Legenda i człowiek Cz V: Doskonały plan, rozdział 15

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Pech czy los sprawiają, że nawet najlepszy plan może zawieść. Piąta część opowieści o i Victorii.
Postacie/Characters
, de la Vega, , Felipe, Jamie , Luis Ramon,

Rozdział 15. Przybysz z przeszłości

Teren przy drodze do San Pedro zajmowały skaliste wzgórza, poprzecinane szerszymi i węższymi kanionami. Szczyty były skaliste i gołe, jedne łagodnie zaokrąglone, inne bardziej płaskie i urwiste, zaś zieleń trzymała się na co łagodniejszych zboczach i w wąwozach, gdzie strumienie przelewały się od jeziorka do jeziorka. Ludzi widywano tu zwykle wędrujących po szlaku, bo wśród głuszy łatwo było natknąć się na grzechotnika czy pumę. Teren tak nieprzyjazny dla rolników czy hodowców był jednak doskonałą kraina myśliwych czy wyjętych spod prawa.

wędrował wśród wzgórz. Szybko natrafił na ślady, które jego zdaniem mogła pozostawić banda. Popioły ogniska w jednym miejscu, gdzie wśród bylicy dopatrzył się kilkunastu legowisk, potem drugie opuszczone obozowisko – banda przemieszczała się z kanionu do kanionu, z doliny do doliny, cały czas w ruchu. To było niepokojące, bo oznaczało, że nawet jak uda mu się ich odnaleźć, będzie musiał bardzo uważać, gdy wróci tu z żołnierzami sierżanta Mendozy. Przelotnie zastanawiał się, jak powinien ich poprowadzić, czy jako poprosić sierżanta o przysługę, czy też wykorzystać Diego do przekazania informacji.

Pod koniec drugiego dnia poszukiwań, w kolejnym kanionie, natrafił na to, za czym się rozglądał. Lekki północny wiatr przyniósł mu zapach gotowanej fasoli i placków. Gdzieś w pobliżu było obozowisko. Ta dolina była jedną z największych w okolicy, początkowo wąska i o stromych ścianach, rozszerzała się później w obszerną kotlinę, z której wychodziło kilkanaście węższych kanionów. Zbocza były względnie łagodne, zarośnięte niemal po szczyty, a ściekające z nich strużki zbierały się na dnie doliny w jeziorka i kaskady.

Kępy bylicy i rozrośnięte drzewa zapewniały tu mnóstwo kryjówek, więc bez większego wysiłku przemykał w stronę, z której dochodził go zapach posiłku. Panowała cisza, ale to go nie dziwiło. Popołudnie było upalne, wręcz zapraszające, by się leniwie wyciągnąć gdzieś pod drzewem i przedrzemać w oczekiwaniu na wieczór.

I tym właśnie zajmowała się banda. Gdy dotarł na skraj polanki, szybko wypatrzył dwóch czy trzech mężczyzn śpiących pod krzewami i dwa szałasy, gdzie z pewnością spali jeszcze inni. Prychnięcie przyciągnęło uwagę do rozłożystego drzewa, gdzie uwiązano konie. Wiele koni. Z miejsca, gdzie się czaił, nie mógł ich wszystkich policzyć, ale wyglądało na to, że banda liczy sobie co najmniej dziesięć, jeśli nie więcej osób. A prócz bandytów w obozowisku byli jeszcze jeńcy. Wypatrzył ich dopiero po chwili, bo siedzieli związani w cieniu wyjątkowo okazałej kępy bylicy. Jeden był drobny, sądząc ze stroju, czy tropiciel. Drugi… Drugim był .

Obecność jeńców zmieniała wszystko. Gdyby więźniów nie było, bez wahania wycofałby się do i wrócił tu następnego dnia, jako dyskretne wsparcie sierżanta Mendozy i jego żołnierzy. Teraz jednak nie mógł tego zrobić. Nie miał gwarancji, że następnego dnia zdołają odnaleźć to miejsce, a nawet jeśli im się to uda, nic nie gwarantowało, że zdołają uratować jeńców.

powoli okrążył cały obóz, starając się odkryć wszystkie miejsca, gdzie spali desperados. Naliczył dwunastu ludzi, ale podejrzewał, że jeszcze ktoś mógł spać w szałasie. Liczba koni wskazywała, że jest ich mniej więcej tylu, z naciskiem na więcej. Przy okazji przyjrzał się też lepiej obu uwięzionym. Peon nie wyglądał źle, ale Ramone przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy. Rozwichrzony zarost nie skrywał sińca na policzku, włosy zlepiał pot i prawdopodobnie krew, zniszczony surdut naciągnął na gołe ciało, a ślady na tkaninie ubrania wskazywały na rany na plecach. Siedział skulony, ze zwieszoną głową, jak ktoś, kto zrezygnował już z wszelkiego oporu. To przesądzało sprawę dla Zorro. Może i wolałby uniknąć starcia, ale nie mógł pozostawić jeńców w rękach kogoś, kto torturował więźniów.

Plan był prosty. Przeciąć więzy i nakłonić jeńców, by wycofali się pomiędzy krzewy. Potem podebrać pierwsze dwa konie, jakie dadzą się odwiązać. Upał i senność gwarantowały, że wszystko da się przeprowadzić bez większego zamieszania.

Na początku rzeczywiście wszystko szło zgodnie z zamierzeniami. drgnął przestraszony, gdy dotknął jego ręki, ale czekał cierpliwie, aż jego więzy zostaną rozcięte. Potem Zorro delikatnie pociągnął go za ramię, dając znać, by poszukał schronienia wśród krzewów i Ramone, starając się nie jęczeć z wysiłku, odczołgał się w tył. Teraz przyszła kolej na peona. Jednak, ku zaskoczeniu Zorro, mężczyzna nie usłuchał polecenia, by się wycofać z obozu.

– Manuel! – krzyknął. – Manuel!

Okrzyk poderwał na nogi wszystkich w obozie. zaklął. Nie wiedział z jakiego powodu jeniec zdecydował się podnieść alarm, ale sytuacja nagle się poważnie skomplikowała i wykradanie jeńców zmieniło się w niezaplanowaną potyczkę. Popchnął jeszcze peona, by ten uciekał, ale mężczyzna złapał go za nadgarstek, próbując unieruchomić i Zorro zdał sobie sprawę, że więzień był przynętą, a obozowisko pułapką, prawdopodobnie właśnie na niego. Ale on też miał jeszcze w zanadrzu kilka sztuczek. Gwizdnął ostro, alarmująco, a potem jednym uderzeniem posłał fałszywego jeńca na ziemię, wprost pod nogi nadbiegających bandytów. Zaraz potem bicz dosięgnął najbliższego z desperados, zaplątał mu się wokół kostki i pociągnął, wprost na pozostałych. Inny, który przeskoczył padającego, napotkał na swej drodze pięść w czarnej rękawicy i potoczył się bez przytomności po trawie. Bicz świstał i trzaskał w powietrzu. uderzał nim w twarze przeciwników, łamiąc nosy i oślepiając. Sam wobec kilkunastu ludzi, na otwartej przestrzeni, nie mógł się bawić w uniki czy zmyłki, tak jak zwykle rozgrywał to z żołnierzami na rynku , kryjąc się wśród straganów. Wiedział też, że nie będzie miał na to dość siły. Musiał skończyć tę walkę jak najszybciej. Zanim kolejny bandyta wszedł w zasięg bicza, wezwany wpadł w środek obozu. Zorro gwizdnął jeszcze raz, nakazując mu atak i sam dał nura pomiędzy krzewy, pociągając za sobą oszołomionego Ramone. W tej samej chwili dzikie rżenie poinformowało okolicę, że bandyci muszą stawić czoło już nie Zorro, ale jego wierzchowcowi.

Ramone musiał tkwić już dość długo w więzach, bo potykał się i jęczał, ale strach sprawił, że biegł dość szybko. poprowadził go w górę stoku, w gęstwinę ostrokrzewów, sosen i bylicy, gdzie trzeba było przeciskać się pomiędzy gałęziami. Gdy tylko zarośla z lekka się przerzedziły, Zorro zatrzymał się i zagwizdał. Słabo, bo zaczynało brakować mu tchu, ale wystarczyło. Po chwili zatrzeszczały gałęzie i Tornado podbiegł do uciekinierów.

– Trzymaj! – wcisnął w rękę Ramone rzemień strzemienia. Sam złapał za wodze i ruszył dalej.

Wdrapali się już dość wysoko, by wrzaski w obozie bandytów przycichły. Raz i drugi huknął gdzieś w dole strzał, ale zdawało się, że zostawili pościg daleko za sobą.

zatrzymał się. Ostatnie jardy były i dla niego torturą. Pół marsz, pół bieg pod górę sprawił, że miał wrażenie, jakby powietrze przestało przepływać przez jego gardło. Srebrne i czarne iskry zatańczyły mu przed oczyma, a całe ciało ciążyło, jak nalane ołowiem. Musiał odpocząć, choć była to ostatnia rzecz, jaką chciał robić w towarzystwie Luisa Ramone.

– Co się stało, Zorro?

nie odpowiedział. Dłonią w rękawicy zasłaniał usta, starając się nie oddychać zbyt szybko i nie zakaszleć. Bezskutecznie. Suchy, drażniący kaszel na chwilę zgiął go prawie w pół.

– Co to, zmęczony?– zakpił Ramone, ale strach pozbawił jego głos zwykłego jadu. – Nie sądziłem, że zobaczę kiedyś zmęczonego Zorro…

– Zdyszanego, nie zmęczonego – sapnął Zorro, gdy wreszcie zdołał przestać kaszleć. – Jak widać, każdemu się zdarza. Ale, ale… Skąd się tu wzięliście, alcalde? Monterey jest na północy.

– Kazał mnie porwać – burknął Ramone. – Wiesz, kto dowodzi tymi desperados, Zorro?

– Nie.

– Manuel !

– Co? – nie zdołał ukryć zdziwienia. – On?

– On. Przeżył. I nadal szuka zemsty.

– No cóż – prychnął Zorro. – Ja też przeżyłem.

Ramone wolał nie patrzeć w jego stronę.

– Ale on jest szalony. Całkowicie i kompletnie szalony. Kazał mnie wychłostać! Jego ludzie boją się go niczym wściekłego psa.

– To niczego nie zmienia – oddychał już znacznie spokojniej. – Zdołacie iść?

– Dokąd?

– Na dół.

– CO? – Ramone tego już nie wytrzymał. Wspinali się taki kawał drogi, z takim wysiłkiem, tylko po to, by teraz schodzić na dół? Czy ten oszalał?

Ścieżka, którą szli do tej pory, przypominała bardziej przesmyk wydeptany przez zwierzęta. Ramone, w wywołanym ucieczką przypływie wisielczego humoru uznał, że jej twórcami były z pewnością dzikie kozy, bo nic innego nie mogło swobodnie wędrować po takiej stromiźnie i w takim gąszczu. Niezależnie jednak od tego, kto był autorem ścieżki, górskie kozy czy inne króliki, teraz pozwoliła im na oddalenie się od pościgu. prowadził i choć narzucił na początku ucieczki obłąkańcze tempo marszu, Ramone nie protestował z tego powodu. Po chłoście i pobiciu, jakiego doświadczył w rękach Ortegi, czuł, że słabnie z każdym krokiem, jednak strach i duma nie pozwalały mu zdradzić się z tym przed towarzyszem. Jeszcze tego brakowało, by alcalde skarżył się na sińce i rany przed banitą, albo przyznał się, że tylko dzięki trzymaniu się rzemienia przy siodle jest w stanie iść tak szybko.

Jednak mimo milczenia Ramone i mimo jego rewelacji co do tożsamości dowódcy bandytów, nie tylko zdawał sobie sprawę z kiepskiego stanu zdrowia alcalde, ale miał już gotowy plan, co do ucieczki.

– Na dół – powtórzył spokojnie Zorro. – Sądząc po tych wrzaskach, cała banda ściga nas po stoku. Zejdziecie więc na dół, zabierzecie swojego konia z obozowiska i pojedziecie do .

Na te słowa alcalde poczuł ulgę. Wrócić do Los , to było jego marzenie od czterech dni. Niepokoiła go tylko jedna rzecz.

– Co ty knujesz, Zorro?

– Ja? Nic. Chcę tylko, byście wysłali tu żołnierzy, alcalde.

Ramone popatrzył na niego z niedowierzaniem, a po chwili uśmiechnął się pod wąsem.

– Zgoda! A ty?

– Postaram się ich zająć przez jakiś czas.

– Pokonasz ich?

– Jeden na piętnastu? Macie o mnie bardzo wysokie mniemanie, alcalde – zaśmiał się Zorro. Zdołał już uspokoić oddech, na tyle, by czuć się dostatecznie pewnie, że podoła kolejnej potyczce czy ucieczce, choć na razie planował uciekać.

Ramone nie odpowiedział. W jego głowie zaczął już formować się pewien pomysł, co do realizacji którego musiał posłuchać poleceń Zorro. Ruszył więc do obozowiska i kiedy schodził na dół, prześlizgując się pod krzewami i wśród wysokiej bylicy, układał i kształtował w myśli plan, jaki miał mu przynieść zwycięstwo. Wysłać żołnierzy? Czemu nie? Może uda się złapać więcej niż jedną bandę. Być może miał jakiś sprytny pomysł, dzięki któremu miał się wymknąć, ale alcalde wiedział już z doświadczenia, że nawet najstaranniejsze plany mogą spełznąć na niczym. Czas najwyższy, by i ten roześmiany przebieraniec się o tym przekonał.

Zatrzymał się dopiero na dole stoku. Głosy Ortegi i reszty jego desperados ucichły już gdzieś wyżej, gdzie tropili Zorro. Ramone miał nadzieję, że ten lis raz jeszcze okaże się godny swego imienia i nie pozwoli złapać się zbyt szybko. Odszukał obóz i przywiązane przy nim konie. Osiodłał swojego i już miał go wyprowadzić za obozowisko, gdy przypomniał sobie wzmiankę Ortegi o złocie zrabowanym kurierom.

Gdzie ten bandyta je trzymał? W pierwszym szałasie, do którego zajrzał, nie było śladu, by cokolwiek tam przechowywano, w jukach zwalonych w bezładną kupę niedaleko od ogniska też niczego nie znalazł. Może tam dalej, w tym drugim… Były. Niewielka, ale przyjemnie ciężka torba z pieczęcią królewskiej poczty. Ramone zważył ją w dłoni i uśmiechnął się do siebie. Zapowiadało się, że mimo paskudnego początku, wydarzenia potoczą się w bardziej niż pomyślnym kierunku. Wycofał się z szałasu i zamarł.

Manuel Ortega przyglądał mu się spokojnie z nieprzyjemnym uśmieszkiem na pobliźnionej twarzy.

– Wiedziałem, że wrócisz, szczurze – powiedział. Ramone uświadomił sobie, że zamiast złota, powinien był poszukać w obozie broni. – Uciekłeś liskowi, czy to jakiś jego plan?

Alcalde nie odpowiedział. Zaczął powoli się wycofywać. Jeśli zdoła dostać się do miejsca, gdzie będzie miał za plecami konia, to sama torba posłuży mu za broń. Była wystarczająco ciężka, by cios nią zadany ogłuszył, nawet kogoś tak silnego i zaprawionego w bójkach jak Ortega. Jedna chwila, jedno celne uderzenie, i będzie mógł uciec.

– Ładnie to tak? – zakpił znów Ortega. Pomarszczona, biała połowa jego twarzy wykrzywiła się dziwnie, ale wydawało się, że nie zwraca uwagi na manewry Ramone. – Ładnie to umykać z gościny? I to jeszcze z rzeczami gospodarzy? Nazywasz nas bandytami, alcalde, a sam jesteś małym złodziejaszkiem…

– Nie wiem, o czym mówisz, Ortega – odpalił Ramone. – To złoto zrabowane królewskiemu kurierowi, w imieniu króla odzyskuję je dla niego!

Miał już za plecami osiodłanego wierzchowca. Teraz jeden szybki krok do przodu, by zamarkować atak. Wydawało się, że Ortega dał się sprowokować, bo się uchylił, by uniknąć uderzenia. Ramone zamachnął się, celując torbą w jego twarz, ale bandyta podniósł rękę i wyłapał cios. Jedno szarpnięcie i torba znalazła się w jego ręku, a alcalde stracił równowagę. Zdołał się utrzymać na nogach i rzucił się ku koniowi, ale gdy już prawie dotykał siodła, zwierzę spłoszyło się i odskoczyło. Nim zdołał je pochwycić, Ortega już go dopadł i przewrócił na ziemię.

– Głupi szczurek – powiedział, wymierzając takiego kopniaka, że Ramone zwinął się w kłębek z bólu. – Głupi, głupi szczurek – powtórzył, podkreślając to kolejnymi kopnięciami. – Trzeba było umykać z liskiem… Albo samemu…

Złapał za kołnierz i pociągnął jeńca w stronę drzewa.

– Poczekasz tu, aż wykurzymy liska. Potem zajmiemy się wami oboma – oświadczył, krępując ręce alcalde i mocując rzemień do nisko zwieszającego się konaru. Półprzytomny od uderzeń Ramone tylko jęczał.

Ortega odczekał chwilę, aż więzień dojdzie do siebie na tyle, by popatrzeć na niego przytomnie.

– To, żebyś mi więcej nie zmykał, szczurze! – oświadczył i z całej siły kopnął go w kolano, wgniatając je na wewnętrzną stronę.

Pod wpływem ciosu noga alcalde pękła z głuchym chrupnięciem. Luis Ramone wrzasnął i zawisł bezwładnie w więzach, a Ortega kopnął go ponownie, tym razem z boku, tak że okaleczona noga przesunęła się i wykręciła z upiornym chrzęstem. Na wybrudzonych, niegdyś jasnych spodniach, pojawiła się ciemna plama krwi. Manuel na ten widok pokiwał z satysfakcją głową i odwrócił się ku nadbiegającym właśnie pozostałym kompanom.

– I co?

– Zwiał!

– Nie gadaj głupot! Zwiał z koniem?

– Zwiał, mówię! Gdzieś się schował! W tym gąszczu może być wszędzie!

– Dobra – Manuel wsparł się pod boki. – Brać głownie! Wykurzymy liska ogniem!

– Co? Ortega, oszalałeś! – wyrwał się jeden z bandytów. – Tu wszystko suche, jedna iskra i cały kanion pójdzie z dymem. Chcesz nas upiec?

– Milcz!

– Nie! Zwariowałeś na punkcie tego przebierańca. Najpierw nas narażasz w napadach na pocztę, potem każesz łapać tego szczura, potem znów próbujesz poderżnąć gardło Pepe i wymyślasz jakieś sztuczki z jeńcami… Manuel, godziliśmy się na szybką i prostą robotę, nie na jakieś wydumki!

– Godziliście się na pracę dla mnie – odpowiedział Ortega spokojnie.

– Taa, ale trzeba mieć nie po kolei w głowie, by w środku lata wykurzać kogoś ogniem w kanionie!

– Dość! Brać ogień i ruszamy!

– Nie!

Huknął strzał. Nikt nie zauważył, jak Ortega wyciąga pistolet, ale teraz trzymał go w dłoni, jeszcze dymiącego.

– Wiatr nam sprzyja – powiedział beznamiętnie, jakby nie widział zszokowanych spojrzeń pozostałych i zwłok na ziemi. – Brać głownie i idziemy.

– Manuel…

– Róbcie, co mówię, a nic się wam nie stanie – Manuel Ortega znacząco uniósł drugi pistolet.

Usłuchali.

CDN.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *