Legenda i człowiek Cz V: Doskonały plan, rozdział 37

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Pech czy los sprawiają, że nawet najlepszy plan może zawieść. Piąta część opowieści o i Victorii.
Postacie/Characters
, de la Vega, Escalante, , Jamie , Luis Ramon,

Rozdział 37. Słowo przeciw kuli

Ludzie tłoczyli ę już we wnętrzu, pozostawiając jedynie na środku przejście dla panny młodej. Diego zajął wyznaczone miejsce, zaraz za nim stanęli ojciec i Juan jako drużba. Sierżant stał, z czako w dłoniach, zaraz przy wejściu. Diego przypomniało to inną uroczystość, która także zgromadziła wszystkich mieszkańców Los i musiał stłumić chęć, by się roześmiać. Zaraz jednak przyszło mu na myśl, że jeśli jego pech ponownie da o sobie znać, to ci ludzie, zanim wrócą do swoich domów, zbiorą się tu jeszcze raz, z podobnego powodu co w tamtym przypadku. I tym razem nie będzie już mógł usiąść w trumnie. Ale przetrwa. Wiedział, że Juan zdoła go zastąpić i być może będzie miał mniej oporów niż on. Może poradzi sobie tam, gdzie on, Diego, zawiódł.

Felipe, nadspodziewanie dorośle wyglądający w marynarce, wychylił się zza don Alejandra i uspokajająco poklepał Diego po rękawie, usiłując przekazać wiadomość, że wszystko się powiedzie. Diego podziękował mu skinieniem głowy, a za chwilę za drzwiami wszczął się ruch. Wyłoniła się zza nich w otoczeniu druhen, prowadzona przez don Escobedo i dla Diego otoczenie przestało istnieć.

Juan Checa patrzył, jak padre Benitez łączy dłonie don Diego de la Vegi i señority Victorii Escalante, ale bardziej jego uwagę pochłaniało nadsłuchiwanie, co się dzieje na zewnątrz małego kościółka. Na razie do wnętrza nie docierał żaden nieoczekiwany hałas, wiec liczył, że cała uroczystość przebiegnie bez zakłóceń. Na początku przez moment przeżył chwilę grozy, gdy padre pytał, czy ktoś zna przyczyny, dla których tych dwoje nie może zawrzeć ślubu. Spodziewał się, że Ramone wybierze właśnie tę chwilę, by wkroczyć. Ale się nie pojawił i Checa odetchnął. Diego i chyba także się tego obawiali, bo uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo i z ulgą, gdy padre Benitez przeszedł do słów liturgii. A potem były znane wszystkim słowa, przysięgi i wreszcie ogłoszono, że w rodzie de la Vega jest nowa dona.

Diego zaczął całować swoją żonę z takim zapałem, że po chwili cały kościół się śmiał i wykrzykiwał dobre rady i sugestie, mniej lub bardziej bezpośrednie. Jeden Juan tylko zastanawiał się, jak to możliwe, że inni nie widzą, ile w tych pocałunkach jest desperackiej nadziei, obawy i chęci zatrzymania czasu. Wreszcie, wśród powszechnej wesołości, państwo młodzi ruszyli w stronę wyjścia i tego, co ich tam oczekiwało.

X X X

Nagła cisza na zewnątrz ostrzegła Juana i gdy przekraczał próg, wiedział, mniej więcej, czego może się spodziewać. A jednak poczuł się zaskoczony. był sam. Wsparty na lasce, z pistoletem w dłoni, oczekiwał przed wyjściem. Niezwykłe było to, że kapral Rojas i pozostali żołnierze trzymali się z boku. Sierżant musiał ich tu zebrać przed uroczystością, być może właśnie po to, by nie pozwolić alcalde na zabranie oddziału pod swoje rozkazy. To było bardziej niż dosłowne pokazanie, że Ramone miał działać sam, bo nikt nie wierzył w jego opowieści i nikt już go nie słuchał.

– Stój, de la Vega! – rozkazał Ramone.

– Witajcie, alcalde. – Diego przechylił głowę w uprzejmym pozdrowieniu. – Trochę późno przyszliście na mój ślub.

– Nie przyszedłem na ślub, lecz po to, by cię aresztować, de la Vega.

– Mnie? Za co? – W głosie Diego było szczere zdumienie.

– Jesteście !

Huragan śmiechu, jaki zabrzmiał po tym oświadczeniu, prawie zwalił alcalde z nóg. Postąpił niepewnie krok do przodu i zachwiał się.

– Mam tego dowód, de la Vega! – krzyknął, gdy hałas dookoła trochę przycichł.

– Jaki, alcalde?

– Słyszałem twój kaszel.

– Kaszel? – zdziwił się Diego. – Jak to kaszel? A czy kichanie też się liczy?

Drugi wybuch śmiechu wstrząsnął otoczeniem. Wszyscy obecni śmiali się do łez. Trzeba było być Diego de la Vegą, by na oskarżenia odpowiadać w tak naiwny sposób.

Ramone poczerwieniał z furii. Śmiech ludzi i alkohol doprowadzały go do szału.

– Mam dowód! – krzyknął znowu. – Rozepnij koszulę, de la Vega!

Zapadła cisza.

– Dlaczego, alcalde? Planowałem to zrobić dopiero wieczorem… – Diego nadal był niezmiernie zdziwiony. Ludzie dookoła znów zaczęli się śmiać.

– Rozepnij koszulę. – Głos Ramone przypominał bardziej warkot. – ma blizny po mojej kuli, z tamtej nocy, gdy cię uwolnił z aresztu…

– Jeśli to mnie wtedy uwolnił, to jak ja mogę mieć blizny? – wytknął Diego. Dookoła ludzie chichotali i szeptali między sobą.

Alcalde machnął pistoletem.

– Zdejmij koszulę, albo cię zastrzelę, de la Vega!

Diego pochylił głowę, jakby w uznaniu tej racji i zaczął rozpinać guziki. Zapadła cisza. Wszyscy dookoła stłoczyli się, by lepiej widzieć. Ramone opuścił na moment broń.

– Jakie blizny? – spytał w końcu Diego. Rozłożył szeroko ręce pokazując, że na jego torsie było widać tylko starą szramę z boku. – Tę mam po napadzie, pamiętacie chyba?

– Nie – powiedział alcalde cicho, jakby protestując przeciw temu co widzi, czy też zaprzeczając słowom młodego de la Vega. – Nie! – Powtórzył głośniej i podniósł pistolet.

– Odsuń się, Vi – mruknął Diego do żony. Stała zbyt blisko jak na jego gust. Ramone był zbyt rozwścieczony, zbyt pijany, by dobrze wycelować. Lepiej, by nie znalazła się w jego zasięgu.

– De la Vega… – powiedział Ramone niskim, zimnym głosem. Nagle jego ręka przestała drżeć. Przez chwilę on i Diego patrzyli sobie w oczy.

– Pierwsza zasada szermierki – odezwał się Diego tak cicho, że słyszeli go tylko , Juan i Ramone. Mówił chłodnym, rozbawionym tonem, głosem Zorro. – Wytrącić przeciwnika z równowagi.

– Zorro! – warknął Ramone.

Huknął strzał. krzyknęła. Głośno, przenikliwie.

Diego zrobił krok w tył. Juan podtrzymał go, lecz pod młodym de la Vegą uginały się już nogi. podparła go z drugiej strony, ale oboje z Juanem zdołali tylko sprawić, że Diego usiadł na ziemi w jej objęciach, zamiast upaść.

Checa dłonią zakrył ranę, krew przeciekała mu między palcami.

– Diego! Diego, nie! – oparła swoją dłoń na dłoni Juana, przyciskając koszulę Diego do rany.

– Victorio… – Diego złapał ją za rękę. – Vi… Moja żono… Vi…

Próbował coś jeszcze powiedzieć, ale nie miał już siły. Victoria pochyliła się nad nim, zasłaniając włosami i welonem twarz Diego i próbując usłyszeć, co szepce.

Nagle Diego drgnął gwałtownie. Widać było, że osuwa się w ramionach żony. Jego dłoń, do tej pory ściskająca kurczowo dłoń Victorii, otworzyła się i opadła bezwładnie.

Klęczący obok Juana don Alejandro złapał za nadgarstek syna.

– Nie żyje – powiedział martwym głosem.

Szmer rozszedł się dookoła. Ludzie przepychali się i cofali. Dookoła Ramone utworzył się coraz większy pusty krąg.

– Jak to, nie żyje, don Alejandro? – zapytał zdumionym głosem . Nie mógł uwierzyć własnym oczom.

– Nie żyje – powtórzył de la Vega. Wstał z zaciśniętymi pięściami. – Mój syn nie żyje!

Dios… – Sierżant przeżegnał się i zdjął czako. Kilku innych mężczyzn w pobliżu powtórzyło ten gest.

W ciszy słychać było tylko łkanie Victorii. Wciąż klęczała, trzymając w ramionach Diego, schylona tak, że jej welon zasłaniał ich oboje. Don Escobedo wystąpił nagle z tłumu i położył rękę na ramieniu starszego de la Vegi, nim ten postąpił krok w stronę alcalde.

– Zamordowaliście go! – oświadczył don Escobedo.

– To było morderstwo! – powtórzył za nim wstrząśnięty Nicolao. Szmer wśród ludzi narastał.

– To Zorro! – krzyknął w odpowiedzi Ramone. Wydawało się, że alkohol wyparowywał z niego w szybkim tempie.

– To Diego de la Vega! Nigdy nie umiał radzić sobie ze szpadą, zapomnieliście?!

Dookoła narastało poruszenie. Słychać było coraz więcej uwag, wypowiadanych coraz głośniej. „Diego nigdy nie walczył”, „On nie umiał walczyć”, „On, Zorro? Śmieszne!”. Ramone rozejrzał się dookoła spłoszonym wzrokiem, nagle bez złości i trzeźwy.

– Sierżancie! – wezwał. – Zabierzcie ciało do aresztu!

Nim choćby drgnął, odezwał się znów Nicolao.

– Sierżancie, aresztujcie tego człowieka za morderstwo z zimną krwią!

– Nie możecie mnie aresztować! Jestem alcalde!

– Jesteście mordercą!

Głosy ludzi przybierały na sile. Coraz więcej powtarzało słowa o morderstwie. Ramone obejrzał się przez ramię. Żołnierze stali wciąż pod ścianą kościoła, z daleka od niego. nagle postąpił do przodu.

– Ekhm… – odchrząknął z nieszczęśliwą miną. – Jesteście aresztowani, alcalde

– Co?! Ja?

– Jesteście aresztowani za zabójstwo don Diego de la Vegi – powtórzył znacznie silniejszym głosem sierżant. – Proszę, nie stawiajcie oporu i udajcie się do celi…

– Nie! – krzyknął Ramone. – Nie! Żołnierze!

– Kapralu Rojas! – wezwał sierżant. – Odprowadzić więźnia!

Kapral nie wahał się nawet sekundy. On i trzech innych żołnierzy otoczyło Ramone. Gdy ten spróbował się wyrwać, Rojas przytrzymał go za ramiona.

– Idziemy, alcalde – powiedział głosem, w którym trudno było się doszukać choćby cienia szacunku czy lęku, z jakim się do tej pory odnosił do zwierzchnika.

Poprzez tłum wreszcie przecisnął się . Przyklęknął przy Diego i, tak jak wcześniej don Alejandro, ujął za nadgarstek bezwładnej ręki. Przez chwilę trzymał go i nagle podniósł gwałtownie głowę i rozejrzał się pospiesznie dookoła.

– Jeszcze żyje! Szybko! – zawołał. – Trzeba go przenieść!

– Do zakrystii! – odezwał się natychmiast padre Benitez. – Victorio, moje dziecko… – Położył rękę na ramieniu szlochającej kobiety. – Musimy się pośpieszyć. Pozwól nam go zabrać…

– Nie! – zaprotestowała. – Nie!

– Trzeba go ratować, Vi… – odezwał się don Alejandro. – Chodź, pójdziesz z nami…

Wydawało się, że użycie tego zdrobnienia przełamało jakąś tamę i Victoria rozluźniła swój kurczowy uchwyt. objął ją za ramiona i pomógł wstać, podczas gdy Juan Checa, don Alejandro i podźwignęli ciało Diego.

CDN.

Related posts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.