Legenda i człowiek Cz V: Doskonały plan, rozdział 10

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Pech czy los sprawiają, że nawet najlepszy plan może zawieść. Piąta część opowieści o Zorro i Victorii.
Postacie/Characters
, de la Vega, Escalante, , Jamie , Luis Ramon,

Rozdział 10. Wspomnienia i wątpliwości

usiadła na łóżku z westchnieniem ulgi. Była zmęczona, ale było to przyjemny stan, nie taki jak wtedy, gdy w jaskini padała na swoje posłanie zbyt wyczerpana, by ustać na nogach, ani też potem, w Monterey, gdzie może i miała swój pokój, ale wciąż nie opuszczało jej znużenie. Nie, dziś wreszcie zmęczył ją dzień spędzony w kuchni, na gotowaniu i w sali gospody, na rozmowach z kolejnymi gośćmi. Skrzynka pod barem pęczniała od monet, gdy kolejni peoni i zaglądali do gospody, by przywitać się z jej właścicielką i wypić z okazji jej powrotu szklankę wina. Tęskniła za tym, ale teraz stwierdziła, że ma dosyć. Odwykła od gwaru i tłumu.

Wstała i otworzyła okno. Daszek za nim był pusty. Diego był jeszcze zbyt słaby, by nocami uganiać się po dachach. Prosiła go, gdy się wieczorem rozstawali, by nie składał jej nocnej wizyty i miała nadzieję, że tym razem posłuchał.

Miesiąc wcześniej:

Mały dom na przedmieściach Monterey należał do starego znajomego don . Kiedyś zbudowany dla ogrodnika, może nie był zbyt luksusowy, ale za to położony wystarczająco na uboczu, by jego mieszkańcy mogli unikać nazbyt ciekawskich spojrzeń. Zwykle służył tym gościom, którzy nie chcieli lub z jakiegoś powodu nie mogli pojawiać się w głównej rezydencji. Dlatego też don , gdy tylko przeczytał pismo starszego de la Vegi, zaproponował im tą właśnie kwaterę. Sprowadził też lekarza, gwarantując, że umie on utrzymać język za zębami, ale doktor niewiele miał do powiedzenia. Zdziwił się jedynie, że ktoś z taką raną, jak Diego, był w stanie znieść drogę do Monterey, zostawił leki na gorączkę i zalecił długi wypoczynek i oszczędzanie sił. Zielony ogród dookoła, dyskretna służba podająca posiłki, taras, z którego rozciągał się widok na okoliczne wzgórza – to wszystko zachęcało do odpoczynku. Tylko, że to właśnie było dla Diego najtrudniejsze.

pamiętała, jak obudził ją z drzemki trzask przewracanego mebla. Poderwała się wtedy z fotela, tylko po to, by zobaczyć, że stojące przy drzwiach na patio krzesło leży na ziemi, a Diego ciężko wspiera się o ościeżnicę.

– Diego!

– Nic… nic… – Nim podbiegła do niego, oderwał jedną z dłoni kurczowo zaciśniętych na drewnie i raptownym chwytem złapał za oparcie stojącego dalej fotela. Wsparł się na nim i zrobił krok do przodu. W tej samej chwili była już obok i podparła go z drugiej strony.

– Mogłeś zawołać!

– Spałaś… – sapnął Diego. – Nie chciałem… budzić.

Usiadł ciężko w fotelu. Po czole spływały mu krople potu.

– I tak mnie obudziłeś. A co by było, gdybyś się przewrócił?

– Wstałbym.

– Wiem. Ale nie pomożesz sobie, wciąż się zmuszając do wysiłku. Słyszałeś przecież – mówiła dalej, nalewając do szklanki lemoniady – co mówił lekarz. Masz odpoczywać. Miną tygodnie, zanim w pełni odzyskasz siły, a prawdopodobnie…

– Słyszałem co mówił – przerwał jej. – I powtarzasz to co najmniej raz dziennie.

– Bo codziennie próbujesz zrobić jakąś głupotę!

– Nie głupotę. Muszę się ruszać, zamiast gnuśnieć w betach!

– Może i musisz, ale na razie nie masz na to dość siły.

– Wiem! – Diego z furią trzepnął dłonią o podłokietnik. – Nie mam siły. Ale od leżenia mi tej siły nie przybędzie! A ja… – urwał.

pochyliła się nad nim.

– Co ty?

– Muszę… – Diego zająknął się, a potem poprawił. – Musimy wracać do domu.

– Wrócimy w swoim czasie, nie przyspieszysz tego.

– Muszę – burknął.

– Diego…

– Muszę! Vi, ja… Ja się boję!

– A ja się martwię o ciebie. Nic nie wskórasz, nawet jak zaczniesz rozbijać sobie głowę o ściany.

– Nie rozbijam sobie głowy specjalnie… – Diego mimowolnie dotknął dłonią opasującego głowę bandaża, gdzie skrywały się spory guz i rozcięcie, pamiątka po upadku z dnia poprzedniego. – To tylko jeden mały guz… – zaprotestował.

– Jeden mały guz, jeden mały guz – prychnęła . – Zawsze mówisz, że to tylko drobiazg… Jeden guz, jedno zadrapanie, jedna kula… – Ku swemu własnemu zaskoczeniu rozpłakała się.

– Vi… – złość Diego znikła jak za dotknięciem magii. – Vi, proszę, nie płacz… – ujął ją za rękę. – Vi, ja nie chciałem…

– Wiem, że nie chciałeś – chlipnęła. – Ale po prostu ja… ja nie potrafię…

Diego spochmurniał, ale nie cofnął ręki. Siedział koło niej, gdy płakała, próbując ją pocieszyć dotknięciem dłoni, ale miała wrażenie, że jego myśli uciekają gdzieś daleko. Od tamtego południa posłusznie wykonywał jej polecenia i, przez jakiś czas, nie próbował wstawać czy chodzić po domu. A jednocześnie widziała, że zamknął się w sobie. Uchylał się od rozmowy i zbywał jej pytania. Miała wrażenie, że rozmawia z nią już tylko ten Diego de la Vega, którego znała przez wcześniejsze lata, jakby wszystko, co dzielili wspólnie, przestało istnieć.

X X X

Otrząsnęła się ze wspomnień. Dziś będzie mogła spokojnie przespać noc, bez nadsłuchiwania oddechu śpiącego, czy złych snów. I rzeczywiście spała głęboko, a rano, gdy weszła do kuchni, powitało ją dziwne spojrzenie señory Antonii. Na jej pytanie, co się stało, kobieta wskazała stół w kuchni, na którym leżała róża. Czerwona, pachnąca róża, ze skrawkiem papieru okręconym wokół łodyżki. Nie musiała go odwijać, by wiedzieć, że jest na nim nakreślona litera „Z”.

Ujęła w palce kwiat. Zorro znał jej zwyczaje. Wiedział, że to ona będzie pierwszą osobą, która zajrzy rano do kuchni i tylko dlatego, że dziś spała dłużej niż zwykle, uprzedziła ją w tym Antonia. wiedziała jednak, że kwiat był nie tylko powitalnym podarkiem, ale i wiadomością. Jedną, dla mieszkańców , że Zorro wciąż jest w okolicy, i tu señora mogła ją przekazać pozostałym. Ale była też druga informacja, dla niej, Victorii. Prosty przekaz, że choć nie mogła zatrzymywać Zorro swoimi życzeniami, to on, chociaż nie mógł w pełni usłuchać jej prośby, postarał się spełnić ją na swój własny sposób, zostawiając kwiat tam, gdzie nie musiał się męczyć wspinaczką.

powąchała różę i uśmiechnęła się. Zorro zapewne nie planował, że tym podarunkiem przekaże jej jeszcze jedną wiadomość – że ich świat, rozbity tamtej nocy, znów stał się cały i normalny.

X X X

Pchniecie, zasłona, trawers, pchnięcie, uderzenie, uderzenie, związanie, pchnięcie, zasłona, zasłona…

Don zatrzymał się w wejściu na niewielkie podwórko na tyłach hacjendy, pomiędzy głównym domem, a stajnią. Diego już drugiego dnia po powrocie ustawił tam coś w rodzaju kukły z wystającymi kijami i teraz z zapałem okładał ją palcatem. Kukła trzeszczała i obracała się pod uderzeniami, kije śmigały w powietrzu, a Diego tańczył w wypadach, wejściach i obrotach. Klekot drewna niósł się dookoła.

Wreszcie młody de la Vega się zatrzymał. Oparł się o ścianę domu, zwieszając bezwładnie ręce, jakby krańcowo wyczerpany. Felipe podał mu podniesiony z ławki ręcznik.

– Diego? Wszystko w porządku? – don podszedł do syna.

– Nie… niezupełnie – wysapał Diego. Po twarzy ściekały mu krople potu, mokra koszula lepiła się do skóry, ze świstem łapał powietrze ustami, jakby po długim biegu.

– Nie przemęczasz się za bardzo?

– Nie! – odpowiedź Diego była jednym sapnięciem. Po dłuższej chwili, gdy już jego oddech się trochę uspokoił, odchrząknął i przemówił znowu. – Staram się zbytnio nie przemęczać, ojcze, ale muszę ćwiczyć.

– Nie widziałem cię wcześniej tak zmęczonego…

– Wciąż jest nie tak… Wciąż za szybko tracę oddech…

– Diego… – don Alejandro pokręcił głową. – Byłeś poważnie ranny. Nic dziwnego, że jeszcze nie masz siły.

– Wiem! – burknął młody de la Vega. – Ale mam tego dosyć!

– Chłopcze, spokojniej, spokojniej…

Diego popatrzył na ojca.

– Dawno nie nazywałeś mnie chłopcem – zauważył.

– Dawno – przyznał don Alejandro.

Diego raz jeszcze otarł twarz mokrym ręcznikiem i ciężko usiadł na ławce, zwieszając głowę. Jego ojciec zajął miejsce obok.

– Możemy porozmawiać? – zapytał.

Diego zerknął z ukosa.

– Mam wrażenie, ojcze, że chcesz przeprowadzić ze mną jakąś od dawna odwlekaną rozmowę.

– Niezupełnie od dawna. Może tylko od paru tygodni – sprostował don Alejandro.

– Na temat?

– Twojego podejścia do bezpieczeństwa.

– Czyjego? Mojego czy innych?

– Obu.

– Ja sądzę, że nie ma tu o czym rozmawiać.

– Doprawdy?

– Ta–ak – westchnął Diego. – Jakoś mam wrażenie, że chcesz mi wygłosić kazanie na temat narażania się na kule.

– Uważasz, że na to zasłużyłeś?

– Na kazanie? Nie. I od razu cię uprzedzę, ojcze, że nie uważam, bym zasłużył też na zostanie rannym. To był wypadek.

– Wypadek! – prychnął don Alejandro. – Synu, gdyby Ramone miał w ręku normalny pistolet, a nie to szulerskie cacko, nie dożyłbyś powrotu do jaskini. Zabiłby cię sam impet kuli. Gdybyś zaś stał choćby o krok dalej, kula utkwiłaby ci w ciele i zmarłbyś parę godzin później, zarazem z wykrwawienia i uduszenia. Nie mówiąc już o tym, że rana nieco wyżej zabiłaby cię równie szybko i w ten sam sposób.

– A gdybym był o jeszcze krok bliżej, wytrąciłbym Ramone broń z ręki. Więc nie musisz mi mówić, co mogło pójść źle, bo o tym wiem. Tak samo, jak wiem, czemu teraz mam problemy z oddychaniem. I wiem, że muszę nauczyć się sobie z nimi radzić, jeśli chcę jeszcze kiedykolwiek stanąć do walki. Ale tamto… tamto to był wypadek.

– I tak to przyjmujesz?

– Być może cię to zmartwi, ojcze, ale tak. Miałem szczęście.

– Nazywasz to szczęściem?

– A nie jest?

– Można tak powiedzieć… Ale szczęście ma to do siebie, że kiedyś zawodzi.

– Wiem o tym.

– A ciebie zawiodło już dwa razy.

– Trzy.

– Co!

– Trzy razy. I nie zawiodło, tylko właśnie dopisało mi w trudnej sytuacji. Trzy razy miałem być martwy, ale żyję i jestem bezpieczny.

– Tak to postrzegasz?

– Tak.

– Nie powiem, by mnie to zmartwiło – powiedział z namysłem don Alejandro.

– Więc skąd ta chęć wygłoszenia mi kazania?

– Może dlatego, że się bałem? Że nie wiedziałem, czy przeżyjesz i jak cię ratować?

– Założyłeś, że jeśli mnie rozpozna, wpadniemy w większe kłopoty?

– Tak. Wiem, że to zabrzmi okropnie…

– Czasem… – powiedział powoli Diego – czasem mam wrażenie, ojcze, że było błędem ujawnienie przed tobą i Vi tej całej mojej mistyfikacji.

– Że jesteś Zorro?

– Niezupełnie… ale w ogólnych zarysach to tak.

– Zapominasz, że o tym, czym się zajmujesz, ja się dowiedziałem sam. I starałem się dochować twojej tajemnicy.

– Wiem, ojcze – uśmiechnął się Diego. – I z jednej strony jest mi łatwiej. Nie muszę się przed wami maskować, wymyślać pretekstów czy wymówek. To mi pomaga, ale…

– Tak?

Diego potrząsnął głową.

– Chciałeś wygłosić mi kazanie, bo cię przestraszyłem, prawda? – nieoczekiwanie zmienił temat rozmowy.

– Właściwie… – zawahał się don Alejandro. – Właściwie tak. Przeszło mi na tyle, że nie chcę już na ciebie nakrzyczeć, jak na nieodpowiedzialnego dzieciaka.

– Zawsze umiałeś spojrzeć na wydarzenia z dystansu – zaśmiał się Diego. – Pamiętam, jak tylko ja się wykpiłem od lania, gdy z kuzynami zabraliśmy się na wyprawę z vaqueros. Tę, co nas złapała burza, pamiętasz?

– Pamiętam. Nie wiedziałem, czy ci wlać, czy uściskać, że wróciłeś cały i zdrowy. Teraz… Ach, chyba rozumiem, czemu o tym wspomniałeś. Przyznaję, może rzeczywiście jest to podobne. Tylko co chciałeś mi powiedzieć przez to, że i ja wiemy, to ci pomaga, ale…

– Ale radzi z tym sobie gorzej niż ty, ojcze – westchnął Diego.

– Victoria? Wydawało mi się, że doskonale…

– Coś ci opowiem, ojcze…

Miesiąc wcześniej:

Była ciepła, wiosenna noc. Kwitnące krzewy w ogrodzie pachniały oszałamiająco, z pobliskiego stawu niósł się rechot żab. Diego nie spał. Osłabienie spowodowało, że jego rytm dnia i nocy całkowicie się rozchwiał. Zdarzało mu się przesypiać większą część dnia, a potem nie zmrużyć oka przez noc. Leżał więc teraz i wsłuchiwał się w otoczenie.

Cichy dźwięk dobiegający z wnętrza domu w pierwszej chwili umknął jego uwadze, gdy jednak się powtórzył, Diego uniósł się na łokciu, nasłuchując. Wreszcie poszukał leżącej przy łóżku laski, z trudem stanął na nogi i ruszył do drzwi. Kręciło mu się w głowie tak, że chwilami musiał drugą ręką wspierać się o ścianę, by nie upaść, ale czuł, że mimo wszystko jest znacznie silniejszy niż jeszcze kilka dni temu.

Szmer, który go zaniepokoił, dochodził z drugiej strony korytarza. Pierwszy po drodze był pokój Felipe. Diego oparł się na chwilę o framugę drzwi i zajrzał ostrożnie do środka. Chłopak jednak spał, zwinięty w kłębek dookoła trzymanej w objęciach poduszki i sprawiał wrażenie uśpionego tak głęboko, że nikt i nic nie mogło mu w tym przeszkodzić. W tej samej chwili dźwięk znów się rozległ i tym razem Diego nie miał kłopotów ani z jego zlokalizowaniem, ani też z rozpoznaniem, co to było.

płakała. Szlochała, rozpaczliwie łapiąc powietrze, chlipiąc i krztusząc się łzami. Gdy dotarł do jej drzwi, zobaczył, że siedzi na brzegu łóżka, skulona, obejmując się ramionami i kołysząc to w tył, to w przód. Była tak pogrążona w rozpaczy, że zorientowała się, że nie jest sama dopiero wtedy, gdy Diego usiadł obok niej na łóżku.

– D… Diego? – zająknęła się. – Co ty tu robisz? Powinieneś spać!

– Nie mogłem zasnąć… Co się stało, Vi?

– Nic!

– Chyba jednak coś… – Diego delikatnie odsunął z twarzy Victorii pasmo włosów. – Gdyby nic się nie działo, nie płakałabyś tak.

– To nie twoja sprawa, czemu płaczę!

– A jednak… – przesunął palcami po policzku kobiety.

westchnęła i zamknęła na moment oczy pod tą pieszczotą.

– Nie! – odsunęła nagle jego rękę.

– Wybacz, nie chciałem urazić…

– Właśnie, wybacz – prychnęła. – Zawsze to mówisz!

– Chyba nie…

– Właśnie, że tak! – poderwała się z łóżka. – Mówisz tak i mówisz, a ja zaczynam mieć tego dość!

– Dość? – zapytał.

– Tak, dość! Dość tego, że znikasz jak cień i gdzieś cię nosi przez pół dnia. Że nie wiem, czy wrócisz cały, czy z dziurą po kuli!

– Kiedy to indziej wracałem z dziurą po kuli? – zapytał Diego niebezpiecznie spokojnym głosem, ale nie słuchała.

– Albo czy w ogóle wrócisz! – mówiła dalej. – Dość niepokojenia się, czy tym razem też udało ci się zwiać przed żołnierzami! Dość… – zająknęła się, jakby teraz do niej dotarło, że on coś powiedział – dość tego, że teraz zamęczasz się i rozbijasz o ściany, bo myślisz tylko o tym, jak wrócić do pueblo. Mam! Tego! Dosyć! Już wolałam, jak zmykałeś do hacjendy, gdy tylko coś zaczynało iść nie tak!

– I wracałem zaraz potem, tylko o tym nie wiedziałaś! Skoro wolisz tchórza Diego, to czemu wciąż rozglądałaś się za Zorro?

– Wypominasz mi to?

– Nie! Zależało mi na tobie! Nadal zależy…

– Więc mi tego nie wytykaj!

– Nie mam zamiaru! Ty zaczęłaś ten temat!

– Ty pytałeś, czemu płaczę!

– A ty mi na to nie odpowiedziałaś!

– A czy ty mi odpowiesz, czemu się starasz rozbić o ściany?

– Mówiłem ci już, że się boję o pueblo!

– Tylko o pueblo? A ja cię nie obchodzę?

– Obchodzisz! I to bardzo! Do licha, Vi, ja cię kocham! Chcę, byś była moją żoną!

– O, teraz będziesz mnie na ślub namawiać, co?

Diego pokręcił głową.

– Nie będę cię ponaglać – powiedział powoli. – Nie będę…

– Więc jak ci na mnie zależy? Co jest dla ciebie ważniejsze? Ja? Czy pueblo?

– TY! Zadowolona?

– Nie!

Diego mocniej uchwycił laskę, wstał z wysiłkiem i ruszył do drzwi. W progu wsparł się o framugę i obejrzał. stała przy stole. Zaciskała pięści. Zawahał się.

– Nie chcę stąd wychodzić – powiedział cicho. – Nie chcę cię zostawiać. Nie, kiedy płaczesz przeze mnie…

Nie odpowiedziała.

– Victoria…

Nadal nie było odpowiedzi, tylko kostki dłoni Victorii pobielały, tak mocno zaciskała pięści. Diego czekał jeszcze przez chwilę, wreszcie zrobił krok w jej stronę, potem drugi. Przy trzecim nogi go nagle zawiodły i musiał złapać się krzesła. podtrzymała go z drugiej strony, ale nie był w stanie ustać i osiągnęła tylko tyle, że usiadł na podłodze, zamiast upaść. Uklękła przy nim.

– Diego?

– Wszystko w porządku, Vi…

nagle objęła mocno Diego i rozszlochała się znowu.

X X X

– I co było potem? – zapytał don Alejandro.

– Poszliśmy w końcu spać. Rano nie wracaliśmy do tego tematu.

– I pewnie się jeszcze nie raz pokłóciliście.

– Niezupełnie. Były pomiędzy nami sprzeczki. Prawie codziennie, o byle drobiazg. Wiesz, ojcze, oboje byliśmy wtedy, tam w Monterey, dosyć… nerwowi. Starałem się nie pokazywać, jak bardzo martwi mnie to, że zostałeś tutaj sam, a ona nie mówiła, czemu płakała, tak naprawdę. Choć wiem, że płakała w nocy jeszcze niejeden raz…

– Nie jestem zdziwiony. Po tym, co z tobą przeżyła…

– Ostatni raz starliśmy się tuż przed wyjazdem, ale to już był właściwie drobiazg… Śmialiśmy się z tego zaraz potem, ale…

– Ale?

– Ale zrozumiałem po tym wszystkim, że zastanawia się, bardzo poważnie, czy nasze małżeństwo ma sens. Czy sobie poradzimy.

– A co ty o tym sądzisz?

– Że, niezależnie od tego, co czuję, jeśli zdecyduje się zwrócić mi pierścionek, będę musiał to znieść – Diego obrócił w dłoniach ręcznik. – Myślałem, że to tylko obawa przed rolą doni de la Vega ją powstrzymuje, ale teraz widzę, że bycie towarzyszką Zorro może być dla niej ciężarem ponad siły. Nie mogę, nie wolno mi…

– Czy nie wysnuwasz za daleko idących wniosków, synu?

– Czemu tak uważasz?

– Byłeś już w Hiszpanii, gdy zachorowała i zmarła jej matka, a Escalante wyjechał w interesach do Monterey i nie wrócił. Nie widziałeś więc, jak z dnia na dzień została sama w gospodzie i musiała poradzić sobie nie tylko z jej prowadzeniem, ale i z opieką nad braćmi, którzy wdawali się w awantury za każdym razem, gdy tylko słyszeli, że ich ojciec uciekł.

– I nikt im nie pomógł!

– Pomagaliśmy, oczywiście, ale zawsze znalazły się jakieś nieprzyjazne głosy. A jednak wytrwała. Po śmierci matki zdołała zadbać o braci, utrzymała gospodę, a gdy pojawił się u nas nowy , Ramone, ona już cieszyła się szacunkiem wszystkich mieszkańców.

– Pamiętam… – Diego podniósł głowę i uśmiechnął się. – Pamiętam, jak ją zobaczyłem w gospodzie pierwszy raz po powrocie. A jednak…

– Diego, ona cię kocha. Wiesz o tym?

– Wiem.

– Więc się nie dziw, że ciężko jej znieść, gdy dzieje się z tobą coś złego.

Diego pokręcił głową.

– To, co się zdarzyło – mówił dalej don Alejandro – było dla was obojga ciężką próbą. Dla ciebie nie tylko dlatego, że zostałeś ranny, ale też z tego powodu, że nie mogłeś działać. A jej także byłoby łatwiej, gdyby mogła coś, cokolwiek zrobić. Jesteście w tym podobni do siebie, oboje musicie działać, gdy dzieje się coś złego.

– Więc myślisz… – Diego zająknął się i po chwili dokończył. – Więc myślisz, że ona wcale nie chce się wycofać? Że możemy…

– Tak, tak myślę.

Diego odetchnął z wyraźną ulgą i wstał.

– Dzięki, ojcze. Pozwolisz? Poćwiczę jeszcze trochę…

CDN.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *