Zorro i Rosarita Cortez – rozdział 35 Cisza przed burzą

Wcześniej uznana pozycja jako obrońcy Los , trzymała większość przestępców z dala od . Teraz doszła do tego wieść o rozbiciu dużej bandy Ortegi, która terroryzowała okolice od San Luis Obispo po Dolinę Tijuana i zdążyła zdobyć złą sławę. Dzięki temu ani rewolucjoniści, ani pospolite szajki nie miały większej ochoty niepokoić legowiska Lisa.

Ten względny spokój i bezpieczeństwo były bardzo na rękę młodzieńcowi, który zwykle nocami ukrywał się pod maską. Teraz Diego spędzał całe dnie razem z żoną, dbając o jej wygodę i dobre samopoczucie. Wspólnie szykowali jedną z izb gościnnych na pokój dla dziecka oraz wyprawkę dla nowego członka rodziny. Po kilku wyprawach na strych i odkurzeniu starych skrzyń znalazł nie tylko sporo maleńkich ubranek, których nawet nie pamiętał, ale też pokaźną ilość chłopięcych zabawek. Z determinacją restaurował drewnianego konika na biegunach czy zestaw kolorowych żołnierzyków.

Gdy z wysuniętym koniuszkiem języka domalowywał świeżą farbą kolejne elementy uprzęży, nie mogła powstrzymać się od żartów. “A jak to będzie dziewczynka?”

Diego wzruszał ramionami niezrażony. “Mam przeczucie, że to będzie chłopiec. A poza tym, dziewczynka też musi umieć jeździć konno!”

Gdy rozmawiali o dziecku, nie poruszali tematu ojcostwa. W niewypowiedzianym porozumieniu uznali to za tabu, którego nie warto wywlekać i bardziej roztrząsać. Woleli oddawać się marzeniom i planom na przyszłość.

xxx xxx

Stosunki między młodą donią i jej teściem też wróciły do normy, chociaż z powodów, których nie mogła się domyślać. Pamiętała, jak skruszony poprosił ją o chwilę rozmowy i przeprosił za początkowy wybuch.

“Moja droga, było to dla mnie zaskoczeniem i nie zareagowałem tak, jak powinienem. Teraz miałem więcej czasu, żeby to sobie przemyśleć i poukładać. Jeśli Diego nie widzi problemu w całej sytuacji, to ja też nie. Obiecuję, że będę traktował to dziecko jak rodzonego wnuka i nigdy nie powiem na niego złego słowa.”

xxx xxx

Jednak pożar i niespodziewane odkrycie zmieniło jeden element w rozkładzie dnia rodziny de la Vegów. Gdy udawała się do sypialni na poobiednią drzemkę, Diego wymykał się razem z ojcem na padok przed jaskinią. Nie musiał już przed nim udawać, a miał szansę poznać prawdziwe oblicze jedynaka oraz niezmyślone tym razem anegdoty ze studiów i turniejów w Hiszpanii.

Starszy don z zaskoczeniem odkrył też, że nieudolność w zakresie prowadzenia rancza była w dużej mierze pozorowana. Wystarczyło kilka tygodni wspólnej pracy przy księgach hodowlanych i finansowych, by odetchnął z ulgą. Wierzył, że gdyby go zabrakło, Diego świetnie da sobie radę z gospodarstwem.

W ukrytej dolince ojciec z synem bynajmniej nie spędzali czasu na samych rozmowach. Były one tłem do zaciętych, ale wciąż przyjacielskich pojedynków na szpady. Od czasu pokonania Ortegi i wzmożonych patroli oddziału obywatelskiego, nie miał za dużo okazji do walki, a nie chciał wyjść z wprawy. Z kolei , z nieprzystającą jego siwym włosom sztubacką radością, uczył się nowych sztuczek.

Właśnie miał zamiar zastosować jedną z nich i już oczyma wyobraźni widział ostrze wytrącone z ręki Diego, gdy niespodziewanie coś go uderzyło w twarz, a w piach poleciała jego własna broń.

“28:0. Świetnie ci idzie, ojcze. Tydzień temu o tej porze było 43:0”

Starszy rozmasował sobie czoło i schylił się po szpadę. “Gdyby nie fakt, że jesteś , starłbym ci ten buńczuczny uśmieszek z twarzy!”

Młodzieniec, nie przestając się szczerzyć, zasalutował mu ostrzem.

“Swoją drogą, co to było?”

“Podbiłem stopą kawałek patyka do góry.”

wyciągnął z kieszeni spodni chustkę i otarł pot. “Jak ty to robisz? Nie raz widziałem, jak walczysz z żołnierzami. Dla ciebie wszystko jest bronią, nawet najbardziej absurdalne albo codzienne przedmioty.”

Diego wzruszył ramionami. “Nauczyciel szermierki z każdego rocznika wybierał sobie jednego albo dwóch studentów, którym dawał dodatkowe, indywidualne lekcje. Nikt z nas nie wiedział, jakimi kierował się kryteriami, bo nie zawsze byli to najlepsi fechtmistrzowie.”

“I wybrał też ciebie?”

Młody don skinął głową. “Tak. Wracałem właśnie do koszar ze spaceru i usłyszałem krzyk. Pobiegłem w tamtą stronę i zobaczyłem, jak kilku mężczyzn napadło na młodą dziewczynę. Miała na sobie proste ubranie, chyba pracowała jako służąca w jednej z hacjend. Ich intencje były bardzo jasne. Jej krzyk na pewno słyszeli wszyscy w domach naokoło, ale nikt nawet nie wyjrzał przez okno.”

“Uratowałeś ją, oczywiście?”

Tutaj Diego się lekko zarumienił. “Nie do końca. To znaczy, tak, oczywiście, że próbowałem ją obronić, ale ich było pięciu, a ja jeden. Jednego udało mi się rozbroić, ale nie miałem szans na nic więcej. Ogłuszyli mnie, powalili na ziemię i zaczęli kopać. Zajęli się mną, więc dziewczynie udało się uciec. Tuż za rogiem natknęła się właśnie na nauczyciela szermierki w mundurze akademii i poprosiła go o pomoc. Rozbroił ich dosłownie za pomocą kilku ruchów szpady, doniczki i bańki na mleko.”

“Tak, jak Zorro!”

był dumny z syna. Wprawdzie kadet porwał się z motyką na słońce i miał więcej szczęścia niż rozumu, ale ostatecznie wyszedł z przygody bez szwanku. Dlatego z niecierpliwością dopytywał się, co było potem.

“No dobrze, i co było dalej?”

Nie spodziewał się wybuchu śmiechu. “Dalej to zemdlałem.”

Ze wszystkich rzeczy, które przyszły mu na myśl, tego się starszy de la Vega nie przewidział. Gratulacji od przełożonego, wdzięczności uratowanej w postaci gorącego całusa, ale nie bardzo niemęskiego omdlenia. Na szczęście Diego pospieszył z wyjaśnieniem.

“Obudziłem się w skrzydle szpitalnym koszar, z bardzo zmartwionym przy łóżku i bukietem kwiatów od tej dziewczyny na szafce. Okazało się, że miałem lekkie wstrząśnienie mózgu, potłuczone żebra i masę siniaków. Po tygodniu mnie wypisali. I wtedy dostałem listowne zaproszenie na te prywatne lekcje.”

“I na nich nauczyłeś się tak walczyć?”

“Dokładnie. Kapitan wciąż mi powtarzał, że bronią może być wszystko. Wymagał improwizacji, świadomości otoczenia, gdyby przyszło mi kiedyś mierzyć się z kilkoma przeciwnikami naraz i szukania własnej drogi ze szpadą. Przy czym jego metody nie zawsze były… jakby to ująć… tradycyjne.” Diego oparł lekko czubek broni o piasek i z nostalgicznym uśmiechem zanurzył się we wspomnieniach.

“Raz na jakiś czas napychał mi kieszenie, jakimś ziołem, które jest kozim przysmakiem. Do dziś nie wiem, co to było dokładnie. Zwierzętom nakładał skórzane derki, żeby przypadkiem nie zrobić im krzywdy i do nich przywiązywał rybie pęcherze, które miałem trafiać…”

“…a w tym czasie kozy goniły ciebie w nadziei na ten przysmak! Nic dziwnego, że cały garnizon żołnierzy nie ma z tobą szans!” Dokończył ubawiony z błyskiem w oku. Skorzystał z rozproszenia syna i jego luźnego chwytu na rękojeści.

“28:1. Jak widać, ja też się szybko uczę!”

“Ojcze!” Krzyknął na wpół zaskoczony, na wpół rozbawiony młodzieniec, ponosząc z ziemi swoją broń. Starszy zasalutował.

Wznowili ćwiczenia, ale już z mniejszą intensywnością.

“Co zrobisz, gdy rewolucja zawita do naszego pueblo?” zapytał już poważniej.

“Mam kilka pomysłów, ale nie mogę ich podać do publicznej wiadomości.”

“Dlaczego? Wtedy oddział obywatelski byłby jeszcze lepiej przygotowany na różne scenariusze.”

“Lepiej przygotowany na napaść rewolucjonistów albo na złapanie Zorro. Na razie nie chcę ryzykować. Ale jak wrócimy na lemoniadę, to rozrysuję ci je na wszelki wypadek. I… ojcze?

“Tak?”

“29:1” Powiedział Diego, obserwując szybującą szpadę.

xxx xxx

Niepokoje w regionie i pukająca do drzwi rewolucja to nie było jedyne zmartwienie pewnego puszystego sierżanta. Zawsze pozostawała kwestia skradzionego podatku, który należało zebrać i wysłać do Monterey jeszcze raz. wyrozumiale znacząco wydłużył termin oraz zaproponował płatność ratalną, aby sytuacja z kradzieżą się nie powtórzyła.

Mieszkańcy nie byli zachwyceni, że muszą zapłacić podatek podwójnie. Ale wieści z innych i misji oraz postawa wojska i władz cywilnych, łagodziła gorycz. Dlatego wszyscy pracowali ciężej, a wzajemna pomoc sąsiedzka i współpraca zacieśniała relacje.

Jednak to, co naprawdę uchroniło garnizon Los przed otwartym buntem, to był pomysł Garcii. Kilka dni po przyjeździe kolejnego kuriera z nakazem podatkowym, poprosił de la Vegów o rozmowę. Diego widząc niepewną minę przyjaciela, zaproponował, żeby udali się do gabinetu komendanta, gdzie będą mieli większą swobodę.

Gdy już wszyscy usiedli, zaczął ostrożnie “O co chodzi, sierżancie? Czy dostałeś jeszcze jakąś korespondencję z Monterey?”

Garcia spuścił wzrok i zaczął nerwowo bawić się kciukami opartymi na brzuchu. “Nie… oprócz tej z podatkiem… ja… ludzie… garnizon…  “

Zerknął na młodego dona, a Diego uśmiechnął się zachęcająco, podobnie jak jego ojciec.

“Śmiało przyjacielu. Cokolwiek powiesz, zostanie to między nami.”

Żołnierz westchnął i zaczął wciąż niepewnym głosem opowiadać. “Tak, wiem. Mam pewien pomysł, ale on chyba nie jest zbyt dobry. Tylko że nie mam innego, więc może…”

wstał, nalał do kieliszka wina i podał Garcii. “Sierżancie, pomysły mogą być lepsze lub gorsze, ale dopóki nie poznamy twojego, nie mamy szansy go przedyskutować. A przecież po to nas tutaj poprosiłeś, prawda? Co trzy głowy to nie jedna.”

Lansjer wychylił zawartość jednym haustem i już normalnie zaczął opowiadać. “Żołnierze, i ja też, mamy wyrzuty sumienia w związku z tym skradzionym podatkiem. To jest niesprawiedliwe, że wszyscy mieszkańcy muszą zapłacić jeszcze raz, tylko dlatego, że daliśmy się okraść. I gdyby to od nas zależało, to cały garnizon pokryłby kwotę ze swojego żołdu, ale nie dostajemy aż tyle.”

Diego wszedł mu w słowo. “Sam mówiłeś, że nawet z pomocą Zorro, nie mieliście szans w starciu z bandytami. Zrobiliście wszystko, co mogliście, a kilku odniosło rany. Nikt was nie wini.”

Garcia spojrzał na niego i przez chwilę przyglądał się mu z zaskoczeniem, po czym wrócił do głównego wątku. “Co nie zmienia faktu, że i tak czujemy się odpowiedzialni. I to wciąż niesprawiedliwe. Więc pomyślałem, że żołnierze mogliby być regularnie delegowani do pracy na polu, w sadach albo przy bydle, wszędzie tam, gdzie by się przydali.”

“To świetny pomysł. Mieszkańcom przyda się pomoc, a na pewno ukoi to wasze sumienia, chociaż także uważam, że przesadzacie.” Reakcja starszego de la Vegi była entuzjastyczna.

Ale Diego znał przyjaciela i wiedział co go tak naprawdę martwi. “Tylko, jeśli lansjerzy będą pracować, to nie będą ćwiczyć, a ich zdolność bojowa spadnie. A w obecnej sytuacji nie możesz sobie na to pozwolić.”

Sierżant kiwnął głową i rozłożył ręce. “Dokładnie . Chciałbym pomóc mieszkańcom, ale jednocześnie powinienem przeprowadzać więcej ćwiczeń, i jeszcze te niepokoje w całej Kalifornii, i jak, Madre de Dios, mi się za te podatki zbuntują tutaj…”

“Zgadzam się, że nie jest to najlepszy pomysł…” Kątem oka młodzieniec zauważył gromy w oczach rodzica. “… ale chyba jedyny sensowny. Poprawi morale żołnierzy i mieszkańców, szybciej spłacimy zobowiązania wobec gubernatora, a mając oddział ochotniczy mojego ojca, możesz zaryzykować.”

Ogromny ciężar spadł z barków Garcii, a twarz ozdobił promienny uśmiech. “, don Diego, . Co ja bym bez was zrobił?”

“Byłbyś tak samo dobrym pełniącym obowiązki komendanta jak dotychczas. To, co? Może wzniesiemy toast w tawernie? Za zacne pomysły?”

xxx xxx

I tak we względnym spokoju minęły kolejne 4 miesiące. Żołnierze pracowali na równi z mieszkańcami, udało się tytanicznym wysiłkiem uregulować podatek i nikt się nie buntował. Bandyci omijali okolice.

Najmłodszy de la Vega rósł bezpiecznie pod sercem Rosarity, która była piękniejsza niż kiedykolwiek, co coraz mocniej umacniało przeczucie Diego o synu. Seniora przywykła do nieśmiałości męża w sypialni i pogodziła się z nią, a jej myśli coraz mocniej zaprzątało dziecko.

Ale była to cisza przed burzą, która na zawsze miała zmienić życie , całej Kalifornii i pewnego szlachetnego rzezimieszka na czarnym koniu.

kasiaeliza

Mama dwójki Zorrątek. Trenowałam jujitsu japońskie i ociupinkę kendo. Lubię RPGi, planszówki, geografię, historię, piłkę nożną i książki. Nie wróć, książki to kocham. :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *