Zorro i Rosarita Cortez – rozdział 8 Nocna wizyta i sezon burzowy

Znów czarny cień galopował przez ciemną prerię. Jego umysł był niespokojny, w przeciwieństwie do ciała, które pewnie i z wprawą prowadziło . Wszelkie domysły i podejrzenia, które rozważał z przez cały tydzień, wiodły donikąd. Miał przeczucie, że jest w to, w jakiś sposób zamieszany, ale wciąż nie znał motywu. chętnie spędzała czas w towarzystwie Diego, ale w rozmowach nie wracali do przykrych wydarzeń, a on nie chciał zbyt mocno naciskać. Być może będzie bardziej otwarta przy jej wybawicielu.

Zbliżając się do hacjendy Cortezów, zwolnił do spokojnego kłusa, a potem do stępa. Uważnie przeczesał wzrokiem okolicę i same zabudowania. Służba dawno poszła już spać, podobnie jak . Jedyne światło paliło się w oknie jego bratanicy. “Przynajmniej nie przestraszę jej niespodziewaną pobudką o tak późnej porze w nocy.”

Wspięcie się na balkon z grzbietu Tornado nie było trudne. Z kocią zręcznością i bezszelestnie przerzucił nogi przez barierkę i ostrożnie zajrzał do środka. Obraz, jaki zobaczył, stopił mu serce. siedziała w bujanym fotelu, wciąż w sukni i z ciepłym szalem zarzuconym na ramiona. Tym samym, który ostatecznie kupił pechowego dnia. W jednej dłoni trzymała książkę, którą z zapałem i wypiekami na twarzy czytała. Tymczasem druga, już bez temblaka, ale wciąż zabandażowana, nieświadomie bawiła się końcem szala i dotykała nim ust. Na stoliku drgała zapalona świeczka.

delikatnie zapukał w szybę. Dziewczyna była tak zafascynowana lekturą, że w pierwszej chwili nie usłyszała hałasu. Dopiero za trzecim razem rozejrzała się i zobaczyła postać za oknem. Błysk zrozumienia i czegoś jeszcze, czegoś nienazwanego, zamigotał, gdy podeszła i otworzyła skrzydło.

“Senior .” Tyle była w stanie z siebie wydusić. W końcu nie co dzień młody mężczyzna zakradał się do jej sypialni, a już szczególnie nie bandyta, poszukiwany listem gończym w całej Kalifornii.

“Buenas noches senorita. Przepraszam za tak późną wizytę, ale wolę działać pod osłoną nocy. Chciałem porozmawiać, jeśli to nie kłopot.” Równy rząd białych zębów zalśnił na tle czarnego stroju. w pierwszej chwili nie wiedziała co zrobić — rozmawiać z nim przez okno czy zaprosić, aby wszedł? Była dobrze wychowana, a sytuacja wybiegała daleko poza standardowe konwenanse. Młody mężczyzna w jej sypialni kilka godzin po północy, w dodatku wchodzący przez okno…

W końcu jednak zdecydowała, że jest dżentelmenem, co już zdążył udowodnić, a poza tym zawdzięczała mu życie. Odsunęła się i zaprosiła go do środka. “Buenas noches, czytałam książkę, więc i tak nie spałam. Proszę, senior, wejdź, nie będziemy przecież rozmawiać przez parapet.”

Z podziwem patrzyła, jak z gracją wsunął się do środka. Teraz, na spokojnie, choć z mocno bijącym sercem i w blasku migocącej świeczki, miała okazję mu się przyjrzeć. Był bardzo wysoki, gdy się wyprostował. W czarnej pelerynie wyglądał jak olbrzym, choć było to pewnie złudzenie. Szeroka klatka piersiowa i silne ramiona, które kilka dni temu ją obejmowały, przywołały na jej policzki lekki rumieniec. Zgrabnie zarysowana szczęka i czekoladowe oczy zdradzały stanowczość i inteligencję. Doskonale zadbany wąsik dodawał mu tajemniczości.

“Nie miałam okazji podziękować za ratunek. Gdyby nie ty, senior, byłabym już pożywieniem dla kojotów. A nawet nie chcę myśleć, co by się stało wcześniej.” Zaskakując siebie swoją śmiałością, podeszła bliżej, położyła rękę na piersi renegata i wspiąwszy się na palce, pocałowała go w policzek. Szybko się wycofała, ale zarówno dłoń, jak i jej usta płonęły. Spuściła skromnie głowę.

był równie zaskoczony, a w głębi także poruszony, ale nie dał tego po sobie poznać. Odchrząknął. “Nie ma za co dziękować, po prostu znalazłem się we właściwym miejscu, o właściwej porze. Lub prawie właściwej porze. Jak twoja ręka, senorita? Czy bardzo boli? Mam nadzieję, że nie było innych ran.” Zachowanie spokoju kosztowało go nieco nerwów, ale napięcie w pokoju nieco opadło.

Odpowiedział mu genialny uśmiech. “ bardzo chwalił twój opatrunek, dzięki niemu, nie uszkodziłam żadnych żył ani ścięgien. Już nie boli, ale szwy są denerwujące, swędzą i ciągną. I oprócz kilku siniaków nic mi się nie stało.”

kiwnął głową z łobuzerskim wyrazem twarzy, a Ros zrobiło się miękko w kolanach. “To dobrze, cieszy mnie powrót do zdrowia. nie jest takie samo bez twojego uśmiechu. “ Nie mógł się powstrzymać, po prostu wymsknęło mu się. W przebraniu zawsze mógł pozwolić sobie na więcej. A jej obecność tak blisko, bez żadnego realnego zagrożenia, na którym musiałby się skupić, działała na niego jak narkotyk.

“A więc to tak, spotyka mnie w pueblo bez maski!” Trybiki w jej ślicznej głowie już zaczęły pracować. Zanim jednak zdążyła pociągnąć go za język dalej, mężczyzna otrząsnął się i kontynuował.

“Wolałbym na razie, aby tak pozostało. Nie wiemy, dlaczego i przez kogo zostałaś senorita porwana i póki co najbezpieczniej będzie nie opuszczać hacjendy.” spoważniał. “Nie odbieraj tego jak areszt domowy, tylko zapewnienie bezpieczeństwa. Wiem, że pewnie chciałabyś jak najszybciej zapomnieć o całej sprawie, ale bandyci są wciąż na wolności i być może spróbują zaatakować jeszcze raz. Przyczaili się gdzieś, a żołnierze niestety pozacierali wszystkie ślady.”

Widział, że się spięła, ale przytaknęła. “Jest rozsądek w tej radzie. Lecz skąd będę wiedziała, że zagrożenie już minęło? Przecież nie będę tu siedzieć wieczność?”

“Senorita, zrobię wszystko, żeby ich znaleźć jak najszybciej. Chociaż ułatwiłoby mi zadanie, jeśli dałabyś mi jakąś podpowiedź. Czy słyszałaś, o czym rozmawiali między sobą, może coś charakterystycznego zwróciło twoją uwagę? Ubranie, siodło, broń, sposób mówienia, jakaś blizna? Lub może masz podejrzenia, dlaczego w ogóle cię porwano?” Nieświadomie zaczął chodzić po pokoju, zerkając na dziewczynę. Zawsze to robił, gdy się nad czymś mocno zastanawiał.

na chwilę pogrążyła się w myślach, mimo tego, że obecność przystojnego bohatera ją rozpraszała. “Nie, przykro mi, nic szczególnego nie widziałam ani nie słyszałam. Na początku byłam nieprzytomna, a potem wszystko działo się tak szybko. I przez te kilka dni też zadawałam sobie pytanie Dlaczego?, ale nic mi nie przychodzi do głowy.”

Wreszcie czarna figura stanęła nieruchomo z westchnieniem. “Będę musiał rozwiązać to sam w takim razie. Gdybyś coś sobie przypomniała…” Zastanowił się szybko nad sposobem komunikacji, który nie wskazywałby wprost na Diego. “…napisz, proszę notatkę i zostaw na balkonie pod doniczką.”

Nadzieja zaświtała w jej oczach. “Czy to znaczy, że jeszcze mnie odwiedzisz, senior?”

“Gdyby tak na mnie patrzyła, jak nie noszę maski…” Wyraźnie zadrżał, ale pewnym głosem odpowiedział. “Będę miał na oku hacjendę, ale staram się być nieprzewidywalny dla własnego bezpieczeństwa.”

Szarmancko ujął jej zdrową dłoń i złożył na niej pocałunek, nie przerywając kontaktu wzrokowego. “Mam nadzieję, że nie zdołam się oprzeć twojej urodzie, zanim te wakacje się skończą, senorita. Jeszcze się spotkamy. Adios.” Zdecydowanie, kolejny niezbyt przemyślany komentarz. “Weź się w garść, jesteś Zorro.”

Szybko przeskoczył przez parapet i za chwilę, jedyne co po nim zostało to odgłos oddalających się kopyt i drżąca z emocji dziewczyna. “Adios. Jeszcze się spotkamy, senior Zorro.” Powiedziała w noc, przyciskając do serca wierzch pocałowanej ręki.

xxx xxx

siedziała w swoim pokoju i wyglądała tęsknie przez okno. Krople deszczu nieustannie bębniły o szybę w usypiającym rytmie. Myślami wracała do pewnego przystojnego banity i jego nocnej wizyty. Jego ostrzeżenie potraktowała bardzo poważnie i nie oddalała się z hacjendy nawet o krok. Gojąca się ręka to był kolejny powód, równie dobry jak załamanie pogody, jakiego doświadczali od prawie dwóch tygodni. Deszcz padał przez całe dnie, z niewielkimi przerwami na krótkie, ale bardzo intensywne burze. Szarość owiła zwykle słoneczną Kalifornię.

Ruch zamarł, każdy, kto nie musiał, nie wychylał nosa za próg. Nawet Diego, który zwykle był prawie codziennie, aby dotrzymać jej towarzystwa, wpadł w odwiedziny zaledwie trzy razy. Wiedziała, że pomagał na ranczu, więc nie czuła żalu.

Wspomnienie przyjaciela zawsze rozgrzewało jej serce. “Jak bardzo przyzwyczaiłam się do jego stałej obecności… Gdy wrócę do ojca, będzie mi go bardzo brakować. Będziemy wymieniać listy, ale to nie to samo.”

Nie mogła nie zauważyć, jego rozmarzonego spojrzenia pełnego nadziei, czy wszystkich drobnych gestów, które zdradzały coś więcej niż przyjaźń. Gdy przepuszczał ją w drzwiach, kładł lekko rękę na jej plecach, często trzymał jej dłoń podczas spacerów po ogrodzie czy poprawiał kosmyk włosów, który wysunął się jej z fryzury, delikatnie zahaczając o policzek lub krawędź ucha.

Wróciła też myślami do ich prawie-pocałunku w ogrodzie doni de la Vega. “Dałam się ponieść chwili, romantycznej scenerii, jego subtelnym zalotom i urokowi.” Jednak mały, cichy głosik nie dawał jej spokoju, podpowiadając, że do tańca trzeba dwojga. Nie chciała go słuchać, a tym bardziej, głębiej rozważać znaczenia tego głosiku. “Diego jest moim przyjacielem, zauroczonym we mnie. Jestem jednak wobec niego uczciwa i nie daję mu żadnych nadziei na coś więcej. Nie chcę go stracić jako przyjaciela.”

Jej serce od razu zabiło mocniej, gdy pomyślała o Zorro. Ich dwa spotkania, w tym jedno bardzo dramatyczne oraz niezliczone opowieści, sprawiały, że miała wrażenie, że go dobrze zna. Nie wiedziała, kim jest, ale to nie była kwestia wiedzy, tylko kobiecej intuicji. Czuła jakby znała go od dziecka. To nie była tylko ulotna legenda i tajemnica, która tak w nią uderzyła. To był człowiek z krwi i kości, mający rodzinę, słabości (choć nie wiedziała jeszcze jakie). Człowiek, który miał zmartwienia i był śmiertelny. Jego męski i dziwnie znajomy zapach oraz troska, jaką ją otoczył, urzekły ją bardziej niż maska i peleryna.

Uśmiechnęła się do siebie i pogrążyła w marzeniach. Tak, zdecydowanie była zakochana.

xxx xxx

Nie do końca było prawdą, że nikt nie wychodził z domu. Wprawdzie spędzał czas w swoim biurze, szczęśliwi żołnierze zabijali czas w koszarach, grając w karty lub wspominając własne, mocno podkolorowane, przygody, a większość mieszkańców nadrabiała zaległości w łataniu dachów lub innych pracach domowych. Jednak pracujący przy bydle vaqueros, niejednokrotnie wspomagani przez swoich patronów, w strugach deszczu pilnowali stad. O ile same ulewy mogły spowodować tylko dużo błota, to szaruga nieba połączona z przestraszonymi krowami groziły rozpierzchnięciem się i zgubieniem poszczególnych sztuk. A okazji do przestrachu miały biedne krasule sporo. Burze z piorunami i porywistym wiatrem nie podnosiły nastrojów ani zwierząt, ani ludzi.

Diego od dziecka słyszał, że prawdziwy Kalifornijczyk polega na pracy własnych rąk i do bogactwa można dojść tylko ciężką pracą. Bardzo szanował pracowitość i smykałkę do interesów ojca. Mimo tego, że na co dzień parał się bardziej artystycznymi zajęciami, stawał na wysokości zadania, gdy tego od niego oczekiwano. Przynajmniej jeśli chodziło o rancho. Od powrotu z Madrytu pomagał prowadzić księgi rachunkowe i uczestniczył we wszystkich spędach oraz pomniejszych wydarzeniach, o ile nie był potrzebny gdzie indziej.

Podczas ostatnich ulew uprosił don , żeby starszy pozostał w domu. Nie był już najmłodszy i każde przeziębienie mogło rozwinąć się w coś groźnego. Nie była to łatwa przeprawa, ale w końcu ojciec poddał się, widząc, jak poważnie Diego podchodzi do pomocy vaqueros.

Pracowali na zmiany, więc młody don nie miał wielu okazji do odpoczynku i rozrywki. Czasem zaglądał do gospody na szklaneczkę grzanego wina i najnowsze plotki. Jednak tych ostatnich było niewiele, bo też i nic ciekawego się nie działo w pueblo. Kilka razy udało mu się wygospodarować parę godzin i odwiedzić jego Rosaritę. Tęsknił za nią i nawet zastanawiał się, czy nie zrezygnować z bezowocnych patroli na okolicznych szlakach jako Zorro. Wiedział, że żołnierze nie zobaczą bandyty, nawet jak ten zapuka do bram garnizonu, ale wydawało się, że nawet pospolici przestępcy pochowali się w swoich kryjówkach.

I chyba tylko żar, jaki odczuwał, gdy myślał o pięknej senoricie, uchronił go od złapania przeziębienia.

xxx xxx

Po całej nocy na pastwisku Diego siedział zmęczony i brudny w tawernie i wyglądał za okno. Przy innych stolikach siedziało jeszcze kilku vaqueros z różnych hacjend, którzy przed udaniem się na spoczynek zajrzeli jeszcze do gospody na coś mocniejszego.

Jego sny na jawie zostały przerwane przybyciem jeźdźca. Był to znany wszystkim kurier Juan, który wcale nie był w lepszym stanie niż pozostali goście.

“Buenos dias, seniores. Czy komendant jest w garnizonie? Przed bramą nie widziałem wartowników.”

“Buenos dias, Juan. Tak, wszyscy są, ale nosa stamtąd nie wyściubią. Siadaj, napij się z nami, bo marnie wyglądasz.” Jeden z vaqueros poczęstował go pełnym kuflem.

Kurier chętnie chwycił naczynie i wypił je jednym duszkiem. Było to grzane wino i choć miał mocną głowę, zachwiał się lekko. Diego uśmiechnął się na ten widok.

“Juan, spokojnie, to wino nigdzie Ci nie ucieknie. Czemu potrzebujesz komendanta? Masz listy dla niego? Zwykle korzysta z wojskowej poczty.” Liczył, że może dowie się czegoś.

Mężczyzna przetarł usta rękawem i podziękował za napitek. Potem zaczął opowiadać.

“Nie, nie mam dla niego listów. Ale droga jest tak rozmyta, że dyliżans pocztowy wpadł mi w dziurę i ugrzązł tak, że nie byłem go w stanie samemu ruszyć. Liczyłem na pomoc wojska, w końcu oni odpowiadają za stan dróg, nawet przy takiej pogodzie.”

Wszyscy lubili młodego kuriera, więc szybko zaoferowali swoją pomoc. On jednak zaczął protestować.

“Bardzo dziękuję, ale to nie jest wasz obowiązek. Poza tym, z tego co mówicie, to żołnierze siedzą dniami w ciepłych kwaterach, a wy wyglądacie, jakbyście właśnie wrócili z pastwisk. Nie chcę was niepotrzebnie fatygować.”

Diego mu przerwał. “To faktycznie jest odpowiedzialność wojska i może komendant da nam kilku ludzi, ale z radością my także ci pomożemy.”

Juan wraz z vaqueros i młodym udali się do bramy garnizonu. Po długim pukaniu i jeszcze dłuższych perswazjach zostało wydelegowanych trzech żołnierzy. Cała kawalkada pojechała na miejsce pechowego wypadku.

Wspólnym wysiłkiem ludzi i koni, szybko wyprowadzili dyliżans z dziury. Szeregowi obiecali eskortować pojazd do puebla, więc pozostali zaczęli rozjeżdżać się do domów. Diego już oparł nogę na strzemieniu, gdy Juan go zawołał.

, czy wracając do domu, będziesz przejeżdżał koło hacjendy Cortezów? Mam list od seniora Corteza dla senority Rosarity i prosił, żebym dostarczył go jak najszybciej. Pojechałbym osobiście, ale mam tygodniowe opóźnienie przez tę pogodę i …”

Kurier zaczął się tłumaczyć, ale z uśmiechem mu przerwał. “Juan nie ma problemu, i tak tamtędy przejeżdżam. A dzięki tobie będę miał pretekst, żeby wstąpić na herbatę.” Mrugnął porozumiewawczo, chowając list do sakwy.

“Dziękuję senior.”

xxx Zorro xxx

siedziała sama w salonie i czytała książkę. O ile kochała czytać, to ostatnio było jedyne zajęcie, któremu mogła się oddać i powoli zaczynała się nudzić. Prawa ręka nie była pokryta już bandażem i część szwów doktor jej zdjął, jednak nadal przy precyzyjnych ruchach nie była w pełni sprawna. Mogła zapomnieć o szyciu, a nawet pisanie wychodziło jej jak za czasów, gdy dopiero uczyła się liter. Gdy wuj nie był zajęty na polach, tak jak teraz, mogli pograć w szachy czy choćby porozmawiać. Z nikim ze służby nie była na tyle zżyta, aby spędzać razem czas. Pozostawało jej marudzić, czytać albo marzyć o Zorro. W ostateczności jej myśli krążyły między bandytą w czarnym ubraniu ze szpadą a bandytą w zielonym ubraniu z łukiem.

Przed śniadaniem była chwila przejaśnienia, wykorzystała ją na szybki spacer po ogrodzie, ale teraz za szybą widziała tylko ścianę deszczu. “Mam nadzieję, że wuj tego nie odchoruje”.

Podskoczyła zaskoczona, gdy usłyszała głośne pukanie do drzwi. Podniosła się, otworzyła je i wybuchnęła śmiechem. W progu stał Diego, który przyjął na siebie cały impet ulewy i wyglądał jak zmokła kura. Zawsze starannie uczesane włosy, opadały w prostych strąkach wokół głowy. Z rękawów kurtki i nosa padała woda, a na spodniach nie miał suchej nitki. Próbując się pohamować, wpuściła go do środka, ale całości dopełniła woda wychlapująca się górą przez cholewki.

“Bardzo śmieszne, Ros, naprawdę. Człowiek całą noc spędził na pastwisku, nogi mnie bolą od siodła, teraz złapała mnie najgorsza ulewa od tygodnia, a tu zero współczucia.”

próbowała przeprosić między jednym spazem a drugim. “Ale Diego… wybacz, ale… wyglądasz… przekomicznie…. a jak… jeszcze ta…. woda z butów….”

Młody też dostrzegł humor tej sytuacji. Zresztą nigdy nie potrafił się gniewać długo na przyjaciółkę. Oboje chichrali się serdecznie. Po chwili w jego oczach pojawiły się figlarne ogniki, a na ustach wykwitł łobuzerski uśmiech.

“Ta zniewaga wymaga zemsty.” Otworzył ramiona, jakby próbował ją przytulić. Zrobił jednak to na tyle wolno, żeby dziewczyna miała szansę się wywinąć. Gonili się kilka minut po pokoju, gdzie wiadome było, że daje jej fory. Jednak gra w kotka i myszkę musiała się skończyć.

Diego złapał ją mocno w ramiona i przytulił, a do tego potrząsnął głową, jak zmoczony pies, rozsiewając wokół deszcz kropel. pisnęła, ale nie wyrywała się. Gdy spojrzeli sobie w oczy, czas stanął dla nich w miejscu. Zmarznięty młodzieniec czuł ciepło jej ciała przy swoim i gorący oddech owiewający mu twarz. Mógłby stać tak wiecznie.

Senorita była z kolei przytłoczona jego bliskością i zapachem. Mogła wyczuć świeżość deszczu, ostry koński pot, delikatną nutę drzewa sandałowego i to coś unikalnego dla przyjaciela. Ale czy unikalnego tylko dla niego? Przyjrzała się baczniej jego piwnym oczom i od razu odrzuciła głupie podejrzenie.

Magiczna chwila została przerwana przez Diego, który uświadomił sobie, że zmoczył sukienkę do tego stopnia, że dziewczyna zadrżała. Wypuścił ją z objęć, cofnął się o krok i podziwiał skutki swojego figla.

“Myślę, że taka zemsta za wyśmiewanie przyjaciela wystarczy. I niech mi to będzie ostatni raz.” Gest grożącego palca został zupełnie złagodzony przez mało poważny ton i łagodny uśmiech.

Ros podniosła ręce do góry, poddając się. “Mea culpa, już nigdy nie będę śmiała się ze zmokniętych przyjaciół.” Po czym opuściła ręce i dodała. “Zbyt głośno. A teraz Diego, jeśli oboje nie chcemy złapać kataru, proponuję się przebrać. Idź do kuchni, Martin na pewno znajdzie ci jakiś koc i zapasowe ubranie, aż twoje nie wyschnie.”

Młodzieniec próbował protestować. “Ros, tak bardzo jak doceniam propozycję, to przyjechałem tylko dać ci list od ojca. Juan miał wypadek i prosił, żebym go zastąpił.”

Zapomniał, że czasem przyjaciółka potrafiła być równie uparta jak de la Vedzy. “Nie ma takiej opcji. Zostaniesz, dopóki się nie ugrzejesz i nie zjesz ze mną drugiego śniadania. Na pastwisku na pewno nic nie jadłeś i umierasz z głodu.” Na potwierdzenie jej słów, głośny bulgot go zdradził. “Widzisz?”

Tym razem to Diego podniósł ręce w geście poddania się.

“Czekaj, Juan miał wypadek, czy to coś poważnego, nie został ranny?” Naszła ją refleksja wcześniejszego zdania.

Przyjaciel szybko ją uspokoił. “Koło mu ugrzęzło w dziurze, wyciągnęliśmy go. Ma opóźnienie i dlatego poprosił mnie o przysługę. Proszę.” Powiedział, wręczając jej list, schowany wcześniej w wewnętrznej kieszeni i o dziwno wciąż suchy.

xxx Zorro xxx

Ros szybko przebrała się i otworzyła list od ojca. Pisała mu, a dokładniej podyktowała wujowi, w poprzedniej korespondencji o nieszczęśliwej przygodzie, więc dokładnie wiedziała, czego się spodziewać po odpowiedzi. Ojciec wyrażał zaniepokojenie całym zajściem oraz jej raną. Nie był też zachwycony tym, że uratował ją notoryczny renegat, o którym słyszano już nawet w stolicy. Sugerował też wcześniejszy powrót do domu, mimo nieukończonego remontu.

Czytając między wierszami i znając dobrze swojego rodzica, wiedziała, że ta sugestia ma więcej wspólnego z jej ewentualnym zauroczeniem wybawcą niż możliwością powtórnego ataku. Wiele dziewcząt wzdychało do tajemniczego bandyty. Ona do ich grona nie należała i nie przysłuchiwała się uważniej ich plotkom. Dopiero opowieści Diego po przyjeździe zaciekawiły ją bardziej. Może nawet nieco zauroczyły?

“Nie, to dopiero sam Zorro osobiście zawrócił mi w głowie. I nie dzięki aurze tajemniczości, ale temu wszystkiemu, co ukrywa pod maską. Masz się czego obawiać, ojcze.” 

Z drugiej strony to porywacze byli większym zagrożeniem. Ale o tym nie chciała go informować. Obietnica Zorro dawała jej poczucie bezpieczeństwa. Dopóki nie znali motywu, zagrożenie mogło czyhać także w Monterey. Poza tym nie chciała wracać.

xxx Zorro xxx

Zeszła do kuchni, gdzie Diego siedział w koszuli z przykrótkimi rękawami, owinięty kocem. Jego ubrania parowały przed piecem. Martin z kucharką przygotowali dla nich posiłek na ciepło i udali się do swoich dalszych zajęć. Gdy seniora Corteza nie było w hacjendzie, Ros zwykle jadła w kuchni, nie chcąc robić dodatkowego kłopotu służbie. Był to też zwyczaj , więc nikt nie był zaskoczony ani zdegustowany.

Diego i gawędzili przy gorącym rosole. On opowiadał o przygodach przy bydle, vaquero, który spadł z konia czy własnej wczorajszej kąpieli w błocie. Ona narzekała nieco na nudę i górę książek, którą przeczytała od ostatniej jego wizyty. Miłe towarzystwo skutecznie odgoniło całe jego zmęczenie. W tym czasie mokre ubrania zdążyły wyschnąć, więc wyszedł się przebrać.

Gdy wracał, był świadkiem, jak miska wyślizgnęła się jej z ręki. Odruchowo złapał ją w locie, zanim się potłukła i odstawił na stół. Usiadł koło przyjaciółki i z niepokojem wziął ją za rękę.

“Ros, mówiłaś, że wszystko w porządku. Kiedy doktor Avilla cię widział?” Ze zmarszczonymi brwiami podwinął jej rękaw do łokcia i uważnie przypatrywał się pozostałym szwom.

“Bo jest w porządku. Doktor był u mnie przedwczoraj i zdjął część szwów. Jestem na dobrej drodze do wyzdrowienia, jeszcze tydzień albo dwa.”

Diego z troską prześledził kciukiem świeże blizny, jakby chciał się sam o tym przekonać. Lekkie jak piórka dotknięcia spowodowały szybsze bicie serca senority. Nie puszczając jej dłoni, spojrzał w górę. “Gdyby było, nie upuściłabyś od tak miski. Proszę bądź ze mną szczera.”

Jego sumienie wręcz krzyczało “hipokryta”, ale zdusił uczucie. Jak można porównywać nieszczerość w sprawie rany z sekretem prowadzącym na szubienicę?

Ros westchnęła. “Dobrze, już dobrze. Mam jeszcze czasem problem z trzymaniem drobnych przedmiotów: pióra, igły, czasem też sztućców, choć są większe. I zdarza się, że palce mi drętwieją. Ale spokojnie, doktor powiedział, że to absolutnie normalne, bo cała ręka była usztywniona i to minie.”

Diego cały czas trzymał ją nieświadomie za dłoń i gładził kciukiem przedramię. Zrelaksował spięte mięśnie. “Już myślałem, że to coś poważnego. Ale jeśli nie możesz trzymać pióra, to jak odpiszesz ojcu na list?”

Delikatna pieszczota nie przeszła niezauważona ze strony Rosarity. Zdawała sobie sprawę z jego uczuć, nawet jeśli były niewypowiedziane. Gdyby nie Zorro, jego ostrożne awanse, być może z czasem odniosłyby skutek. Jednak Diego nie miał w sobie tej charyzmy, która tak pociągała ją u renegata. Jednocześnie nie chciała go skrzywdzić. Dlatego odsunęła ręką i opuściła rękaw. “Nie wiem, może mi pomożesz?”

Od razu zreflektowała się. “Przepraszam, Diego, po całej nocy na pewno jesteś zmęczony i marzysz o łóżku. Nie powinnam cię dłużej zatrzymywać.”

Młody don posmutniał, gdy cofnęła rękę, ale ulżyło mu, że nie przestraszył jej swoim zachowaniem. “Nakarmiłaś głodnego i osuszyłaś zmokniętego. Mogę się chyba odwdzięczyć przy pisaniu, prawda?”

Kolejną godzinę spędzili, redagując list do seniora Corteza. Po powrocie do domu Diego czuł się lekki na duszy jak ptak. Jeśli każda nieprzespana noc w siodle, miała się kończyć trzymaniem ukochanej w ramionach, choćby przez chwilę, był gotowy zrezygnować ze snu całkowicie.

kasiaeliza

Mama dwójki Zorrątek. Trenowałam jujitsu japońskie i ociupinkę kendo. Lubię RPGi, planszówki, geografię, historię, piłkę nożną i książki. Nie wróć, książki to kocham. :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *