Serce nie sługa – Rozdział 4. Straszny człowiek

4.

Don Gaspar przywiązał konia do palika, zsunął kapelusz na plecy i  odruchowo poprawił włosy. Rozejrzał się czujnie dookoła, ale zaczynała się pora sjesty i na placu nie było żywej duszy, jeśli nie liczyć dwóch żołnierzy pełniących wartę przy garnizonie. Nagle otwarto bramę i ukazał się w niej handlarz Cortez. Jechał swoim zwykłym wozem, co znaczyło, że koniec końców odzyskał towar, ale minę miał nietęgą. Czujnym wzrokiem odprowadzał go nie kto inny, jak sam komendant Monastario. Gaspar skrzywił się lekko i zmrużył oczy. Nie uważał, żeby jedna wadliwa szpada była podstawą do aresztowania człowieka, a po tym, co usłyszał od señority de La Vegi, miał jeszcze więcej powodów, żeby nie pałać sympatią do kapitana. Odwrócił się, zamierzając pójść do tawerny, ale w tym samym momencie usłyszał za sobą wołanie.

Buenas tardes, señor Fuentes!

Westchnął i obejrzał się przez ramię.

Buenas tardes, señor comandante.

Monastario był już prawie przy nim. Słońce odbijało się od orderów przypiętych do munduru, z którymi zawsze dumnie się obnosił.

– To już nie jest elegancja, to zwykła pycha – pomyślał zdegustowany don Gaspar. – Mio Dios, nie jesteśmy w Madrycie. Komu on chce tutaj zaimponować?

Wtedy przypomniał sobie, że jakby nie patrzeć, przynajmniej na jednej señoricie kapitanowi udało się wywrzeć wrażenie, i humor popsuł mu się jeszcze bardziej.

– Dobrze się składa, że pana widzę, señor – powiedział Monastario. – Przeglądałem ostatnio wykazy pobranych podatków, i rzuciła mi się w oczy pewna nieścisłość w pańskim przypadku. Może pozwoli pan na chwilę do mnie? Nie zajmie to wiele czasu, a chciałbym wyjaśnić sprawę jak najszybciej.

miał tę fascynującą zdolność, że nawet uprzejme prośby brzmiały w jego ustach jak rozkaz, którego wykonania nie sposób było odmówić. Don Gaspar wzruszył więc ramionami i poszedł za komendantem, przeklinając go w myślach.

Gdy tylko znaleźli się w pokoju, który służył oficerowi za biuro, Monastario nie tracił czasu. Pogrzebał chwilę w papierach, po czym położył przed swoim gościem wykaz podatków zebranych w poprzednim miesiącu.

– Czy może pan wyjaśnić, dlaczego zapłacił pan o wiele mniej w porównaniu do innych rancheros? – Kapitan wskazał palcem nazwisko don Eduarda, a potem don Rafaela. – Proszę, ich majątki są podobnej wartości, co pański. Don Eduardo miał niemal identyczny przychód, co pan, señor. – Monastario zjechał na rubryczkę z danymi dotyczącymi Gaspara. – A tymczasem zapłacił pan prawie sto pesos mniej. Jak to możliwe, skoro podatki liczymy w procentach od przychodów i wartości majątku?

Gasparowi zaschło w gardle. Odchrząknął.

– Widzi pan, komendancie – zaczął ostrożnie, unikając wzroku rozmówcy – przejąłem bardzo niedawno majątek po świętej pamięci nieboszczyku ojcu. Nie mam jeszcze wprawy w zarządzaniu wszystkim i potraktował mnie… nieco ulgowo.

Monastario zacisnął szczękę.

– Sierżant Garcia – wycedził ze złością. – Tak, to wiele wyjaśnia. Nie rozumiem tylko jednego. Mówi pan, że dopiero nabywa doświadczenia w zarządzaniu majątkiem, ale przecież udało się panu wypracować zysk porównywalny z poprzednimi miesiącami, señor.

Dla potwierdzenia swoich słów przyniósł kolejne papiery, wskazując Gasparowi odpowiednie miejsca. Młody don czuł, jak pot spływa mu wzdłuż grzbietu zimną strużką.

– Och, bo… bo starsi rancheros byli bardzo pomocni. Zwłaszcza don służył mi radą.

– Szkoda, że nie poradził panu, że warto zapłacić pełną kwotę podatku – zauważył komendant cierpko. Gaspar zerwał się na równe nogi, nie mogąc znieść górującego nad nim Monastario.

Señor comandante, zdaję sobie sprawę, jak to wygląda. Liczby pokazują, że byłem w stanie zapłacić tak jak wszyscy, ale… to tylko liczby, kapitanie – tłumaczył gorączkowo. – Mój ojciec, świeć, Panie, nad jego duszą, prócz majątku zostawił mi długi. Spłacam je od trzech miesięcy. Sierżant Garcia to dobry człowiek. Wziął to pod uwagę, pozwolił zapłacić mniejszy podatek, żebym mógł zwrócić, chociaż część należności wierzycielom mego ojca.

Monastario wpatrywał się w niego przez chwilę.

– Ma pan jakieś dokumenty, które potwierdziłyby długi, o których mówisz, señor? – zapytał. Gaspar przełknął z wysiłkiem.

– To długi karciane, señor comandante – wyznał, zniżając głos. – Nie mam na nie potwierdzenia.

Oficer uniósł sceptycznie brwi i skrzyżował ręce na piersiach.

– Płaci pan długi, na które nie ma żadnych dowodów, i żąda pan obniżenia sobie podatku z tego tytułu. Señor Fuentes, to brzmi co najmniej absurdalnie.

przygryzł wargę i spuścił wzrok. Monastario westchnął.

– Daję panu czas do końca tygodnia. Uiści pan zaległą należność, a potem zapłaci podatek za bieżący miesiąc tak jak wszyscy. I tym razem będzie to pełna kwota.

Señor comandante – zaczął cicho Gaspar – jestem zmuszony prosić o więcej czasu.

Monastario zmarszczył brwi.

– Pan nadużywa mojej cierpliwości, señor – odparł, a w jego głosie zabrzmiała ostrzegawcza nuta.

, zdaję sobie sprawę, że proszę o wiele – brnął dalej Gaspar, nienawidząc siebie za to, że musi płaszczyć się przed tą wojskową przybłędą z Hiszpanii. – Ale odwołuję się do pańskiej wspaniałomyślności i… i dobrego serca. Została mi ostatnia część długów do spłacenia i będę w końcu wolnym człowiekiem. Zapłacę w tym miesiącu tyle podatku, co wszyscy, bez żadnych ulg, a w kolejnym oddam to, czego nie dopłaciłem ostatnio, klnę się na honor. W najbliższym czasie mam nadzieję znacznie zwiększyć swój majątek – dodał, bo Monastario nadal nie wyglądał na przekonanego i skorego do pójścia na jakiekolwiek ustępstwa. – Przysięgam, że będę w stanie zapłacić tyle, ile trzeba. Proszę tylko pana o cierpliwość, señor comandante.

Kapitan zerknął na niego podejrzliwie.

– A jak planuje pan zwiększyć swój majątek, jeśli można wiedzieć? – spytał. Gaspar uniósł dumnie głowę.

– W sposób całkowicie zgodny z prawem, señor – odparł z urazą. – Zamierzam się ożenić.

Monastario uniósł brwi i uśmiechnął się drwiąco.

– Moje gratulacje, señor Fuentes. Czy wie pan już, majątkiem której señority spłaci pan swoje należności?

Ta jawna kpina, ten brak szacunku do niego jako do i fakt, że arogancki oficer natychmiast przejrzał jego plany – wszystko to razem sprawiło, że Gaspar stracił nad sobą panowanie.

– Poprosiłem o rękę señority de La Vegi – wycedził, poczerwieniały ze złości. – A don Alejandro wyraził już swoją zgodę – dorzucił triumfalnie.

Monastario pobladł i zmienił się na twarzy. Przez sekundę coś błysnęło w jego zimnych oczach, coś niemal zwierzęcego. Gaspar był pewien, że komendant go uderzy. Ale tamten wpatrywał się tylko w niego przez dłuższą chwilę bez słowa z mieszaniną wściekłości i pogardy, po czym przeszedł przez pokój i otworzył drzwi.

! – zawołał. – Znajdź przytulną celę dla señora Fuentesa.

– Przytulną? – zapytał zdezorientowany żołnierz, pojawiając się przy dowódcy. Komendant przewrócił oczami.

– To była ironia, bałwanie! Po prostu zaprowadź go do wolnej celi – warknął.      Gaspar nie wierzył własnym uszom. Krew odpłynęła mu z twarzy, szumiało mu w głowie, jakby wypił za dużo wina. Usiadł ciężko na krześle.

Señor comandante – wyszeptał. – Błagam…

Monastario podszedł bliżej.

– Aresztuję pana za okradanie Jego Wysokości Króla Hiszpanii, za domaganie się bezpodstawnie dłuższego czasu na spłaty należności i za próbę wciągania uczciwych obywateli w swoje długi.

*

Emiliana przemierzała swój pokój energicznym krokiem.

– Oświadczył mi się, Celio! – mówiła, bardzo wzburzona. – Ze wszystkich mężczyzn z właśnie on! Nazwał mnie różą Kalifornii i śmiał twierdzić, że żadna kobieta nie jest bardziej odpowiednia ode mnie. Zupełnie jakby nie adorował nas wszystkie jednakowo!

– I co mu odpowiedziałaś, ? – dopytywała , wpatrując się w swoją panią z troską. Emiliana przystanęła na chwilę. Jej ciemnozielone oczy ciskały błyskawice.

– Odmówiłam mu, oczywiście! Ale ojciec chce, żebym przyjęła oświadczyny. – Westchnęła. Usiadła na łóżku, oparła łokcie na kolana, podparła dłońmi podbródek. – Celio, co ja mam robić? Ojciec zmusił Gaspara, żeby przyszedł jutro jeszcze raz. Powiedział, że muszę się zastanowić. Jak mam go przekonać, że ślub z don Gasparem to zły pomysł?

– Powiedz mu prawdę, – szepnęła Celia. – Wyznaj, że darzysz uczuciem innego.

– Mój ojciec dobrze wie, że chciałabym poślubić capitána Enrique. Mówiłam mu o tym już po przyjęciu, a poza tym… och, widział nas przecież. I mam wrażenie, że właśnie dlatego tak nalega na moje zaręczyny z don Gasparem.

Oczy Celii zrobiły się okrągłe.

– Jak to?

– Z jakichś niepojętych dla mnie przyczyn ojciec nie lubi naszego komendanta. Myśl, że miałabym zostać panią kapitanową Monastario, nie jest mu miła – wyjaśniła naburmuszona Emiliana. podeszła bliżej i wzięła swoją panią za ręce.

– W takim razie musisz powiedzieć o wszystkim capitánowi Enrique. Widziałam, jak na ciebie patrzy. Na pewno coś zrobi!

Emiliana zaśmiała się krótko.

– Znając go, byłby gotów aresztować biednego Gaspara – stwierdziła. W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. zezwoliła na wejście, pewna, że to don Alejandro przyszedł namawiać ją na przyjęcie oświadczyn, ale była to tylko służąca z wiadomością, że ojciec ma gościa, który chce się widzieć również z Emilianą.

Człowiekiem tym okazał się señor Cortez, handlarz bronią białą. Stał na patio, pogrążony w rozmowie ze starszym de La Vegą. W rękach trzymał kapelusz, pod pachą – długi, prostokątny, drewniany pakunek.

Buenas tardes, . – Skłonił się uprzejmie, gdy podeszła. – Przychodzę z przeprosinami. Jest mi ogromnie wstyd z powodu tamtej szpady. Przysięgam, nie wiedziałem, że była wcześniej złamana. Oszukano mnie, a ja nieświadomie próbowałem oszukać ciebie. Proszę o wybaczenie.

– Udzielam go, señor – odparła Emiliana. – Na drugi raz oboje będziemy pamiętać, że trzeba dobrze sprawdzać broń przed kupnem.

– Święte słowa, ! – Cortez gorliwie pokiwał głową. – A jako dowód na szczerość moich przeprosin i moją uczciwość, przyniosłem to w prezencie.

Podał dziewczynie pakunek. Señorita przyjęła go, wymieniając z ojcem zaciekawione spojrzenia.

– Co to takiego, señor? – spytała.

– Otwórz sama. – Cortez zachęcająco kiwnął głową. Uśmiechał się cały czas, ale uśmiech ten nie obejmował jego oczu, które pozostawały smutne i nieco przestraszone. Emiliana położyła pudełko na stoliku i odpakowała niecierpliwie. Jej oczy zabłysły zupełnie jak szmaragdy, iskrzące się w słońcu na rękojeści cudnie wykonanej szpady. Chwyciła sprawnie broń, sprawdziła wyważenie i ugięcie tak, jak instruował ją kapitan Monastario na samym początku ich pierwszej lekcji, a potem wykonała kilka próbnych pchnięć. Na twarzy don Alejandra rozbawienie walczyło z dezaprobatą, ale nie był w stanie ukryć pełnego dumy spojrzenia. Jego córka miała zadatki na bardzo dobrego szermierza.

Señor Cortez. – Emiliana patrzyła na handlarza, cała rozpromieniona. – Muchas . To wspaniała i przepiękna broń. Jestem zachwycona i wdzięczna, i może pan być pewien, że nie ma już między nami żadnej niezgody.

Kupiec skłonił się.

– Bardzo mnie to cieszy, señorita – odparł z uprzejmym uśmiechem. – Niech ta szpada dobrze ci służy!

Don Alejandro wziął od córki broń i przyjrzał się jej uważnie, a potem sam zrobił dwa próbne pchnięcia.

– Królewska sztuka, señor Cortez! – pochwalił. – Musi być warta fortunę. Może zapłacimy chociaż połowę ceny?

W ciemnych oczach handlarza błysnęło czyste przerażenie.

– Och, nie, señor! Niech Bóg uchowa! – wykrzyknął. Po chwili jednak opanował się i odchrząknął, bo zarówno Emiliana, jak i don Alejandro spojrzeli na niego ze zdziwieniem. – To znaczy, nie mogę się na to w żadnym wypadku zgodzić, señor. Prezent to prezent. Señoricie należy się zadośćuczynienie za wypadek w . To kwestia mojego honoru, señor.

Don Alejandro wpatrywał się w Corteza długo i z namysłem. Wreszcie kiwnął głową.

– Niech będzie, señor. Zgodnie z pańskim życzeniem.

Handlarz odetchnął z wyraźną ulgą.

– Pójdę już. Señor, señorita. – Skłonił się przed obojgiem. – Życzę miłego popołudnia.

Odwrócił się, by odejść, ale głos don Alejandra zatrzymał go w miejscu.

Señor, oddali panu towar, mam nadzieję? – zapytał de La Vega. Cortez drgnął i spojrzał przez ramię.

Si, señor – odparł odrobinę niepewnie. – Oddali.

– Cały towar? – dopytywał uparcie starszy mężczyzna.

– Nie, señor – powiedział cicho handlarz, wbijając wzrok w ziemię. – Nie cały.

– Dlaczego? – zapytała żywo Emiliana. – Czy część towaru była wadliwa?

Señor Cortez odwrócił się do nich z gorzkim uśmiechem.

– To zależy, kogo spytasz, señorita – stwierdził z goryczą. Don Alejandro zmarszczył czoło, jego córka ściągnęła brwi.

– Co to ma znaczyć, señor? – spytała.

Comandante Monastario twierdzi, że tak, część towaru nie była w porządku – wyjaśnił krótko handlarz. – A teraz, jeśli państwo pozwolą, czas nagli…

– Proszę poczekać, señor – odezwał się don Alejandro nieznoszącym sprzeciwu tonem. – Coś mi się tutaj nie podoba. Niech pan siądzie i opowie wszystko szczerze. Emiliano, każ podać nam wina.

Handlarz opierał się jeszcze chwilę, ale de La Vega był nieugięty. Emiliana zniknęła na moment we wnętrzu domu i zaraz wróciła, a wkrótce pojawiła się służąca z kubkami i butelką znakomitego trunku. Don Alejandro zachęcił señora Corteza do wspólnego toastu i rozpoczęcia opowieści.

Señor, nie wiem, co mam ci powiedzieć – zaczął handlarz. – Jestem gotowy przysiąc, że mój towar był w porządku. – Przeniósł spojrzenie na Emilianę. – Poza tą jedną trefną szpadą, oczywiście. Ale resztę broni wziąłem od ludzi, od których biorę ją od lat. Nigdy żaden mój klient się nie skarżył!

– A co panu powiedział komendant? – zapytał don Alejandro. Kupiec westchnął.

– Że kilkanaście sztuk było wadliwych. Że niektóre rapiery miały porysowane albo wyszczerbione klingi.

– I z takiego powodu je zatrzymał? – zdziwił się de La Vega. – Przecież to nie jest wada niebezpieczna dla szermierza. Mógłby pan je sprzedawać po niższej cenie!

– W rzeczy samej, señor. – Cortez skłonił głowę. – Ale pan komendant najwyraźniej mi nie ufa i zostawił tylko te sztuki, które uznał za nieskazitelne.

Emiliana przygryzała wargę w zamyśleniu. Don Alejandro pocierał brodę. Handlarz upił spory łyk wina.

– Tylko widzicie, señor, señorita – odezwał się, nieco bardziej ośmielony i skory do zwierzeń. – Ta broń wcale nie była porysowana przed kontrolą żołnierzy. Dbam o mój towar. Wiem, że musi przede wszystkim dobrze wyglądać, żeby zwrócić uwagę kupujących. To żołnierze uszkodzili szpady i rapiery, gdy je testowali. Problem polega na tym, że nie mam żadnych dowodów.

– Dużo ci zabrali, señor? – spytał de La Vega.

– Piętnaście sztuk – odparł cicho Cortez.

– Piętnaście? – powtórzył z niedowierzaniem don Alejandro. – Przecież to dla ciebie wielka strata!

Handlarz dopił wino i otarł starannie swój zadbany wąsik.

– Komendant twierdzi, że tylko dziesięć – wyznał.

– Jak to?

– Kiedy spytałem go o poszczególne szpady, których nie mogłem znaleźć w oddanym mi towarze, stwierdził, że nigdy ich tam nie widział, a ja mam natychmiast przestać go oszukiwać.

Señor – odezwała się Emiliana – czy masz jakieś dowody, ile sztuk broni było w twoim towarze? Spis, wykaz?

Cortez uśmiechnął się smutno.

– W tym sęk, señorita! Nie mam. Po ostatnim targu nie było czasu go uzupełnić, wciąż odkładałem to na później. – Westchnął głęboko i pokręcił głową. – Każdy sędzia mógłby orzec, że dany rapier sprzedałem i nie odnotowałem tego w książkach. Moje słowo przeciw słowu komendanta. Nikt nie ma dowodów.

Señor Cortez, porozmawiam z kapitanem Monastario – zaproponował don Alejandro. Teraz już nie mogło być żadnych wątpliwości: oczy kupca rozszerzyły się z przerażenia, a on sam zerwał się na równe nogi.

Señor, błagam, niech pan tego nie robi! Zaklinam pana!

De La Vegowie, ojciec i córka,  patrzyli na niego w najwyższym zdumieniu.

– Jeśli komendant dowie się, że się skarżyłem, wymyśli nowy sposób, żeby mnie ukarać! – tłumaczył gorączkowo Cortez. – To wszystko mogło się skończyć gorzej, dużo gorzej. Myślę, że mam szczęście. Doceniam, że chce mi pan pomóc, señor de La Vega, ale obawiam się, że to tylko pogorszy sprawę. Ja chciałbym jedynie żyć w spokoju, por favor. Mam żonę i dzieci, muszę o nich myśleć.

Don Alejandro wstał i położył mu rękę na ramieniu.

– Może pan być spokojny, señor – powiedział. – Jeśli takie jest pańskie życzenie, nie będę interweniował. Ale gdyby zmienił pan zdanie albo czegoś potrzebował, proszę pamiętać, że moje drzwi są dla pana otwarte.

Cortez położył dłoń na sercu.

Muchas , señor de La Vega. Jest pan bardzo dobrym człowiekiem. – Wziął kapelusz leżący na stole. – A teraz naprawdę już pójdę. Dawno nie było mnie w domu, czas uściskać i uspokoić rodzinę. Dziękuję raz jeszcze za wszystko i błagam o dyskrecję.

Emiliana odprowadziła handlarza aż do furtki. Gdy byli wystarczająco daleko od starszego de La Vegi, szepnęła tak, żeby tylko señor Cortez usłyszał:

– Ta szpada nie jest od pana, prawda?

Oczy dziewczyny lśniły niczym szmaragdy, którymi była wysadzana rękojeść. Kupiec potrząsnął nieznacznie głową.

– To komendant wybrał ją dla ciebie – odparł cicho. Patrzył przez chwilę na Emilianę, a w jego oczach pojawiło się coś na kształt troski. – Uważaj na siebie, señorita – powiedział w końcu z trochę spłoszonym spojrzeniem, jakby obawiając się nieco własnej śmiałości. – Kapitan to straszny człowiek.

*

Monastario uporządkował z powrotem wykazy pobranych podatków. Potem poprzestawiał dwa razy wszystkie rzeczy na biurku, a następnie długo polerował szpadę. Nie mógł usiedzieć na miejscu. Wściekłość wywołana chełpliwym wyznaniem Gaspara Fuentesa wciąż w nim buzowała pomimo aresztowania łajdaka.

Pamiętał błazna z przyjęcia powitalnego. Najpierw don Gaspar czarował wszystkie señority, a potem upił się tak, że musieli go razem z Emilianą położyć w pokoju gościnnym. Oczywiście Monastario wcale nie miał wtedy zamiaru taszczyć bałwana na górę. Zauważył akurat, że dureń kręci się za długo przy jego señoricie, i zbliżył się, żeby interweniować, i w tym momencie zauważył, w jakim stanie znajduje się Gaspar. Łatwo było oszacować, że brakuje dosłownie jednej kolejki, żeby ściąć pijanego z nóg, którą to kolejkę zresztą kapitan bardzo uprzejmie z nim wypił. A potem, gdy Emiliana rozglądała się bezradnie za służbą, wpadł na pomysł, żeby odegrać rycerza w lśniącej zbroi i pobyć z señoritą sam na sam odrobinę dłużej, niż było to dozwolone.

I teraz ktoś, kto zrobił z siebie takie pośmiewisko, kto zaleca się do wszystkich panien na wydaniu w okolicy, śmiał oświadczyć się jego señoricie? I to jeszcze wcale nie dlatego, że był w niej zakochany, tylko żeby położyć rękę na jej majątku! Monastario gotował się ze złości.

Usiadł na chwilę i pomasował palcami skronie. Czuł pierwsze pulsowania bólu głowy. Aresztowanie Fuentesa było dopiero początkiem, musiał zastanowić się, co dalej robić. Najchętniej wsiadłby na konia, pognał do hacjendy de La Vegów, zapewnił Emilianę, że nie musi się już obawiać niechcianego zamążpójścia, i sam poprosił o jej rękę. Zdawał sobie jednak sprawę, że don Alejandro nie da mu swojej zgody. Był komendantem dopiero dwa tygodnie. Nikt w pueblo nie znał go wcześniej, a co ważniejsze, nie znał też jego rodziny. Nic o nim nie wiedzieli, wciąż jeszcze był obcy. Na domiar złego, stary de La Vega patrzył na niego podejrzliwie, odkąd tylko zauważył, że oficerowi wpadła w oko jego córka.

– No tak, mnie by odmówił pomimo mojego stanowiska komendanta i stopnia kapitana – pomyślał Monastario z goryczą. – Bez względu na to, że podobam się señoricie. Ale tego błazna chciał na swojego zięcia, bo to z posiadłością i majątkiem. Zawsze to samo, ciągle ta jedna kwestia: czy ktoś ma pieniądze, czy ich nie ma. A jeśli ma, to ile i co za to można kupić.

Myśl ta groziła przywołaniem wspomnień, które na co dzień Monastario trzymał starannie upchnięte gdzieś w głębi podświadomości, dlatego też komendant pospiesznie wstał zza biurka i wyjął butelkę orujo, mocnego alkoholu, który dostał w prezencie od jednego z donów, i który ów don zapewne sam wyprodukował. Popijając trunek, zaczął układać plan działania… I wtedy właśnie przypomniał sobie zdanie, które usłyszał w tawernie od sierżanta Garcii.

i señor wszczęli kłótnię na rynku – myślałem, że dojdzie do pojedynku…”

Monastario zerwał się z miejsca i otworzył energicznie drzwi swojej kwatery.

– Garcia, do mnie! – rozkazał.

*

Eberardo przeliczył pieniądze.

– Wszystko się zgadza, señor. – Sięgnął do szufladki i wyjął niewielki, złoty zegarek zawieszony na łańcuszku. – Oto twoja własność.

Stojący przed nim mężczyzna, drobny, o ogorzałej twarzy i dłuższych, siwiejących włosach, wyciągnął rękę z pełnym ulgi uśmiechem. przez chwilę patrzył jeszcze w zamyśleniu na zegarek, ale zaraz włożył go w drżącą, spracowaną dłoń.

, señor – powiedział cicho mężczyzna. – Mam nadzieję, że mój ojciec wybaczy mi oddanie go w zastaw.

walczył ze sobą, żeby drwiący uśmiech, na który miał wielką ochotę, nie wypłynął mu na usta.

– Ojciec, który nie żyje, dobre sobie – pomyślał.

– Na pewno, señor – powiedział głośno i z przekonaniem. – Miałeś szlachetne intencje, ratowałeś swoją rodzinę.

Mężczyzna skłonił się przed nim.

– To ty mi to umożliwiłeś, señor. To ty nas uratowałeś – odpowiedział. – Zawsze będę ci za to wdzięczny.

machnął ręką.

– Nie ma o czym mówić, señor – zapewnił. – Moje drzwi są dla ciebie otwarte, pamiętaj.

Mężczyzna ponownie się skłonił i, rozpływając się w podziękowaniach, wyszedł w końcu. odczekał, aż weźmie konia i odjedzie, i wybuchnął śmiechem. Otworzył księgę, uzupełnił rachunki i podliczył, ile zarobił na nędznym zegarku. Wyszło mu, że zgarnął do kieszeni czterokrotną wartość cennej pamiątki po ojcu naiwnego vaquero.

Na zewnątrz rozległ się tętent końskich kopyt, a potem krótka wymiana zdań przeprowadzona z jego sługą ostrym, rozkazującym głosem. Żołnierskie buty zastukały miarowo o chodnik i po chwili do części domu Eberarda Ortiza, która służyła mu za gabinet, wszedł wysoki, smukły oficer o starannie zaczesanych, falowanych włosach z pojedynczymi pasmami siwizny na skroniach. Miał czarną, zadbaną kozią bródkę i jasnoniebieskie, zimne oczy o przeszywającym spojrzeniu. Ordery lśniły dumnie przy eleganckim mundurze.

Buenas tardes, señor comandante. – wstał i aż uniósł brwi na widok niespodziewanego gościa. – Czym mogę służyć?

*

Monastario zamknął za sobą drzwi i podszedł bliżej. Señor mierzył go zdumionym i jednocześnie oceniającym spojrzeniem, jak gdyby jeszcze dochodził do siebie po fakcie, że sam komendant zjawił się u niego, ale już kalkulował, jak ta wizyta może mu się opłacić. Kapitan stłumił w sobie instynktowną niechęć, którą, jak każdy dobrze urodzony Hiszpan, odczuwał w stosunku do takich dorobkiewiczów żerujących na społeczeństwie.

­– Buenas tardes, señor – przywitał się krótko. – Przyszedłem porozmawiać o Gasparze Fuentesie.

uniósł swoje cienkie, ciemne brwi.

– Słucham pana, señor comandante. – Zaprosił kapitana gestem, by usiadł, i sam zajął swoje zwykłe miejsce za biurkiem.

– Wiem, że señor Fuentes jest panu winien pieniądze – zaczął Monastario. wzruszył ramionami.

– Nie on jeden, señor comandante – powiedział obojętnie. Oficer zmarszczył czoło, zniecierpliwiony tym demonstracyjnym lekceważeniem.

– Ale możliwe, że on jeden siedzi w więzieniu, co znacznie wpływa na jego wypłacalność w tej chwili.

wpił w komendanta długie, nieprzeniknione spojrzenie swoich bladych, zielonkawych oczu, i zetknął przed sobą końce szczupłych, śniadych palców.

– Za co został aresztowany? – zainteresował się.

– Powiedzmy, że nie jest pan jedyną osobą, której don Gaspar był winien pieniądze.

uśmiechnął się, co nadało jego wąskiej, trójkątnej twarzy o ostrych rysach przebiegłego wyrazu.

– Ach. Mój dłużnik jest i pańskim dłużnikiem.

– Nie prywatnym – sprostował od razu Monastario. – Zalega z podatkami.

Ku jego zdumieniu, właściciel lombardu zaśmiał się.

– Nie sądzę, żeby był w stanie je zapłacić – orzekł.

Monastario opanował zdziwienie. Nie spodziewał się, że z finansami don Gaspara było aż tak źle. Nie wróżyło to dobrze jego planom.

– Ile jest ci winien señor Fuentes? – przeszedł do sedna. – Co u ciebie zastawił?

machnął ręką.

– Kilka drobiazgów. Srebra rodowe, zegarek, kryształowe puchary.

– O to zrobiliście rano na rynku tę awanturę? – domyślił się Monastario.

Don Gaspar chciał przedłużyć termin wykupu. Trzeci raz. Ale to bez znaczenia.

otworzył kluczem środkową szufladę i wyjął z niej kawałek papieru, który podał komendantowi.

– Oto przyczyna, dlaczego don Gaspar jest niewypłacalny. Nie może mu pan nawet skonfiskować części majątku. Ta posiadłość już do niego nie należy.

Monastario wpatrywał się w akt własności ziemi Gaspara Fuentesa. Dokument mówił wyraźnie, że hacjenda i rancza były teraz w prawnym posiadaniu Eberarda Ortiza.

– Sprzedał to panu? – spytał z niedowierzaniem, podnosząc głowę.

– Przegrał w karty – odparł właściciel lombardu ze spokojem.

Przez twarz oficera przemknął grymas wściekłości, którego nie zdołał opanować.

Sprawę zaległych podatków don Gaspara zamierzał oddać w ręce . Wiedział, że miejscowy sędzia jest w dobrych stosunkach z caballeros i na pewno nie wyśle młodego bawidamka na karne prace. Zamiast tego każe mu zapłacić należność z drobnym zadośćuczynieniem, ale skoro Fuentes nie ma pieniędzy, trzeba będzie uiścić dług w inny sposób: zabrać część majątku o równowartości kary pieniężnej. Ta część majątku stanie się, oczywiście, własnością państwa, a zaopiekuje się nią, oczywiście, Monastario jako komendant Los . Tymczasem wspaniały plan właśnie sypał się w drobny mak. Nie można zabrać majątku człowiekowi, który już go nie posiada, i ciężko wymagać od Ortiza, żeby płacił cudze długi.

Kapitan miał w tym momencie wielką ochotę spalić wszystkie karty i powiesić tych, którzy w nie grali.

– Cóż, señor – rzucił cierpko w triumfalnie uśmiechniętą twarz właściciela lombardu. – Proszę cieszyć się swoim nowym majątkiem.

Wstał i cisnął niedbale akt własności na wypolerowane biurko. Nagle jednak coś go tknęło. Wziął dokument do ręki jeszcze raz i przyjrzał mu się uważnie.

Señor – powiedział z drapieżnym uśmiechem. – Chyba jednak twoja radość byłaby przedwczesna. Jesteś właścicielem tej posiadłości od tygodnia, czy tak?

Si, señor comandante. – zmarszczył brwi, zaniepokojony kierunkiem, jaki niespodziewanie obrała rozmowa. Jasnoniebieskie oczy kapitana zalśniły triumfalnie. Rozwarł palce i pozwolił, żeby akt własności opadł swobodnie na biurko.

– Wszedłeś w posiadanie zadłużonej posiadłości, señor. Zaległy podatek don Gaspara od tego majątku jest z zeszłego miesiąca. Czekam na sto pesos do końca tygodnia, albo przysięgam, trafisz do jednej celi z señorem Fuentesem.

*

Don Alejandro siedział przed kominkiem i w zamyśleniu palił cygaro. Zapadł już wieczór, zbliżała się pora kolacji i de La Vega zastanawiał się właśnie, jakimi argumentami przekonać swoją córkę, żeby zgodziła się wyjść za don Gaspara.

– Nie powinienem był jej na tyle pozwalać – wyrzucał sobie. – Inne señority robią posłusznie to, co rodzice każą, a ta rogata dusza ciągle tylko tupie nogą, aż będzie tak, jak ona chce.

Znał i ciepło wspominał ojca Gaspara. Don Raul Fuentes był poczciwym, dobrym człowiekiem, zawsze chętnym do pomocy. Łagodnym dla peonów, wyrozumiałym dla bliskich. Prawda, że Gasparowi zabrakło trochę silnej ojcowskiej ręki i miał swoje słabości: do wina, kobiet i zabawy, ale były to cechy niemal każdego , a don Alejandro nigdy nie zauważył, żeby młodzieniec dopuścił się czegoś naprawdę haniebnego. Myślał sobie nawet, że właśnie taki żywy, wesoły, zawadiacki mężczyzna byłby świetną parą dla jego niepokornej córki. Po pierwsze dlatego, że nie zanudziłaby się przy nim, a po wtóre z tego powodu, że nie pozwoliłby się jej podporządkować.

– Wszystko szło dobrze, dopóki nie zjawił się ten butny hiszpański diabeł – pomyślał ze złością i westchnął.

– Coś cię trapi, mi papa – głos córki zabrzmiał niespodziewanie obok jego głowy. Drgnął i spojrzał na nią. Stała przy fotelu, w którym siedział, z rękami skrzyżowanymi na piersiach, i patrzyła tak, jakby wiedziała, o czym rozmyślał.

– Myślę sobie o odpowiedzi, którą musisz jutro komuś dać, mi hija – powiedział. Teraz to Emiliana westchnęła. Usiadła w sąsiednim fotelu, pochyliła się i objęła dłońmi kolana.

Mi papa, dałam już jedną odpowiedź. Dlaczego zmuszasz mnie do innej? Do takiej, która będzie wbrew mojej woli?

Don Alejandro wypuścił kłąb dymu z cygara.

– Emiliano, masz swoje obowiązki względem rodziny…

Przerwało mu gniewne prychnięcie.

– I jest, twoim zdaniem, najbardziej odpowiednią partią dla córki de La Vegi? Gaspar Fuentes, który upił się na ostatnim przyjęciu do nieprzytomności, który adoruje wszystkie señority jak… jak jakiś kolekcjoner albo… albo sułtan marzący o własnym haremie! – Emiliana siedziała wyprostowana, z dumnie uniesioną głową. Oczy lśniły jej gniewnie, wrzała w niej gorąca krew de La Vegów. – Ojcze, w samym pueblo znajdzie się tuzin lepszych od niego mężczyzn.

– Z komendantem na czele, tak? – Don Alejandro nie mógł się powstrzymać. Rumieniec pokrył policzki dziewczyny.

– Nawet nie chcesz dać mu szansy – powiedziała z wyrzutem. – Nie próbujesz bliżej poznać, ale już oceniasz.

Ciemnozielone oczy, tak podobne do oczu jej matki, były pełne żalu, i de La Vega poczuł niemiłe ukłucie w sercu, ale pomyślał, że dla dobra córki musi pozostać nieugięty.

Mi hija, kapitan Monastario nie składał mi żadnych propozycji – powiedział cicho. – Widać, że nie jesteś mu obojętna, ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Gdyby tu przyjechał, przedstawił swoje zamiary, zapytał o moją zgodę, to co innego. Może sądzi, że jest ponad to. Mam wrażenie, że stanowisko komendanta bardzo uderza mu do głowy i traktuje mieszkańców trochę jak swoją własność.

– Ależ mi papa, zapewniam cię, że tak nie jest! – zaprotestowała natychmiast Emiliana. – Możemy odnosić takie wrażenie po sierżancie Garcii, który na wszystko pozwalał. Kapitan Monastario jest od niego bardzo różny. Ceni sobie karność i porządek, ale… ale to nie są złe cechy. Wprowadza dyscyplinę, która nie była normą, ale której potrzebujemy! Rozprawił się z gangiem Martineza, udaremnił oszustwo, które señor Cortez, celowo bądź nie, chciał wobec mnie popełnić…

Don Alejandro uniósł dłoń.

– Wszystko się zgadza, mi hija – przerwał. – Bo widzisz, to nie w tym rzecz, co Monastario robi, ale jak to robi. Przypomnij sobie señora Corteza, jaki był zastraszony. Zwróć kiedyś uwagę, jak twój kapitan zwraca się do podkomendnych. Jak chełpi się wszystkim, co zrobił. A z tobą postępuje tak samo – dodał. – Nie ma nic złego w tym, że mu się spodobałaś. Zdziwiłbym się, gdyby tak się nie stało! Ale to, jak to okazuje… Tego nie mogę pochwalać.

Emiliana już otwierała usta, zapewne gotowa bronić swojego obiektu westchnień do końca, ale przerwały jej szybkie, energiczne kroki przed domem i stukanie w drzwi. Don Alejandro uniósł brwi.

– Kogo niesie o tej porze? Czy za mało mieliśmy dzisiaj gości?

Emiliana nic nie odpowiedziała, nasłuchując przytłumionej wymiany zdań. Najwyraźniej kogoś rozpoznała, bo w tym momencie jej twarz rozpromieniła się, a oczy zabłysły. De La Vega przewrócił oczami. Wiedział, kto przyjechał, zanim służąca weszła zapowiedzieć gościa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *