Zorro i Rosarita Cortez – rozdział 37 Masakra i długa droga

Dni płynęły leniwie w słońcu, na jednostajnej wędrówce. Szli już drugi tydzień i wszyscy byli zmęczeni. Nawet szczęśliwi posiadacze koni, nienawykli byli do tak długich podróży, a zamiast po prostu położyć się na popasach, musieli dodatkowo zadbać o zwierzęta. Wprawdzie nikomu nie śpieszyło się, aby wąchać proch przed bitwą z rebeliantami i bandytami, ale poborowi tęsknie wypatrywali celu, czyli obozu szkoleniowego.

Zbliżało się południe. Gdy tylko cała kolumna weszła w przyjemny cień wąwozu, eskortujący ją sierżant zarządził odpoczynek. Wielu usiadło, gdzie popadło, nie mając nawet siły na rozmowy z sąsiadami.

Długa jazda dawała się też we znaki dziedzicowi de la Vegów. Na jego korzyść działała świetna forma oraz przyzwyczajenie do całonocnych eskapad i konnych pościgów. Jednak nawet na przepędach bydła robili częstsze odpoczynki, co zaczynał już odczuwać.

Diego nie usiadł wraz z innymi poborowymi, ale przywiązał swojego konia do skały i ściągnął z niego siodło i bagaże i zajął się szczotkowaniem. Na pełne oporządzenie klacz musiała poczekać do wieczora, ale uważał, że zasługiwała na nieco uwagi. Jednostajna czynność spowodowała, że jego myśli zaczęły swobodnie wędrować. A gdzie mogą się kierować myśli żonatego młodzieńca, który być może już został ojcem?

przerwał szczotkowanie, aby wyjąć spod koszuli wisiorek. Z czułością pogłaskał grawer “DV” i uśmiechnął się do siebie. Miłe wspomnienia wspólnych chwil przerwało mu dziwne przeczucie. Włosy na karku stanęły mu dęba i miał wrażenie, że jest obserwowany. A szósty zmysł rzadko go zawodził.

Schował wisiorek, wznowił szczotkowanie i dyskretnie zaczął się rozglądać. Poborowi odpoczywali, kilku konnych również zajmowało się wierzchowcami. Nagle zauważył różnicę.

Nie ma żołnierzy z eskorty! Żadnego!

Gdy odwrócił się w stronę wylotu wąwozu, mignął mu kawałek niebieskiego munduru, a kolejny w połowie wysokości skarpy. Oba szybko zniknęły. Zaintrygowany Diego odłożył szczotkę i odszedł na bok. Zaczął wspinać się po ścianie kanionu, tam, gdzie widział wcześniej uniform.

Był już w połowie drogi na szczyt, gdy z góry nad obozowiskiem ktoś zaczął strzelać do ludzi na dole. Teraz widać było wyraźnie niebieskie mundury królewskich lansjerów. Po pierwszej salwie nastąpiły kolejne, a przerażeni ludzie zaczęli krzyczeć i w panice szukać schronienia. W pierwszej chwili nie widzieli, skąd padają śmiercionośne pociski. Ci, którzy nie zostali natychmiast zabici i zdążyli znaleźć skrawek zasłony, szybko zorientowali się, kto wziął ich na cel. Na środku pozostały trupy, dziko wierzgające konie o przekrwionych oczach i ciężko ranni błagający o pomoc. Nikt nie miał odwagi im jej udzielić.

Po kanonadzie z muszkietów żołnierze zaczęli zrzucać bomby, które rozbryzgiwały małe ołowiane pociski na wszystkie strony. Krzyki ludzi pomieszały się z panicznym kwikiem koni. Wokół unosił się zapach krwi, prochu i śmierci. Kurz zakrył całkowicie widoczność. W pyle widać było jedynie zarysy sylwetek, kilka przemknęło niedaleko miejsca, gdzie młody de la Vega podjął wspinaczkę.

Diego patrzył na to z wystarczającej odległości, aby nie zostać rannym. Skamieniały oglądał pogrom. Był wcześniej świadkiem ran, śmierci, ale nigdy na taką skalę. Nie zauważył, że chwilę później przechodzący powyżej niego żołnierz trącił przypadkiem kamień, który sturlał się w dół. Uderzenie skały w głowę zamroczyło go i stracił równowagę. Zanim stoczył się na dno wąwozu, był nieprzytomny.

xxx xxx

Obudził go przeszywający ból głowy. Wraz z rosnącą świadomością własnego ciała, zaczęły do niego dochodzić kolejne bodźce. Był potłuczony, w wielu miejscach na pewno miał siniaki, a kilka żeber powodowało kolejne fale bólu przy każdym ruchu. Uspokoił oddech i brał tylko płytkie wdechy. Skórę pokrywał kurz, a włosy miał zlepione. “Pewnie krwią. Lepiej nie będę się ruszał przez moment. Ach, dawno nie miałem żadnej kontuzji.

Wróciły do niego wspomnienia ostatnich chwil przed upadkiem. Instynktownie nie otwierał oczu i zaczął nasłuchiwać. Słońce nie przypiekało, więc prawdopodobnie nastało już popołudnie. Po pobojowisku krzątali się ludzie, słychać było jęki rannych. “Przyjaciele czy wrogowie?

Wciąż leżał nieruchomo, ale zaryzykował minimalne podniesienie powiek. Zawężone pole widzenia w połączeniu z wieczorną szarówką utrudniało dostrzeżenie szczegółów i barw. Udało mu się jednak rozpoznać wojskowe mundury. Po chwili dwóch szabrowników wskazało w jego kierunku, więc powoli zamknął oczy i skupił się na otaczających odgłosach.

“Patrz, tam jeszcze jeden leży. Pewnie zaczął uciekać, jak się zaczęło. Ha ha ha, niedaleko uciekł. Chodź, zobaczymy co ma przy sobie.”

Diego spłycił oddychanie do minimum, aby nie zdradził go ruch klatki piersiowej. Nie znał intencji napastników, ale masakra, jakiej był świadkiem, utwierdziła go w przekonaniu, że lepiej udawać trupa niż nim się stać. Jednak serce biło mu jak oszalałe.

Dwie pary kroków zbliżały się, aż wyczuł ich obecność koło siebie. Jeden z żołnierzy musiał przyklęknąć, bo usłyszał jego głos blisko twarzy.

“Haftowana marynarka, koszula dona, chłopak musiał pochodzić z bogatej rodziny.”

Gdy go przeszukiwali, Diego nie miał problemu, aby lecieć im przez ręce, ale musiał się bardzo pilnować, aby nie wydać żadnego odgłosu. Przekonani, że mają do czynienia ze zmarłym, napastnicy nie obchodzili się z nim delikatnie. Młodzieniec zdążył zmarznąć, leżąc przez kilka godzin na ziemi, a złodzieje nie zwrócili uwagi na ciepłotę ciała.

Z rechotem zabrali mu sakiewkę i wisiorek. Podziwiali go i przeliczali zawartość torebki.

“DV. Ciekawe co to znaczy? Uuuu i płatek róży! Pewnie od dziewczyny, do której się zalecał.”

“Może to jej inicjały. Szkoda chłopaka, nawet przystojny był. Weź sobie na pamiątkę, jak ci się podoba. Najważniejsze, że w tej zasadzce zarobiliśmy dla Orła więcej niż w ostatnich dziesięciu. Trochę żal, że to była już ostatnia grupa do wybicia.”

“No, , pomyśl tylko, niedługo czeka nas zasłużona nagroda. wkrótce zjawi się w , przejmie władzę we wszystkich pueblach, a nam załatwi cieplutkie i dobrze płatne posady w garnizonach. Koniec z życiem na prerii i wiecznym uciekaniem przed lansjerami.”

“Masz rację, pyszne jedzenie w tawernach, piękne senority, które będą się biły o naszą uwagę, wino lejące się strumieniami. Aż się rozmarzyłem. Wracajmy lepiej do reszty, bo niedługo będzie noc, a nie mam zamiaru jej spędzać z trupami.”

“Czekaj, a buty?”

“Gdzie ty masz oczy? On miał tak duże stopy, że w buty byśmy się obaj zmieścili. Chodź.”

Diego błogosławił złodziei, że nie odkryli tego, że żyje i w czasie przeszukiwania przeoczyli jego ręce. Strata medalionu bolała, że zawsze pozostawała mu ślubna obrączka. Gdy usłyszał, że oddalili się na większą odległość, znów zaryzykował zerknięcie spod półprzymkniętych powiek.

Ludzie w niebieskich mundurach grabili zmarłych i dobijali rannych. Zabrali też wszystkie konie, którym udało się przeżyć. Chociaż teraz był pewny, że nie są prawdziwymi żołnierzami.

Teraz już znam prawdziwy powód zaciągu. Jakim potworem trzeba być, aby posunąć się do masowego ludobójstwa, tylko po to, aby podsycić rewolucyjne nastroje? Puebla będą bezbronne, a jeśli komukolwiek udało się przeżyć masakrę, wina spadnie na żołnierzy i hiszpańską władzę.

Wciąż leżał nieruchomo, zbierał siły i rozważał zasłyszane informacje, czekając na nadejście nocy. Poszczególne zagadki i pytania, na które znalazł właśnie odpowiedzi, układały się w logiczną całość. Logiczną i przerażającą.

“Listy poborowe trafiły do wszystkich garnizonów, pieczęć gubernatora była oryginalna, pismo doskonale sfałszowane, a cała akcja precyzyjnie zsynchronizowana. Jak mogę powstrzymać Orła? Czy sam, nawet jako , mogę coś zrobić? Jestem jeden, a oni są doskonale zorganizowani. Nawet jeśli mi się nie uda i będziemy musieli uciekać do Stanów Zjednoczonych, nie poddam się bez walki.”

xxx xxx

Koło północy Diego był pewny, że rewolucjoniści odjechali wystarczająco dawno, aby mógł bezpiecznie powstać z martwych. Ostrożnie usiadł, w głowie wciąż jeszcze mu dudniło i lekko kołowało się, ale ocenił, że nie ma wstrząsu mózgu.

Do Los czekała go długa droga, a miał na sobie tylko ubranie i buty. Z rezygnacją zaczął przeszukiwać wąwóz w nadziei na znalezienie jedzenia, wody i broni. Wiedział, że nie godzi się zostawić zamordowanych sąsiadów na pastwę kojotów i sępów, ale żywi potrzebowali go bardziej. Ostatecznie zdobył jeden pusty bukłak, torbę z kilkoma tortillami i końską derkę. Wszystko, co było przydatne, zostało już wcześniej rozgrabione. Dobrze, że duży rozmiar butów uchronił go przed stratą noża, ukrytego w cholewie.

Nie tracąc więcej czasu, wyruszył w długi marsz do domu.

xxx xxx

miał świetną orientację w terenie, nawet dotychczas nieznanym. Założył, że ludzie Orła wrócą tą samą trasą, którą przybyli, więc trzymał się gościńca, ale w pewnej odległości. Chłodna noc odganiała pragnienie i zawroty głowy. wiedział, że do świtu musi dojść do potoku, który mijali poprzedniego ranka. Nie pozwalał sobie na odpoczynki, jedynie co kilkadziesiąt minut zwalniał nieco tempo.

Gdy zza horyzontu zaczęły pojawiać się pierwsze promienie nowego dnia, z ulgą powitał orzeźwiające wody strumyka. Ugasił pragnienie i napełnił manierkę. Nie był jeszcze głodny, więc placki zostawił na później. Za pomocą chusteczki do nosa przemył ranę na głowie, na tyle na ile mógł.

Do południa narzucił sobie forsowne tempo, robiąc zaledwie jeden odpoczynek na uzupełnienie bukłaka sokiem z kaktusa i zebraniem owoców opuncji figowej. Zjadł je po drodze, wciąż oszczędzając tortille. Gdy słońce stało w zenicie, wspiął się na wzgórze, które stanęło akurat na jego drodze.

Z zaskoczeniem zauważył w dole obozowisko. Na szczęście szybko rozpoznał kilku peonów i . Rozważał, czy się do nich dołączyć. Ostatecznie i tak musiał gdzieś spędzić najgorętszą porę dnia, a może uda się czegoś więcej dowiedzieć. Swój skromny dobytek schował za skałami i zszedł w dół.

Dość czujni po ostatnich wydarzeniach mieszkańcy Los szybko go zauważyli i z radością rozpoznali. Siedząc w cieniu, szeroko komentowali rzeź. Diego tylko słuchał, a pytania o własne ocalenie bagatelizował.

Wszyscy widzieli wojskowe mundury, więc założyli, że to własna armia próbowała ich pozbawić życia. Kilkunastu osobom udało się uciec na początku masakry, niektórzy byli akurat na stronie za potrzebą, inni zostali przygnieceni przez ludzkie lub końskie ciała, ale wydostali się, zanim zaczęto dobijać rannych.

Niedobitki spotykały się po drodze i postanowili wrócić do domu. Jednak po dniu ucieczki na północ, wraz z kilkoma vaqueros zawrócił, aby pochować ciała poległych. Stwierdzili, że w mniejszych grupach łatwiej będzie znaleźć jedzenie na pustkowiu, a myśl o pozostawieniu krewnych i sąsiadów na pastwę dzikich zwierząt nikomu nie była miła. Z drugiej strony należało poinformować rodziny o tragedii.

W końcu skwar południa dał się wszystkim we znaki i jeden po drugim zaczęli drzemać w cieniu.

xxx xxx

To, czego nauczył się w czasie niejednokrotnego czekania na wrogów, to spania na czas. Gdy postanowił, że za godzinę ma się obudzić, tak właśnie się działo. Diego wiedział, że potrzebuje odpoczynku, ale nie mógł pozwolić sobie na trzymanie się grupy i dwutygodniowy albo nawet dłuższy powrót. Dlatego po dwóch godzinach drzemki, cicho wstał i niezauważony wrócił do miejsca, gdzie zostawił swoje rzeczy. Z żalem podejmował samotną wędrówkę, ale wiedział, że ściga się z czasem.

Na szczęście zawroty głowy minęły całkowicie, a świetna kondycja pozwalała na duży i długi wysiłek. Chociaż z każdym przebytym kilometrem musiał przyznać, że siły go opuszczały. Do wieczora przeszedł prawie 40 kilometrów, więcej niż przemieszczali się przez cały dzień, podążając do obozu szkoleniowego, który był fatamorganą.

Rozłożył derkę, wypił połowę wody i jedną tortillę. Położył się i oparł nogi wyżej na kamieniach. Za nim był pierwszy dzień wędrówki i zniósł go dość dobrze. Jednak spiskowcy mieli konie, więc powrót powinien zająć im nie więcej niż 8, góra 10 dni. Tymczasem na pieszo taki dystans mógł pokonać w około dwa tygodnie.

Za długo. Muszę iść też w nocy, a w dzień część sjesty poświęcić na zdobycie czegoś do jedzenia. Jeśli się postaram może uda się urwać ze dwa dni. Wciąż za długo. Ale nie mam innego wyjścia. Muszę ostrzec Garcię, zanim będzie za późno.

Szybko zasnął z mocnym postanowieniem wznowienia marszu za 3 godziny.

xxx xxx

Obudził się obolały i zmarznięty po zbyt krótki śnie. Derka chroniła go przed zimnem od gruntu, ale nie okrywała go wystarczająco. Zastałe mięśnie miały pierwsze objawy potężnych zakwasów. Bez entuzjazmu, ale z mocnym zamiarem przebycia jak największego odcinka przed świtem, Diego ruszył dalej. Łączył na przemian bieg z szybkim marszem. Ruch rozgrzewał go, a droga w ciemnościach mniej się dłużyła. Myśli zajmowała mu , rozważania, czy już urodziła oraz intrygi Orła.

Słońce stało już na niebie, gdy młodzieniec pozwolił sobie na wypicie kolejnej porcji wody, ale nie na odpoczynek. Wiedział, że jeśli się zatrzyma, ostudzone mięśnie będą piekły z bólu, poza tym każdy krok przybliżał go do celu. Teraz już po prostu szedł normalnym tempem i uważnie rozglądał się po okolicy.

Jednak szczęście nie było tym razem po jego stronie. Zero wody, żadnych zwierząt, jak okiem sięgnąć widać było tylko pagórki, skały i piach. Nie miał innego wyjścia jak uszczuplić skromne zapasy. Trzygodzinna drzemka w południe pomogła tylko trochę. Nogi położył wyżej na kamieniu, ale nie śmiał zdjąć butów, w obawie czy zdoła wcisnąć spuchnięte stopy z powrotem.

Od miejsca masakry przeszedł ponad 100 kilometrów w półtora dnia. Kusiło go zostać i odpocząć dłużej. Poleżeć jeszcze z godzinkę… albo dwie…

Potrząsnął gwałtownie głową. “Nie, nie wolno mi. Muszę dotrzeć do domu jak najszybciej.”

Obiecał sobie dłuższą przerwę po dotarciu do rzeki Kolorado. Szybkość przemieszczania była jednak uzależniona od wyczerpania organizmu. Porzucił marszobieg, starał się utrzymać tempo chodzenia. W myślach prześpiewał sobie już kilkukrotnie wszystkie piosenki marszowe, jakie kiedykolwiek słyszał od Garcii. Gdy skończył mu się repertuar, liczył kroki. Po kilku godzinach zaczął się mylić.

Zjadł już wszystkie zapasy, wypił resztkę wody. Mimo gorącego dnia przestał się nawet pocić, a oddychał ciężko przez spierzchnięte usta. Próbował się na czymś skupić — ile razy wygrał pojedynek z Monastario, ile razy pociął mundury żołnierzom, ile kwiatów dał żonie… Jednak każda przytomna myśl, szybko mu umykała. Ostatecznie przestał próbować. Całą jego koncentrację pochłaniało przestawienie nogi i zrobienie kolejnego kroku.

Gdy pod wieczór wszedł na kolejne wzniesienie i zobaczył przed sobą rozległą dolinę porośniętą bujną, jak na sąsiadującą okolicę, roślinnością, w pierwszej chwili myślał, że ma zwidy. Ale szedł dalej i z każdą chwilą przekonywał się, że faktycznie udało mu się dotrzeć nad rzekę Kolorado. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wróciły mu siły i zaczął biec w stronę wody. Może termin “bieg” był nieco na wyrost, bo skończył się po kilkuset metrach, ale solidne tempo marszu zostało wynagrodzone w krótkim czasie.

Diego rzucił dobytek na ziemię, zdjął buty i niewiele myśląc, wskoczył do rzeki, tak jak stał, w ubraniu. Szok termiczny był duży, więc w pierwszej chwili pożałował decyzji, ale ciało przyzwyczaiło się do nowej temperatury. siłą woli powstrzymał się, żeby nie otworzyć ust i po prostu się nie napić. O ile małe strumienie były w miarę bezpieczne, to woda w rzekach bywała zanieczyszczona przez ludzi i zwierzęta hodowlane. To była tortura nie móc się napić, ale rozsądek zwyciężył.

Ostatnie czego mi teraz trzeba, to zatrucie. Do zmierzchu zostały jeszcze ze dwie godziny. Jeśli mam jutro i pojutrze gdziekolwiek pójść, muszę dzisiaj odpocząć.

Z żalem opuścił orzeźwiającą toń. W pobliżu brzegu szybko zlokalizował opuszczone obozowisko. Pokręcił głową z niezadowoleniem. “Jak mogłem go nie zauważyć w pierwszej chwili? Zrobiłem się nieuważny.”

Szczęście w końcu się do niego uśmiechnęło, bo chociaż popiół miał już kilka dni, to koło jednego z pni, który służył najwyraźniej za siedzisko, znalazł wyszczerbioną, metalową miskę. Najwyraźniej ktoś jej zapomniał.

Diego szybko rozebrał się do bielizny i rozłożył mokre ubranie. Teraz było jeszcze ciepło, ale wiedział, że podczas zimnej nocy będzie potrzebował wszystkich warstw garderoby. Zebranie drewna, rozpalenie ogniska, zagotowanie dużej ilości wody w małym naczyniu i upolowanie kilku ryb zajęło mu cały wieczór. Zrobił też zapasy na dalszą podróż. Zmęczony owinął się derką i zasnął przy ognisku z zamiarem obudzenia się wczesnym rankiem.

xxx xxx

Godzinę po świcie zjadł szybko śniadanie. Nadal miał potężne zakwasy, ale jedzenie, woda i przespana noc zregenerowały jego siły. Kolorado była w tym miejscu nieco węższa, miała około 120 metrów szerokości, ale na środku utworzyła się stabilna wyspa. Dlatego przez rzekę przerzucony był mostek na tyle solidny, że mógł przez niego przejechać powóz. Po dwóch godzinach zielona dolina się skończyła i nastał bezkres prerii, która miała się ciągnąć między górami przez kolejne 3 dni, w wersji optymistycznej może przez dwa. Diego westchnął zdeterminowany i ruszył dalej.

xxx xxx

Teraz szedł gościńcem, bo wątpił, że natknie się na spiskowców. Otaczające go góry nie wróżyły skrócenia drogi, a wręcz odwrotnie. Jednak, gdy przed kolejnym zakrętem usłyszał rżenie, szybko schował się za najbliższą skałą. Po kilku nerwowych minutach oczekiwania, zza zakrętu wyłoniła się piękna czarna klacz. Nie mogła go widzieć, ale musiała wyczuć zapach człowieka, bo zatrzymała się i skierowała głowę w jego stronę.

Diego nie miał wątpliwości, że było to dzikie zwierzę, bo nie miała wypalonego znaku hodowlanego. Ostrożnie wyszedł z kryjówki i zaczął do niej spokojnie przemawiać. Wolno podchodził, aż pozwoliła mu się dotknąć. Minęła godzina, zanim zaufała mu na tyle, że zarzucił na nią derkę i spróbował dosiąść na oklep.

Czy to dobra ręka do koni, czy może wcześniejsze doświadczenia z ludźmi, a może palec Opatrzności? Ostatecznie młodzieniec zyskał towarzyszkę podróży, która pozostała mu wierna przez cały czas. Pierwszego wieczoru spodziewał się, że ucieknie, ale każdego ranka wciąż na niego czekała.

Niespodziewane spotkanie znacznie przyspieszyło podróż, ale było równie męczące. Dodatkowo młody ranchero znał ograniczenia klaczy. Koń mógł jechać nieprzerwanie około 4 godzin, potem potrzebował odpoczynku i znów mógł jechać kolejne 4. Jednak ani bez siodła i wodzy nie wytrzymałby na grzbiecie tak długo, ani nieprzyzwyczajony do jeźdźca wierzchowiec.

Dlatego razem wypracowali własną rutynę. Diego przez pół godziny jechał, a przez kolejne biegł albo szedł, co dawało klaczy okazję do odpoczynku. Narzucili sobie dość długie pory jazdy — od świtu do południa i od wczesnego popołudnia do północy.

O ile wcześniej młodzieniec miał ból tylko w łydkach, to po kolejnym dniu odczuwał je już w całym ciele, ponieważ w czasie jazdy pracowały inne grupy mięśniowe. Ale mimo to przeplatany wysiłek sprawiał, że mógł nieco odpocząć, siedząc na grzbiecie nowej przyjaciółki. I miał w końcu do kogo usta otworzyć. Jego myśli były bardziej składne niż drugiego dnia i wciąż powracały do rodziny, co dawało mu siły do podjęcia kolejnego wysiłku. Ograniczył też do minimum czas na zdobywanie jedzenia. Nie było mu łatwiej, ale w jego serce wlała się nadzieja, że zdąży na czas.

xxx xxx

Piątego dnia w nocy dotarli do niedawno powstałego rancza San Bernardino misji San Gabriel. Diego zawahał się. Wizja łóżka twardego, ale wygodniejszego niż ziemia, miski ciepłej polewki i kieliszka wina, była kusząca. Bardzo kusząca. Ale szybko odgonił marzenia. Nie wiedział, jak zareaguje klacz wśród ludzi. Poza tym nie miał pieniędzy, jego ubranie było zakurzone i miejscami uszkodzone, a sam wyglądał bardziej jak żebrak niż . Stracił wagę, śmierdział, a prawie tygodniowy zarost, nadawał mu lekko dzikiego wyglądu.

Dlatego ukryli się wśród okolicznych wzgórz i tam rozłożyli się na nocleg.

Następnego dnia Diego musiał rozważyć dalszą trasę. Wjechali na tereny bardziej zamieszkałe przez ludzi i ryzyko spotkania kogoś na trakcie bardzo wzrosło. Nie chciał, aby ktokolwiek wiedział, że udało mu się przeżyć i wrócić tak szybko do . Mimo że misję i Los dzieliło 80 kilometrów, był zmuszony nadłożyć drogi prerią. Dlatego, gdy wjechał pod koniec szóstego dnia do jaskini pod hacjendą, był tak samo zmęczony fizycznie jak psychicznie.

Oporządził klacz, która od razu polubiła się z i nie rozbierając się, padł na posłanie. Zasnął z wesołą myślą, że może, gdy jego wierny rumak odejdzie na zasłużoną emeryturę, będzie miał następcę spłodzonego z piękną i wytrzymałą klaczą. Wciąż jeszcze nie wymyślił dla niej imienia…

kasiaeliza

Mama dwójki Zorrątek. Trenowałam jujitsu japońskie i ociupinkę kendo. Lubię RPGi, planszówki, geografię, historię, piłkę nożną i książki. Nie wróć, książki to kocham. :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *