Legenda i człowiek Cz V: Doskonały plan, rozdział 36

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World Zorro 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Pech czy los sprawiają, że nawet najlepszy plan może zawieść. Piąta część opowieści o Zorro i Victorii.
Postacie/Characters
, de la Vega, , , Jamie , Luis Ramon,

Rozdział 36. Rozdane karty

Szarzało już, gdy Felipe wślizgnął ę do gabinetu Los . Dookoła panowała cisza, zakłócana jedynie nierównym pochrapywaniem z przylegającej do gabinetu sypialni. odsypiał wieczorne wino.

Chłopak zaczął szperać po pomieszczeniu. W szufladzie odkrył dwa pistolety, obok niewielkie woreczki z zapasem prochu i kul. Rozładował broń, a amunicję schował do przyniesionej ze sobą torby. Na ich miejsce położył dwa wyjęte z zanadrza woreczki. Następny zapasik amunicji znalazł w stojącej w rogu skrzyni. Stąd także zabrał proch i kule. Zawahał się. Zorro mówił, że trzyma broń w trzech miejscach, skrzyni, biurku i niewielkim kredensie w swojej sypialni. Dwa z tych miejsc znalazł, teraz musiał iść dalej.

Ramone spał dostatecznie głęboko, by nie usłyszeć lekkiego stuknięcia drzwi. Felipe bezszelestnie podszedł do kredensu. Za drzwiczkami kredensu rzeczywiście leżał jeszcze jeden pakuneczek z prochem i kulami, ale nie było pistoletu. Chłopak zagryzł wargi. Musiał odnaleźć każdą broń, jaką miał .

Wrócił do drzwi. Garnizon nadal spał. Miał więc jeszcze kilka chwil spokoju.

Zaczął znów szukać. W gabinecie nie znalazł już niczego więcej, ale za to w sypialni odkrył dość szybko niewielki pistolet za drugimi drzwiczkami kredensu. Potem, w stojącym tam sekretarzyku, znalazł trzeci. Odetchnął z ulgą, że to już wszystko i, chyba z czystej ciekawości, otworzył następną szufladę sekretarzyka.

W środku leżał kolejny pistolet. Felipe zagryzł wargi, nagle świadomy błędu, jaki by zaraz popełnił. Pozostawienie Luisowi Ramone choć jednej nabitej sztuki broni groziło tragicznymi konsekwencjami. Plan Zorro miał szansę powodzenia tylko wtedy jeśli on, Felipe, odnajdzie każdą broń w posiadaniu .

Zaczął dalej przeglądać szuflady i skrzynie, z coraz bardziej gorączkowym pośpiechem, coraz mniej się troszcząc o zachowanie porządku czy ciszy. Żołnierze jeszcze nie wstali, a Ramone chrapał donośnie, rozciągnięty w poprzek łóżka, obojętny na wszystko dookoła.

Znalezione kolejne dwa woreczki prochu spowodowały, że Felipe znów zaczął się zastanawiać. Nie mógł ich tutaj zostawić, nie taki był plan, ale jednocześnie nie miał już na co je zamienić. Wreszcie zdecydował. Uchylił ostrożnie okno i wyrzucił za nie nieduży pakunek. Gdy Ramone się obudzi, nie powinien pamiętać, gdzie i ile przechowywał prochu. Być może zrzuci to na swoje pijaństwo, że gdzieś zapodział broń.

Pozostało jeszcze jedno miejsce. Ostrożnie, wstrzymując oddech, chłopak przykucnął przy śpiącym. Powoli wsunął rękę pod poduszkę. W pierwszej chwili wydawało mu się, że ryzykuje niepotrzebnie, ale zaraz jego palce trafiły na twardy, obły kształt. Luis Ramone, , sypiał z pistoletem pod poduszką, ciężką, długolufą bronią wielkiego kalibru, najcięższym ze znalezionych do tej pory.

Chłopak wyciągnął pistolet, i tak jak z poprzednich, wysypał proch do przyniesionego ze sobą worka i wytrząsnął kulę. Potem wsunął broń pod poduszkę i pośpiesznie sprawdził, macając dookoła śpiącego, czy gdzieś w posłaniu nie jest ukryty jeszcze jeden pistolet. Nic nie znalazł, więc jeszcze tylko raz rozejrzał się po pokoju i wyszedł przez okno, zabierając ze sobą odłożony tam proch. Chwilę później gnał już do hacjendy. Dzień zapowiadał się długi i nerwowy, chciał więc zjeść śniadanie, zanim wszyscy wstaną i zajmą się przygotowaniami do ślubu.

X X X

przeciągnął się, aż trzasnęły mu kości. Świt nie był jego ulubioną porą dnia, ale cóż, służba pozostawała służbą i musiał wstawać wcześniej niż inni żołnierze z garnizonu. Tego ranka jednak nie narzekał. Zapowiadał się naprawdę wyjątkowy dzień. Wiedział to od poprzedniego popołudnia, kiedy to był świadkiem spisywania ślubnej intercyzy don Diego i señority Victorii. Wiadomość, że jedyna gospoda w pozostanie nadal własnością señority Escalante, a raczej doni de la Vega, szczerze go ucieszyła. Nadal mógł liczyć na kuchnię smaczniejszą niż ta w garnizonie i nie wątpił, że jeszcze nie raz dostanie tam specjalny poczęstunek. Taki jak poprzedniego wieczoru, kiedy to ucieszona postawiła przed nim całą misę enchilady. A co więcej, uświadomił sobie sierżant, dziś miało być wesele, na które także był zaproszony.

Raz jeszcze ziewnął i zabrał się za odsuwanie skrzydła garnizonowej bramy nieco szerzej, na znak, że królewscy lansjerzy w Los Angeles są gotowi do podjęcia działań w nadchodzącym dniu. Pogrążony w przyjemnych myślach o nadchodzącym świętowaniu, nie zauważył czarno ubranego mężczyzny, który stał oparty o drugie skrzydło bramy.

Buenos dias, sierżancie – przywitał się Zorro.

– Zor… Zorro! – wykrztusił Mendoza. – Co wy tu robicie? Nie przyszliście chyba… – Obejrzał się na okna gabinetu Ramone.

– Nie. Przyszedłem porozmawiać.

Sierżant obejrzał się przez ramię. Garnizon jeszcze spał. Żołnierze z psiej warty zeszli już do kwater, pozostali jeszcze nie wstali. Z drugiej strony plac był także pusty. W zimowy poranek mało kto w Los Angeles wychodził z domu o świcie. Tylko dym z komina gospody świadczył, że tam już ktoś wstał i szykuje się do pełnego wrażeń dnia.

odetchnął. Mogli spokojnie porozmawiać, nikt nie będzie im przeszkadzał.

Zorro…

– Tak?

– Wy wiecie, że alcalde myśli, że wy jesteście don Diego?

– Wiem.

– A jesteście?

Zorro roześmiał się. Cicho, ale szczerze.

– Powiedzcie mi, sierżancie – zapytał rozbawiony – czy jestem podobny do don Diego?

przechylił głowę, oceniając całą sylwetkę zamaskowanego banity. Potarł w zafrasowaniu policzek, zamyślił się. Wreszcie zdecydował.

– Myślę, że don Diego stara się być podobnym do was – orzekł.

– Też tak sądzę. – Zorro kiwnął głową. – I dlatego do was przyszedłem.

Sierżant obejrzał się jeszcze raz przez ramię.

– Wiecie… – powiedział przyciszonym głosem – alcalde jest bardzo przekonany…

– Wiem… – Zorro też się obejrzał. zdał sobie sprawę, że zamaskowany banita patrzy na gospodę.

– Przyszliście do señority Escalante? – zapytał.

– Tak… – westchnął Zorro. – Czasem chciałbym… – Znów westchnął, jakby coś bardzo leżało mu na sercu. Sierżant bez trudu domyślił się, co to takiego.

Don Diego będzie dla niej dobrym mężem, Zorro – zapewnił pośpiesznie. – On ją bardzo kocha i szanuje… Wczoraj zdecydował, że cała gospoda będzie tylko dla niej, wiecie? Nigdy jeszcze dona nie miała własnej gospody, a teraz ona będzie mieć.

– Wiem, powiedziała mi to…

– Rozmawialiście z nią?

– Tak. – Zorro popatrzył wprost na sierżanta. – Przecież nie będę mógł przyjść na ślub.

– Dlaczego? – zdziwił się Mendoza.

– Bo przecież bym go popsuł, sierżancie. Musielibyście mnie aresztować…

szybko pokiwał głową. Tak, rzeczywiście, gdyby Zorro zjawił się na ślubie señority Victorii, on musiałby chociaż spróbować go aresztować. Oczywiście tylko by spróbował, ale powstałe przy tym zamieszanie popsułoby całą uroczystość.

A potem sierżant przypomniał sobie coś innego. To, jak alcalde nienawidzi Zorro, señority Escalante i don Diego.

– Zorro… Alcalde

– Po to tu przyszedłem, sierżancie – uśmiechnął się Zorro. – Poprosić was, byście dopilnowali, by nie było żadnego aresztowania w ten dzień. Dobrze?

– Dobrze – uśmiechnął się w odpowiedzi Mendoza. Tak wszystko wyglądało znacznie lepiej. Wiedział już, co zrobić, by alcalde nie mógł popsuć ślubu. Widząc jego uśmiech, Zorro uznał, że rozmowa jest już zakończona. Zasalutował i już bez słowa odwrócił się i szybko odszedł, znikając za rogiem muru. Sierżant wiedział, że powinien podnieść alarm, ale nie miał na to ochoty. Zorro miał rację. Tego dnia nie należało w żaden sposób zakłócać spokoju señority Escalante.

X X X

Ranek powoli zmierzał ku południu, a na placu przed kościołem gromadzili się ludzie. Caballeros z pobliskich hacjend przyjeżdżali powozami, grupa vaqueros przybyła konno, drobni rolnicy z okolic puebla przychodzili pieszo lub na wozach. Wszyscy świątecznie ubrani, weseli, rozgadani… Witano się, wymieniano nowiny i, oczywiście, plotki. Plotkowano o romansie don Diego z señoritą Escalante, o jej wcześniejszym zauroczeniu Zorro, raz jeszcze zastanawiano się, jak don Diego zdołał przekonać ją, by to jego wybrała na swego adoratora… Niektórzy byli zaskoczeni, a inni oburzali się na wiadomość, że młody de la Vega pozostawił w rękach żony wyłączne prawo własności gospody. Jeszcze innym się to podobało, bo gwarantowało to, że nic się w gospodzie nie zmieni. Oczywiście, plotki dotyczyły też innych, pomniejszych spraw, jak niedawny ślub donny Escobedo i don Mauricio da Silva, kolejne pijaństwo alcalde czy problemy, jakie sprawiały deszcze na odleglejszych pastwiskach.

Niedługo przed południem zjawił się don Alejandro i stojąc przed kościołem, przyjmował w imieniu syna gratulacje i pozdrowienia.

Don Alejandro – odezwał się z boku Juan Checa – nie widzieliście don Diego?

– Jest u padre Beniteza. Prosił, by wam przekazać, że spotkacie się w zakrystii.

– Dziękuję, don Alejandro. – Juan skłonił się i szybkim krokiem ruszył w stronę bocznego wejścia. Jego miejsce przy starszym z de la Vegów zajął don Escobedo.

– Przywiozłem ją – mruknął cicho.

– Nie zdziwiła się?

– Trochę. Ale skoro już wyjeżdża, uznała, że może być wspaniałomyślna – skrzywił się don Hernando.

– Dobrze, że jest… Oby jej rola nie była konieczna, ale…

– Oby nie była.

Chwilę później do obu mężczyzn podszedł don Oliveira z żoną, więc don Escobedo pożegnał się i ruszył w stronę gospody. Zbliżało się południe, pora mszy i ślubu, a on miał prowadzić do ołtarza pannę młodą. Kątem oka zauważył, że od strony garnizonu maszeruje zwarty oddział żołnierzy w starannie wyczyszczonych mundurach. zebrał tu chyba wszystkich swoich podwładnych. Jak również spostrzegł, nigdzie nie było widać Luisa Ramone, ku wielkiemu rozczarowaniu Chiary. Wyglądało na to, że alcalde jeszcze odsypia poprzedni wieczór.

X X X

spojrzała w lustro. W dzień ślubu wstała wyjątkowo wcześnie, ledwie niebo poszarzało. Obudziła ją Antonia, a właściwie to Zorro. Teraz, stojąc w ślubnej sukni w swoim pokoju nie mogła nie uśmiechnąć się na wspomnienie tej jego małej gry. Przybył, podjechał na pod same drzwi gospody, tylko po to, by przy señorze Antonii i dziewczętach złożyć jej najlepsze życzenia, wyrazić swój smutek z powodu jej zamążpójścia i powiadomić ją, że się nie pokaże na jej ślubie, by żołnierze nie zakłócili uroczystości. Señora aż się na to żachnęła, ale miała pewność, że rozpowie wszystkim dookoła o przyczynie nieobecności Zorro. Ona sama z trudem powstrzymała okrzyk oburzenia, by nie przypomnieć mu, że oglądanie panny młodej w dniu ślubu przynosi pecha. Wprawdzie to Diego miał być panem młodym, nie Zorro, ale w ten dzień będzie im potrzebny każdy łut szczęścia.

Biały jedwab sukni gładko układał się wokół jej talii i falował przy kostkach, koronki na rękawach przypominały pianę. Więc w końcu nadszedł ten dzień. Nie wierzyła przez lata, że to się wydarzy, potem długo wahała się i zastanawiała, nie mogąc w sobie znaleźć dość odwagi, by poczynić niezbędne kroki, aż teraz… Wiedziała, że ten dzień nie będzie, być może, taki, jak go sobie wymarzyła, że być może zamiast szczęścia czeka ją ból i rozpacz i to powodowało, że czuła się bardziej niż niepewna. Przez moment rozpaczliwie chciała, by za drzwiami jej pokoju czekali na nią rodzice, by mogli ujrzeć, jak jest piękna, dodali pewności siebie, zapewnili, że będzie szczęśliwa…

– Nie powinnaś płakać – odezwała się za jej plecami señora Antonia.

– Wiem… Pomyślałam o rodzicach…

– Gdziekolwiek są, patrzą na ciebie z radością – odparła starsza kobieta. – Pamiętaj o tym. Nie sprawiłaś im zawodu, ani razu. Są z ciebie dumni.

Victoria skinęła tylko głową, nie mogąc wykrztusić słowa. Rozejrzała się jeszcze po pokoju. Kufry stały już spakowane, gotowe do przewiezienia, nieliczne meble wywieziono dzień wcześniej. Wiedziała wprawdzie, że ten dzień może się dla niej różnie potoczyć, ale jednej rzeczy była pewna. Od tej chwili jej domem stawała się hacjenda de la Vegów.

Podniosła i udrapowała je jako welon na włosach i ramionach. Gdy odwróciła się do drzwi, señora Antonia zastąpiła jej drogę.

– Poczekaj moment.

– Tak?

– Obawiasz się czegoś. Czy naprawdę chcesz poślubić don Diego?

– Chcę. To, czego się obawiam… – Victoria zawahała się. Chciałaby bardzo zwierzyć się starszej kobiecie ze swoich lęków, poszukać wsparcia, poprosić o zapewnienie, że wszystko będzie dobrze. Ale nie mogła. Nie wolno jej było zdradzić Diego, Zorro. Musiała jakoś przetrwać. – Boję bycia doną – zakończyła wreszcie niezbyt zręcznie.

Señora pokręciła głową.

– Może boisz się z innego powodu – powiedziała wreszcie. – Ale widzę, że ty jego naprawdę kochasz, a on kocha ciebie. Dobrze więc.

Sięgnęła i naznaczyła czoło Victorii znakiem krzyża.

– Każda matka tak błogosławi swoją córkę, gdy ta idzie do ołtarza. Każda matka tak pyta swoją córkę, by mieć pewność, że ta wie, z kim idzie do ołtarza. Każda matka wspiera swoją córkę. Pamiętaj o tym, co ci mówiłam, idź i bądź szczęśliwa. , Victorio.

Victoria tylko skinęła głową. Ucałowały się i Antonia otworzyła drzwi. Don Escobedo czekał już na dole. Uśmiechnął się z zachwytem, widząc pannę młodą i podał jej ramię.

Gdy wychodzili z gospody, zaczął bić dzwon.

X X X

Juan Checa po raz kolejny odchylił firankę w niewielkim oknie zakrystii, obserwując zbierających się na placu ludzi. Za jego plecami stuknęły drzwi i Diego wszedł z wnętrza kościoła.

– Masz? Felipe cię znalazł?

– Mam. – Juan pokazał niewielką flaszeczkę.

– Dobrze. Trzymaj ją przy sobie, może być potrzebna.

– Jesteś pewien?

– Na Luisie Ramone można w pewnych sprawach polegać. Uderzy tam, gdzie jego zdaniem najbardziej zaboli. Więc jestem pewien.

– Victoria wie?

– A jak myślisz?

– Nie powiedziałeś jej chyba…

– Powiedziałem. – Diego wzruszył ramionami, sprawdzając po raz kolejny, czy nowiutka marynarka z błękitnego aksamitu dobrze się układa. – Juan… Ostatnio prześladuje mnie pech. Gdy tylko sytuacja się komplikuje, moje plany kończą się źle.

– Chcesz powiedzieć?…

– Że jakby co, to nie chcę zostawiać za sobą niezakończonych spraw. Ani źle zaczynać nowych, jeśli wszystko pójdzie dobrze. Vi by mnie przeklęła, gdybym to przed nią przemilczał i przyznasz chyba, że miałaby ku temu dobry powód.

– Jak to przyjęła?

– A jak myślisz? Najpierw była przerażona, teraz jest wściekła i żądna zemsty. Nie jest to najlepszy nastrój dla panny młodej, ale cóż… Ma odrobinę nadziei, że się pomyliłem.

– Ja też mam taką nadzieję.

– I ja… Ale, ale… Jeszcze jedna, a właściwie dwie sprawy.

– Tak?

– Jeśli mój pech znów da znać o sobie…

– Nie mów tak!

– Muszę. Za dużo jest rzeczy, które mogą pójść źle.

– Jeśli tak przewidujesz, to czemu nie załatwisz tego inaczej? Czemu Zorro…

– Czemu? Ramone jest kaleką. Jak myślisz? Mogę go tknąć?

– A czemu nie zrobiłeś tego wcześniej?

– Wiesz… Nie potrafię zabić. Jest w tym coś… ostatecznego.

Juan zaśmiał się cicho.

– Słynny Zorro nie potrafi zabijać…

– Nie zauważyłeś tego?

– A wiesz? Nie. Ale mówiłeś o dwóch sprawach… – Juan znów wyjrzał przez okienko zakrystii. – Zaczynają się zbierać, więc lepiej powiedz szybko.

– Dobrze. Po pierwsze, jeśli pójdzie źle, trzymaj Vi z daleka od broni. Niby nikogo uzbrojonego nie będzie w pobliżu, ale lepiej, żeby nie próbowała wyrywać żołnierzom muszkietów.

– Zrobiłaby to?

– Zrobi. Po drugie, jeśli zechcesz, porozmawiasz z moim ojcem i z Felipe, wiesz o czym. Uprzedziłem ich, że możesz przyjść.

– Chcesz powiedzieć, że…

– A kto inny? To pozwolenie, nie nakaz. Możesz wybrać, możesz to poprowadzić tak, jak uznasz za właściwe. Każda twoja decyzja będzie dobra.

– Dobrze… Ja… Tak, zgadzam się.

– Dziękuję – uśmiechnął się nieoczekiwanie Diego i odetchnął głęboko, przymykając oczy. – Wszystko zamknięte, nic nie pozostawiam. Teraz mogę działać.

Przez chwilę panowała cisza. Gdy odezwał się dzwon, Juan ponownie odchylił firankę.

– Chyba pora iść. Jesteś gotów?

– Jestem. A ty?

– Ja też.

Padre Benitez zajrzał do zakrystii.

– A więc nasz pan młody nie zdecydował się uciekać – zażartował. – Bardzo dobrze, bardzo dobrze… Taka ucieczka psuje nastrój pannie młodej i pozostałym gościom.

– Obawiam się, padre… – odezwał się Diego.

– Wiem, Diego. – Padre poklepał go po ramieniu. – Liczę na to, że się pomyliłeś w swoich przewidywaniach, ale jeśli co, to wiedz, że jestem z tobą. Odwagi, synu!

X X X

Dźwięk dzwonu odbijał się w głowie Luisa Ramone bolesnym echem. Alcalde otworzył oczy i zaczął się zastanawiać, z jakiej przyczyny wszczęto taki hałas. Chciało mu się pić, więc wstał i chwiejnym krokiem podążył do stołu, gdzie jak pamiętał, powinno być jeszcze trochę wina. Rzeczywiście, w butelce było pół kubka wina, dosyć, by ugasić pragnienie i pozwolić zebrać myśli.

Teraz sobie przypomniał. Wczorajsze wino, wyjście do gospody, obcy prawnik, spisanie intercyzy… Była niedziela, dzień ślubu señority Escalante i don Diego de la Vegi. Dzień ślubu Zorro, jego zwycięstwa nad alcalde. Zaklął. Miał ochotę wrzasnąć, by wezwać sierżanta, ale zachrypł, a sama myśl o hałasie, jakim będzie wołanie, wyrwała mu bolesny jęk.

Pośpiesznie wciągnął na siebie ubranie, nie przejmując się zagnieceniami i pozostałymi po poprzednich dniach plamami i otworzył drzwi do gabinetu. W środku było pusto, więc wyszedł na próg, do garnizonu.

Też było pusto. Pozamykane drzwi nasuwały myśl, że wszyscy żołnierze gdzieś wyszli. Gdzie, Ramone odgadł niemal od razu. Z daleka widział obok wejścia do kościoła, przy murze, niebiesko–czerwone mundury. Wyglądało na to, że zabrał na uroczystość całą obsadę garnizonu, nawet tego służbistę Gomeza.

Alcalde zamknął na moment oczy. Teraz zrozumiał plan sierżanta. mógł być tchórzem i niezdarą, ale potrafił pomyśleć i zadbał, by w tej decydującej chwili on, Luis Ramone nie miał pod swoimi rozkazami żadnego żołnierza. Wyprowadził go w pole i to po co? By chronić tego bandytę, Zorro!

Ramone wrócił do swego pokoju. Odkorkował butelkę whisky i pociągnął solidny łyk. pozbawił go podwładnych? Nie szkodzi, on sam zadba, by sprawiedliwości stało się zadość. Sam potrafi poradzić sobie z Zorro, zwłaszcza teraz, gdy ten jest bez broni, otoczony przez ludzi, przed którymi nie będzie chciał się ujawnić.

Upił jeszcze łyk whisky i zaczął szukać broni. Ciepło alkoholu rozchodziło się z żołądka, łagodząc ból głowy i mdłości. Pistolet pod poduszką był nienabity i tak ciężki, że Ramone od razu z niego zrezygnował. Nie pamiętał już, po co kupował sobie taką miniaturową armatę, którą mógł unieść tylko obiema rękoma. Drugi pistolet, lżejszy, w szufladzie biurka, także był rozładowany. Ramone zaklął i spłukał swój gniew kolejnym łykiem alkoholu. Na szczęście proch i kule były tam, gdzie je zostawił. Chwilę trwało, nim naładował broń, ale wreszcie skończył, znów się napił i uśmiechnął się do siebie. To był jego szczęśliwy pistolet. To z niego już raz zranił Zorro. Jeśli ten przebieraniec będzie teraz stawiał opór, przekona się, czy bez maski także potrafi poradzić sobie z kulą.

Wsparł się mocno na lasce, jeszcze jednym łykiem whisky spłukał gorycz w ustach i ruszył do wyjścia. Przygotowania zajęły mu trochę czasu, ale to w niczym nie przeszkadzało. Don Diego de la Vega, Zorro, wychodząc z kościoła, stanie naprzeciwko największej niespodzianki w swoim życiu.

Być może, pomyślał Ramone, kuśtykając powoli przez plac, ostatniej niespodzianki.

CDN.

Od autora: Następny rozdział będzie dosyć… emocjonujący.

Related posts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.