Legenda i człowiek Cz V: Doskonały plan, rozdział 25

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Pech czy los sprawiają, że nawet najlepszy plan może zawieść. Piąta część opowieści o i Victorii.
Postacie/Characters
, , Escalante, , Jamie Mendoza, Luis Ramon,

Rozdział 25. Juan i

Porwanie i ocalenie señority Flor oraz pojmanie bandy spowodowało spore poruszenie w . Nie chodziło już nawet o to, że żołnierze okazali ę bezradni w starciu z bandytami, którzy zabarykadowali się w gospodzie. W tej bowiem kwestii większość mieszkańców podzielała twierdzenie don Alejandro, że w zaistniałej sytuacji można było postąpić jedynie tak, jak to zrobili i Juan Checa, którzy dostali się do wnętrza przez okno i powszechnie zgadzano się, że takiego pomysłu nie można było spodziewać się po dowodzącym żołnierzami . Znacznie więcej emocji budziło natomiast zachowanie Luisa Ramone zaraz po walce, kiedy to chciał on wymóc na żołnierzach uwięzienie Juana, argumentując, że zapewne jest to jeden z bandytów. Wprawdzie odstąpił on od tego zamiaru, ale nastąpiło to nie wskutek nalegań, jakich nie szczędzili ani i byli jeńcy, ani kapral Rojas, który wstawiał się za przyjacielem, a raczej na wieść, że Juanowi pomagał także . Świadomość, że zamaskowany obrońca jest gdzieś w pobliżu wystarczyła, by nagle przypomniał sobie, że Juan Checa nigdy nie był o nic oskarżany i ma opinię doskonałego, uczciwego pracownika.

Rezygnacja z aresztowania Juana nie oznaczała natomiast, że Ramone nie chwalił się cudzymi dokonaniami. W jego wersji wydarzeń główną rolę grało umiejętne dowodzenie Luisa Ramone oraz prowadzony przez niego bohaterski szturm na gospodę. próbował nawet wymóc taką wersję wydarzeń w ich opisie w „Guardianie”, ale don Diego de la Vega nie dał się mu zastraszyć i opisał całą historię tak, jak opowiedzieli mu ją uwięzieni w gospodzie .

Właśnie to przechwalanie się spowodowało, że opinia o nim, nigdy nie najlepsza, teraz jeszcze bardziej się pogorszyła. Nikt nie mówił tego głośno, nie chcąc ryzykować aresztu, grzywny czy w najlepszym razie awantury, ale Ramone widział wymowne spojrzenia otaczających go ludzi i wiedział, że przekazują sobie prawdziwą wersję, wzbogaconą z pewnością złośliwymi komentarzami co do rzeczywistych umiejętności dowodzenia zademonstrowanych przez .

Oczywistym było też, że Ramone jest świadomym tego, jak jest postrzegany. Mógł na początku udawać, że niczego nie widzi i nie słyszy, ale Chiara, przy kolejnych odwiedzinach, z właściwym sobie taktem i delikatnością, wyjaśniła mu wszystko, dodając swoje własne komentarze na temat osób żywiących takie, a nie inne poglądy. Niestety, choć jej ocena mieszkańców pueblo była bardziej niż negatywna, Ramone jej nie podzielał i niebawem zaczął przypominać chmurę burzową, zdolną do rozpętania huraganu przy najmniejszej okazji. Escalante zauważyła też, że zaczął kupować od przejeżdżających przez pueblo handlarzy z Monterey skrzynki, w których niewątpliwie był przechowywany alkohol mocniejszy niż wino czy cydr. Kilka ostrożnych pytań do sierżanta potwierdziło jej przekonania: Luis Ramone znów pił. Tyle tylko, że tym razem robił to ostrożniej i bardziej umiarkowanie, tak że nie można było już go widzieć zataczającego się w drodze do gospody, ale i tak jego poranny nastrój wskazywał na powieczorne dolegliwości.

Awantura z porywaczami miała też inne, mniej ponure następstwa. Señorita Flor Pereira i Juan Checa byli przez dwa dni gośćmi hacjendy de la Vegów, razem z señorem Pereirą. Wśród wielu poruszanych wtedy tematów do rozmowy pojawił się wątek hodowli i wkrótce don Alejandro i Jose Pereira doszli do porozumienia w sprawie wymiany części stada. Kilkanaście młodych jałówek i byczków ze stad de la Vegów, przychówek po długorogim byku sprowadzonym przez Diego, miało znaleźć się wśród stad Pereiry. W zamian Jose Pereira proponował również jałówki, tyle że po byku sprowadzonym z południa, niższe i bardziej krępe. Obaj hodowcy obiecywali sobie sporo po takiej mieszance krwi.

X X X

Przegląd stad de la Vegów, wybranie sztuk na wymianę i spędzenie ich na szlak zajęło vaqueros prawie dwa dni, a następne dwa potrzebne były na przepędzenie ich pod Santa Barbara, na teren hacjendy Pereiry. Być może uporaliby się z tym zadaniem szybciej, ale ludzie de la Vegów i Pereiry pierwszy raz pracowali razem i od czasu do czasu dochodziło pomiędzy nimi do nieporozumień. Wystarczało drobne niedopatrzenie, ktoś za wolno zareagował na sygnały, czy wręcz przeciwnie, podjechał zbyt szybko i już stado się płoszyło i rozbiegało. W końcu jednak oddzielono upatrzone zwierzęta i popędzono piaszczystym traktem wijącym się między wzgórzami w stronę Santa Barbara. Te dni pracy wystarczyły, by obie grupy zgrały się ze sobą i zebranie stada przeznaczonego dla de la Vegów zajęło już tylko jeden dzień.

Juan Checa odkaszlnął, by oczyścić gardło. Jesienne deszcze jeszcze się nie zaczęły, więc szlak pomiędzy Santa Barbara, a Los był nie tylko przejezdny, ale wręcz suchy. Racice bydła podnosiły na nim tumany pyłu, który osiadał coraz grubszą warstwą na jadących, wciskając się nawet pod naciągnięte na twarze bandany i dławiąc w gardle.

Jadący w pobliżu Diego de la Vega też zaniósł się suchym, szarpiącym kaszlem. Checa popatrzył na niego przez chwilę. Pięć dni spędzonych razem przy spędzie stada zmieniły jego zdanie o młodym de la Vedze. Do tej pory uważał go za zatopionego w książkach paniczyka, który w całym swoim życiu nie powalał sobie rąk fizyczną pracą i idealistę, który nie miał najmniejszego pojęcia o tym, jak funkcjonuje świat. Zaskoczyło go więc, gdy don Alejandro zlecił synowi wybranie sztuk bydła i nadzorowanie ich przepędu i nie pomogło nawet tłumaczenie, że to właśnie don Diego był pomysłodawcą wzbogacenia stada de la Vegów o długorogie bydło ze wschodu.

Teraz jednak Juan musiał przyznać, że don Diego potrafił pracować. Nie mógł nie spostrzec, że vaqueros de la Vegów traktują młodego caballero nie tylko z szacunkiem, ale też i jak jednego ze swoich. Rzeczywiście don Diego pracował i rozmawiał z poganiaczami jak równy z równymi. Gdy Pablo, starszy grupy vaqueros de la Vegów, wskazywał, którym stadem zajmą się w następnej kolejności i jak będą przy tym rozstawieni jeźdźcy, młody de la Vega słuchał go tak samo, jak pozostali. Przez dwa dni jeździł razem z poganiaczami, od stada do stada, bez narzekania na kurz czy zmęczenie. Potrafił też posługiwać się biczem, tym podstawowym narzędziem równie dobrze jak oni. Juan kilkakrotnie widział, jak de la Vega jednym celnym strzałem z bicza zawraca już wybierającą się gdzieś w zarośla jałówkę czy niesfornego byczka.

Okazało się też, ku zaskoczeniu Juana, że don Diego zaskakująco dobrze potrafił jeździć konno. Nie chodziło tu nawet o takie sztuczki, jak jazda pomiędzy stadem z opartym na kolanie notatnikiem, w którym odnotowywał kolejne wybierane sztuki, a prócz nich jeszcze całe mnóstwo innych szczegółów. To, jak powiedział Juanowi Pablo, był niemal znak rozpoznawczy mlodego de la Vegi, gdy przyjeżdżał na pastwiska. Wodze zamotane na kuli siodła, noga przełożona przez łęk tak, by oprzeć na niej notes, rysik w dłoni… Don Diego de la Vega zapisywał wszystko, co widział i interesował się wszystkim. Ale już przejechanie po stromym zboczu parowu, by odciąć drogę przestraszonym jałówkom i zawrócić je ku reszcie stada, to było coś, czego nie powstydził by żaden . Niejeden z nich zastanowiłby się dwa razy, nim podjąłby się takiej próby, a don Diego nie namyślał się nawet przez moment, nim poprowadził swoją palomino po stoku.

Tylko z jedną rzeczą sobie don Diego nie radził. Przed wyruszeniem na szlak vaqueros wzięli ze sobą pistolety, szpady i pałasze. Od porwania señority Flor nie było już pogłosek o jakiejś bandzie w okolicy, ale nikt nie pozwalał, by ta pozorna cisza uśpiła jego przezorność i każdy ruszał na szlak uzbrojony. Jedną szpadę, oczywiście, wręczono także młodemu caballero. Juana zaskoczył pewien nastrój oczekiwania, gdy Pablo pojawił się przed don Diego z bronią w ręku, ale szybko zrozumiał, dlaczego tak było.

De la Vega nie potrafił bowiem posługiwać się szpadą. Więcej, on nie potrafił jej nawet nosić. Przypiął ją do pasa tylko po to, by zaraz zgubić przy wsiadaniu na konia. Zsiadł, podniósł, znów próbował wsiąść i tym razem zaklinował ją między sobą a siodłem tak, że klacz się spłoszyła. Temu już towarzyszyły wybuchy śmiechu. Ku zdumieniu Juana, don Diego śmiał się razem z innymi. Wszyscy wiedzieli o jego awersji do broni i braku umiejętności jej noszenia i to wręczanie mu szpady było tradycyjnym żartem, powtarzanym przy każdej takiej okazji. Wreszcie caballero uspokoił konia i zaczepił szpadę przy siodle. O ile Juan mógł się zorientować, wisiała tam nadal. Jakimś cudem nie zgubił jej po drodze.

Ziemie należące do de la Vegów były położone w pewnej odległości od szlaku i vaqueros odetchnęli z ulgą, gdy opuścili pylisty trakt. Tu, choć po upalnym lecie trawy nie było zbyt wiele, kurz się tak już nie wzbijał. Można było zdjąć bandany, zaczęły się rozmowy i przekomarzania. Zbliżający się koniec drogi wprawił vaqueros w dobry humor i żartowano sobie ze wszystkiego. Z Pablo, który zapędził się za bardzo w głąb stada i musiał się ratować szybkim spięciem wierzchowca, by nie porwały go ze sobą spłoszone byczki, z Manuela, którego trzy razy na manowce wyprowadziła ta sama jałówka, czy z Jose, który raz zamiast zagonić byczka do stada, spłoszył go w drugim kierunku. Dostało się też Juanowi, któremu wytknięto po raz kolejny słabość señorit do jego osoby i nie oszczędzono także Diego, pytając go, czy aby na pewno nie zgubił powierzonej mu szpady.

Granicę pastwiska wyznaczało niewielkie obniżenie terenu i płynąca jego dnem rzeczka. Na jej widok wszyscy popędzili konie, by z pohukiwaniem i okrzykami wpędzić jałówki w płytką wodę. Zwierzęta zwolniły jednak i zatrzymały się, by napić.

– No i koniec szlaku – oznajmił Pablo. – Z koni, chłopaki! Ochłodzić się i jedziemy do hacjendy!

Vaqueros zeskoczyli z siodeł. Juan, tak jak inni, zadbał, by koń się napił, potem zaczął się z przyjemnością ochlapywać, zmywając z twarzy warstwę potu i pyłu. Gdy skończył, wdrapał się na brzeg i siadł, zadowolony, że może rozprostować nogi inaczej niż w strzemionach. Zauważył, że wśród myjących się mężczyzn nie ma don Diego. De la Vega w ogóle gdzieś zniknął, dopiero po chwili Checa wypatrzył jasną grzywę palomino uwiązanej w pewnym oddaleniu, za krzewami przy zakręcie rzeczki.

Pablo też to zauważył.

– Checa, idź zobacz co z don Diego. Nie powinien się oddalać…

Juan niechętnie podniósł się z ziemi i ruszył w stronę zakola. De la Vega, choć z jakiegoś powodu oddalił się od grupy, tak jak pozostali zsiadł z konia i teraz mył się z kurzu – Checa widział, jak się schyla nad wodą. Nie miał ochoty zdzierać sobie obolałego po całym ranku nawoływań i wciąż zaschniętego od pyłu gardła, więc podszedł bliżej. Gdy już dzieliło go od caballero tylko kilka kroków, jakaś sucha gałązka trzasnęła mu pod butem.

Don Diego okręcił się w miejscu i sięgnął po zawieszoną na niskiej gałęzi szpadę z szybkością, jakiej Juan, mimo wszystkiego, co widział przez ostatnie dni, nie spodziewał się po tym arystokracie i, co tu ukrywać, kimś mającym zasłużoną opinię niezdary w tych sprawach. De la Vega wyszarpnął broń zwracając się ku napastnikowi i zaraz opuścił szpadę, rozpoznając, kto do niego podszedł.

A Juan stał jak skamieniały, nie mogąc oderwać wzroku od blizny na torsie caballero. Nagle zrozumiał, czemu don Diego wolał zjechać tutaj, by się umyć i czemu ściągnął koszulę w oddaleniu od ludzi. Rana po postrzale była już dobrze zabliźniona, ale barwa tkanki wskazywała, że miała zaledwie kilka miesięcy. Niżej, na boku, mógł dostrzec jeszcze jeden ślad, już stary i biały, a na ramionach de la Vegi widać było jeszcze kilka typowych dla szermierza starych pręg po cięciach.

Checa nie wierzył własnym oczom. Wszystko się zgadzało. Wzrost, szerokie bary, umiejętność jazdy konnej i władania biczem, szybkość reakcji pasująca do szermierza, a nie zatopionego w książkach paniczyka, rozpaczliwy wybuch señority Escalante w hacjendzie Jose Pereiry, to, że tamtej nocy w jaskini widział tylko dwa puste posłania, gorączkowe majaczenia rannego… Nie było przyrodnich braci, związanych ze sobą wspólną tajemnicą i przyjaźnią, lecz tylko jeden mężczyzna. Juan mógł tylko pokręcić głową, by wyrazić swój podziw dla kogoś, kto tak potrafił oszukać wszystkich dookoła. Zaplanować, stworzyć i utrzymać doskonałą iluzję co do swojej osoby.

Wyglądało na to, że de la Vega dostrzegł jego oszołomienie. Znany Juanowi lekki uśmiech, gest uniesienia szpady w salucie i bez słowa odłożył broń, sięgając po koszulę. Checa nerwowo rozejrzał się dookoła. Na szczęście wszyscy pozostali vaqueros nie ruszyli się jeszcze znad brzegu. Chciał coś powiedzieć, ale don Diego tylko pokręcił głową.

Przechodząc koło Juana zatrzymał się nagle i położył mu rękę na ramieniu. Przez moment stali, patrząc sobie w oczy, aż Zorro, Diego de la Vega, ruszył do swojego wierzchowca.

Juanowi coś nagle się przypomniało.

– Jedną chwilę – powiedział.

– Tak? – Diego zatrzymał się i obejrzał przez ramię.

– Ten wasz kaszel zaczyna być charakterystyczny – stwierdził ostrożnie Checa. uniósł brwi w zdziwieniu, jakby to, co usłyszał, zwróciło jego uwagę na coś, czego wcześniej nie dostrzegał. Wyglądało na to, że stara się przypomnieć sobie, gdzie i kiedy kaszlał.

– Jesteście pewni? – zapytał w końcu.

– Tak.

– Więc będę musiał na to uważać – stwierdził.

– Ten postrzał?

– Tak – wzruszył ramionami.

Z dołu rzeki poniosło się wołanie. Pozostali zbierali się już do dalszej drogi. Checa rozejrzał się szybko. Chciał jeszcze zapytać o tyle innych rzeczy, ale ani nie wiedział, od czego zacząć, ani pora nie sprzyjała pogawędkom.

– Jakim cudem nikt…? – urwał w połowie pytania.

– A wy odgadliście? – prychnął don Diego, odwiązując swoją palomino od krzewu. – Poza tym mam dobrych przyjaciół.

– Czy mnie…

– Tak, was także do nich zaliczam. Powiedziałem to już wam kiedyś – don Diego, Zorro, uśmiechnął się lekko. – I teraz mogę raz jeszcze podziękować.

Skinął raz jeszcze głową i ruszył w stronę pozostałych vaqueros.

X X X

W wieczornej ciszy szeroko niosły się dźwięki muzyki dobiegające z kwater vaqueros. Po udanym przepędzeniu stad, de la Vegowie urządzili niewielką fiestę, tak dla swoich, jak i dla ludzi Pereiry, częstując ich sowitą kolacją i dobrym winem. Zaś dodatkowe pesos, jakie wypłacił don Alejandro, wprawiły wszystkich w szampański nastrój.

Juan Checa przysłuchiwał się odgłosom zabawy, siedząc na niewysokim murku, oddzielającym teren kwater vaqueros od sadu. Gdy wychodził, rozbawieni vaqueros śmiali się z niego i przestrzegali, by uważał, żeby następnego ranka nie ścigał go ojciec señority, z którą się umówił. Uśmiechnął się teraz do siebie. Chyba już całe życie będą mu to wytykać. Ale cóż, póki nie działa się od tego krzywda ani jemu, ani señoricie Flor, która doskonale znała podobne żarty, nie protestował. A teraz tym bardziej nie mógł odeprzeć ataku, że chciał spotkać się z mężczyzną.

Młody de la Vega zniknął zaraz po poczęstunku i wynagrodzeniu vaqueros. Checa podejrzewał, że chciał się dowiedzieć, czy coś złego nie wydarzyło się w pueblo podczas jego nieobecności. Jeśli tak, szanse na spotkanie z nim były niewielkie, ale Juan mimo wszystko chciał spróbować. Chciał porozmawiać z Zorro inaczej, niż do tej pory. Nie wymieniać tylko pospieszne informacje o możliwych przeszkodach i zagrożeniach, na jakie się natkną w walce, ale dowiedzieć się, co kierowało młodym caballero, by stać się jeźdźcem w masce, ryzykować życiem i honorem. Może dla kogoś patrzącego z boku była to pusta ciekawość, ale Juan chciał wiedzieć. Znał swoje powody, dla których podszył się pod imię Zorro. Teraz się ich nieco wstydził i uważał, że w tamtym czasie postąpił jak ostatni głupiec, ale też nie mógł zapomnieć, że to właśnie Zorro uratował mu życie i chciał zrozumieć, dlaczego przyszedł mu z pomocą za pierwszym razem.

Obejrzał się przez ramię, słysząc za sobą szelest i zamarł, widząc pod najbliższym drzewem wysoką sylwetkę. W półmroku połyskiwała tylko jasna koszula. Diego de la Vega, Zorro, uniósł dłoń w pozdrowieniu i bez słowa wskazał Juanowi sad. Checa zeskoczył z murku i ruszył za nim.

Ścieżka pomiędzy drzewami poprowadziła ich w górę, na stok wzgórza obok hacjendy. Z tego miejsca Juan mógł widzieć zarówno rozświetlone zabudowania w dole, jak i dzikie, poszarpane, pocięte wąwozami skały za sadem i ogrodami, a także łagodne stoki w stronę Los . W oddali połyskiwały słabo nieliczne światła w pueblu.

Zorro usiadł na ziemi, gestem wskazując Juanowi miejsce obok siebie. Trawa była tu wysoka, zgnieciona pachniała świeżością i deszczem.

Cisza narastała. Zorro nie odzywał się, siedział po prostu zapatrzony w migocące w dole światła. Czekał na coś? Checa nie miał pojęcia. On sam wahał się, czy zadać pytanie i zakłócić tą ciszę. Poczucie, że każde jego pytanie zabrzmi głupio, doskwierało.

Nagle Zorro zaśmiał się cicho, jakby do siebie.

Checa – powiedział spokojnie. – Wydawało mi się, że chcecie ze mną porozmawiać.

– Skąd wiedzieliście?

– Czego innego mógłbym się spodziewać?

– To prawda… – Juan zawahał się. – Chciałem z wami porozmawiać, ale…

– Tak?

– Przez chwilę zadawanie wam pytań wydawało mi się niestosowne.

Zorro prychnął tylko, rozbawiony taką odpowiedzią i Juan nieoczekiwanie poczuł, że jego onieśmielenie znika. Legenda, nieuchwytny Zorro stał się żywym człowiekiem, a bez swej maski także dobrym towarzyszem w drodze czy w pracy. To już nie był Zorro, ale Diego de la Vega. Checa zmusił się, by myśleć o swoim rozmówcy jako o synu don Alejandro.

– Mieliście rację z tym kaszlem – dorzucił po chwili don Diego. – Będę musiał uważać, by nie ściągnął na mnie kłopotów.

– Jak wtedy w gospodzie?

– Owszem. Nie mogę już za długo walczyć. Albo się śmiać – zakpił, jakby coś sobie przypominając, coś zabawnego.

Checa tylko pokiwał głową.

Don Diego – odezwał się po chwili.

– Tak?

– Dlaczego to robicie?

– Dlaczego jestem Zorro? – sprecyzował pytanie de la Vega.

– Tak.

– Cóż… – powiedział don Diego i zamyślił się. Odezwał się dopiero po dłuższym czasie. – Dlaczego wy, señor Checa, zdecydowaliście się działać jako Zorro?

– Co? – Tego pytania Juan się nie spodziewał.

– Mogliście przywdziać czerń i spotkać parę razy señoritę gdzieś w okolicy – Diego kiwnął ręką gdzieś przed siebie, wskazując, gdzie może znajdował się dom don Escobedo. – Nie ryzykowalibyście zbyt wiele. Mogliście wjechać w czerni do pueblo, raz czy drugi. To też by ją przyciągnęło.

– Ale ja wolałem walczyć – kiwnął głową Juan. – Tak, rozumiem, o co pytacie. Widzicie… Ramone to chciwy i mściwy głupiec. To, co on robił… Rojas mnie uprzedzał, gdy tu przyjechałem, że tak będzie, że będę się wstydził za swój mundur. Walka… To pozwalało na moment zapomnieć o tym wstydzie. Był moment… wtedy na targowisku – Juan zapatrzył się przed siebie, jakby wracając w pamięci do tamtego dnia, chwili swego zwycięstwa i jednocześnie klęski. – Zanim do mnie podbiegła, liczyły się tylko okrzyki tych ludzi. To, że byłem ich obrońcą. Po to przecież kiedyś ubierałem mundur…

– Kiedyś… – odpowiedział don Diego – kiedyś jako dzieciak przybiegałem tutaj. Tutaj, z tego miejsca widziałem cały świat. Potem odkryłem, że świat jest znacznie większy, oczywiście – znów zakpił, jakby na wspomnienie tamtego chłopca – ale pozostało mi przekonanie, że to jest moje miejsce. I konieczność jego obrony.

?

– Tak. Ojciec ściągnął mnie z Madrytu, pisał, że mamy kłopoty. Jeśli uważasz, że Ramone to chciwy dureń, to nie widziałeś go parę lat temu, zanim…

– Zanim pojawił się Zorro?

– Tak.

– Jednego tylko nadal nie rozumiem – potrząsnął głową Checa. – Czemu właśnie lis? Czemu ta podwójna maska?

– Bez maski nic bym nie działał.

– Nie?

– Nie. Pierwszy raz Zorro przyszedł do pueblo, by wyciągnąć z aresztu mojego ojca. I Victorię. Jakbym próbował zrobić coś otwarcie, byłbym bez szans. Już byłem przez Ramone obserwowany, że powoduję niepokój, jak to wyraził. Gdybym się wtedy upierał… Wiesz, Juan? Dwa dni po tej ucieczce znów musiałem być w Los Angeles. Ojciec stał już przed szafotem.

– Co?!

– Ramone potrzebował paru porządnych lekcji, nim zrezygnował z częstego używania szubienicy – odezwał się młody de la Vega lodowatym głosem. Juan nagle zdał sobie sprawę, że to przemówił Zorro.

– Zaraz, zaraz…

– Tak, ciebie mieli powiesić. Ale na cmentarzu są groby rolników, którzy poszli na stryczek, bo nie mieli pieniędzy na wymyślone przez podatki. Jako zdrajcy – wywarczał Zorro. – Od kiedy się zjawiłem, żaden już nie zginął. Diego de la Vega miał wybór. Zakradać się, jak lis, i wyszarpywać władzę Ramone, albo pozostać sobą i zginąć. Zapewne wraz z ojcem.

Juan tylko pokręcił głową. Gniew Zorro był niemal namacalny. Nagle zdał sobie sprawę, że legenda ma solidne podstawy, a sam Zorro balansuje pomiędzy furią obrońcy pueblo i rozsądkiem młodego caballero. Powiedział to. Diego popatrzył na niego z ukosa.

– Może – odpowiedział. – Zapomniałeś tylko dodać, że staram się przy tym mieć choć trochę zabawy, dla siebie i dla ludzi w pueblo. Okpienie Ramone to też przyjemność, zaręczam. Dla ludzi tym większa, że czują się bezpieczniej. Gdy się z niego śmieją, maleje też ich strach przed i ciężej jest mu coś na nich wymusić.

Checa zapatrzył się na odległe światła pueblo.

Wśród zabudowań nadal grała muzyka. Wiatr zaszumiał w sadzie, trawa pachniała.

Nie chciał już zadawać więcej pytań.

CDN.

Related posts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.