Zorro i Rosarita Cortez – rozdział 9 Prace przymusowe i potrójna pułapka

Tak długi okres deszczy był niezwyczajny dla słonecznej i gorącej na co dzień Kalifornii. Ludzie zwykle narzekali na skwar i witali zmiany pogody z radością. Jednak przedłużające się nawałnice były już mocno uciążliwe. Dlatego rozpogodzenie i pierwsze dni bez chmur wszyscy przyjęli z ulgą. Nad Los powróciło słońce.

Wbrew pozorom przymusowy odpoczynek nie oznaczał bezczynności dla fałszywego komendanta i jego wspólników. Wypadek dyliżansu nasunął mu nowy pomysł na podburzanie ludności. Przedstawiał właśnie swój plan sędziemu.

“Rozmyta droga to dobry pretekst dla nałożenia nowego podatku i zaprzęgnięcia wszystkich do prac przymusowych przy naprawie. Po pierwsze jest jednym z mieszkańców, więc jak będzie się migać, to wystawi się na zdemaskowanie. Jeśli będzie uczestniczyć, to będzie zmęczony i stanie się nieostrożny, czyli również wpadnie w nasze sidła.”

Sędzia mu wtrącił. “A co z młodą senoritą Cortez? Podczas ulew wszyscy chowali się po domach, nie było ryzyka, że wpadniecie na siebie, a i jej hacjenda była pełna służby. Teraz wszyscy są spragnieni powietrza, zagrożenie dla powodzenia misji wzrasta.”

pokiwał głową i z drapieżnym uśmiechem kontynuował. “Dokładnie tak! Wszyscy będą uciekać z domów na powietrze, ale ona wciąż leczy rękę, więc wyjdzie najdalej do ogrodu. Tymczasem hacjenda będzie pusta i tam ją zaatakujemy bez świadków.”

Galindo generalnie zgadzał się z planem, ale znał też nieprzewidywalność lokalnego bohatera. “A co z ? Może uda mu się wymknąć z robót niezauważenie, jest w tym dobry. Nawet się nie zorientujemy i plan pozbycia się jej nie wypali. A druga porażka będzie już groźna, bo oznacza, że pierwsze porwanie nie było przypadkowe.”

Komendant nonszalancko rozsiadał się w służbowym fotelu. “ nie może być wszędzie — w mieście, na drodze i w hacjendzie Cortezów. Prace przymusowe dodatkowo utrudnią mu zadanie. Niezależnie, gdzie się zjawi na ratunek, w pozostałych miejscach odniesiemy sukces.”

Sędzia wciąż zamyślony delektował się winem. Po chwili namysłu zapytał. “W mieście? A co planujesz robić w mieście, co mogłoby zwrócić jego uwagę?”

“Nie wszyscy peoni będą mogli sobie pozwolić na kolejny podatek. Wystarczy dać im alternatywę: zamiast oddać pesos, dostaną baty. Wielu zgodzi się na taki układ. A się to nie spodoba.” Stuknęli się kieliszkami z toastem “Salud, powodzenia”.

xxx xxx

Diego siedział z ojcem w salonie i toczyli zacięty pojedynek. Mimo intensywnego wysiłku starszy wyraźnie przegrywał. W końcu położył swojego króla na szachownicy z westchnieniem.

“Jakkolwiek bym się nie starał, zawsze udaje Ci się wygrać. A to podobno ja byłem oficerem i znam się na strategii.”

Młodzieniec uśmiechnął się pocieszająco i zaczął ustawiać pionki w ustawieniu początkowym. “Ojcze, to tylko gra, nie przypisuj jej aż takiego znaczenia. Jak słusznie zauważyłeś, Ty masz doświadczenie na polu walki, a ja w tym czasie spędzam czas na przestawianiu figur. To nie jest materiał do porównywania. Rewanż?”

Jednak zanim zaczęli kolejną partię, drzwi trzasnęły z hukiem i do środka wpadł zaaferowany , który żywo zaczął gestykulować. Diego nie nadążał za jego opowieścią.

“Zwolnij trochę, nic nie rozumiem.” Służący odetchnął i zaczął pokazywać jeszcze raz, ale wolniej.

“Komendant wydał rozporządzenie…” odczytywał znaki młodzieniec. “Ludzie mają kopać, płacić i dostawać baty? Ja też? i ojciec?”

był zbyt wzburzony, więc złapał za kartkę i pióro leżące nieopodal na biurku. Napisał pośpiesznie kilka zdań i podał ją przyjacielowi.

“Każdy mieszkaniec, niezależnie od stanu, ma się stawić na roboty przymusowe przy naprawie drogi. Do tego komendant wyznaczył nowy podatek na ten cel. Kogo nie stać na podatek, może zamienić go na chłostę. W już protestują.” Odczytał na głos Diego.

Spojrzał zaskoczony na ojca, w którym już wzbierał gniew. “Jak on śmie! Utrzymanie dróg należy do obowiązków wojska, a pracownicy powinni otrzymać zapłatę za swoją pracę, a nie jeszcze z własnej kieszeni sponsorować naprawę!”

Diego był równie zdenerwowany jak , ale nie dał tego po sobie poznać. Emocje były złym doradcą, a za nowym pomysłem komendanta na pewno stała głębsza intryga. Musiał się koniecznie dowiedzieć jaka.

“Ojcze, uspokój się, na pewno przyjechał od razu, jak się dowiedział. Inni caballeros na pewno nie przyjmą tego spokojnie. Może udało im się już coś wynegocjować w międzyczasie. Pojedziemy do pueblo i zobaczymy na miejscu, jak się sprawy mają.”

Starszy mężczyzna spojrzał na syna z mieszanką odrazy i podziwu jednocześnie. “Negocjować? To jest jawne bezprawie, a ty chcesz negocjować? Jednak faktycznie powinniśmy pojechać.”

Zwrócił się do służącego, tak aby ten widział wyraźnie jego usta. “Bernardo, osiodłaj dla nas konie, proszę.”

xxx xxx

W pueblo faktycznie było gwarno jak w ulu, a centrum wydarzeń mieściło się w tawernie. Wieści rozniosły się lotem błyskawicy. Wszyscy znaczniejsi posiadacze ziemscy przybyli, aby spróbować przemówić do rozsądku kapitanowi. Potrzebowali swoich vaqueros do zaprowadzenia porządku w stadach po niedawnych ulewach, którzy i tak byli już wystarczająco zmęczeni, aby dodatkowo uczestniczyć w naprawie drogi.

Zachęceni przykładem prominentnych członków społeczności, nieśmiało protestowali też peoni, rzemieślnicy i handlarze. Dla nich i ich rodzin nowy podatek oznaczał głód.

stał niewzruszenie i wysłuchiwał skarg. Część z nich była sensowna, musiał to przyznać. Gdy obywatelom zaczęły kończyć się już argumenty i szum przycichł, kapitan przemówił.

“Szanowni mieszkańcy, wiele waszych wniosków jest słuszna i z chęcią się do nich przychylę. Ale musicie także zrozumieć, że sprawna droga to dobro publiczne i wszystkim powinno zależeć, żeby była w stanie umożliwiającym przejazd. I nie chodzi tu tylko o kwestie handlowe czy komunikacyjne, ale także o wasze bezpieczeństwo.”

Uśmiechnął się w duchu, gdy usłyszał szepty wokół.

“Kto uchyla się od obywatelskiego obowiązku, kto chce dorobić się na pracy innych, powinien się wstydzić. Ja też nie mogę stać i patrzeć na takie pasożyty bezczynnie. Muszą zostać dla przykładu ukarani. Kto nie zapłaci, otrzyma karę chłosty – 5 batów za każde nieuiszczone peso.”

Jakiś peon z tylnego rzędu ośmielił się sprzeciwić. “Ale to oznacza 50 batów za całość!”

miał zawziętą minę. “Złodziei i pasożyty społeczne należy karać!”

Dla podkreślenia swoich słów uderzył pięścią w stół.

Potem jednak kontynuował spokojniej, a na jego ustach wykwitł prawie przyjazny uśmiech.

“Rozumiem jednak wasze obiekcje, co do wysiłku, który trzeba włożyć w naprawę drogi. Dlatego przygotuje listę, będziecie mogli zapisywać się  na zmiany. Każdy ma przepracować 5 godzin dziennie. Wyjątek mogę zrobić dla niedołężnych starców i dzieci. Wszyscy inni mają się stawić od jutra rana.”

To powiedziawszy, odmaszerował z tawerny w stronę koszar. Był wielce zadowolony z zastawionej pułapki. A biedny sierżant został otoczony przez ochotników, którzy chcieli zapisać się na poranną zmianę. Wśród nich byli też Diego i Bernardo. Chcieli zobaczyć, jak sytuacja będzie się rozwijała, a także mieć z głowy przykry obowiązek.

xxx xxx

Skoro świt, pierwsza zmiana, w tym Diego i jego służący, stawili się na wyznaczonym odcinku drogi. Część przyszła z łopatami, niektórzy mieli kilofy, żołnierze dostarczyli taczki. Praca była dość monotonna i ciężka, szczególnie że słońce przypiekało coraz bardziej. Najpierw trzeba było ściągnąć warstwę naniesionego błota i kamieni, potem wyrównać nawierzchnię i ją utwardzić.

Żołnierze, którzy pilnowali pierwszej zmiany, kopali na równi z pozostałymi. Praca posuwała się wolno, ale do przodu. Po trzech godzinach przyjechali jednak protegowani komendanta i zwolnili kolegów. Jeśli ktoś oczekiwał od nich pomocy, gorzko się rozczarował.

Nie dość, że lancierzy nie kwapili się do wysiłku, to jeszcze wyciągnęli baty. Wcześniej każdy pracował we własnym tempie, na tyle na ile pozwalało mu zdrowie i kondycja. Teraz na plecy najwolniejszych osób spadały niezasłużone razy, okraszone mało cenzuralnym poganianiem.

Kilku synów właścicieli ziemskich zaczęło protestować, ale ucichli, gdy jeden z nich też posmakował bata. Kapral w niewybrednych słowach przypomniał im, że przy pracach przymusowych każdy jest równy i ich pozycja nic nie znaczy. Wtedy nawet oni umilkli.

Diego uważnie obserwował rozwój sytuacji. Wymienił z porozumiewawcze spojrzenie i lekko kiwnął głową. Przyjaciel zrozumiał przekaz. Dźwignęli taczki pełne kamieni i zaczęli je pchać w stronę pobocza. Tuż przy żołnierzu Diego nagle przewrócił się i zaczął wić się, trzymając się za kostkę. Bernardo przypadł do niego.

Żołnierz zamachnął się na leżącego i warknął. “Wstawaj paniczyku, nikt się nie obija.”

wciąż jęczał, gdy służący pomagał mu usiąść. W końcu udało mu się podnieść, opierając cały ciężar ciała na Bernardo. Zwrócił się do szeregowego. “Moje kostka chyba jest skręcona, nie mogę nią ruszać. Bardzo boli.” Dla dodania efektu chlipnął.

Lancer pokręcił z dezaprobatą głową. “Tfu, caballeros, to takie mięczaki, myślałby kto, że cię zarzynają.” Zwrócił się do Bernarda. “Zabierz tę panienkę do lekarza i nie pokazywać mi się dzisiaj na oczy.” Machnął ręką w stronę miasta zniecierpliwiony.

Przewidując kłopoty, mężczyźni wzięli wcześniej powóz, więc bez problemu dotarli do puebla. Lekarz, zakładając łupki, dał Diego podejrzane spojrzenie. Kostka wyglądała na całkowicie zdrową, a pojękiwanie było udawane. Doświadczony doktor widział w swoim życiu wystarczająco dużo pacjentów ze skręcaniami, żeby rozpoznać fałsz.

Gdyby nie domyślał się sekretnej tożsamości de la Vegi, mógłby pomyśleć, że Diego zwyczajnie symuluje, żeby wymigać się od pracy. Jednak opatrywał już dzisiaj kilku wychłostanych peonów i wiedział, że młodzieniec potrzebuje alibi. Z ochotą mu je dostarczył. “Ta kostka wygląda brzydko . Możesz wrócić konno do domu, ale potem musisz ją oszczędzać przez tydzień albo dwa.”

Pacjent nadal się krzywił. “Dziękuję doktorze. Na szczęście przyjechaliśmy powozem, nie wiem, czy mógłbym dosiąść konia w takim stanie.”

Lekarz skinął głową i poszedł do drugiego pokoju, opatrzyć kolejną osobę. Dzisiaj miał pełne ręce roboty.

Wspierając się na i wciąż krzywiąc, dotarli do powozu. Jednak nie ruszyli od razu, przypatrując się wydarzeniom na rynku. Przy stoliku siedział z księgą podatkową Garcia i zapisywał wpłaty. Nie był szczęśliwy, gdy kolejny peon z kolejki wręczył mu monety, ale nie pełną wartość podatku. Westchnął ciężko i wskazał mu pręgierz, gdzie już uwiązanych było kilka innych osób. Jeden z żołnierzy Ortegi wymierzał baty jednemu z pechowców, których nie stać było na zapłatę.

Diego zwrócił się do Bernarda tak dyskretnie i cicho, że tylko on mógł go usłyszeć. “Droga, rynek, kapitan dobrze to sobie wymyślił. nie może być w dwóch miejscach na raz. A co jeśli za tym kryje się więcej? Jedźmy do domu, problemami zajmę się po kolei.”

xxx xxx

Na drodze znajdowały się teraz dwie zmiany — poranna kończyła, a południowa niedawno rozpoczęła pracę. Nie zmienili się za to żołnierze, którzy raz po raz popędzali ludzi. Większość caballeros, nawet starszych, oraz vaqueros była w dobrej kondycji i przyzwyczajona do ciężkiej pracy na ranczach. Baty spadały zwykle na plecy niedożywionych peonów. Oni również na co dzień ciężko pracowali, ale nie w tak morderczym tempie narzuconym przez żołnierzy.

Szeregowy chłostał właśnie jednego z nich. Zamachnął się do kolejnego ciosu, gdy zaskoczony poczuł, że bicz ciągnie go do tyłu. Puścił go i w tym samym momencie poczuł piekącą pręgę, która przechodziła mu przez całe plecy. Wywrócił się do przodu i zrozumiał, że ktoś go uderzył jego własnym biczem. Szybko wstał i wściekły odwrócił się, gotowy do walki. Przywitał go szeroki uśmiech, który nie sięgał jednak oczu, oraz kolejny cios. Upadając, krzyknął na cały głos. “Zorro, tu jest.”

Wszyscy zastygli tam gdzie byli. Peoni z ulgą, żołnierze z wściekłością. oparł niedbale nogę na plecach powalonego szeregowego. “Widzę, seniores, że nie umiecie traktować ludzi z szacunkiem. Prace przymusowe czy nie, to nie są wasi niewolnicy. Jak jeszcze raz zobaczę, że robicie komuś krzywdę…”

Przerwał, bo żołnierz leżący pod jego butem zaczął się wiercić i próbował podnieść. Zamaskowany bandyta zdjął nogę i bezceremonialnie kopnął go w żebra. To zdecydowanie ostudziło zapał szeregowego, który zaczął się wić na ziemi.

“… to ja zrobię krzywdę wam. Mam nadzieję, że się zrozumieliśmy.” Dokończył.

Kilka wiwatów zostało zagłuszonych przez kaprala. “Brać go!”.

Żołnierze rzucili się na Zorro, choć paru po drodze potknęło się o podstawione nogi, całkowicie niewinnie wyglądających mieszkańców . Dzięki temu renegat walczył na raz tylko z dwoma-trzema przeciwnikami. Wiedział jednak, że ta komfortowa sytuacja nie będzie trwała długo i dość sprawnie rozbrajał przeciwników.

Po serii krótkich pojedynków zasalutował pokonanym i zagwizdał. Zza zakrętu wyłonił się , który na odchodnym kopnął jeszcze kaprala w żołądek. odjeżdżał żegnany serdecznie, a za sobą zostawił ubłoconych od stóp do głów, zawstydzonych porażką lancerów. Większość z nich miała spędzić wieczór na cerowaniu “Z” na różnych częściach mundurów.

xxx xxx

Rozgrzany walką skradał się na tyły garnizonu. Wpadnięcie na rynek i bezpośrednie starcie nic by nie pomogło. Jedyny sposób na ukrócenie chłosty to przekonanie do tego Ortegi. Osobiście.

Ukryty za skrzydłem okna biura komendanta, zdał sobie sprawę, że pomieszczenie nie jest puste. W środku słyszał dwie osoby, które dość łatwo rozpoznał — komendanta i sędziego.

“Kapitanie jestem pełen podziwu. Jak dotąd wszystko idzie bardzo sprawnie. Myślę, że będzie z nas zadowolony. “ Zdanie seniora Galindo było zagadkowe.

? Jaki Orzeł? Tu jest jakaś głębsza intryga.” słuchał uważnie dalszego ciągu.

“Z nas sędzio? Niech będzie, że z nas, sukces ma wielu ojców, mogę się nim podzielić. Najważniejsze, że ludzie znienawidzą żołnierzy i hiszpańskiej władzy. To służy planom Orła.” Tym razem głos należał do Ortegi.

“Więc celem Ortegi i tego tajemniczego Orła jest sianie zamętu i podważanie zaufania do władzy. Teraz już wiem, skąd on ma takie pomysły.” Rozważania bandyty przerwało pytanie, które zmroziło mu krew w żyłach.

“A co z dziewczyną? Z senoritą Cortez?”

“Mój drogi sędzio, hacjenda jest pusta, specjalnie ustawiłem zmiany tak, aby wszyscy byli w pierwszej albo drugiej. Tym razem moi chłopcy nie spartaczą roboty jak ostatnim razem. Za godzinę powinni wrócić z dobrymi wiadomościami.”

chce śmierci Ros. Poprzednio to nie był przypadkowy atak, tylko celowe porwanie. Nie znam tylko motywu. Nie ma czasu do stracenia. Mam nadzieję, że kilku peonów wybaczy mi, że spóźnię się z wybawieniem ich od chłosty na rynku.” Myśli były tak czarne jak jego ubranie, a wyrzuty sumienia wyraźne. Nie wahał się jednak, gdy na szali było życie jego ukochanej.

Wrócił do miejsca, gdzie czekał na niego z Tornadem. “Zostań w pueblo, miej oczy i uszy otwarte.”

Przyjaciel był zdziwiony, gdy bandyta dosiadł konia i skierował go w przeciwną stronę niż główny plac.

wysłał zabójców do Ros. Jadę ich powstrzymać.”

Nie oglądając się za siebie, pogalopował w stronę hacjendy Cortezów, modląc się, aby nie przybył za późno.

kasiaeliza

Mama dwójki Zorrątek. Trenowałam jujitsu japońskie i ociupinkę kendo. Lubię RPGi, planszówki, geografię, historię, piłkę nożną i książki. Nie wróć, książki to kocham. :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *