Legenda i człowiek Cz VI: Uzurpator, rozdział 5

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
bez jest jak opuszczony dom... Przynajmniej dla niektórych. Tutaj można robić wszystko i nie przejmować ę mieszkańcami. Chyba, że mają obrońcę. Szósta część opowieści o Zorro i Victorii.
Postacie/Characters
Diego de la Vega, de la Vega, Escalante, , Jamie , Luis Ramon,

Rozdział 5. Znowu Zorro

Gdy zeszła do jaskini, Diego już tam był. Obserwowała go przez chwilę, jak ubrany w czerń krzątał się po pomieszczeniu, po raz kolejny sprawdzając wszystkie drobiazgi, aż w końcu zaczął poprawiać łańcuszki w ogłowiu . Koń parskał i szturchał go nosem, jakby udzielił mu się niepokój jeźdźca. Ale nie, Diego nie był niespokojny. On się cieszył. Mogła to dostrzec, znała go przecież tak dobrze. Lekkie, płynne ruchy, widoczne w każdym geście podekscytowanie… Zorro znów wyruszał na szlak i cieszył się z tego. Cieszył niczym mały chłopiec.

– Cii… ciiii… przyjacielu… – Diego uspokajał wierzchowca. – Zaraz znów będziemy się bawić…

– Tak to postrzegasz? Jako zabawę? – zapytała głośno.

Drgnął i obejrzał się na nią.

– Czekałem na ciebie – stwierdził spokojnie. Nie założył jeszcze maski i kontrast pomiędzy czernią stroju a tak dobrze jej znanymi rysami Diego sprawił, że przez moment wstrzymała oddech.

– Dlatego przyszłam – odpowiedziała w końcu. Nie musiała się trudzić ukrywaniem swoich uczuć. Diego, nie, Zorro je znał. Wiedział, że od chwili, kiedy poprosił ją o pomoc w porządkowaniu kryjówki, lękała się tego momentu, była zdenerwowana i zła.

– Dziękuję – odparł po prostu.

Podeszła bliżej, a on delikatnie dotknął jej policzka, znów z tym samym uśmiechem, z jakim Zorro zawsze na nią patrzył, gdy byli sami. Jego rękawica wciąż miała ten sam silny zapach, po jakim go kiedyś poznała. Teraz wiedziała już, że skóra tych rękawic przesiąkła wonią saletry z ręcznie robionych bomb. Ujęła go za nadgarstek, ale Diego wsunął jej coś w dłoń.

Spojrzała zaskoczona. Maska!

– Zorro?

Nie odpowiedział ani słowem, ale tym razem oboje nie potrzebowali słów. Sięgnęła i zawiązała mu czarny jedwab na głowie. Diego znów był Zorro.

Odetchnął z ulgą. I uśmiechnął się do Victorii, a ona poczuła, że przestaje się bać. Ba, więcej, poczuła znów to radosne podniecenie, z jakim zawsze witała zamaskowanego jeźdźca. Przez pół roku był z nią spokojny mężczyzna, pewny siebie, oddany swojej pracy i pomocy ludziom w , a dla niej delikatny i czuły. Ale teraz, patrząc jak się porusza po jaskini, zdała sobie sprawę, że w swej euforii po ślubie zapomniała, czy też chciała zapomnieć o tym, jaka była jego prawdziwa twarz. Że była żoną nie tylko racjonalnego, spokojnego Diego, ale i radośnie zuchwałego Zorro, który przez te pół roku spokoju wręcz zatęsknił za walką. A ona stęskniła się za nim.

– Wróć w całości – powiedziała, starając się, by jej głos brzmiał spokojnie.

– To tylko rekonesans – odpowiedział.

– Ostatnim razem, jak tak mówiłeś, przywiózł cię Mendoza. Zapomniałeś?

– Nie. Ale ze strony don Oliveiry nic mi nie grozi – zaśmiał się beztrosko.

Pocałował ją, nim wskoczył na siodło. Jeszcze tylko radosny pożegnalny salut dłonią i Zorro wyjechał z jaskini. A Victorii dopiero teraz wyrwało się westchnienie. Mogła złościć się na Diego, że znów się wybiera walczyć, ale nie potrafiła mu tego zabronić. Nie, kiedy sama czuła radość na myśl, że znów zobaczy w czarno odzianego jeźdźca, który rozgromi żołnierzy tak, jakby to była zabawa. To nie było takie groźne, jak kiedyś, nie mogło być. Delgado przecież nie był Ramone. A ona chciała zobaczyć tego przepełnionego poczuciem własnej ważności wysłannika gubernatora wyśmianego i okpionego.

X X X

Zbliżający się do pełni księżyc posrebrzał swoim blaskiem mury hacjendy don Oliveiry. Zorro, czarny cień wśród innych cieni, przemknął bezszelestnie przez okalający ją mur i wślizgnął się pomiędzy ruiny. Z miejsca gdzie stał, widział, że światła w mieszkalnej części w przeważającej części pogasły dość szybko, tylko w jednym oknie snuł się poblask sugerujący, że ktoś tam siedzi przy świecy.

Nie obawiał się wykrycia. Don Esteban miał niewielu pracowników, a psów używał tylko do pilnowania owiec. W stajni z pewnością ktoś spał, pilnując cennych koni, ale tutaj, w wypalonych resztkach zabudowań, nie było nikogo, bo też nikogo one nie interesowały. Tak przynajmniej mogło się wydawać, jeśli zaś było inaczej, Zorro chciał to sprawdzić.

Kamienne i ceglane ściany ruin wznosiły się wysoko, stara hacjenda była bowiem jedną z nielicznych w tej okolicy posiadających piętro. Teraz puste otwory po górnych oknach przypominały dziury czy też przestrzeliny. Blask księżyca wystarczał, by się swobodnie poruszać, bez obaw, że coś się zawali czy spadnie. To, co po pożarze było nadwątlone, runęło już dawno, gdy rok później zadrżała ziemia, co zaś nie zniosło lat wiatru i deszczu, to zostało zrzucone przez mieszkańców. Pozostały tylko świadczące o dawnej świetności siedziby puste skorupy murów, w porównaniu z rozmiarami których zamieszkała część wydawała się żałosną przybudówką.

Zorro, nie, Diego, wiedział, że don Esteban nie planuje odbudowy hacjendy. Zarówno ze względu na koszty, jakie musiałby ponieść, by przywrócić choć części tego miejsca dawny stan, jak i ze względów praktycznych. Tak wielki dom potrzebowałby znacznie większej ilości mieszkańców niż wszyscy pracownicy Oliveiry razem wzięci. Jedyne, co robił zubożały , to sukcesywnie rozbierał ruinę, wykorzystując zdobyty w ten sposób cenny materiał budowlany do konstrukcji stajen, stodoły, ochronnego muru, czy planowanego remontu zamieszkałej części. Docelowo, nowa hacjenda miała być parterowa, niska i znacznie bardziej wygodna niż spalone gmaszysko.

Te plany jednak niewiele obchodziły Zorro. A raczej obchodziły go o tyle, o ile wchodziły w konflikt z człowiekiem, który mógł się nazywać Mauricio. Oraz señorem Cristobalem Delgado. Zorro nie miał wątpliwości, że Delgado znał zarówno zmarłego, jak i jego kompana, Ramiro Alvareza. Co więcej, don Esteban Oliveira także znał przynajmniej jednego z tych ludzi. Zaś śmierć Mauricio z pewnością nie była nikomu na rękę.

Jednak krążenie po labiryncie zrujnowanych pokoi, przejść i korytarzy było bezowocne. Nawet jeśli cośkolwiek tu się działo, nie pozostał po tym żaden ślad. Zorro był już gotów zrezygnować z przeszukiwania resztek zabudowań i wybrać się na rozmowę z , gdy jego uwagę przykuła nieznaczna zmiana na jednej ze ścian. Mogło to umknąć oku kogoś mniej obytego z ciemnością i złudnym poblaskiem księżyca, ale nie jemu. Srebrne światło przez moment zabarwiło się na złoto, a gdy ostrożnie wychylił się zza muru, miał pewność, że nie było to złudzeniem. Ktoś wszedł do ruiny z latarnią w dłoni.

Nie było trudno go śledzić. Poruszał się cicho, ale nie dość cicho, by Zorro go nie słyszał, a niesiona przez przybysza lampa co prawda pozwalała mu widzieć, dokąd idzie, ale też skutecznie utrudniała mu spostrzeżenie, kto stoi w cieniu. Prócz tego, przybyły człowiek nie podejrzewał, że jest obserwowany. W jednym z odleglejszych pomieszczeń postawił lampę na ziemi i zaczął coś ciągnąć. Zazgrzytało. Dźwięk poniósł się w nocnej ciszy, a człowiek rozejrzał nerwowo na boki, po raz pierwszy zdradzając jakieś zdenerwowanie. Chwilę potem, uspokojony panującą dookoła ciszą, podniósł lampę i wchodząc do tunelu, zanurzył się w ciemną plamę, jaka pojawiła się u stóp ściany.

Zorro pokręcił głową. Mógł się tego spodziewać. To była dawna kuchnia i można było się domyślić, że w jej pozostałościach znajdzie się wejście do piwnic pod hacjendą. A z tego, co pamiętał z kronik Los , piwnice te powinny być wyjątkowo obszerne, bowiem posiadłości Oliveirów słynęły kiedyś z doskonałego wina własnej produkcji. Odczekał więc chwilę, aż nocny wędrowiec oddali się o kilka kroków od wejścia i sam zszedł pod ziemię.

Złotawe światełko poprowadziło go przez krótkie schody i dalej korytarzem, omijając kolejne ciemne łuki wejść. Raz czy drugi znikło, ale gdy tylko podchodził bliżej, okazywało się, że niosący je skręcił, czy to do piwnicy, czy też w drugi korytarz. Wreszcie zatrzymało się.

To była niewielka komnatka. Kamienne łuki podtrzymywały sklepienie. Tego miejsca nie zdołał naruszyć ani pożar, ani późniejsze wstrząsy, choć ściany i płyty podłogi przecinały rysy i pęknięcia. Przybysz zawiesił lampę na haku, zaś sam zabrał się za coś, czego Zorro z początku nie potrafił zrozumieć. Dopiero po chwili zorientował się, że człowiek tnie na strzępy derkę.

– Czy to było jego posłanie? – odezwał się spokojnie Zorro.

Człowiek podskoczył, wypuszczając z ręki nóż. Stal zadźwięczała na kamieniu. Latarnia oświetliła przestraszoną twarz don Estebana.

– Kto..? Kto tu…? – wyjąkał.

– Tylko ja – odpowiedział Zorro podchodząc krok bliżej, by objęło go światło lampy.

– Z… Zorro? – zdumiał się Oliveira. – Co tu robicie, Zorro?

– Przyszedłem was o coś zapytać.

– Za… zapytać? O co? … – Don Esteban obejrzał się na strzępy materiału. – Ale skąd…?

– Usłyszałem. Możecie mi o nim opowiedzieć?

Zorro, ja…

– To był wypadek, prawda?

Oliveira przełknął gwałtownie ślinę. Bał się. Zorro był plamą czerni wśród ciemności, w której na srebrnej rękojeści szpady połyskiwało słabe światło latarni. To samo złotawe światło lampy odbijało się w oczach widocznych zza maski.

– A więc, don Estebanie?

– Nie… nie wiem…

Don Estebanie, sprawiedliwość nie jest tożsama z prawem stanowionym przez czy wysłannika gubernatora – powiedział Zorro spokojnie. – Więc chcę wiedzieć, co ten człowiek tu robił.

Przez chwilę panowało milczenie. patrzył na czarno odzianą postać, Zorro przyglądał się mężczyźnie. Don Esteban zerknął na porzucony nóż, potem na latarnię… A potem znów spojrzał na Zorro i zrezygnował. Widział zamaskowanego jeźdźca wystarczająco wiele razy, by zdawać sobie sprawę z jego szybkości i zwinności. To, że Zorro nie miał w ręku szpady, nie oznaczało, że nie poradziłby sobie w razie ataku. Lepiej było odpowiedzieć na jego pytanie.

– Przedstawił się jako Mauricio – zaczął mówić cichym, z lekka schrypniętym głosem. – Dwa tygodnie temu podjechał do mnie, gdy byłem na pastwisku. Spytał, kim jestem, a gdy mu się przedstawiłem, ucieszył się… – zadrżał. – Powiedział, że ma do mnie sprawę. Że jest wysłannikiem kogoś, kto ma prawo własności do mojej ziemi. Rozumiesz, Zorro?! – Don Esteban poderwał głowę. – Mojej ziemi! Nie tego, co ojciec sprzedał, ale tego, co mi po nim pozostało! Mojego domu!

– Miał coś na potwierdzenie swoich słów?

– Tak… – Oliveira zaciskał pięści, wydawało się, że nie widzi Zorro. – Pokazał mi papiery. Z pieczęciami. I z moim podpisem! Rozumiesz to? Na tym papierze był mój podpis, choć ja przecież nigdy czegoś takiego nie podpisywałem! – Jego głos prawie załamał się w szlochu, ale opanował się, odetchnął głęboko i mówił dalej. – Może uznasz, że źle postąpiłem, Zorro, może będziesz chciał mnie zaciągnąć do sierżanta, ale…

– Ale?

– Ten rok zapowiadał się na najlepszy, jaki miałem od czasu objęcia hacjendy. Pięć koni stoi w stajni, pięć pięknych, młodych koni! – mówił gorączkowo. – Są warte więcej niż cała moja ziemia. Liczyłem, że jak je sprzedam, będę mógł odkupić parcelę, tam na wzgórzach. Jest tam źródło, wreszcie byłbym niezależny od wody w pueblo, od humorów … A jeszcze Margarita spodziewa się dziecka, doktor mówi, że tym razem się powinno udać… Rozumiesz? Rozumiesz mnie? Miałem szansę na zabezpieczenie domu, na rodzinę… Ty nie masz rodziny, Zorro, nie wiesz, jak to jest martwić się o nią…

– Mam rodzinę – przerwał mu Zorro. Powiedział to cicho, ale don Esteban usłyszał go i zamarł na moment.

– Ty… masz rodzinę?

– Tak. Więc wiem, co to znaczy martwić się o jej los. Mów dalej.

– Dobrze… – Ciałem wstrząsnął dreszcz. – Tamtego dnia… Tamtego dnia straciłem głowę. Zamiast wyśmiać go czy przepędzić, powiedziałem, że chcę obejrzeć te papiery z bliska. Gdy podszedł, ogłuszyłem go. Ogłuszyłem i związałem. Potem… Teraz wiem, że postąpiłem jak głupiec, gdybym go uwięził w jakimś myśliwskim szałasie czy szopie… Ale ja przywiozłem go tutaj. Puściłem wolno konia, ściągnąłem tu torby i uprząż. Nikt nie zauważył, że kogoś tu schowałem.

– Po co?

– Chciałem… Chciałem dowiedzieć się od niego, kto mu dał ten papier. Kto chce mi odebrać mój dom! Myślałem, że jak posiedzi trochę w ciemności…

– Ale to się nie udało.

– Nie. Gdy zszedłem do niego z jedzeniem, przywitał mnie groźbami. Twierdził, że zapłacę za to, co zrobiłem, że jego pracodawca i tak odbierze mi ziemię. Zostawiłem mu jedzenie, picie i lampę, zamknąłem w tej piwnicy i odszedłem. Powiedziałem, że może ja i stracę dom, ale na pewno on straci życie. I że ma się zastanowić, czy warto. A potem… Przyszedłem następnego dnia…

– Uciekł?

– Niestety nie. – Don Esteban westchnął ciężko. – Nie wiem, czy szukał wyjścia, czy też nie zauważył… Tu jest drugi poziom piwnic. Łączy je z tym system szybów, kiedyś tamtędy opuszczano wiadra po to, by coś z nich szybciej dostać. To wąskie dziury, klapy na nich już dawno się rozeschły, łatwo je podnieść… Ten człowiek wpadł, czy też wskoczył w tę tutaj. Gdy przyszedłem… – Oliveira się cały wstrząsnął. – Był już martwy i zimny, jego ręce… To był wypadek. Nie chciałem go zabić, uwierz mi, Zorro. Chciałem go tylko przerazić, odstraszyć tego kogoś, kto chciał mojej hacjendy, myślałem…

– Że w ten sposób poradzicie sobie z wrogiem – powiedział Zorro cicho. – Gdy znaleźliście ciało, zabraliście je do ?

– Tak… Wiem, że powinienem je wywieźć gdzieś w góry i porzucić, ale nie potrafiłem. Nie potrafiłem go zabić i nie potrafiłem porzucić ciała dla kojotów. Myślałem, że deszcz zatrze ślady, a sierżant uzna, że on zginął z własnej ręki…

– Ale tak się nie stało. Młody de la Vega dostrzegł, że ten Mauricio zginął w wypadku, a Delgado szuka winnego.

– Tak… Byli tutaj. Pomyślałem, że lepiej będzie, jeśli zniszczę rzeczy, jakie po nim pozostały… Niby nikt nie pamięta o tych piwnicach, ale gdyby ktoś je tu odnalazł…

– Wiem. I wiem też, że to Delgado może być tym, kto go tu przysłał. Macie te papiery?

– Tak.

– Dajcie mi je.

Zorro…

– U mnie będą bezpieczne. Znajdę kogoś, kto być może będzie mógł wyjaśnić, skąd się na nich wziął wasz podpis.

Don Esteban kiwnął głową i podał Zorro zwitek papierów.

– To wszystko, co przy nim znalazłem. Chciałem… Dios mio, wszystko, czego chcę, to spokoju dla mojej rodziny!

– Wiem, że chcieliście – sucho stwierdził Zorro. Przez chwilę się zastanawiał, wreszcie zdjął kapelusz i jednym szarpnięciem oderwał ze wstążki zdobiącą ją srebrną rozetkę. – Kiedy ktoś jeszcze tu się zjawi – powiedział – prześlijcie to do gospody Victorii lub hacjendy de la Vegów. Oni wiedzą, jak mnie odnaleźć.

– Kiedy…?

– Tak, kiedy. To dopiero początek.

Esteban Oliveira zadrżał, patrząc na srebrzysty krążek w dłoni. A potem odetchnął ciężko i spojrzał na leżące na podłodze strzępy derki i siodło.

– To był wypadek… – wyszeptał. – Wypadek…

Zorro wyszedł cicho, zostawiając go w podziemiach.

CDN.

Related posts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.