgowa obserwacja nie była potrzebna. Przybysze byli nie tylko obszarpani, rozmawiali pomiędzy sobą ostro i gwałtownie i wciąż co któryś oglądał się na siedzących w gospodzie żołnierzy, ale i pomiędzy nimi siedziała blada i wyczerpana dziewczyna, która z całą pewnością nie powinna była się tu znaleźć. Flor Pereira.

wzięła tacę z zamówionymi napitkami i ruszyła na salę.

– Wasze napoje, señores – oświadczyła. – Señorita? Czy chcecie może skorzystać z kąpieli? Mamy pokoje w niskiej cenie.

Flor spojrzała na nią z przerażeniem i nadzieją, nim jednak otworzyła usta, siedzący obok mężczyzna ścisnął ją za rękę.

– Nie – odpowiedział. – Señorita nie zechce. Jesteśmy już spóźnieni i zaraz ruszamy w dalszą drogę.

kiwnięciem dała znać, że przyjęła to do wiadomości, zabrała tacę i ruszyła z powrotem do kuchni. Zaraz za kotarą oparła się o ścianę.

– Marisa – powiedziała półgłosem. Dziewczyna oderwała się od napełniania zupą misek rozstawionych na kredensie. – Zostaw to, biegnij do garnizonu i ostrzeż, że mamy tu bandę. Sześciu ludzi, uzbrojeni. Porwali córkę właściciela hacjendy z Santa Barbara. Potem weź konia ze stajni i jedź do de la Vegów. Powiedz Diego, że możemy potrzebować pomocy Zorro.

– Mam tu potem wrócić? – spytała Marisa.

– Tak… Nie! Lepiej, by cię tu nie było… Juanita jest za barem… Antonia, czy możecie po cichu się stąd wymknąć? I zatrzymywać innych gości?

– Myślicie, że to dobry pomysł?

– Nie wiem, ile czasu zajmie Diego odszukanie Zorro. Lepiej, by nas tu było jak najmniej, gdy żołnierze zaczną działać.

Kiedy Marisa odpasała fartuch i wymknęła się tylnymi drzwiami, ustawiła miski na tacy i ruszyła do gości. Miała nadzieję, że zatrzyma ich wystarczająco długo, by sierżant zdołał zebrać żołnierzy. Niestety, jej nadzieje spełzły na niczym. Była w połowie drogi do stołu, gdy do gospody wszedł . Wystarczyło mu jedno spojrzenie na siedzącą w kącie grupkę, by odezwał się głośno.

Señorita Flor, co za spotkanie! Kim są ci ludzie?

Dziewczyna spojrzała na niego przerażona i nie odpowiedziała, za to podniósł się zza stołu jeden z bandytów. na ten widok chwycił za szpadę. Być może dobrze postąpił, bo gdyby chciał się wycofać, cała banda rzuciłaby się do ucieczki, a tak w gospodzie wybuchła bójka, której efekt był łatwy do przewidzenia. Sześciu zdeterminowanych mężczyzn szybko poradziło sobie z zaskoczonym , jego przyjacielem i czwórką ów. poszukała schronienia w kuchni, tylko po to, by odkryć, że tam czeka na nią jeszcze dwójka bandytów, którzy do tej pory byli w stajni, a gdy zaczęło się zamieszanie, wracali do towarzyszy najkrótszą drogą. Zjawili się tam, nim Antonia zdążyła wyjść z kuchni, ale żaden z nich nie przyprowadził ze sobą Marisy i przynajmniej dziewczynie udało się wydostać.

Skutecznie wydostać, jak się zaraz okazało, bo nim banda skończyła krępować nowych jeńców i nim jej przywódca zwrócił się do señority Escalante z nieuniknionym pytaniem o zawartość kasy, za drzwiami dało się słyszeć sierżanta Mendozę i jego oddział. Tym samym jednak hałas, jaki robili żołnierze, ostrzegł bandytów. , umieszczona wraz z Flor i ą Antonią pod strażą w kuchni, słyszała, jak desperados demolują wnętrze lokalu, barykadując wejście i okna i szykując się na dłuższe oblężenie. Z ich rozmów wywnioskowała, że chcą poczekać do zmierzchu, potem przebić się do stajni i uciekać. Planowali też zabranie ze sobą zarówno Flor, jak i jej i Juanity. Po co? Tego nie wiedziała. Być może wiedziała to już Flor, ale na razie pilnujący kobiet bandyta gasił w zarodku każdą próbę porozumienia, wygrażając bronią przy najmniejszym szepcie. To akurat nie martwiło señority Escalante. Marisa uciekła i powiadomiła garnizon, a żołnierze, obstawiając wejścia, tylko zatrzymywali bandytów w środku do momentu, aż całą sprawę rozstrzygnie Zorro. Była pewna, że zjawi się najdalej o zmierzchu.

X X X

Juan Checa zatrzymał się w zaułku. Tygodnie spędzone wśród wzgórz wyostrzyły mu słuch na tyle, by teraz zdawał sobie sprawę, co się przed nim dzieje. Nie było to zresztą zbyt trudne – w ciszy krzyki Luisa Ramone, Los , niosły się daleko. Dla Juana znacznie ważniejsza był niegłośna rozmowa zaraz przed nim. Gdy ostrożnie wychylił się zza rogu domu, miał już pewność – tylne wejście do gospody señority Victorii Escalante było obstawione przez czwórkę żołnierzy dowodzoną przez kaprala Rojasa.

Tak, to było zrozumiałe. , jako głównodowodzący, przeklinał i rozkazywał na placu, przed głównym wejściem do gospody, a kapral miał się dostać po cichu kuchennymi drzwiami do wnętrza. Sądząc jednak z ustawionego przed żołnierzami wozu, potajemne wtargnięcie się nie udało i teraz oddział szturmowy sam musiał się chronić przed ostrzałem bandytów. Gospoda, a w niej napastnicy i jeńcy, byli niedostępni.

Niedostępni dla żołnierzy, ale… Juan rozejrzał się po okolicznych ścianach, murach i komórkach. Jeśli dobrze pamiętał rysunki tego chłopaka, gdzieś tu można było wdrapać się na górę i wejść do gospody z zupełnie nieoczekiwanej strony. Kłopot był tylko z tym, że Checa widział to tylko raz, w słabym świetle, nieudolnie narysowane, a w dodatku jego uwagę bardziej zaprzątały w tamtej chwili zabudowania garnizonu i człowiek, który wtedy z nim rozmawiał. Wiedział też, że dotychczas nie mógł tego przejścia dostrzec, bo jako żołnierz nauczył się szukać drogi stojąc na ziemi i nawet bycie nie oduczyło go tego nawyku. Konie i krowy, tak jak żołnierze, przemieszczają się zwykle w poziomie. Zorro, od którego pochodziła wiedza o trzecim wejściu do gospody, myślał raczej o całych budynkach i dla niego drogi prowadziły także w pionie. A teraz Juan musiał pomyśleć tak jak Zorro i odnaleźć jego ścieżkę.

Cofnął się jeszcze o krok. Jeśli obejrzy gospodę z pewnej odległości, być może w końcu zobaczy, jak się tam dostać. Jeszcze jeden krok w tył i… ktoś dotknął ramienia Juana. Checa okręcił się na pięcie, unosząc rękę do ciosu, ale jego nadgarstek znalazł się w żelaznym uchwycie. Chwilę później ten ucisk zelżał, a przybysz uśmiechnął się szeroko.

– Witam, señor Checa!

– Zorro! – szepnął Juan.

Zorro nie bawił się w dłuższe ceremonie czy powitania.

– Wiesz, kto jest w gospodzie?

Desperados. Porwali Flor…

– Ilu?

– Sześciu, ośmiu… Ślad był mało czytelny. Rojas pilnuje tyłów…

– A Mendoza z są przed frontem – dokończył Zorro. – Już ich widziałem.

– Wejście…

– Chodź!

Zaułek dalej Zorro bez wysiłku wdrapał się na daszek najbliższej komórki. Chwilę później obaj, on i Checa, zgięci w pół, by uniknąć spostrzeżenia ze strony żołnierzy, przesuwali się po dachu. Droga prowadziła wzdłuż kalenicy, potem przez załom dachu, aż do okienka nad kuchnią. Tam obaj ostrożnie wychylili się do wnętrza. Z niszy pod dachem widać było doskonale i położoną w dole kuchnię, i część sali, wraz z barem.

Dwaj uzbrojeni desperados czatowali przy drzwiach kuchennych, obserwując żołnierzy przez szczelinę w drzwiach. W kącie kuchni na podłodze kuliła się Flor, kryjąc twarz na ramieniu señory Antonii, a obok siedziała señorita Victoria. Żadna z nich nie nosiła więzów. Z pozostałych dziewczyn z gospody Juan zobaczył tylko jedną, ściśniętą wraz z innymi, widocznie zaskoczonymi tu przez napad, gośćmi pomiędzy przewróconymi stołami w głównej sali i tym razem byli oni związani, a ponadto pilnował ich jeden z bandytów. Widocznie napastnicy obawiali się, że mogą próbować jakiegoś ataku. Czterech innych desperados zajęło miejsca przy drzwiach i barze.

Kątem oka Checa zauważył, że Zorro podnosi dłoń do kapelusza w powitalnym salucie. Na dole señorita Escalante uśmiechnęła się i szybko opuściła głowę, jakby nic się nie wydarzyło. Zorro stuknął Juana w ramię, wskazując mu z powrotem okno. Cofnęli się.

– Siedmiu, może ośmiu – szepnął Zorro. – Nie widać całej sali. Zaczekaj tu. Jak się pokażę z drugiej strony, skacz w dół i uwolnij panie od towarzystwa.

– Z drugiej strony?

– Tamte drzwi – Zorro wskazał widoczne drzwi w rogu galeryjki.

– Jak?…

Uśmiech Zorro przypominał mrugnięcie łobuziaka.

– Do gospody są dwa wejścia na dole i trzy z góry. Powodzenia, señor Checa!

Zorro zniknął, a chwilę później pojawił się po drugiej stronie niczym cień. Zwinnie wskoczył na balustradę, a potem obaj, on i Juan, zeskoczyli w dół.

Pierwszy z bandytów nie zdążył odwrócić się od drzwi, gdy Checa złapał go za kark, szarpnął w tył i z rozmachem pchnął na drzwi, a łomot, jaki temu towarzyszył, był wymownym świadectwem zarówno wytrzymałości desek, jak i siły ciosu. Mężczyzna osunął się na podłogę i legł tam bez ruchu. Łoskot, jaki rozległ się w tej samej chwili za przepierzeniem, świadczył, że Zorro postępuje podobnie ze swoimi przeciwnikami.

Drugi z bandytów zdołał w tym czasie wyszarpnąć własną broń, szeroki, paskudnie wyglądający kord. Szpada Juana nie wytrzymałaby takiego starcia, więc Checa zwinnie usunął się z linii ciosu i złapał za stołek, próbując nim wytrącić przeciwnikowi broń z ręki. Gdy przesuwali się wzdłuż stołu, każdy usiłując zająć dogodniejszą pozycję do ataku, bandyta potknął się nagle, jakby popchnięty w plecy i to wystarczyło, by Juan zdołał go obezwładnić.

– Juan! – Flor poderwała się z kąta, ale nim ją złapał, zasłona w przepierzeniu zerwała się z zaczepów i do kuchni wpadł kolejny mężczyzna. Nim zorientował się, co się dzieje, Checa jednym ciosem posłał go do towarzystwa dwójki desperados, a sam skoczył do sali.

Tu panował chaos. Łomot dobiegający zza zabarykadowanych drzwi świadczył, że usłyszał zamieszanie wewnątrz gospody i przypuścił już szturm na wejście. Zorro tańczył po sali w unikach, broniąc się przed trójką przeciwników na raz, starając się jednocześnie utrzymać i ich, i pozostałych dwu bandytów, z dala od skrępowanych jeńców. Właśnie wyłapał atak jednego z nich, przytrzymał go i popchnął tak, że wszyscy napastnicy przez moment skłębili się w bezładną gromadę, usiłując złapać równowagę i przejść do ponownego ataku.

Nim zdołali to zrobić, Checa doskoczył do najbliższego z nich i odciągnął go w stronę baru. Miał nadzieję, że jeden solidny cios pozwoli mu ogłuszyć bandytę, ale ten jednak okazał się odporny i Juan miał pełne ręce roboty, by utrzymać jego pięści, a zaraz potem i nóż, z daleka od swojej osoby. Zwłaszcza, że w międzyczasie do desperado dołączył jego kolega, który najwidoczniej wolał spróbować swoich sił czy szczęścia w starciu z niż z Zorro. Uchylając się przed kolejnym ciosem, Checa zauważył, że ostatni z intruzów rezygnuje ze starcia i biegnie do kuchni.

Zorro zaczepił biczem o nogę bandyty. Jedno szarpnięcie i mężczyzna przewrócił się, na tyle nieszczęśliwie, czy raczej szczęśliwie dla Zorro, że trafił głową w podporę schodów i znieruchomiał. Z drugim sprawa była trudniejsza. Gdy jego kolega padał, zdołał nad nim przeskoczyć i znaleźć się na tyle blisko, że teraz Zorro musiał unikać jego noża. Trzeci z bandy chwilowo zniknął Zorro z pola widzenia.

Wydawałoby się, że nożownik nie miał zbyt wielkich szans. Nie był zręczny w ataku, a Zorro miał zbyt wiele doświadczenia, by dać się mu zaskoczyć. Na korzyść napastnika przemawiało jednak to, że walka trwała już od kilku chwil i Zorro, mimo swej szybkości, zaczynał być już zmęczony. Mocowali się więc, przepychając tam i z powrotem po sali i Zorro z każdą sekundą czuł, jak opuszczają go siły, zaczyna mu brakować tchu, zaś nieprzyjemne uczucie, jakby omdlewały mu ręce, stawało się coraz bardziej dojmujące.

W tej samej chwili, gdy Juan rzucił się do walki w głównej sali, señorita Escalante uklękła przy powalonych przez niego napastnikach, szukając broni lepszej niż patelnia. Podnosiła się właśnie z klęczek z pistoletem w dłoni, gdy w wejściu do kuchni pojawił się kolejny bandyta, który najwidoczniej uznał, że zdoła się tędy wydostać z pułapki, w jaką zamieniła się gospoda. Stanął jak wryty na widok broni, ale zaraz uznał, że kobieta nie będzie potrafiła strzelić. Pomylił się w swoich rachubach, bo Victoria bez wahania nacisnęła na spust. Proch spalił się na panewce, więc gdy intruz sięgnął po bezużyteczny pistolet, puściła broń i złapała za leżącą na kredensie patelnię, uznając, że to będzie pewniejsze. Uderzenie kilku funtów żeliwa wystarczyło, by złamać napastnikowi nos i ogłuszyć. Przeskoczyła nad bezwładnym ciałem i ruszyła do sali.

Wśród potrzaskanych mebli leżały ciała bandytów. Juan Checa właśnie wykręcił rękę swojemu przeciwnikowi i trzasnął jego głową o deski barowej lady. Raz, potem drugi, aż mężczyzna osunął się bezwładnie. Jednocześnie zobaczyła, że Zorro z coraz większą trudnością utrzymuje z daleka od swej szyi ostrze noża. Rzuciła się w jego stronę, ale nim zdołała przedostać się przez wywrócone meble, Zorro wywinął się resztką sił i nóż wbił się w filar. Zanim desperado wyrwał broń, dostał w szczękę od Juana, Zorro poprawił z drugiej strony i bandyta osunął się na podłogę.

Zorro wyprostował się powoli, z trudem łapiąc powietrze i obejrzał się niespokojnie na wejście. Żołnierze szturmowali coraz mocniej i sterta mebli blokująca drzwi coraz bardziej się chwiała. Zaraz wtargną do środka.

– Zorro? Wszystko w porządku? – Checa zwrócił się do zamaskowanego banity. Ten tylko potrząsnął głową.

Señoritas, señores, wybaczcie – powiedział z wysiłkiem.

Ruszył po schodach na piętro. Po chwili usłyszeli dobiegający stamtąd suchy kaszel, urwany nagle tak, jakby kaszlący zatkał sobie usta. rozejrzała się szybko.

– Ani słowa gdzie poszedł, señores, Ramone dowodzi tym szturmem – powiedziała do rozcierających nadgarstki caballeros. – Odblokujmy powoli drzwi, dobrze?

Chwilę później, gdy ostatnia ława tarasująca wejście ustąpiła z trzaskiem i żołnierze, prowadzeni przez sierżanta wpadli do środka gospody, zastali tam leżących bezwładnie bandytów, pilnujących ich caballeros i Juana Checę starającego się uspokoić szlochającą Flor.

CDN.

Related posts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.