Serce nie sługa – Rozdział 9. Wyścig po skarb

9.

Z ciemnej czeluści ukrytego za ścianą wnętrza ciągnęło chłodem. Płomyki świec trzymanych przez señoritę i komendanta zadrżały. Eberardo uśmiechał się triumfalnie. Javier przestał się szarpać, knebel wyraźnie utrudniał mu oddychanie. Monastario zaklął głośno. Lichwiarz spojrzał na niego z udawaną naganą.

Señor comandante, nie przy damie. – Pokręcił głową z drwiącą dezaprobatą. – Ani dzieciach.

– Czego chcesz? – rzuciła Emiliana głosem drżącym zarówno od strachu, jak i wściekłości. Kapitan mimowolnie poczuł podziw. Inne señority od razu by zemdlały, a tutaj miał do czynienia z prawdziwie gorącą i dumną, szlachetną krwią de La Vegów.

– Och, , nie obrażaj siebie ani mnie pytaniami, na które odpowiedzi są oczywiste. – Ortiz machnął niedbale ręką. – Wszyscy tutaj chcemy tego samego, chociaż wy zagraliście nieczysto, przywłaszczając sobie coś, co do was nie należy. Komendant miasta złodziejem. – Zacmokał i pokręcił głową. – Sprowadzający na złą drogę córkę najbardziej szanowanego mieszkańca! Nie mogę się doczekać, jak zawrze od plotek.

Dłonie Monastario zwinęły się w pięści.

– Puchar może prawnie należeć do ciebie, ale reszta skarbu jest własnością rodziny Miguela Cabrery. Jedynym złodziejem tutaj jesteś ty, Ortiz. Nie uda ci się usprawiedliwić swojej kradzieży.

Ortiz uśmiechnął się triumfalnie.

– Tylko widzi pan, señor comandante, ja jestem rodziną – odparł, bardzo z siebie zadowolony. – Nie prześledził pan zapewne mojego rodowodu, ale to nic. W przeciwieństwie do moich beztroskich kuzynów mam odpowiednie papiery. Jest pan tu nowy, pewnie pan nie słyszał, co o mnie mówią w ? „Indiański mieszaniec.”

Monastario zmarszczył brwi i już miał zapytać, co to ma do rzeczy, gdy usłyszał, jak Emiliana wciąga ze świstem powietrze. Oczy lichwiarza zabłysły.

– Oho! wie, o czym mówię! – Spojrzał na dziewczynę. – Słyszałaś pełną wersję historii? Wiesz, że Cabrera poślubił Indiankę, z którą uciekł? – Przeniósł spojrzenie bladozielonych oczu na kapitana. – Miguel Cabrera miał dwoje dzieci. Syn odziedziczył ziemię, od niego wywodzi się Francisco Cabrera i wasz młody przyjaciel. Córka nie czuła się dobrze w życiu białych ludzi. Dołączyła do pobliskiego plemienia, związała się z Indianinem. Prosto z tej linii pochodzi moja matka, poślubieniem której zhańbił się mój ojciec. Nadal uważa pan, że nie mam żadnych praw do mojego dziedzictwa?

Monastario milczał przez chwilę.

– Łżesz – rzucił w końcu przez zaciśnięte zęby, ale bez przekonania. Ortiz uśmiechnął się szerzej.

– Jak mówiłem, mam dokumenty. Jestem też skłonny dać panu drugą szansę. Kradzież pucharu była przykrą rzeczą, ale doprowadziliście mnie dzięki temu aż tutaj. Co powiecie na to, że pozwolę wam odejść, a w zamian wy pozwolicie mi działać? Zapłacę, oczywiście, za wasze milczenie. Jak wiecie, mam już jeden majątek ziemski w sąsiedztwie. Ta ziemia nie jest mi potrzebna, interesuje mnie tylko skarb. Weź ją sobie, señor comandante, a potem proś o rękę swojej pięknej wspólniczki, tak jak planowa…

Kapitan nie dał mu dokończyć. Wyprowadzony z równowagi bezczelnością lichwiarza, uderzył go pięścią w twarz. Mężczyzna zatoczył się lekko i odsunął kilka kroków do tyłu. Monastario wyszarpnął zza pasa pistolet i strzelił. Jeden z pomagierów Ortiza wypuścił z ręki broń i osunął z jękiem na kolana, trzymając się za prawą dłoń. Jego kompan krzyknął i na moment przestał zwracać uwagę na trzymanego w żelaznym uścisku Javiera. Chwilę później zawył z bólu, bo chłopiec wierzgnął się i kopnął go z całej siły między nogi, a potem wyswobodził się i stanął tuż przy kapitanie, poza zasięgiem rąk bandytów. Komendant tymczasem odrzucił pistolet i wyciągnął szpadę. Jej koniec przytknął do piersi Ortiza, który rozglądał się dookoła, lekko zdezorientowany, dotykając krwawiącego nosa.

– Możesz się podetrzeć swoimi dokumentami i propozycjami – wycedził zimno. – , szeregowy, kontynuujmy to, co señor Ortiz tak nieelegancko nam przerwał.

*

Tunel był na tyle wąski, że Emiliana, idąc obok Monastario, dotykała jego ramienia swoim. Zajście z Ortizem lekko nią wstrząsnęło. Nie spodziewała się przeszkód tego rodzaju, ani tym bardziej widoku zakneblowanego Javiera, do którego ktoś mierzył z broni. Serce biło jej szybciej niż zwykle, a dłoń, w której trzymała świecę, drżała. Starała się skupić na dotrzymaniu kroku kapitanowi, który wydawał się w pełni skoncentrowany na zadaniu do wykonania. Młody Cabrera dreptał tuż za nimi, również ze świeczką w ręku. W mroku korytarza, w blasku ognia oświetlającego jego przestraszone oczy, wydał się Emilianie bardzo drobny i bezbronny.

– W porządku, Javi? – rzuciła półgłosem przez ramię. Chłopiec drgnął i podniósł głowę, a jego spojrzenie przestało być tak przerażone.

! – przytaknął energicznie. – Ale pan rąbnął tego hijo de puta, kapitanie! – dodał z uznaniem. Teraz to spojrzała na niego ze zgrozą, bo Javier powtórzył właśnie wyrażenie, które komendant rzucił wcześniej Ortizowi w twarz. Monastario obejrzał się z zadowolonym półuśmiechem.

– Tylko nie mów tego przy rodzicach. – Mrugnął do chłopca. Zerknął potem na Emilianę, nie zwalniając tempa marszu.

–  W porządku, ? – spytał, zniżając głos. Dziewczyna zamrugała, zaskoczona, po czym uśmiechnęła się niepewnie i kiwnęła głową. Monastario znów wpatrzył się w wilgotną ciemność przed nimi, rozjaśnianą płomieniami trzech świec. Chwilę później Emiliana poczuła, jak oficer splata jej palce ze swoimi.

– Skąd wiedziałaś, że Miguel Cabrera ożenił się z Indianką? – zapytał. powtórzyła historię, którą usłyszała od małej uczennicy ojca .

– Więc ten… więc Ortiz naprawdę jest moją rodziną? – odezwał się bardzo zdegustowany Javier.

– Na pewno ma indiańskie pochodzenie, o tym wszyscy wiedzą – powiedziała Emiliana. – Może dokumenty, o których mówił, są fałszywe? Indianie nie zapisywali przecież, jakie dziecko urodziło się komu i kiedy, dopóki nie zaczęto ich nawracać na wiarę chrześcijańską.

– Ortiz nie położy łap na tym skarbie, z dokumentami czy bez nich – odparł Monastario zdecydowanie. – Wyślę go do kopalni razem z tymi dwoma idiotami, którzy mu pomagają. Niech sobie tam poszukają złota.

Nagle Javier przystanął.

– Słyszeliście? – spytał. Dziewczyna obejrzała się. Chłopiec marszczył brwi i wyraźnie czegoś nasłuchiwał.

– Nie – odpowiedziała. – A co mielibyśmy słyszeć?

– Wydawało mi się… coś jakby zgrzyt. Tam, za nami.

Komendant westchnął niecierpliwie.

– Może jesteśmy pod stajnią – rzucił niedbale. Javier wzruszył ramionami i dogonił ich.

– Może mi się zdawało – przyznał. Szli chwilę w całkowitej ciszy.

– Myślicie, że Ortiz i reszta mogą za nami pójść? – odezwał się znów chłopak.

– Niby jak? – zapytał Monastario. – Zamknęliśmy za sobą przejście.

Emiliana poczuła zimny dreszcz, pełznący wzdłuż jej kręgosłupa. Zatrzymała się gwałtownie w miejscu, sprawiając, że kapitan też musiał stanąć. Javier nie wyhamował i wpadł na nich, prawie wypuszczając z ręki świeczkę.

? – Komendant patrzył na nią pytająco, marszcząc czoło w świetle płomyka.

– Puchar – wyszeptała dziewczyna, ściskając mocno oficerowi palce. – Puchar został w piwnicy.

Javier wydał zduszony okrzyk. Monastario jęknął głucho. W ciszy, jaka zapadła po ich reakcji, wszyscy wyraźnie usłyszeli za sobą kroki.

– Co robimy? – spytał gorączkowo chłopiec.

– Idziemy – zadecydował natychmiast kapitana, ściszając głos. – Szybko. – Pociągnął señoritę za rękę, ale ta oparła się.

– Dokąd? – zapytała.

– Przed siebie! – burknął komendant, nie próbując nawet kryć irytacji. Emiliana potrząsnęła głową.

– To bez sensu – stwierdziła. – Dogonią nas, a my nie mamy się gdzie ukryć. Mam lepszy pomysł. Odwrócę ich uwagę, a wy dwaj uciekniecie i wezwiecie pomoc.

Niebieskie oczy Monastario lśniły w półmroku chłodnym blaskiem.

– Nie ma mowy – sprzeciwił się.

– Kapitanie, to są trzej uzbrojeni mężczyźni – przerwała mu dziewczyna niecierpliwie. – My mamy szpadę i jeden pistolet, bo swój, jak dobrze pamiętam, zostawił pan w piwnicy!

– Gdybyś wzięła puchar… – zaczął Monastario z gniewem.

– Ale nie wzięłam i nie ma o czym dyskutować!

– Ciszej! – syknął Javier. Emiliana opanowała się z wysiłkiem.

– Nic mi nie zrobią – powiedziała z naciskiem, patrząc kapitanowi prosto w oczy. – Ortiz nie jest głupi, nie zadrze z de La Vegą. Nie mam żadnego interesu w znalezieniu skarbu. Tylko mnie nie ma powodu skrzywdzić. Każdego z was już tak.

– próbował jeszcze perswadować komendant, ale w tym momencie dziewczyna zrobiła krok w jego stronę i zamknęła mu usta pocałunkiem.

– Idźcie już – szepnęła chwilę później, odrywając się od Monastario. – Jedź po żołnierzy. Nie poradzimy sobie sami.

Po czym wyswobodziła rękę z jego uścisku i, korzystając ze zdezorientowania, zawróciła w kierunku, z którego przyszli. Odprowadził ją cichy gwizd Javiera.

*

Emiliana zdmuchnęła i odrzuciła świecę. Przeszła jeszcze kilkanaście kroków po omacku, wodząc ręką wzdłuż zimnej, nieprzyjemnej w dotyku ściany. Pospieszne kroki z naprzeciwka zbliżały się nieubłaganie, w tunelu majaczyło już światło. osunęła się na podłogę i zwinęła w kłębek pod murem, obejmując ramionami kolana. Nie czekała długo. Wkrótce mogła dostrzec, że światło pochodziło z dwóch pochodni, i rozróżnić trzy postacie, które najwyraźniej też ją zauważyły, bo zatrzymały się gwałtownie.

Pierwsza ostrożnie podeszła bliżej.

? – Rozpoznała głos Ortiza.

Señor? – jęknęła w odpowiedzi, starając się brzmieć na przestraszoną i zagubioną.

– Co tu robisz, ? – Lichwiarz podszedł bliżej. W świetle pochodni zobaczyła, jak marszczy brwi. W drugiej ręce trzymał pistolet.

– Zostawił mnie! – powiedziała dziewczyna z wyrzutem. – Gdy odkrył, że nie wzięłam z piwnicy pucharu, zabrał chłopca, a mnie zostawił! – Zaszlochała, wciskając głowę w ramiona, żeby Ortiz nie dostrzegł, że ma suche oczy. – Był taki… taki wściekły!

– Monastario? –  upewnił się mężczyzna.

– Ta-ak – wykrztusiła Emiliana, rozkręcając się coraz bardziej. – Zależy mu tylko na tym skarbie, ja go wcale nie obchodzę!

, dokąd poszli komendant z chłopcem?

– Gdzieś tam! – zawołała dziewczyna nieco histerycznie, wyciągając rękę przed siebie. – Dalej tym przeklętym tunelem. Czy ja wiem, señor? Nawet światła mi nie zostawił, tylko porzucił samą w tych ciemnościach!

Ortiz wymienił spojrzenia ze swoimi pomocnikami, którzy podeszli bliżej.

– Nie mogli zajść daleko – mruknął. – Dogonimy ich.

Emiliana poderwała głowę.

– I też mnie tutaj zostawicie? – wykrzyknęła z wyrzutem. – Wspaniale! Och, mam nadzieję, że mój ojciec już zaczął mnie szukać, a jak znajdzie, to odpowiednio podziękuje wam wszystkim.

Lichwiarz zacisnął usta i znów spojrzał na swoich pomagierów. Dziewczyna widziała, że rozważa opcje. Było oczywiste, że jeszcze jej nie zaufał, ale nie uśmiechało mu się zadzierać z de La Vegą.

– zaczął pojednawczo – to oczywiste, że nie zostawimy cię tu samej. Ale musimy znaleźć skarb, zanim zrobi to twój kapitan.

Emiliana prychnęła pogardliwie.

– Mam już dosyć tego głupiego skarbu – powiedziała z goryczą. – Po co się w to w ogóle wplątałam? A Monastario nie jest mój.

– Niektórzy w pueblo mówią, że to twój narzeczony – drążył dalej Ortiz. ściągnęła brwi.

Więc to o to mu chodzi! – zrozumiała. – Nie wierzy, że Enrique mnie tutaj porzucił.

– Kapitanowi zależy przede wszystkim na pieniądzach – powiedziała chłodno. – Przekonałam się o tym dzisiaj. Najpierw próbował zdobyć moje, ale teraz, gdy ma nadzieję na skarb, przestałam być mu potrzebna.

Dopiero gdy skończyła mówić, dotarło do niej, że jest to możliwość, której dotąd nie brała pod uwagę.

„Przecież ty go prawie nie znasz. Nikt z nas go nie zna” – przypomniała sobie słowa ojca. Do tej pory zakładała, że Monastario pragnął majątku, żeby móc zdobyć jej rękę. A jeśli było odwrotnie? Jeśli to małżeństwo z nią było mu potrzebne, by mógł dojść do fortuny…?

Dziewczynie zrobiło się zimno i nie miało to nic wspólnego z chłodem, jaki panował w podziemnym korytarzu. Jej rozmyślania przerwał Ortiz, wyciągający dłoń w jej kierunku.

– W takim razie, , znajdźmy skarb, zanim przywłaszczy go sobie ten złodziej – powiedział.

*

Monastario i Javier biegli, nie oglądając się za siebie. Chłopiec nie odzywał się ani słowem, odkąd tuż po odłączeniu się Emiliany gwizdnął i oznajmił: „Ale pana załatwiła!”, a kapitan zagroził, że jeszcze jedno słowo, a zaknebluje go jego własnymi skarpetami. Cabrera nie do końca zrozumiał, czy chodziło o jego skarpety, czy o skarpety komendanta, ale jako że nie uśmiechała mu się żadna z powyższych możliwości, nie dopytywał.

Potknął się o nierówne podłoże i prawie upadł. Przytrzymał się w ostatniej chwili kamiennej ściany, ale wypuścił z rąk świeczkę. Monastario zatrzymał się w końcu i spojrzał na chłopca.

– Nie będę cię niósł – uprzedził od razu.

– Nie trzeba mnie nieść, nie jestem dzieckiem! – oburzył się Javier, chociaż z trudem łapał oddech. – Myśli pan, że zostawiliśmy ich w tyle?

– Nie wiem, ile czasu zdołała nam kupić Emi… ­­– Urwał i odchrząknął. – . Musimy się spieszyć.

Chłopiec przykucnął, szukając swojej świecy.

– To się nie uda – ocenił. – Stąd do garnizonu jest pół godziny drogi. Zanim wrócimy z żołnierzami, Ortiz znajdzie i zabierze skarb, i ukryje nie wiadomo gdzie.

Monastario uklęknął, oświetlając lepiej grunt. Javier, słysząc urywany oddech oficera, podejrzewał, że kapitan chciał też wykorzystać moment, żeby przez chwilę odpocząć.

– Ty pojedziesz do garnizonu – powiedział. – I przyprowadzisz tu Garcię z żołnierzami.

Chłopak spojrzał na komendanta okrągłymi oczami.

– Przecież oni mnie nie posłuchają! – zaprotestował.

– Powiesz, że ja cię przysyłam – odparł Monastario niecierpliwie. – Powiesz coś, co ja mógłbym powiedzieć.

Javier znalazł w końcu świeczkę. Podniósł głowę i uśmiechnął się do kapitana zadziornie.

– Na przykład, że zwiążę wszystkich ich własnymi spodniami, jeśli ze mną nie pojadą?

Komendant zmrużył swoje zimne oczy.

– Szeregowy, nie bądź bezczelny.

Chłopiec nagle zmarszczył czoło i rozejrzał się dookoła.

– Zauważył pan? – spytał.

Monastario ściągnął brwi.

– Niby co?

– Zrobiło się… jaśniej. Chociaż palimy tylko jedną świeczkę.

Oficer powiódł wzrokiem po tunelu.

– Rzeczywiście – mruknął. Utkwił wzrok naprzeciwko, wpatrzył się w ciemność, która przestała być tak gęsta. – Wstawaj, ruszamy.

– Niech mi pan da zapalić świeczkę!

– Do diabła ze świeczką! – odparł komendant niecierpliwie. – Jesteśmy blisko wyjścia.

Podniósł się i poszedł naprzód, nie czekając na chłopca. Javier naburmuszył się, ale pobiegł za nim. Nie uszli nawet dwudziestu kroków, gdy wyrosła przed nimi ściana. „Wyrosła” zresztą bardzo dosłownie, bo po bliższych oględzinach okazało się, że doszli do wyjścia z tunelu, zarośniętego przez bluszcz i krzaki. Monastario wyciął szpadą przejście i obaj z chłopcem przecisnęli się przez drapiące gałązki i liście wprost na otwartą, lekko pagórkowatą przestrzeń.

– To nadal wasza ziemia? – spytał kapitan.

– Nie wiem. – Javier wzruszył ramionami. – Nie poznaję tego miejsca.

Chmury zakryły księżyc oraz gwiazdy. Noc była ciemna tą ciemnością, która poprzedza i zwiastuje świt.

– Tak, to jest nasza ziemia! – oznajmił nagle chłopiec, robiąc kilka kroków i rozglądając się uważnie. – Teraz już poznaję. Tata uczy mnie tutaj jeździć konno. To strasznie daleko od naszego domu, kapitanie.

– Trochę tym tunelem, jakby nie patrzeć, szliśmy – mruknął Monastario, zajęty przyglądaniem się wyjściu z sekretnego przejścia, widocznemu teraz tylko dzięki temu, że wyciął część roślinności. Młody Cabrera wpatrzył się w to miejsce.

– Niesamowite – powiedział. – Nigdy bym nie pomyślał, że w tym pagórku kryje się wejście do tunelu! A tyle razy na niego patrzyliśmy. Tu jest dużo takich zarośniętych wzgórz. Kapitanie, a może inne też kryją tajne przejścia, i to jest cały rabilynt podziemnych korytarzy? – dodał, wyraźnie podekscytowany takim pomysłem.

– Mówi się „labirynt” – poprawił go komendant. – Powoli, szeregowy. Nie skończyliśmy jeszcze badać tego tunelu. Widzisz?

Chłopak podszedł bliżej, zaciekawiony.

– Co takiego?

Obok ziejącej na wprost, połowicznie zarośniętej dziury, widniał gładki występ skalny, wyglądający jak oglądana z zewnątrz grota. Monastario włożył najpierw szpadę, a potem rękę w szczelinę pomiędzy występem a wejściem do tunelu. Oczy Javiera zabłysły.

– Co to jest? Kolejne tajne przejście? – spytał.

– Nie wiem, ale chcę to sprawdzić – orzekł komendant. – Idź pierwszy, łatwiej się przeciśniesz.

Chłopcu nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Bez trudu wślizgnął się wąskim przejściem do ciemnego wnętrza. Za nim przeszedł kapitan, ocierając się o kamienne ściany i uważając, żeby nie podpalić świeczką zasłaniającego wejście bluszczu.

– Dobrze, że jest szczupły – pomyślał Javier. – nie miałby żadnych szans!

W świetle płomyka pomieszczenie istotnie okazało się niewielką grotą, szeroką na trzy kroki, długą na cztery, a wysoką akurat na tyle, że komendant mógł się spokojnie wyprostować i nie zahaczać głową o skalne sklepienie. Nieco w głębi, na ubitej ziemi, leżała kamienna płyta. Chłopiec i oficer podeszli bliżej, oświetlając wypukły, zniekształcony kształt na jej powierzchni.

– Trupia czaszka! – zawołał Javier zduszonym głosem. – To jest trupia czaszka, kapitanie! A pod spodem ma skrzyżowane kości, zupełnie jak u piratów.

Monastario przykucnął obok dziecka i powiódł ręką po wyszczerbionej, kościotrupiej głowie, po ledwo widocznych, ułożonych na krzyż piszczelach, i wreszcie po krzyżu poniżej.

– Grób – powiedział cicho. Młody Cabrera poderwał głowę.

– Miguela? – zapytał. Kapitan nie odpowiedział od razu. Światło świecy spełzło na zatarte, ale wciąż wyraźnie wyżłobione litery.

Mi corazón – przeczytał Javier. – Moje serce.

Bo gdzie jest serce twoje, tam będzie i skarb twój – komendant zacytował wskazówkę. – Szeregowy, to tutaj.

*

Emiliana szła u boku Ortiza. Lichwiarz niósł przed sobą pochodnię, w drugiej ręce ściskał pistolet. Przytroczony do paska spodni puchar kołysał się w rytm jego kroków.

– Jak udało wam się odkryć wejście do tunelu? – zapytał.

– Javier pokazał nam, gdzie znalazł puchar – odparła dziewczyna po krótkim namyśle. – Zbadaliśmy piwnicę i tak trafiliśmy we właściwe miejsce.

Ortiz uniósł brwi.

– To wejście było aż tak na widoku?

– No… nie do końca. Zauważył pan napis na ścianie, za którą było to przejście?

Lichwiarz potrząsnął głową, zerkając na señoritę z zainteresowaniem.

– Nie przyglądaliśmy się. Gdy tylko zorientowaliśmy się, że zostawiliście puchar, ruszyliśmy w pościg. Co to za napis?

– Nie jest wyraźny, ale wydawało nam się, że to inicjały Miguela Cabrery i rok budowy domu – skłamała gładko Emiliana. – To nas skłoniło do dokładniejszych oględzin właśnie tego kawałka piwnicy.

– Inicjały – powtórzył Ortiz w zamyśleniu. – I tyle? Naprawdę? Czy jak dzieciak znalazł ten puchar, naprawdę niczego więcej tam nie było? Żadnej… poszlaki, wskazówki? Mapy?

Dziewczyna pokręciła głową.

– Nie, señor.

Lichwiarz westchnął z irytacją.

– Mam wrażenie, że coś nam umyka, że czegoś tutaj brakuje. Albo Cabrera naprawdę był tak nieudolny w ukrywaniu skarbu.

– Nie wiem, czy taki nieudolny – sprzeciwiła się Emiliana. – Skarb przeleżał tyle lat w ukryciu, więc chyba jednak Miguel wykonał kawał dobrej roboty.

Ortiz spojrzał na nią z ukosa.

– A skąd wiesz, , czy ten skarb nadal jest tam, gdzie zakopał go jego właściciel?

Dziewczyna potknęła się, patrząc na niego oczami szeroko otwartymi ze zdumienia.

Señor, nie przypuszczasz chyba, że skarbu wcale już nie ma? – zapytała ze zgrozą. Lichwiarz wzruszył ramionami.

– W interesach trzeba liczyć się z każdą możliwością, .

Emiliana westchnęła.

– To byłby naprawdę okropny finał całej przygody. Tyle zachodu na marne!

Ortiz nie odpowiedział. Szedł, wpatrzony w ciemność przed sobą, która nagle przestała być aż tak nieprzenikniona.

– Zauważyłaś? – mruknął.

Si. Zrobiło się jaśniej.

Zielonkawe oczy lichwiarza jaśniały w świetle pochodni gorączkowym blaskiem.

– Zbliżamy się do wyjścia.

Lekki wiatr poruszał gałązkami bluszczu i krzewów, w których ktoś – ktoś bardzo energiczny, o pięknych, niebieskich oczach i złowieszczym uśmiechu, pomyślała Emiliana – nie tak dawno wyciął sobie przejście. Ortiz niemal wybiegł na pogrążoną w mroku przestrzeń. Niebo na wschodzie zaczynało dopiero bardzo nieśmiało jaśnieć. W świetle pochodni mogli tylko dostrzec, że są pośrodku otwartego, pagórkowatego terenu.

– Do diabła – zaklął Ortiz, rozglądając się dookoła. – Co teraz? Masz jakiś pomysł, ?

– Chciałabym, señor – odparła dziewczyna całkiem szczerze. Zdecydowanie nie tego spodziewała się po wyjściu z tunelu. – Może powinniśmy poczekać, aż się rozwidni? W tych ciemnościach trudno cokolwiek dostrzec.

Lichwiarz skrzywił się, niezadowolony.

– Podczas gdy my będziemy czekać, komendant i chłopiec dobiorą się do skarbu – burknął. Nagle zamarł, po czym zmierzył Emilianę podejrzliwym wzrokiem, mrużąc oczy. – Chyba że… od początku taki był plan – powiedział powoli. – Miałaś nas opóźnić, żeby drogi kapitan zyskał trochę czasu. Odszukał skarb, może nawet sprowadził pomoc!

Dziewczynie zrobiło się zimno. Przełknęła ślinę z wysiłkiem.

Señor – zaczęła łagodnie, gotowa brnąć dalej w swoją grę, ale Ortiz uniósł rękę z pistoletem i wycelował lufę prosto w jej czoło.

– No, to jak to było naprawdę, Emiliana? – zapytał bardzo cicho.

Huk wystrzału rozdarł nocną ciszę. Dziewczyna wciągnęła ze świstem powietrze, oczekując uderzenia bólu, które nigdy nie nastąpiło. Ortiz zamrugał, zdezorientowany. Spojrzał najpierw na trzymany w prawej ręce pistolet, z którego z całą pewnością nie wystrzelił, a potem na krew, która plamiła mu koszulę i kurtkę na piersiach w zastraszającym tempie.

– Co do… ­– wybełkotał, osuwając się na kolana.

– Zadarłeś z niewłaściwym człowiekiem, señor. – W pobliżu rozległ się władczy głos. – I groziłeś nieodpowiedniej señoricie.

podszedł do nich, trzymając dymiący jeszcze pistolet. Wykopał lichwiarzowi broń z ręki i zabrał pochodnię z jego drżącej dłoni.

– Jesteś cała, ? – Spojrzał na Emilianę. Pokiwała energicznie głową, nadal oszołomiona.

– Miałeś pojechać do garnizonu – powiedziała pierwsze, co przyszło jej na myśl, nie mogąc pojąć, skąd komendant w ogóle się tu wziął.

Gdzie są pomocnicy Ortiza? – uderzyło ją nagle. Rozejrzała się i dostrzegła dwa ciemne, odcinające się od nocnych ciemności kształty, leżące na ziemi bez żadnych oznak życia.

– To ty kazałaś mi jechać do garnizonu – poprawił ją Monastario z półuśmiechem. – Ale widzisz, , komendant nie wykonuje rozkazów, tylko je wydaje. Nie opowiadałem ci nigdy, jak zdobyłem stopień kapitana?

U ich stóp Ortiz upadł na bok. Oficer pochylił się nad nim.

– Gdzie jest puchar? – warknął zupełnie innym tonem, niż ten, którego używał w rozmowie z Emilianą. Lichwiarz nie odpowiadał. Przymknął oczy i oddychał z trudem.

– Miał go przy spodniach, na pasku – odezwała się . Przykucnęła przy Ortizie, odczepiając naczynie, a wtedy mężczyzna odwrócił głowę i spojrzał prosto na nią.

– Przez chwilę wierzyłem, że naprawdę zmądrzałaś – powiedział cicho. – Tam, w tunelu. Przecież on nie spojrzałby na ciebie, gdybyś nie była de La Vegą.

Dziewczyna zamarła, ściskając puchar w palcach, ale głos Monastario, który najwyraźniej nie słyszał słów lichwiarza, przywołał ją do rzeczywistości.

– Chodź, .

Wstała i ruszyła za kapitanem, który zatrzymał się na chwilę przy jednym z pomocników Ortiza i podniósł z ziemi swoją zakrwawioną szpadę.

– Co pan im zrobił? – zapytała Emiliana.

– Atak zza pleców, z ukrycia – odparł Monastario. – Postarałem się, żeby nie krzyknęli, bo strzał z zaskoczenia mogłem oddać tylko jeden i oszczędzałem go na Ortiza.

– Wziął pan pistolet jednego z nich? – domyśliła się dziewczyna.

– Nawet zupełnie przypadkowo udało mi się odzyskać swój, bo ten drań – komendant szturchnął butem martwe ciało – go sobie przywłaszczył.

– Musi pan nauczyć mnie takich ataków – stwierdziła Emiliana. Kapitan skończył wycierać szpadę o ubranie martwego bandyty. Schował ją do pochwy i spojrzał na señoritę z uśmiechem.

– Ależ z przyjemnością.

– Gdzie jest Javier? – Dziewczyna rozejrzała się dookoła. Ni stąd, ni zowąd ogarnęły ją niedobre przeczucia.

Jeśli wysłał chłopca samego do garnizonu, w nocy, to go zamorduję, przysięgam – postanowiła. Monastario nie przestawał się uśmiechać.

– Pilnuje skarbu.

Emiliana zmarszczyła brwi.

– Co takiego?

– Zaraz sama zobaczysz.

*

! – Javier z radosnym okrzykiem rzucił się jej w ramiona. Nachyliła się i przytuliła chłopca.

– Szeregowy, co ja mówiłem o trzymaniu mo… buzi na kłódkę? – Monastario spojrzał na niego surowo.

– Ale przecież miałem być cicho tylko wtedy, gdy pana nie będzie! – sprzeciwił się chłopak. Spojrzał na Emilianę. – Nie powiedział „buzia”, tylko „morda” – dodał konspiracyjnie. Dziewczyna uśmiechnęła się mimowolnie.

– Kapitan Monastario trochę za dużo rozmawia z żołnierzami, a za mało z dziećmi – powiedziała, rzucając komendantowi rozbawione spojrzenie. – Co to za miejsce? – dodała, rozglądając się po wnętrzu niewielkiej groty. – Jak je odkryliście?

– To kapitan je znalazł, jak już wyszliśmy z tunelu – odpowiedział natychmiast Javier. – I och, , zobacz! Spójrz, co tu jest!

Pociągnął ją za rękę do wielkiej, kamiennej płyty. Oczy dziewczyny rozszerzyły się, a potem zaiskrzyły, gdy patrzyła kolejno na trupią czaszkę, krzyż, wyżłobiony napis, a wreszcie na otwór w kształcie sześciokąta. Spojrzała na Monastario. Uśmiechał się.

, czyń honory. – Wskazał na płytę zachęcającym gestem.

Nóżka pucharu weszła idealnie. Emiliana przekręciła ją i usłyszała kliknięcia mechanizmu ukrytego w płycie. Komendant oddał Javierowi pochodnię i uklęknął obok dziewczyny, próbując odsunąć kamienny blok. Ustąpił bez trudu, wzbijając trochę pyłu. Ich oczom ukazała się ciemna, wydrążona w ziemi jama i bielejące na jej dnie kości. Z tyłu dobiegło głośne westchnięcie młodego Cabrery.

– Jejku, prawdziwy kościotrup! – oznajmił, szczerze zachwycony.

– Mówiłem, że trzeba szukać grobowca – powiedział Monastario, bardzo z siebie zadowolony.

– Nie sądzę, żeby to był grób Miguela – zaprotestowała Emiliana. – Mi corazón, kapitanie. Myślę, że pochował tu swoją żonę. A razem z nią coś, co właściwie należało do niej.

Oboje sięgnęli po ciężką, drewnianą skrzynię, która spoczywała obok kości. Z trudem wydostali ją z grobu. Wieko nie było zabezpieczone żadnym zamkiem ani kłódką. Kapitan po prostu je podniósł, a Javier drugi raz westchnął z zachwytu.

Oglądali skarby, oczarowani jak dzieci. Monastario najbardziej próbował panować nad emocjami, ale oczy aż mu iskrzyły na widok sztuk złota, drogocennych kamieni i sznurów biżuterii.

, to będzie twoja część! – Javier, poczuwający się już do roli spadkobiercy, wspaniałomyślnie dzielił kosztowności. Podał Emilianie ciężki, złoty medalion wysadzany szmaragdami. Nie miała pojęcia, gdzie mogłaby go założyć. – A pan, kapitanie, musi mieć to! – Wcisnął komendantowi do ręki pierścień z błękitnym kamieniem. Monastario uniósł brwi.

– Szeregowy, co miałbym z tym zrobić?

– Jak to co? – Zdziwił się chłopak. – Oświadczyć się señoricie! – oznajmił, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Emiliana czuła, że płoną jej policzki. Komendant tylko zmrużył oczy.

– I tym sposobem będzie mieć aż dwie rzeczy ze skarbu, a ja żadnej. Co to za sprawiedliwość, szeregowy?

Chłopiec stracił rezon tylko na chwilę.

– Ale będzie pan miał żonę! – odparł. – Tata zawsze mówi, że żona to skarb.

próbowała ignorować tę wymianę zdań, a przede wszystkim nie patrzeć na kapitana. Skupiła uwagę na pozostałej zawartości skrzyni i wtedy zauważyła, że na samym dnie, pod mieniącymi się w świetle pochodni kosztownościami, leży papier. Wyciągnęła go, zaciekawiona. Jej towarzysze od razu przerwali rozmowę na temat cenności żon.

– Co to? – zainteresował się Javier. – Mapa do kolejnego skarbu?

Monastario jęknął.

– Tylko nie to! Ja mam dosyć.

Emiliana uśmiechała się.

– To – oznajmiła – jest największym skarbem ze wszystkich w tej skrzyni. – Podniosła wzrok na oficera i chłopca. – To akt własności ziemi, wydany Miguelowi Cabrerze przez króla Hiszpanii!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *