Serce nie sługa – Rozdział 6. Bardzo krótkie zaręczyny

6.

leżała na kapitanie. Żadne z nich nie potrafiło wytłumaczyć, jak do tego doszło. Monastario postanowił poćwiczyć z nią tego dnia sunięcie, czyli dynamicznie wykonywany krok i wypad zakończony pchnięciem. Emiliana wzięła sobie do serca powtarzane przez swojego instruktora zalecenia o odpowiedniej szybkości, ale nie zwróciła należytej uwagi na otoczenie i potknęła się o wystający korzeń. Skutek był taki, że poleciała do przodu, prosto na komendanta, i z tak wymaganym od niej podczas walki impetem, zwaliła go z nóg.

– Ojej, strasznie przepraszam – odezwała się z zakłopotaniem, podpierając się natychmiast na rękach, żeby zdjąć z niego część swojego ciężaru. Jedną dłonią udało jej się znaleźć twardy, porośnięty rzadką trawą grunt. Drugą, jak na złość, musiała oprzeć na klatce piersiowej kapitana. Na szczęście wcześniej zachowała na tyle przytomności umysłu, żeby wypuścić z ręki szpadę i nie upaść z ostrzem wycelowanym w serce swojego instruktora.

Señorita. – Głos Monastario był odrobinę zduszony. Nie puścił broni, ale rękę, w której ją trzymał, odrzucił do tyłu i zamortyzował nieco upadek. – Teraz już naprawdę można powiedzieć, że zapierasz mi dech w piersiach. Całkiem dosłownie.

Emiliana zaczerwieniła się. Zupełnie nie pomagał fakt, że lewa dłoń komendanta spoczywała nad jej biodrem, w miejscu, gdzie nie było już spodni, a kurtka podwinęła się przy dynamicznych ruchach. Przez cienki materiał koszuli czuła ciepło jego palców.

– Nie uskarżam się – mówił dalej Monastario. – Pozycja może nie jest najwygodniejsza, ale ma swoje zalety.

Uśmiechał się łobuzersko. zapatrzyła się dłuższą chwilę w zawadiacko iskrzące, niebieskie oczy, przyjrzała wyraźnie zarysowanym kościom policzkowym, które muskały właśnie luźne pasma jej włosów, zerknęła na cienkie, jasne blizny po nożu zdradzieckiego przyjaciela. Czuła na twarzy ciepło oddechu kapitana, a świadomość ich nieprzyzwoitej bliskości była oszałamiająca.

– Tutaj nie ma krytycznie patrzącego ojca, zgorszonych caballeros, plotkujących kobiet – zdała sobie sprawę. Monastario musiał pomyśleć o tym samym.

Nachyliła się instynktownie w momencie, kiedy mężczyzna podniósł głowę i musnął ustami jej wargi. Kozia bródka przyjemnie łaskotała, gdy pieścił je powoli. Dziewczyna bezwiednie przesunęła dłonią po torsie oficera. Odpowiedział jej mocny uścisk palców na jej talii. westchnęła z zadowoleniem, chłonąc każdy szczegół nowego doświadczenia. Ten całus, wtedy, na zakończenie tańca, skończył się, zanim zdała sobie sprawę, że w ogóle się wydarzył. Teraz dopiero zwracała uwagę na miękkość warg kapitana i coraz większą zachłanność, z jaką wpijał się w jej usta.

Monastario przeciągnął językiem po jej zębach i to otrzeźwiło Emilianę. Podniosła się gwałtownie na rękach, zeszła z komendanta i usiadła obok. Serce biło jak po szybkim biegu, czuła, że płoną jej policzki, i nie miała odwagi spojrzeć kapitanowi w oczy.

– Mio Dios, gdyby ojciec to widział..! – przemknęło jej przez głowę. Poczuła, że Monastario kładzie jej dłoń na ramieniu.

– zaczął miękko. Emiliana popatrzyła na niego poważnie.

– Jakby ktoś nas zobaczył, kazaliby nam się żenić – oznajmiła. Komendant uśmiechnął się ciepło w odpowiedzi. Przesunął rękę wzdłuż jej ramienia i przedramienia, a potem splótł ich palce.

– Nie wydaje mi się, żeby to był taki zły pomysł – odparł. – Jak myślisz, ?

Emiliana przez chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć. Po raz pierwszy Monastario wyraził swoje intencje wobec niej tak bezpośrednio.

– Ja… – Odchrząknęła, bo nagle zaschło jej w ustach. – To znaczy, ja myślę, że byłoby niewłaściwe wziąć ślub z takiego powodu. I wywołując taki skandal. Ojciec nigdy by mi nie wybaczył.

Kapitan ścisnął jej palce w swoich.

– Rozumiem. Miałem na myśli raczej rezultat niż sposób, żeby go osiągnąć – wyjaśnił. Podniósł się i, nie wypuszczając dłoni Emiliany, pomógł jej wstać. – Nie bój się, . Zamierzam poprosić don Alejandra o twoją rękę tak, jak należy, gdy tylko będę miał mu co zaoferować jako przyszły zięć. – Uniósł jej dłoń i ucałował z czułością. – Teraz szukam jedynie potwierdzenia, że moja oficjalna prośba spotka się też z twoją aprobatą. I że nie ubiegnie mnie żaden błazen, który upija się na przyjęciach do nieprzytomności i przegrywa w karty swój majątek.

Dziewczyna zaśmiała się i potrząsnęła włosami. Gdzieś z tyłu głowy dźwięczały jej przestrogi ojca.

Nie znasz go dobrze. Zwróć uwagę, jak traktuje swoich podkomendnych, jak chełpi się wszystkim, co zrobił. Nie mogę pochwalać sposobu, w jaki okazuje ci uczucia.

Ale przecież była druga strona tego wszystkiego. Bohaterstwo komendanta w oblężeniu Saragossy, po którym zostały blizny, odważna walka niemal w pojedynkę z bandytami tuż przed , wreszcie ta pełna aprobata dla jej niecodziennych zainteresowań, sekretna pomoc, zupełnie szczere zainteresowanie jej osobą i śmiało okazywane względy.

Spojrzała na ich złączone dłonie i podjęła decyzję

– Proszę się nie martwić, kapitanie Enrique. Odeślę wszystkich z kwitkiem. Wszystkich prócz ciebie.

*

To prawie tak, jakbyśmy byli narzeczonymi – myślała Emiliana z rozmarzeniem, powożąc bryczką. Wiedziała, że trochę nagina fakty, ale właściwie, jakby się zastanowić: wyraził intencję pojęcia jej za żonę, a ona się zgodziła. Na dobrą sprawę czekali tylko na pozwolenie ojca.

Na samo wspomnienie pocałunku dziewczynie robiło się gorąco i nie miało to nic wspólnego z tym, że jechała w pełnym słońcu, osłaniana jedynie przez płócienny daszek. Uśmiech nie schodził jej z ust i mimo swojej niechęci do romansów musiała sama przed sobą przyznać, że zachowuje się dokładnie jak bohaterki takich książek i, o zgrozo, zaczyna je nawet rozumieć. Mieszkanie w małym miało swoje zalety. Na przykład taką, że wszyscy się znali i traktowali trochę jak rodzina. Z drugiej strony, stanowiło to również poważną wadę – wybór kawalerów o odpowiednim statusie pozostawał ograniczony. Señoricie wydawało się, że kapitan Monastario praktycznie spadł jej z nieba.

Gdy dojechała do posiadłości rodziny Cabrera, zaskoczył ją widok dwóch żołnierzy na koniach przed wejściem. Był z nimi trzeci rumak, ale bez jeźdźca. Po kasztanowej barwie Emiliana poznała, że nie należał do komendanta.

– Ciekawe, co się dzieje? – pomyślała, powierzając bryczkę w opiekę jednemu ze służących, i weszła przez bramę.

Buenos dias!

Francisco Cabrera i przerwali ożywioną dyskusję i spojrzeli w jej stronę. Stojąca przy nich ze zmartwioną miną żona gospodarza podbiegła do niej i chwyciła ją za ręce.

Emiliana, Bóg nam cię zesłał! – wykrzyknęła. – Powiedz, czy nie mieszkamy tu od lat? Czy nie dbamy o tę ziemię? Przekonaj ich, że nie mogą nas wyrzucić!

Dziewczyna zmarszczyła brwi.

Señora Clara, spokojnie! – Uścisnęła dłonie kobiety, spojrzała w jej przejęte, ciemne oczy w kształcie migdałów. – Co się dzieje? Kto chce was wyrzucić?

Francisco podszedł bliżej, kłaniając się z szacunkiem.

de La Vega, przyjeżdżasz w trudnym momencie. Wybacz, proszę, mojej żonie to uniesienie, ale sierżant przywiózł wiadomość, która bardzo nami wstrząsnęła.

Wspomniany żołnierz sapał, przestępował z nogi na nogę i gniótł w dłoniach sombrero.

Señor Cabrera, ja tylko wypełniam rozkazy – tłumaczył bezradnie. Emiliana patrzyła na całą trójkę, coraz mniej z tego wszystkiego rozumiejąc.

– Co się stało? – ponowiła pytanie.

– Komendant żąda od nas aktu własności ziemi – wyjaśnił Francisco. Jego ciemne brwi były ściągnięte, ogorzała, szeroka twarz zafrasowana. – Potrzebuje dowodu na to, że mamy prawo tutaj mieszkać. Dał nam trzy dni na dostarczenie dokumentu. Jeśli tego nie zrobimy…

– …wyrzuci nas – dokończyła Clara ze łzami w oczach.

Emiliana poczuła się tak, jakby ktoś zdzielił ją obuchem w głowę. Komendant żąda..? A jeśli nie, to ich wyrzuci? Zamrugała i popatrzyła na sierżanta Garcię, zupełnie zdezorientowana. Ten rozłożył ręce.

– Taki dostałem rozkaz, – usprawiedliwił się.

– Od komendanta Monastario? – musiała się upewnić.

.

Dziewczyna nie wierzyła własnym uszom. Popatrzyła na smutnego señora Cabrerę, na przerażoną Clarę.

– Sierżancie, ale dlaczego? – zapytała. – Po co komendantowi ten akt własności? Czy to jakaś nowa formalność, której wszyscy będziemy musieli dopełnić?

– Nie wiem, Emiliana. Kapitan nie tłumaczy mi swoich rozkazów, każe je tylko wykonać.

Dziewczyna przygryzła wargę i spojrzała na Cabrerów.

– Nie macie aktu własności? – spytała cicho. Francisco potrząsnął głową. Łzy pociekły z oczu Clary. Emiliana uścisnęła dłonie señory i przeniosła wzrok na Garcię. – Sierżancie, pojadę z panem do i porozmawiam z kapitanem Monastario. Jestem pewna, że zaszło tutaj jakieś nieporozumienie.

*

skwapliwie skorzystał z zaproszenia señority. Siedział właśnie obok niej w bryczce, osłonięty płóciennym daszkiem przed coraz bardziej palącym słońcem. Dwaj żołnierze jechali za nimi, prowadząc luzem jego konia.

– Sierżancie, czy komendant kazał panu dostarczyć akty własności ziemi wszystkich rancheros, czy samego señora Cabrery? – zagadnęła Emiliana.

– Wysłał mnie tylko tutaj.

Dziewczyna zmarszczyła brwi.

– To dziwne. I nie powiedział, po co mu ten dokument?

, komendant nie tłumaczy mi swoich rozkazów, tylko każe je wykonać. No, i jeszcze złości się, jeśli zrobię to źle – dodał, spuszczając wzrok. – A zdarza mi się, bo czasem ich nie rozumiem, albo rozumiem nie tak, jak trzeba.

– I wtedy komendant wciąż ich panu nie wyjaśnia?

Garcia potrząsnął głową i westchnął.

– Nazywa mnie tylko tłustym osłem albo bałwanem, i grozi, że zabierze mi żołd.

Emiliana poczuła się nieswojo. To było zupełnie tak, jakby sierżant opowiadał o jakimś innym komendancie. Capitán Enrique, którego ona znała z lekcji fechtunku, był wymagającym, ale dobrym nauczycielem. Precyzyjnie tłumaczył wszystkie pozycje, korygował błędy, chwalił postępy. Spodziewała się, że jest taki sam w stosunku do żołnierzy.

–  Zwróć kiedyś uwagę, jak twój kapitan traktuje swoich podkomendnych – zabrzmiały jej w głowie słowa ojca. – Zaraz, zaraz, jak to Monastario powiedział na pierwszym treningu? „Oczywiście, że używam niestosownego słownictwa, kiedy coś nie wychodzi innym, ale nigdy w obecności damy”. – Señorita nagle zdała sobie sprawę, że nie ma pojęcia, jak jej ukochany zachowuje się wobec innych, bo prawie zawsze rozmawiała z nim w cztery oczy!

– Kapitan chyba spodziewał się tutaj lepszego wojska – mówił dalej Garcia cokolwiek zgnębionym tonem. – Ciągle powtarza, że przynosimy wstyd całej hiszpańskiej armii. A to przecież nie nasza wina, że tak nas wyszkolono.

Emilianie ciężko było się nie zgodzić.

– Jeśli nie jest zadowolony z waszego poziomu, mógłby przeprowadzić ćwiczenia, poprawić błędy – zauważyła.

Si, mógłby – przytaknął sierżant gorliwie. – Chociaż wydaje się bardzo zajęty. Wciąż przesiaduje w swoim biurze i sprawdza sterty papierów.

– Zajęty? – zastanowiła się . – Bez żadnych wyrzutów spędza ze mną całe poranki, każdego dnia!

– Ale ostatnio dał nam nowe szpady i rapiery – dodał Garcia, jak zwykle skłonny zobaczyć przebłysk dobra nawet w nielubianym przełożonym.

– O, naprawdę? – zainteresowała się dziewczyna.

– Z towaru señora Corteza, który sprawdzaliśmy. Prawdę mówiąc, – sierżant zerknął na nią niepewnie i zniżył głos – to były szpady, które trochę porysowaliśmy podczas inspekcji, ale jak mówią, darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda.

Emiliana spojrzała na żołnierza z namysłem.

– I komendant nie był zły o to, że zniszczyliście broń podczas wykonywania obowiązków? – zapytała. Sierżant zmarszczył brwi i podrapał się po nieogolonym podbródku.

– Nie, nawet nie! To właściwie trochę dziwne, że nie wyzwał mnie znowu od nieuważnych idiotów.

Dziewczyna przypomniała sobie przerażonego señora Corteza i jego opowieść o tym, co się stało z niektórymi sztukami broni. Wersję wydarzeń, której nie chciała wtedy dać wiary.

– Sierżancie, ale komendant zapłacił za te szpady… prawda?

– Musiał – przekonywała się. – Enrique ma przecież wystarczająco honoru, żeby nie uciekać się do zwykłej kradzieży.

Garcia namyślał się chwilę.

– Nie przypominam sobie, .

Pomimo upału Emiliana zadrżała.

*

Na rozkaz sierżanta brama została otwarta i wjechali na teren garnizonu. Nie czekając, aż Garcia ją zaanonsuje, dziewczyna sama poszła do kwatery komendanta i zapukała. Znajomy głos, który przywoływał tyle miłych wspomnień, pozwolił jej wejść.

Monastario siedział przy biurku, pochylony nad stertą dokumentów. Podniósł głowę i na jego twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia.

Emiliana! – Wstał i podszedł do niej, uśmiechając się. – Nie spodziewałem się zobaczyć cię tak szybko, tym bardziej tutaj, ale to bardzo miła niespodzianka.

Ucałował jej dłonie. Patrząc w znajome niebieskie oczy, dziewczyna nabrała pewności, że wszystko uda się wyjaśnić i rozwiązać pomyślnie problem Cabrerów.

– Usiądź, proszę. Czy mogę zaproponować ci coś do picia?

Emiliana zawahała się chwilę, ale że było bardzo ciepło, poprosiła o wodę i przysiadła na krześle naprzeciwko biurka oficera.

– Kapitanie, przepraszam, że przeszkadzam w pracy, ale pojawiła się pilna sprawa, którą chciałabym wyjaśnić.

Monastario machnął ręką i podał jej szklankę wody.

– Nonsens – oznajmił, zajmując miejsce naprzeciwko. – Nigdy mi nie przeszkadzasz, . Co to za sprawa?

– Pojechałam z wizytą do naszych sąsiadów, Francisca i Clary Cabrerów, i spotkałam tam sierżanta Garcię. Dowiedziałam się, że domaga się pan od nich aktu własności. Inaczej grozi im wyrzucenie z domu.

Komendant potarł kozią bródkę.

, to zwyczajowa procedura – oznajmił, unikając wzroku dziewczyny. – Zgodnie z prawem nie można posiadać na własność majątku, jeśli nie ma się na to odpowiednich dokumentów.

Dziewczyna zmarszczyła brwi.

– Ale nie sprawdza pan pozostałych mieszkańców – zauważyła. – Nie żądał pan aktu własności ode mnie i mojego ojca.

, błagam, nikt nie kwestionuje praw waszej rodziny do majątku! – wykrzyknął Monastario, jak gdyby oburzony taką możliwością. Emiliana skrzyżowała ręce na piersi.

– A kto kwestionuje prawa Cabrerów? – zapytała odrobinę wyzywająco. Kapitan zawahał się tylko przez moment.

– Nie mogę wyjawić nazwiska mojego informatora, ale dowiedziałem się z zaufanego źródła, że señor i señora Cabrera zajmują swoją posiadłość nielegalnie. Jako przedstawiciel władzy królewskiej w nie mogę pozwolić, aby takie przypadki miały tutaj miejsce.

Emiliana potrząsnęła głową. Argumenty Monastario były logiczne, ale brzmiały zwyczajnie nieludzko, zwłaszcza że chodziło o dobro ludzi, których znała i lubiła. Pochyliła się i oparła łokcie na blacie biurka.

– Kapitanie, rozumiem, że są pewne prawa, które musimy respektować. Zastanówmy się jednak: ta rodzina mieszka tam od kilku pokoleń. Dlaczego nikt nie nadał im ziemi na własność, nie mam pojęcia. Czy nie warto teraz naprawić tego błędu i po prostu sporządzić odpowiedni dokument? Tak, żeby mogli tam przebywać legalnie?

Monastario położył rękę na piersi.

Señorita, ja nie mam takiej władzy.

Dziewczyna wpatrywała się w niego z niedowierzaniem.

– Ale ma pan władzę, żeby odebrać im ziemię i wyrzucić na bruk? – zapytała z goryczą. – Kapitanie, sam pan musi przyznać, że takie rozwiązanie jest po prostu okrutne.

Rysy komendanta stwardniały. Pochylił się w stronę señority, opierając dłonie na biurku. Po raz pierwszy spojrzenie, jakie jej rzucił, było chłodne.

– Świat bywa okrutny, señorita, a prawo bezlitosne. Nie ja je ustanawiałem, ale muszę przestrzegać i zrobić, co do mnie należy.

Emiliana przysunęła się tak blisko, że prawie stykali się nosami.

– Ale ma pan wybór! – nalegała. – Może pan zrobić to, co słuszne. Wszyscy pana poprzemy, będzie miał pan opinię dobrego, sprawiedliwego komendanta!

Monastario skrzywił się. Oczy mu pociemniały.

– Tylko tak się składa, señorita – powiedział z goryczą – że nikt nie bierze opinii pod uwagę. Liczy się efekt końcowy, nie sposób osiągnięcia celu. Majątek i autorytet, a nie szlachetne zamiary.

Dziewczyna patrzyła na niego, zdezorientowana.

Efekt końcowy, nie sposób osiągnięcia celu…

          Miałem na myśli raczej rezultat niż sposób, żeby go osiągnąć, powiedział jej dzisiaj Monastario. Zrozumiała. Odsunęła się powoli od oficera, odchyliła w krześle.

– Kto przejmie majątek Cabrerów? – spytała cicho.

– Przejdzie na własność królestwa Hiszpanii – odparł kapitan. Emiliana zaśmiała się z niedowierzaniem.

– Czyli pana – stwierdziła bezbarwnie. – W praktyce będzie pańską własnością.

Zamierzam poprosić don Alejandra o twoją rękę tak, jak należy, gdy tylko będę miał mu co zaoferować jako przyszły zięć. To to miał na myśli!

Señorita… – zaczął Monastario pojednawczo, ale dziewczyna nie dała mu dokończyć. Wstała gwałtownie i spojrzała chłodno na człowieka, któremu tak pochopnie obiecała dzisiaj swoją rękę.

– Jeśli przyjdzie pan do mojego ojca jako właściciel majątku, który odebrał innej rodzinie, nie ma pan co liczyć na małżeństwo ze mną – oznajmiła drżącym, ale zdecydowanym głosem. – Sama panu odmówię.

Odwróciła się na pięcie i wyszła. Gdy zamykała drzwi, usłyszała jeszcze, jak Monastario wyrżnął pięścią w biurko.

*

Emiliana popijała lemoniadę na patio Cabrerów. Razem z nią siedziała señora Clara. Już nie płakała, chociaż jej zaczerwienione oczy wskazywały na to, ile łez wylała, podczas gdy señorita próbowała coś wskórać u komendanta. Zazwyczaj obie kobiety miała wiele wspólnych tematów. Emiliana bardzo lubiła Clarę właśnie dlatego, że señora Cabrera nie była nudną, wypieszczoną panną z arystokracji i można było porozmawiać z nią o codziennych sprawach . Dzisiaj jednak rozmowa się nie kleiła. Groźba opuszczenia domu wisiała nad wszystkimi jak burzowa chmura, z której lada chwila spadnie ulewny deszcz, a przed którą nie ma gdzie się schować. We wnętrzu domu don de La Vega rozmawiał z Francisco Cabrerą, próbując znaleźć wyjście z sytuacji. Przy Emilianie i Clarze kręcił się siedmioletni synek Cabrerów, Javier.

– Mamo, to gdzie my teraz będziemy mieszkać? – dopytywał, wpatrując się w Clarę ciemnymi oczami, tak podobnymi do jej własnych.

– Wynajmiemy pokój w gospodzie, mi hijo – odparła señora Cabrera, siląc się na uśmiech i głaszcząc chłopca po zmierzwionych, czarnych włosach. – Będziesz mógł codziennie patrzeć na żołnierzy i widywać sierżanta Garcię.

– Już nie lubię sierżanta. – Javier naburmuszył się. – Nie będę rozmawiał z kimś, kto wyrzuca nas z domu.

– Taki dostał rozkaz, kochanie. – Clara westchnęła. – Żołnierz musi wykonywać rozkazy swojego komendanta.

Chłopak kopnął energicznie kamyk, który potoczył się aż pod bramę.

– Komendanta też nie lubię – zawyrokował i pobiegł za skalną bryłką spojrzeć, jak daleko poleciała.

– Możecie zamieszkać u nas – odezwała się Emiliana. – Ojciec na pewno nie odmówi wam gościny. Zdziwiłabym się, jeśli jeszcze tego nie zaproponował twojemu mężowi, señora.

Clara spojrzała na nią ze zmęczonym uśmiechem.

Señorita, dziękujemy wam serdecznie, ale to nawet nie chodzi o to, że nie będziemy mieli gdzie mieszkać. Stać nas przecież na wynajem pokoju w gospodzie. Ale to wszystko, co tu mamy, to, co wypracowaliśmy, o co dbaliśmy… – Przymknęła oczy, które znów wezbrały łzami. – Dorobek naszego życia i przodków Francisca pójdzie na marne.

Emiliana sięgnęła i nakryła jej dłoń swoją.

Señora, jeszcze nie wszystko stracone. Mamy trzy dni, żeby przekonać kapitana Monastario do zmiany decyzji. Mój ojciec zbierze innych donów i pojadą z nim rozmawiać. Jestem pewna, że i nasz alcalde będzie miał coś do powiedzenia na ten temat.

Clara uśmiechnęła się smutno i pokręciła głową.

Señorita, jeśli ty nie byłaś w stanie zmienić zdania komendanta, nikt tego nie zrobi.

Emiliana westchnęła. Nie musiała nawet pytać, co señora Cabrera miała na myśli.

Prosto z pojechała do domu, gdzie opowiedziała ojcu, co zaszło. Don natychmiast wsiadł do bryczki, gotując się ze złości, i pojechali razem do Cabrerów. Stary de La Vega początkowo nie szczędził komendantowi obelg, ale widząc zaciętą, ponurą minę córki, opanował się nieco i mruczał tylko od czasu do czasu pod nosem różne inwektywy, z których Emiliana wyłapywała sformułowania w stylu „a to łotr!” czy „łajdak nie ma krzty przyzwoitości”.

Zza domu wybiegła najstarsza córka Cabrerów, szczupła i rudowłosa.

Mi mama! – zawołała, podbiegając do Clary. – Joaquin przewrócił się, zbił kolano i bardzo płacze.

Señora Cabrera westchnęła.

– Ile razy trzeba wam powtarzać, żebyście nie bawili się na tych starych deskach? – Wstała. – Przepraszam, señorita, pójdę pozbierać to małe nieszczęście. Javier! – zawołała na średniego syna, który biegał w pobliżu, nadal kopiąc kamyk. – Chodź tutaj i dotrzymaj towarzystwa señoricie, gdy mnie nie będzie.

Chłopiec zostawił w spokoju zabawę i stanął posłusznie przy Emilianie. Odczekał, aż matka zniknie za rogiem, i spojrzał señoricie prosto w oczy.

– Nie chcę się wyprowadzać – poskarżył się. Dziewczyna westchnęła.

– Wiem. Spróbujemy znaleźć sposób, żebyście nie musieli.

– Zrobimy bunt? – ożywił się Javier. Emiliana uniosła brwi.

– Bunt? – powtórzyła z uśmiechem.

– Czytałem wczoraj taką książkę o piratach i tam załoga nie lubiła swojego kapitana, więc zrobiła bunt. My też możemy! Trzeba mieć broń i umówić się w sekrecie, i ustalić tajny sygnał dla wszystkich.

Emiliana pokręciła głową i zaśmiała się.

– Tam też chodziło o skarb – dodał Javier i westchnął. – To zawsze chodzi o jakiś skarb.

Señorita spojrzała na niego z zainteresowaniem.

– Co masz na myśli, mówiąc „też”? – zapytała. Chłopiec przysiadł na krześle naprzeciwko niej.

– Mama i tata uważają, że to głupoty, ale jest taka legenda, która mówi, że na naszej ziemi jest zakopany skarb. Ja myślę, że to dlatego chcą nas stąd wyrzucić. Żeby ten skarb zdobyć!

Emiliana zmarszczyła brwi. Wiedziała, że dla Monastario skarbem była sama posiadłość, ale ktoś przecież zdradził mu, że Cabrerowie zajmują teren bez odpowiednich dokumentów. Ktoś, kto z jakichś przyczyn chciał się ich pozbyć. Dawne urazy brzmiały mniej niedorzecznie, niż pragnienie odszukania legendarnego skarbu, ale należało brać pod uwagę wszystkie możliwości.

– Opowiedz mi o tym, Javier – poprosiła. – Nie znam tej legendy.

Chłopiec poprawił się w krześle.

– Dawno, dawno temu mój prapradziadek Miguel Cabrera przypłynął do Nowej Hiszpanii razem z konkue… konki..

– Konkwistadorami? – podpowiedziała Emiliana.

– Tak, z nimi. – Javier energicznie pokiwał głową. – Wykradł Indianom złoto i uciekł aż tutaj. Zbudował dom, zaczął uprawiać ziemię. Część skarbu sprzedał, część zakopał, ale zostawił wskazówki, żeby ktoś mógł go kiedyś znaleźć, bo spodziewał się, że umrze.

– Dlaczego? – wtrąciła señorita. – Czy był chory?

Javier spojrzał na nią z politowaniem, jak gdyby nie dowierzał, że ktoś naprawdę zakłada takie nudne, codzienne sytuacje w legendzie.

– Bo wódz Indian, któremu prapradziadek ukradł skarb, przeklął go i przepowiedział mu śmierć, która przybędzie na orlich skrzydłach – wyjaśnił z przejęciem, zniżając głos. – A wiesz, señorita, jak umarł?

Emiliana uniosła brwi.

– Zaatakował go ? – zaryzykowała, siląc się na powagę. Mimowolnie zadrżała, gdy chłopiec pokiwał głową.

– Znaleźli go na wzgórzach. Miał ślady po dziobie i pazurach dużego, silnego ptaka.

Señorita upiła łyk lemoniady.

– A co z tymi wskazówkami? Wiadomo, gdzie je zostawił?

– Nie do końca. To znaczy, jedną część skarbu znaleźliśmy przez przypadek.

Emiliana zamrugała.

– Znaleźliście część skarbu? – Opowieść Javiera wciągała ją z każdą chwilą coraz bardziej. Chłopak przytaknął.

– W tamto lato. Jak powiększali piwnicę, znalazłem bardzo starą skrzynkę. W środku był złoty puchar i kartka. Ale tata mówi, że to wcale nie znaczy, że jakaś reszta skarbu istnieje, i nakrzyczał jeszcze na mnie, że chodziłem sam po budowie. – Wydął usta z niezadowoleniem. – I niby pozwolił mi zatrzymać puchar, a potem przyjechał do nas taki jeden señor. Zobaczył puchar i strasznie mu się spodobał. Chciał go nawet kupić, ale błagałem tatę, żeby nie sprzedawał mojej części skarbu, i tata tylko oddał go tak, że dostał od tego señora pieniądze, a jak znów mu je zapłaci, to ja dostanę puchar z powrotem. – Javier przerwał i westchnął. – Teraz, jak będziemy się wyprowadzać, to na pewno tata nie odkupi mojego tego pucharu – dodał z żalem. – A był naprawdę piękny, señorita! Wyglądał kropka w kropkę jak skarby piratów w książkach. Taki stary, poczerniały, i miał lśniące kamyczki.

– A co było na tej kartce? – zagadnęła Emiliana.

– To jest właśnie najdziwniejsze, señorita! – oznajmił Javier z ożywieniem. – Myślałem, że to będzie mapa, bo przecież to zawsze jest mapa, ale tam było tylko jedno zdanie, z którego nic a nic nie zrozumiałem.

– Pokażesz mi?

Chłopiec pobiegł do domu. Czekając na niego, Emiliana dopiła lemoniadę. Po chwili na patio pojawiła się Clara.

– Gdzie ten urwis Javier? – zdziwiła się od razu.

– Poszedł po jedną rzecz, którą chciałam, żeby mi pokazał. Wszystko w porządku z Joaquinem?

– Tak, to tylko otarcie. Narobił więcej krzyku, niż było trzeba. – Usiadła ciężko na krześle. – Tyle razy im mówię, żeby nie łazili sami po miejscach, które przebudowujemy. W tamtym roku Javier mało nie złamał nogi, bo szukał w piwnicy skarbu.

– Opowiadał mi o tym.

Clara zaśmiała się i przewróciła oczami.

– Wciąż o tym mówi. Upiera się, że na naszych ziemiach jest zakopany skarb i to dlatego señor rozmawiał z moim mężem o kupnie części terenu. Na pewno chce go odszukać, upiera się Javier. Czyta za dużo książek o piratach.

Señor chciał od was kupić część majątku? – zdziwiła się Emiliana.

– Tak, jakiś czas temu pytał, czy nie chcielibyśmy sprzedać mu trochę ziemi. Teraz i tak został naszym sąsiadem, bo słyszeliśmy, że wygrał majątek señora Fuentesa. Pewnie chciał porzucić swój fach i zostać ranchero.

– Tak, pewnie tak – mruknęła señorita z roztargnieniem. – Ale wziął w zastaw puchar, który Javier znalazł w piwnicy, prawda?

– A, tak. Javi ciągle męczy nas o to. Francisco chciał dokupić kilka sztuk bydła, przydały nam się pieniądze, a señor był bardzo zainteresowany tym starym rupieciem. Nigdy bym nie pomyślała, że jest miłośnikiem takich staroci, chociaż w jego profesji… Pytał, czy nie sprzedalibyśmy mu pucharu, ale Javier urządził histerię i nie można go było uspokoić, więc Francisco zdecydował się na zastaw.

Emiliana przygryzła wargę.

– Wiem, że to szalony pomysł rodem z powieści przygodowych, ale czy nie rozważaliście możliwości, że ta historia ze skarbem jest prawdziwa? Albo że przynajmniej ktoś oprócz Javiera w nią wierzy i próbuje go tutaj szukać?

Clara milczała przez chwilę. Wreszcie potrząsnęła długimi, kasztanowymi włosami.

– Nie wydaje mi się, señorita. Kto wierzyłby w podobne bajki oprócz dzieci?

– To wcale nie są bajki, mi mama! – zawołał z oburzeniem Javier, który właśnie nadbiegł. – Prapradziadek umarł od ataku orła tak, jak wódz indiański przepowiedział, a skarb jest ukryty gdzieś tutaj! Proszę, señorita, to ta dziwna wskazówka.

Papier, który podał Emilianie, był cienki i miał bardzo zniszczone brzegi. Wypłowiałe litery trudno było odczytać, zwłaszcza że siedzieli na zacienionej części patio.

– Javier, przestaniesz w końcu zamęczać wszystkich tą historią o skarbie? – Francisco Cabrera wyłonił się z wnętrza domu i podszedł bliżej, mierząc syna surowym spojrzeniem. – Wybacz mu, señorita. Chłopak ma bujną wyobraźnię i za dużo czasu na czytanie.

Javier nadął się, ale widział, że ojciec jest nie w humorze, więc nic nie odpowiedział. Razem z gospodarzem domu przyszedł również don . Podziękował Cabrerom za gościnę, zapewnił, że zrobi wszystko, co w jego mocy, żeby nie musieli wyprowadzać się z własnego domu, i skinął na Emilianę. Dziewczyna pożegnała się z domownikami i chciała oddać Javierowi papier z domniemaną wskazówką, ale chłopiec potrząsnął głową.

–  Zatrzymaj go, señorita. Ja i tak nic z tego nie rozumiem. Może ty to odczytasz i pomożesz mi znaleźć skarb!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *