Legenda i człowiek Cz V: Doskonały plan, rozdział 13

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Pech czy los sprawiają, że nawet najlepszy plan może zawieść. Piąta część opowieści o Zorro i Victorii.
Postacie/Characters
, de la Vega, Escalante, Felipe, Jamie , Luis Ramon,

Rozdział 13. Dług wdzięczności

Trzask kraty obudził w Juanie niemiłe wspomnienia z dnia, gdy przez swoją głupotę pozwolił się pochwycić. Usiadł ciężko na pryczy. Wtedy ten metaliczny hałas był dla niego wyrokiem. Stał tamtego dnia i słuchał, jak w gabinecie Rojas i Mendoza usiłują wytłumaczyć Luisowi Ramone, że on, Juan Checa, nie jest powszechnie poszukiwanym banitą zwanym Zorro, zaś Ramone twierdzi, że owszem, jest i że zostanie skazany na śmierć. Teraz, gdy Juan znów znalazł się w celi, prawie słyszał, jak beszta jego przyjaciół za wstawiennictwo i wylicza im kary. Nie, tym razem to nie było złudzenie. znów wymyślał. Wyglądało na to, że kapral Rojas zbiera burę za spotkanie się za przyjacielem. Wreszcie krzyki ucichły, trzasnęły zewnętrzne drzwi i został sam.

Checa otrząsnął się. Miał wrażenie, że Ramone zaraz wejdzie i przypomni mu, że następny dzień będzie dniem jego egzekucji. I rzeczywiście, szczęknął zamek drzwi i do aresztu wszedł .

– Widzę, że polubiłeś gościnę tutaj – zadrwił.

Juan nie odpowiedział.

– Milczysz? No cóż… Poprzednim razem miałem do odczytania twój wyrok śmierci, nieprawdaż? Cóż, dziś nie będę aż tak surowy. Wyjedziesz z Los .

– Zwolnicie mnie?

– O, to do ciebie przemówiło, Checa – roześmiał się Ramone. – Nie, nie zwolnię. Byłbym bardziej niż nierozsądny, gdybym wypuścił na wolność takiego bandytę jak ty.

– Nie jestem bandytą!

– Jesteś, jesteś… Każdy, komu może przyjść do głowy pomysł przebierania się za Zorro, nie jest nikim innym, jak tylko zwykłym bandytą. I tchórzem, który podszył się pod kogoś innego. Więc nie protestuj tak i bądź zadowolony, że jednak nie każę cię powiesić.

– Nie jestem tchórzem! – Juan poderwał się z pryczy. – Co macie zamiar ze mną zrobić?

– Odeślę cię do Monterey, do dyspozycji gubernatora. Oczywiście, z właściwym w tej sprawie raportem. Zamach na władzę, jawny sprzeciw i niewykonywanie rozkazów, fałszywa tożsamość, podawanie się za Zorro, dezercja, złamanie zakazu… Sąd będzie mógł cię właściwie ocenić.

– Wolicie nie ryzykować moją egzekucją tutaj! – prychnął Checa. – Załatwicie to rękoma gubernatora!

– Może, może… – Ramone uśmiechnął się złowieszczo. – Powinienem był to zrobić już dawno temu.

Odwrócił się i wyszedł, a Juan z powrotem usiadł na pryczy. Złe wspomnienia wróciły z nową siłą. Noc, kiedy śledził przesuwające się za oknem gwiazdy, ze świadomością, że odmierzają czas do ostatniego dnia jego życia. Bał się wtedy i starał jedynie zachować spokój na tyle, by nie splamić się tchórzostwem. Groza przyszłej egzekucji, szubienicy, śmierci na oczach tłumu, ożyła teraz w jego pamięci tak silnie, że prawie zdziwił się, że ma na sobie strój , a nie czarne ubranie Zorro.

Wtedy pojmanie było konsekwencją jego decyzji. Przybrał sobie cudze imię. Samowolnie, kierowany impulsem, chęcią przyciągnięcia uwagi dziewczyny. Uwierzył, że zdobędzie jej miłość, jeśli złamie prawo, wystąpi przeciwko samemu sobie i temu, kim wtedy był. Jeśli przyjmie na siebie zadanie bohatera. Zrobił to i przez jeden cudowny moment miał wszystko, czego tak pragnął. Ale decydując się na podszycie się pod Zorro, zapomniał, że będzie to miało swoje skutki. I przekonał się o tym niemal natychmiast po tej jedynej chwili triumfu. Został schwytany i skazany: Zorro musiał liczyć się z tym, że umrze w hańbie na szafocie, niczym pospolity bandyta. Zaś stojąc przed szubienicą dowiedział się następnej rzeczy: to przyciągała kobiecą uwagę, nie on sam. Wspomnienie złości i odrazy w oczach piekło nadal, niemal tak silnie jak wtedy jej policzek.

Ocalał tamtego dnia i myślał, że zdoła na nowo ułożyć swoje życie. Miał pracę, miejsce, które mógł już nazwać domem, towarzyszy i przyjaźń kobiety, która mogła zmienić się w coś więcej. Jednak raz podjęta decyzja wciąż wpływała na jego życie. Już nie jako uzurpator, ale wskazany zastępca, musiał przyjąć imię Zorro. Znów ryzykował, ale teraz musiał ponieść skutki dawnego szaleństwa i spłacić dług, jaki niegdyś zaciągnął.

A teraz po raz kolejny dogoniła go przeszłość. Nie wątpił, że Ramone spisze o nim taki raport, że będzie on praktycznie wyrokiem śmierci, wykonanym rękoma gubernatora w Monterey. Tam Zorro nie zdoła mu pomóc. Juan zresztą miał wątpliwości, czy i tutaj otrzyma od niego pomoc. To, że Escalante i don Diego powrócili do , nie oznaczało przecież, że powrócił i Zorro. Señorita mogła mieć swoje powody, dla których tak uparcie broniła go przed , a młody de la Vega także z innej przyczyny wycofał się wtedy z gospody. W dodatku już raz poproszono Juana, by zastąpił Zorro, który nie był w stanie walczyć. Czy zatem Zorro zdołał do tej pory wyzdrowieć? Czy wrócił? Czy zaryzykuje dla Juana Cheki?

Z ponurych rozważań wyrwał go dźwięk. Stuknięcie, jakby coś spadło, ciche sapnięcie, szmer materiału. Podniósł wzrok i ujrzał po drugiej stronie aresztu uśmiechniętego Zorro.

– Witajcie, Checa – Zorro bezszelestnie przeszedł przez korytarz. Ostrożnie zdjął klucze z haka i chwilę później drzwi do celi Juana stanęły otworem.

– Przez chwilę nie wierzyłem, że przyjdziecie…

– Czemu? Czyż nie jestem waszym dłużnikiem?

– Obawiałem się…

– Że nie jestem w stanie walczyć? Niepotrzebnie. Jednak powrót do zdrowia zawdzięczam także wam i z chęcią spłacę choć część tego długu – Zorro wskazał drzwi aresztu.

siedział przy swoim biurku, pogrążony w pracy. Juan podejrzewał, że epistoła, którą pracowicie kaligrafował, jest właśnie zapowiedzianym raportem do Monterey w jego sprawie. Cokolwiek jednak Ramone pisał, przerwał, gdy sztych szpady delikatnie dotknął papieru tuż obok pióra.

– Z… Zorro?

– Cii, – Zorro z rozbawionym uśmieszkiem położył palec na ustach. – Nie róbcie hałasu.

– Ty!… – Ramone urwał, bo ostrze szpady dotknęło teraz jego gardła.

– Żołnierze nadal patrolują targ. Tam są bardziej potrzebni niż tutaj.

– Czego chcesz? – wcisnął się w oparcie fotela.

– Drobnostki – Zorro wzruszył ramionami. – Odwołacie wszelkie oskarżenia pod adresem tu obecnego Juana Cheki.

– A jeśli tego nie zrobię? – Ramone z fascynacją śledził sztych szpady, krążący przed jego twarzą.

– Nie chcecie chyba się o tym przekonywać – powiedział Zorro z namysłem w głosie.

konwulsyjnie przełknął ślinę.

– Od… odwołam… – powiedział.

– Świetnie! – ucieszył się Zorro. – Señor Checa, podajcie czystą kartkę.

– Co? – poderwał się Ramone.

– Skoro spisaliście wyrok, to spiszecie też i uniewinnienie.

– Nigdy…

– Nigdy w życiu? – zapytał Zorro dotykając sztychem szyi Luisa. W łagodnym tonie pytania kryła się niewypowiedziana groźba. już bez słowa wyszarpnął z ręki Juana kartkę i zabrał się do pisania.

Zorro przeszedł za biurko i nonszalancko oparł się o plecy fotela. Ramone czując go za sobą tylko skulił ramiona i starał się skupić na treści pisma. W pewnej chwili palec w czarnej rękawicy postukał w papier tuż koło pióra.

– Napiszcie „unieważniam” – polecił Zorro. – I „wycofuję”

– Wy nie…

– Nie macie z czego uniewinniać, bo señor Checa nie jest niczemu winny.

Ramone mruknął coś niezrozumiałego, ale sądząc po tonie niezbyt pochlebnego dla swoich gości i sięgnął po świeżą kartkę. Zorro z aprobatą pokiwał głową, podniósł plik papierów leżących na biurku i zaczął je przeglądać. Juan w tym czasie myszkował po gabinecie. W końcu odnalazł swoją szpadę i pistolety, rzucone niedbale tak, że zsunęły się za skrzynię.

Checa nie usłyszał, że ktoś nadchodzi, ale Zorro tak. W dwu szybkich krokach stanął koło wejścia, zanim drzwi się otworzyły. Do gabinetu wszedł .

, señor Pereira przyszedł wraz z don Alejandro w sprawie… – zaczął mówić i urwał. Być może sprawił to widok Juana, uzbrojonego i stojącego obok biurka , ale też pewien wpływ na nagłe zamilkniecie Mendozy miał widok ostrza szpady przed twarzą.

Señor Checa zaraz do nich wyjdzie, sierżancie – odezwał się Zorro.

– Zorro! – ucieszył się Mendoza. Za chwilę zreflektował się, zerknął na i przybrał znów poważną minę. – To znaczy chciałem powiedzieć, że się poddaję i nie podniosę alarmu.

– W porządku, sierżancie. Alcalde, skończyliście?

– Nie! – warknął Ramone.

– Zatem czekamy – Zorro nie zmartwił się tą odpowiedzią. – Señor Checa, te dokumenty należą do was – podał Juanowi plik kartek. Ten spojrzał na nie i zorientował się, że ma w rękach swój dawny wyrok i, tak jak podejrzewał, aktualny raport dla gubernatora.

– Podrzyjcie je – polecił Zorro. – Takie papiery mają skłonność do powracania, zwłaszcza w tym gabinecie. Lepiej, by przepadły.

Checa posłusznie podarł kartki. W chwili, gdy trzymał w rękach już tylko garść strzępków, Ramone odłożył pióro.

– Macie, co chcecie – burknął.

– Świetnie! Sierżancie Mendoza…

, señor Zorro?

– Bądźcie uprzejmi odprowadzić Chekę do bramy garnizonu. Proszę też ogłosić, że alcalde wycofał i unieważnił wszystkie oskarżenia wobec niego – Zorro podał sierżantowi arkusik.

– Oczywiście! – rozpromienił się Mendoza w tej samej chwili, gdy Juan spytał.

– A wy, Zorro?

– Mam jeszcze do pogadania z alcalde. Sierżancie, proszę tu potem wrócić. Bez pośpiechu.

Gdy Mendoza odczytał zebranym przy bramie treść pisma, zabrzmiały wiwaty. Wpierw rzuciła się Juanowi na szyję ucieszona Flor, potem señor Pereira z zadowoleniem klepnął go po plecach. Także sierżant, nim zawrócił do gabinetu, został wyściskany przez dziewczynę, a don Alejandro mu pogratulował. Rozradowana grupka była już w połowie drogi do gospody, gdy zza drzwi wypadł rozwścieczony alcalde w surducie naznaczonym wielką literą „Z”, klnąc i rozcierając sobie nadgarstki.

– Alarm! Alarm!

– Ależ alcalde! – zaprotestował stojący za nim Mendoza. – Zorro już uciekł…

Na te słowa Ramone machnął ręką i wrócił do środka, trzaskając drzwiami z taką siłą, że niemal wypadły z futryny.

X X X

Victoria patrzyła, jak Zorro zręcznie zeskakuje z dachu na stryszek nad stajnią. Zobaczył ją i uśmiechnął się szeroko, a w następnej chwili przyciągnął do ciebie i pocałował.

– I co? – zapytała, gdy tylko się odsunął.

– Załatwione! – roześmiał się. – Juan Checa jest całkowicie i niepodważalnie niewinny. A alcalde

– Tak?

– Stracił kolejny surdut. Tym razem oszczędziłem mu biurko.

Otworzył skrytkę i zaczął się pośpiesznie przebierać. W końcu Diego podniósł marynarkę i otrzepał ją ze źdźbeł, nim zamknął pokrywę schowka.

– Wszystko w porządku? – spytała Victoria.

– Tak.

– Twoja rana…

– Blizna, Vi, blizna. Jest już w porządku, naprawdę. Jestem nawet trochę wdzięczny Ramone za tę całą awanturę, bo teraz już wiem, że dam radę.

Victoria potrząsnęła głową. Diego wciąż wydawał się jej nienaturalnie ożywiony, poruszony, jakby ta wycieczka do garnizonu w jakiś sposób go odmieniła.

Kiedy schodziła za nim ze stryszku, złapał ją w pasie, gdy była już na ostatnich szczeblach drabiny, uniósł, okręcił dookoła i postawił na ziemi.

– Ty wariacie! – prychnęła.

Diego tylko się roześmiał i pocałował ją, a Victoria zrozumiała, że nadal ma przed sobą Zorro. Takiego, jakim był zawsze: pełnego życia, rozbawionego tym małym starciem. Zdała sobie sprawę, jak bardzo jej go brakowało.

– Kocham cię, ty szaleńcze – szepnęła.

– Ja ciebie też, Vi, ja też – odpowiedział. – Ale teraz wracajmy do gospody. Pewnie już tam wszyscy opijają wolność Juana.

Podniósł laskę, zakręcił nią w powietrzu, mrugnął do Victorii i ruszył ku wyjściu ze stajni, znów demonstracyjnie utykając.

CDN.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *