Zorro i Rosarita Cortez – rozdział 29 Jak wytropić Orła?

jechał szybkim tempem, ponieważ ślady całej bandy i wozu były wyraźne w świetle poranka. Początkowo wiodły traktem w stronę Los . Jednak w pewnym momencie skręcały w prerię. Po kilometrze renegat zsiadł i pochylił się.

Ostatnie konie ciągnęły za sobą gałęzie, udało im się zatrzeć odciski kopyt. Dobrze, że wóz jest ciężki. Są też chyba dość pewni siebie, bo pojedyncze tropy wciąż widać.”

Jechał teraz wolniej i kilka razy zsiadał, aby zbadać ziemię, ale wciąż pewnie podążał naprzód. Z łatwością też oszacował, że bandyci mają nad nim kilka godzin przewagi, co nie znaczy, że nie rozglądał się uważnie wokół w oczekiwaniu na zasadzkę. Tak dotarł do niewielkiej rzeczki. Przestępcy najwyraźniej stanęli tutaj na krótki popas.

Potem wóz i jeźdźcy wjechali do rzeki. Nurt zatarł wszystkie ślady, dlatego wyglądał innych oznak bytności człowieka. Ułamana gałązka na drzewie zwieszającym się nad korytem wskazała mu, że udali się w stronę wybrzeża, razem z biegiem potoku.

Jechał cicho, jedyny dźwięk, jaki wydawał to rytmiczne pluskanie kopyt . Wsłuchiwał się w odgłosy przyrody. Duża i głośna grupa ludzi powinna uciszyć wszystkie zwierzęta. Jednak ptaki wesoło ćwierkały i nawet spłoszył jakiegoś wilka, który próbował się napić wody.

W sumie to szczęśliwie się złożyło, że go przestraszył, bo w tym miejscu zauważył odcisk podków. Zbadał trop. “Jeden z nich się odłączył, ale widać reszta pojechała dalej. Później to rozważę i najwyżej tu wrócę.”

Okazało się, że bandyci rozpraszali się co kilka kilometrów. Czasem odjeżdżali pojedynczo, czasem dwójkami, w różnych kierunkach. Jednak śladów wozu nadal nie było.

W końcu dostrzegł w oddali przewrócony i połamany pojazd obmywany zimną wodą. Podjechał i zsiadł z konia, puszczając go wolno. Obszedł wrak dookoła. “Albo koło złamało się w końcu na jakimś kamieniu na dnie potoku, albo gdy ktoś przewracał go celowo. Ciężko stwierdzić. Jedno jest pewne. Żadnej skrzyni tutaj nie ma.”

xxx xxx

Przykucnięty badał wóz, gdy stwierdził, że nic więcej się nie dowie. Wstał, wciąż patrząc w dół. Wtem usłyszał huk wystrzału i wszystkie ptaki zerwały się do lotu z przestraszonym piskiem. poczuł, jak jego prawy bark przeszywa ból. Instynktownie schował się za wozem i spojrzał na ranę. Mocno krwawiła.

Słyszał, jak zza pobliskich krzaków nadchodzą napastnicy. “Jeden, dwóch, trzech… mają szpady.

Ostrożnie wychylił się i potwierdził swoje przypuszczenia. Trzech szermierzy na szczęście nie miało wyciągniętego kolejnego pistoletu. To dawało mu jakieś szanse, ale musiał się pospieszyć. Wstał, dobył swojej broni i wyszedł zza osłony. Ze zdziwieniem poczuł, że chłodna stal prawie wypadła mu z dłoni. “Kula musiała uszkodzić jakiś nerw, coraz lepiej” – pomyślał z przekąsem. Zmienił rękę na lewą.

Bandyci, widząc to, zarechotali ze śmiechu i rozluźnili się. Pierwszy z nich wzruszył ramionami i rozpoczął pojedynek. Wymienili kilka bezpiecznych ataków, próbując rozgryźć przeciwnika. Szczęk metalu i chlupot wody przeplatały się z dopingiem bandytów i ich szyderstwami.

“To jest nasz szczęśliwy dzień, Paco, zgarnęliśmy cały podatek, 25 tysięcy pesos, a tu jeszcze kolejne 6 tysięcy samo pcha się nam w ręce. Patrz, cieknie z niego jak z wieprzka, długo nie wytrzyma. A nagroda jest za żywego lub zmarłego. Trup sprawia mniej kłopotów.”

Faktycznie woda wokół pojedynkujących się zabarwiała się powoli na czerwono, choć posokę zmywał leniwy nurt. Połowa koszuli i spodni była wilgotna, a całe ramię coraz bardziej drętwe. Przed oczyma zaczął widzieć mroczki, a w usta stawały się coraz bardziej wyschnięte. zdał sobie sprawę, że słabnie i nie może pozwolić sobie dłużej na półśrodki. Jednym, szybkim jak atak węża, wypadem, wbił ostrze w serce przeciwnika i wycofał się poza zasięg szpady tamtego.

“Kto następny do świętego Piotra?” – zapytał i zwrócił się do oniemiałych bandytów. Ci patrzyli, jak bezwładne ciało ich kompana osuwa się do wody. Byli zaskoczeni, bo miał opinię, że nie zabija, ale widać było to błędne założenie. Teraz wiedzieli, że zamiast łatwych pieniędzy mieli prawdziwe kłopoty. Dlatego zaatakowali go we dwóch naraz.

Jednak renegat w czerni miał problem z odpieraniem ich cięć. Ramię piekło, a drugie podnosiło się do bloków tylko z nawyku długoletniego treningu. Więcej schodził z linii ataku lub pozwalał ostrzu przeciwników ześlizgnąć się z jego toledańskiej szpady, niż nadwyrężał się przeciwstawianiem siły.

Po minucie takiej ciuciubabki miał serdecznie dość. Bał się, naprawdę bał się, że za moment nie zdąży uchylić się na czas. Zagwizdał przeciągle i po paru chwilach na pomoc przybiegł mu Tornado, który, wcześniej puszczony wolno, oddalił się i w spokoju skubał przybrzeżną trawę.

Rumak od razu zorientował się w sytuacji i kopnął jednego z napastników w potylicę. Ta zmiana dynamiki pojedynku wybiła drugiego z nich z rytmu. ruchem nadgarstka odwrócił ostrze i trzonkiem rękojeści uderzył go z całej siły w szczękę. No, może z całej siły, którą jeszcze miał, co oznaczało, że puścił szpadę i poprawił cios pięścią. Dopiero wtedy rabuś stracił przytomność.

Anioł stróż Los osunął się na kolana. Nie był mocno zdyszany, ale czuł się osłabiony i lekko pijany. Spojrzał jeszcze na pobojowisko wokół. Nie miał wątpliwości, że kopnięcie było zabójcze.

, . Ale na marchewkę musisz jeszcze zarobić.”

Jedną ręką rozpiął kilka górnych guzików koszuli. Z ulgą zobaczył, że kula przeleciała przez bark na wylot, co oznaczało czysty strzał i mniejsze ryzyko infekcji. Pochylił się i zaczął łapczywie pić, bo utrata krwi sprawiła, że był spragniony.

Potem wstał, pomagając sobie strzemieniem i z sakwy wyjął bandaże. Na tyle mocno, na ile mógł, ucisnął ranę materiałem, a z ostatniego kawałka zrobił temblak. Oparł się o siodło i chwilę odpoczywał, rozważając jak postąpić. Przed oczyma znów zaczęły mu latać mroczki.

Ostatecznie wziął linę i mocno związał nieprzytomnego mężczyznę. ukląkł przy nim, ułatwiając wciągnięcie napastnika na grzbiet. Wstał dopiero, gdy poczuł podwójny ciężar na plecach.

Ruszyli w stronę domu, każdy skupiony na swoim zadaniu. Koń wynajdywał drogę, a jeździec pilnował, żeby utrzymać się w siodle.

xxx xxx

Powrót w okolice , mimo okoliczności, nie zajął im wiele czasu, ponieważ nie wynajdywał śladów złodziei. Wiedział też, że ze strony żołnierzy też mu nic nie grozi, prawdopodobnie wrócili właśnie do i odpoczywali. miał pełne ręce roboty.

Półprzytomny renegat zorientował się, że jedzie trasą przecinającą znajomą dolinę, gdzie oświadczył się Rosaricie. Od czasu do czasu mieli zwyczaj tutaj trenować, gdy padok przed jaskinią im się nudził. Pragnienie było nie do zniesienia, a woda kusząco chlupotała. Dał przyjacielowi znak do zatrzymania i zsunął się z siodła. Woda wypłukiwała z jego spodni kurz, gdy klęczał, pochylony, i pił.

Krew nie leciała już tak mocno jak na początku, ale bandaże na barku zaczęły przesiąkać. Wiedział, że dalej nie da rady pojechać. Musiał odpocząć, ale nie mógł przewidzieć, jak długo jeszcze jeniec pozostanie nieprzytomny.

Opierając się ciężko na strzemieniu, z sakwy przy siodle wyjął arkusik papieru i rysik. Skreślił kilka zdań, wyjaśniając, kim jest nieprzytomny mężczyzna przywiązany do siodła. Wsunął mu liścik za pasek spodni, tak aby częściowo wystawał i był widoczny z daleka.

“Tornado, jedź do sierżanta Garcii i oddaj mu tego złodzieja. A potem sprowadź tu .”

Ogier spojrzał na niego z powątpiewaniem, bo nie chciał go opuszczać. Potrząsnął grzywą i zarżał. uśmiechnął się słabo i pogładził go po łopatce.

“Jedź, amigo, bardziej mi pomożesz, gdy przyprowadzisz Bernardo, niż jeśli tu zostaniesz. Jedź.”

Rumak odjechał posłusznie, ale zanim dotarł do końca doliny, czarna sylwetka leżała na brzegu nieprzytomna.

kasiaeliza

Mama dwójki Zorrątek. Trenowałam jujitsu japońskie i ociupinkę kendo. Lubię RPGi, planszówki, geografię, historię, piłkę nożną i książki. Nie wróć, książki to kocham. :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *