Zorro i Rosarita Cortez – rozdział 32 Bezkrólewie i stary wróg

Kolejny tydzień przyniósł rozwiązanie zagadki tajemniczego wezwania kapitana do Monterey.

Diego z ojcem i jechali właśnie do , gdy na rozstaju dróg dogonił ich galopujący żołnierz. Pozdrowił ich tylko skinięciem głowy i już go nie było.

“Czy mi się zdawało, czy ten pędziwiatr miał raportówkę królewskiego kuriera?”

“Nie mylisz się ojcze, też ją zauważyłem. Może przynosi wieści o powrocie komendanta?”

Caballeros popędzili nieco konie. Gdy wjeżdżali na plac, zebrał się tam już spory tłum, który zerkał ciekawie w stronę bramy garnizonu. Stał tam wyprężony na baczność kurier i pogrążony w lekturze listu Garcia. De la Vedzy zsiedli z koni i oddali wodze służącemu.

W końcu sierżant dotarł do końca długiego raportu i zmarszczył brwi. Podniósł głowę i dopiero teraz zauważył postawę gońca. “Spocznijcie, szeregowy. Przebyłeś drogę w rekordowym tempie, należy ci się odpoczynek. Powiedz temu kapralowi tam, żeby ci pokazał kwaterę i dał parę peso na obiad i wino w tawernie. Może potem do was dołączę.”

Kurier stuknął obcasami i zasalutował, a tylko cicho westchnął. “Znowu?”

Sierżant obciągnął mundur, wypiął dumnie pierś i podszedł do studni. Wgramolił się na cembrowinę, żeby przemówić do wszystkich z podwyższenia. Szmery natychmiast zamilkły.

“Seniores i senioras, dostałem właśnie nowe rozkazy z Monterey. pozostanie w stolicy do odwołania. Będzie tam organizować i szkolić oddziały ochotnicze. W tym czasie będę go zastępował.”

Oświadczenie wywołało ożywione uwagi, szczególnie że na twarzy żołnierza nie widać było dumy z wyróżnienia, ale zaniepokojenie. Ktoś z tłumu krzyknął pytania.

“Co ze skradzionym podatkiem? Będziemy musieli płacić jeszcze raz? I po co te oddziały?”

Garcia poluzował sobie kołnierz munduru i dla pewności spojrzał jeszcze raz w kartkę. Po tym zwrócił się do zebranych.

o podatku nic nie pisze, ale ma chyba bardziej pilne sprawy na głowie. Ale jest tam na miejscu i na pewno nie da zrobić krzywdy naszemu pueblo. Co do pytania o oddziały. W całej Kalifornii pojawiły się w ostatnim czasie bandy rebeliantów, zwykłych bandytów i zdesperowanych peonów…”

Ktoś niecierpliwy mu przerwał. “Zawsze były, tylko u nas jest spokój dzięki .”

“Seniores dajcie mi dokończyć. Proszę?” Nie dało się nie odmówić tak potulnej prośbie i wyraźnie zdenerwowanemu żołnierzowi. Wszyscy czekali w napięciu na ciąg dalszy.

“Jak już mówiłem, w naszym regionie robi się niespokojnie, ludzie nie mają jak podróżować bezpiecznie, a skala jest tak duża, że niektóre garnizony nie dają rady utrzymać porządku. Faktycznie, wcześniej o tym nie słyszeliśmy, bo bandyci boją się zapuszczać na teren Zorro, ale to może się niedługo zmienić. W każdym razie kazał tworzyć cywile oddziały ochotnicze, szkolić je i wysyłać na patrole razem z żołnierzami.”

To wywołało mieszaną reakcję. Część osób przestraszyła się, a inni już w myślach zgłaszali się do grupy i rozbijali bohatersko bandy rabusiów. W tym momencie sierżant rozwinął też drugą, mniejszą kartkę.

“Dostałem też krótki list od kapitana. Prosił, aby przekazać, że gorąco rekomenduje do roli dowódcy takiego oddziału don . O ile się oczywiście zgodzi.”

Garcia popatrzył błagalnie w stronę . Złe wieści i ciężar odpowiedzialności za przytłoczyły go bardziej niż się spodziewał. Co innego pełnić obowiązki komendanta w spokojnych czasach, mając za cichego sojusznika, a co innego stanąć prawie u progu wojny domowej. Do tego miał świadomość, że niektórzy donowie nie mieli o nim najlepszego zdania, a współpraca między wojskiem a dowódcą cywili była niezbędna. Zaś obaj de la Vegowie zawsze odnosili się do niego z szacunkiem i przyjaźnią, więc liczył na wsparcie i dobre stosunki.

Na szczęście dla niego, ludzie zaczęli wiwatować “Don na dowódcę! na dowódcę!”

Starszy uśmiechnął się, mile połechtany zaufaniem kapitana i obywateli. Na ramieniu poczuł ciepłą dłoń syna, który kiwną mu zachęcająco głową. Odwrócił się w stronę sierżanta i podniósł ręce, aby uciszyć tłum.

“Bardzo dziękuję za zaufanie, jakim mnie obdarzyliście seniores. Zobowiązuję się zorganizować taki oddział i stanę na jego czele przy współpracy z sierżantem. Może omówimy szczegóły w tawernie, przy dobrym winie?”

Gospoda często była miejscem spotkań publicznych, jako największy obiekt w pueblo, nie licząc kościoła. Dlatego wszyscy udali się ochoczo do Teo.

 xxx xxx

W ciągu kolejnego miesiąca udało się zrekrutować ochotników spośród caballeros, vaqueros, a nawet rzemieślników i prostych peonów. Codzienne ćwiczenia z żołnierzami prowadzone przez Garcię i kilku emerytowanych donów, którzy byli dowódcami na kontynencie, szybko zaowocowały. Bandy zaczęły pojawiać się również w dalszej okolicy , ale wszystkie udało się sprawnie rozbić, nawet bez interwencji Zorro. Chociaż patrolujący prerię kilka razy widzieli przebłyski czarnej peleryny, więc wszyscy wiedzieli, że ich anioł stróż też czuwa.

Członkami oddziału nie zostali jedynie starcy, niedorostki i Diego.

xxx xxx

Alejandro, Diego i jedli w ciszy kolację w hacjendzie. Na początku starszy de la Vega był zbyt zajęty sprawami oddziału, ale teraz gdy wszystko pracowało jak dobrze naoliwiona maszyna, nie dawał jedynakowi spokoju. Dlatego atmosfera przy wieczornych posiłkach zawsze była ponura, a przyszli rodzice robili wszystko, by jak najszybciej udać się do zacisza sypialni. Im bardziej naciskał syna, tym bardziej starała się później poprawić mężowi humor pieszczotami i pocałunkami. Nie inaczej było tym razem.

“Mi hijo, kiedy zamierzasz dołączyć do oddziału i treningów? Biorąc pod uwagę twoje umiejętności ze szpadą i pistoletem, a dokładniej ich brak, spodziewałem się, że będziesz pierwszy w kolejce.”

Diego wytarł usta serwetką i ze spokojem odpowiedział. “Ojcze już ci mówiłem, że to bez sensu. Nie nauczę się władać szpadą w miesiąc czy dwa, do tego potrzeba lat ćwiczeń. Poza tym jest tylu świetnych wojowników, którzy się już zgłosili, że naprawdę dacie sobie radę beze mnie.”

Tego było za wiele i uderzył pięścią w stół, aż zabrzęczały kieliszki. “Gdybyś zaczął się uczyć w czasie studiów na akademii wojskowej, to do dzisiaj byłbyś już mistrzem! Ha, może nawet byłbyś lepszy od Zorro, gdybyś tylko włożył w to trochę serca!”

Młodzieniec zauważył, że stojący poza zasięgiem wzroku gospodarza, dyskretnie uśmiechnął się na ten komentarz, podobnie jak jego żona. Spokojnie kontynuował.

“Być może byłbym lepszy niż Zorro, ale nie tylko o to chodzi. Ojcze, ja po prostu brzydzę się przemocą, robieniem krzywdy drugiej osobie. A tam, gdzie wchodzi w grę walka, to zawsze ktoś jest ranny albo zabity. Nie chcę się w to mieszać.”

wstał z krzesła i oparł się pięściami na stole, pochylając nad synem.

“To, co chcesz, czy czego nie chcesz, nie ma tutaj najmniejszego znaczenia. Obrona kraju, pueblo i rodziny to twój obowiązek jako i de la Vegi. Zbyt długo ci pobłażałem. Jutro rano mam cię widzieć przed garnizonem na ćwiczeniach!”

Diego zacisnął zęby i wpatrywał się w talerz z niedojedzoną kolacją. Całe popołudnie tropił kolejną bandę, ale na szczęście nie musiał z nią walczyć. Wystarczyło podrzucić sierżantowi odpowiedni liścik. Niemniej jednak był zmęczony, a ciągłe napięcie i kłótnie w ostatnim czasie zbierały zbierało swoje żniwo.

“Nie.”

Młodzieniec poczuł ostry ból na szczęce i jednocześnie usłyszał zaskoczone westchnięcie Rosarity.

“Tchórz. Wstydzę się, że mam takiego syna. Nie jesteś godny, żeby nazywać się de la Vega.”

Zagotowało się w nim. Ojciec nigdy wcześniej nie podniósł na niego ręki, nawet w dzieciństwie. Ledwo trzymał nerwy na wodzy. Zacisnął zęby, aby nie powiedzieć czegoś, co mógłby później żałować. Policzek palił go od uderzenia, emocji i wstydu, że ukochana była świadkiem takiej rozmowy.

“Con permiso.”

Wstał i wyszedł do ogrodu, nie odwracając się za siebie.

xxx xxx

Diego usiadł ciężko na ławce i ukrył twarz w dłoniach. W różanym ogrodzie matki zwykle szukał ukojenia, gdy miał jakiś problem. Czy to słodka woń kwiatów, czy wspomnienie jej życiowej mądrości i łagodności tak na niego działały, zawsze uważał to miejsce za swój azyl.

“Jak nisko upadłem w jego oczach, a wszystko przez to, że chcę go chronić. Wiem, że ta maskarada musi trwać, może nawet teraz bardziej niż przedtem. To już nie są małe podchody z Monastario, tu się ważą losy całego kraju. Jeśli wygrają rojaliści, będą reperkusje, a jakby nie patrzeć jestem wyjęty spod prawa. Z drugiej strony, będę walczył przeciwko rebeliantom, więc nikt nie będzie miał dla mnie litości. 

Ale co ja bym dał, żeby ojciec przestał porównywać mnie do Zorro, gdyby patrzył na mnie z takim podziwem, jak patrzy na maskę.”

Oczy go piekły, ale uparcie nie dawał słonym kroplom spaść. Po chwili wyczuł obecność drugiej osoby obok. Nie podnosząc głowy, gorzko wyszeptał.

“Nie musisz mi powtarzać oczywistości. Już wystarczy, że ojciec uważa mnie za niegodnego nazwiska tchórza. Nie potrzebuję, żeby jeszcze żona mną pogardzała. Lepiej byś zrobiła, gdybyś nie przyjęła wtedy moich oświadczyn. Wracaj do sypialni, nie będę więcej cię męczył moim towarzystwem.”

Poczuł, że dziewczyna usiadła na ławce obok i delikatnie zaczęła głaskać go po włosach.

“Gdybym nie powiedziała wtedy “tak”, nie wyszłabym za wspaniałego i odważnego człowieka.”

Gwałtownie podniósł głowę i spojrzał na nią z niedowierzaniem. Niechciane, pojedyncze łzy same popłynęły w dół. Starła je z czułością.

“Ale…”

Pocałowała go lekko w usta, aby nie kończył.

“Querido, odwaga ma różne oblicza. ma umiejętności, aby wyjść z każdej walki bez szwanku. Ty nie masz i wybierasz pokojowe rozwiązania. A mimo to dałeś się torturować, gdy nas porwano, abym mogła uciec. Było w tym więcej odwagi niż we wszystkich walkach Zorro razem wziętych.

Twój ojciec nie ma racji. Jesteś odważny, ale też rozsądny i umiesz ocenić ryzyko. Skoro ze szpadą i pistoletem ci nie po drodze, nie pchasz się w takie niebezpieczne sytuacje. Uwierz mi, że naprawdę to doceniam, bo nie chcę wychowywać naszego dziecka sama, bez ciebie.

Poza tym pomagasz społeczności na inne sposoby. Uczysz dzieci w misji, podpowiadasz peonom najnowsze nowinki związane z nawozami i uprawą, aby mieli większe plony i wiele innych rzeczy. Nie mówiąc już o wsparciu, jakie dajesz komuś, kto jest wyszkolony do walki…”

Cały czas mówiła pewnym, pełnym przekonania głosem, patrząc mu prosto w oczy. Dopiero na koniec lekko się zarumieniła i spuściła wzrok.

Diego zaniemówił. Słuchał z niedowierzaniem i niewysłowioną ulgą. Zsunął się z ławki i ukląkł przed nią. Chwycił jej dłonie w swoje i długo całował. Kiedy w końcu opanował emocje, podniósł głowę i wyszeptał z uczuciem. “Te quiero, Rosarita.”

Dziewczyna zadrżała. Patrzyły na nią piwne oczy męża, ale niski ton głosu tak bardzo przypominał jej innego… Szybko odrzuciła niedorzeczne przeczucie i pogłaskała go po policzku.

“Też cię kocham, Diego. I nie przejmuj się tym, co mówi ojciec. Jego wyobrażenie, jaki powinieneś być według jego standardów, jest kompletnie różne od tego, jaki jesteś. Pamiętaj, jesteś Diego, nie Alejandro. Słuchaj się własnego serca i rozumu.”

Młodemu de la Vedze od razu zrobiło się lżej na duszy. Jeśli żona była po jego stronie, żadna zgryźliwość nie mogła go zranić. Jednak wspomnienie o samotnym wychowywaniu dziecka nasunęło mu inną myśl.

Usiadł ponownie na ławce i przyłożył dłoń do powoli widocznego już brzucha. kończyła właśnie 4 miesiąc ciąży i zmieniła sukienki na bardziej obszerne.

“Masz rację. Ale w jednej kwestii się z ojcem zgadzam. Moim obowiązkiem jest zapewnienie bezpieczeństwa rodzinie. W Los jest i teraz ten oddział obywatelski, ale na razie nie było większych kłopotów. Z raportów, jakie drogi sierżant wymienia z innymi garnizonami, wynika, że będzie coraz gorzej. Nie chcę rozstawać się z tobą i naszym dzieckiem, ale może lepiej by było, gdybyś na jakiś czas pojechała do ojca, do Monterey? Stacjonuje tam więcej wojska, bandy nie będą takie skore do ataków…”

Widząc jej zmarszczone brwi i nadchodzącą ripostę, zamknął jej usta pocałunkiem. Pieszcząc czule jej słodkie wargi, pomyślał z humorem, że także on się czegoś od niej nauczył. Gdy przerwała dla złapania oddechu, kontynuował.

“Querida, to tylko na trochę, do czasu kiedy sytuacja się uspokoi. Spałbym spokojniej, wiedząc, że nic ci nie grozi.”

“Pojechałbyś ze mną?” Jej pytanie wywołało u niego niekomfortowe poczucie deja vu.

“Wiesz, że nie mogę. Komu innemu miałbym zaufać, aby wbił w gorącą głowę ojca nieco rozsądku?” Żartem próbował zamaskować rozpełzający się po ciele strach, że skojarzy fakty. Ona na szczęście odczytała jego nagłe spięcie w zupełnie inny sposób.

“No tak, i kto wtedy pomagałby naszemu wspólnemu przyjacielowi, prawda? Nie, Diego. Miejsce żony jest przy mężu, niezależnie od sytuacji.”

Cmoknęła go w nos i wstała. “Nie siedź za długo i nie zastanawiaj się nad sprawami, na które nie masz wpływu, jak opinia twojego ojca. Będę czekała w łóżku.”

“Dobrze, za niedługo przyjdę. I… dziękuję.”

Uśmiechnęła się pokrzepiająco i odeszła. Gdy tylko się odwróciła, radość zniknęła z jej twarzy.

“Och, jeśli myślisz, że jesteś tchórzem, jak byś mnie nazwał? Nie mam odwagi powiedzieć ci, kto jest prawdziwym ojcem dziecka, bo boję się cię stracić. Wiem, co czujesz, gdy ojciec patrzy na ciebie z pogardą, bo w najgorszych koszmarach widzę obrzydzenie w twoich oczach, gdy dowiadujesz się, że noszę pod sercem bękarta Zorro. Czy wtedy też byś mu pomagał? Czy poradziłby sobie bez twoich informacji od sierżanta? Wtedy wszyscy bylibyśmy zgubieni…”

xxx xxx

Od pamiętnej kolacji Diego unikał ojca jak ognia, ale nie ugiął się pod jego presją. Kilka dni później był z wizytą w pueblo, aby dowiedzieć się nowin od Garcii. Zmierzał właśnie w stronę garnizonu, aby zaprosić przyjaciela na szklaneczkę wina w tawernie, gdy kątem oka zobaczył galopującego vaquero.

Przestraszeni ludzie usuwali mu się z drogi, unikając stratowania. Jeździec zwolnił nieco przy bramie garnizonu i wypuścił strzałę, do której przyczepiona była jakaś kartka. Tak szybko jak się pojawił, tak szybko zniknął w kłębie kurzu. Nikt nie zdążył zareagować na to niespodziewane przybycie.

Diego podbiegł do Garcii, który właśnie próbował wyjąć strzałę z drewnianego skrzydła. “Sierżancie, co to jest?”

“Nie wiem, ale nie podoba mi się.”

Młodzieniec z niecierpliwością czekał, aż żołnierz skończy czytać liścik. Z każdym słowem mina mu rzedła, aż w końcu spojrzał przerażony na i podał mu kartkę.

“Sam przeczytaj, .”

De la Vega wziął arkusik.

“W następną niedzielę przyjedziemy po okup. Jeśli go nie przygotujecie, spalimy całą okolicę i pueblo, zostaną same zgliszcza. Nic was nie uratuje, wszyscy zginiecie. Nawet nie próbujcie walczyć, jest was zbyt mało. 

Domagamy się 10 tysięcy pesos oraz żywych i związanych jeńców: i Rosarity Cortez.”

Żądanie było demoniczne i uderzało we wszystko, co było mu drogie, ale dopiero podpis ściął mu krew w żyłach.

kasiaeliza

Mama dwójki Zorrątek. Trenowałam jujitsu japońskie i ociupinkę kendo. Lubię RPGi, planszówki, geografię, historię, piłkę nożną i książki. Nie wróć, książki to kocham. :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *