Serce nie sługa – Rozdział 2: Komendant przystępuje do działania

2.

Emiliana zdążyła się umyć i przebrać, zanim jej ojciec wrócił z . Splatała właśnie wilgotne włosy w warkocz, gdy usłyszała jego donośny głos wydający służbie rozkazy. Wybiegła mu na spotkanie.

– Co słychać w pueblo, mi papá? – zagadnęła i pozwoliła się ucałować w czoło. Don wydawał się być w wyśmienitym humorze.

– Ominęło cię niezwykłe widowisko, mi hija! – oznajmił. – Wyobraź sobie, że do Los przybył nowy komendant. I to jak przybył! Ach! Przywiózł nam Martineza. Miał go w swoim powozie, skrępowanego własnym pasem! I jednego z jego ludzi. To już koniec rozbojów dla tych łotrów, resztę gangu wybił po drodze tutaj. Opowiadał nam w tawernie, jak się z nimi rozprawił.

– Naprawdę? Martinez schwytany? Drogi znów będą bezpieczne? Mi papá, musisz mi koniecznie powtórzyć, jak nasz nowy komendant tego dokonał! – Emiliana była bardzo ciekawa wersji wydarzeń, którą przedstawił . Jednocześnie ucieszyła się, że dotrzymał słowa.

– Och, sam ci to lepiej opowie! Zobowiązałem się do wyprawienia przyjęcia na jego cześć.

– Przyjęcie! – Emiliana rozpromieniła się i aż klasnęła w dłonie. „Rezerwuj dla mnie pierwszy taniec!”, dźwięczał jej w uszach władczy głos nowego komendanta. – Kiedy?

– W najbliższą sobotę.

– Ależ ojcze, to za dwa dni!

– No właśnie. Dlatego nie ma czasu do stracenia! – Don zatarł z zapałem dłonie. – Zaraz wydam służbie odpowiednie dyspozycje, a ty idź do kuchni i pomów z kucharką.

zzz Monastario zzz

Emiliana lubiła przyjęcia. Podobało jej się, że w domu coś się dzieje i że jest zawsze tyle szczegółów, których trzeba dopilnować. Odkąd skończyła piętnaście lat, ojciec powierzył jej całkowicie wydawanie dyspozycji kucharce w kwestii przygotowywanych potraw oraz dekorowanie domu. Sam zajmował się zapraszaniem gości, a odkąd jej brat Diego wyjechał do Hiszpanii na studia, także zorganizowaniem muzyki.

Jedynym aspektem, za którym nie przepadała, było szykowanie się na przyjęcie. Gdy była jeszcze małą dziewczynką, jej opiekunki dosłownie musiały ją łapać i sadzać przed lustrem za każdym razem, gdy do hacjendy de La Vegów przychodzili goście. Nie podobało jej się, że ciasno upinają jej niesforne włosy i każą zakładać mniej wygodne suknie. Z czasem nauczyła się wykorzystywać swoją nową rolę gospodyni, siadając przed toaletką zawsze w ostatniej chwili i usprawiedliwiając się brakiem czasu na strojenie.

Tym razem było inaczej. W noc poprzedzającą przyjęcie Emiliana nie mogła spać, długo zastanawiając się, którą suknię włoży. Gdy w końcu zasnęła, śniły jej się niebieskie oczy kapitana Monastario.

– Widziałaś już nowego komendanta, ? – zagadnęła jej pokojówka , rozczesując świeżo umyte, czarne włosy Emiliany.

– odparła dziewczyna i westchnęła z rozmarzeniem. – Plotki nie kłamały, Celio. Naprawdę jest bardzo przystojny.

Celia uśmiechnęła się. Nie była wiele starsza od Emiliany, a jako córka jednej z pomocy kuchennych praktycznie dorastała razem z señoritą, dlatego też ich relacja od zawsze bliższa była przyjaźni niż chłodnym stosunkom pani i służącej.

W oczach Emiliany tańczyły wesołe, psotne iskierki.

– Opowiem ci, jak go poznałam – zdecydowała, gdy Celia zaczęła upinać górne partie jej włosów.

zzz Monastario zzz

– I wtedy, gdy już zeszłam i mogłam mu się przyjrzeć – kończyła Emiliana – gdy zobaczyłam go z bliska, w tym mundurze i z rozwianymi czarnymi włosami, a on spojrzał na mnie swoimi przeszywającymi, jasnoniebieskimi oczami, i przysięgam ci, Celio, nie mógł znaleźć słów, tak był zdziwiony, że to ja strzelałam! Chyba wtedy się zakochałam. A może trochę później, jak jechaliśmy kawałek razem i rozmawialiśmy, i podobało mu się, że potrafię strzelać i posługiwać się szpadą. Ma taki władczy, nawykły do wydawania rozkazów głos. I lubię słuchać, kiedy się śmieje.

– Musi być naprawdę wyjątkowym mężczyzną, señorita – powiedziała Celia z uśmiechem, nakładając róż na policzki Emiliany, które i bez tego zarumieniły się z emocji wywołanych opowiadaną historią. – Nie pamiętam, żeby ktokolwiek wzbudził w tobie tak silne uczucia.

– Bo nikt dotąd tego nie zrobił, Celio! – zawołała Emiliana ze śmiechem. – Ojciec ciągle napomyka, że trzeba wydać mnie za mąż, a ja wcale nie chciałam zostawać żoną żadnego z tych donów, których mi przedstawiał. Don Eduardo jest za stary. Don Gaspar zaleca się do wszystkich panien jednocześnie. Don cuchnie tytoniem i potrafi mówić tylko o koniach. Don Gabriel nie umie złożyć sensownego zdania w mojej obecności i zawsze depcze mi po palcach, kiedy z nim tańczę.

– A jeśli capitán Enrique też podepcze ci dzisiaj palce? – zachichotała Celia, zakładając swojej pani kolię z lśniących rubinów.

– Jeśli capitán Enrique – Emiliana uśmiechnęła się czule, wypowiadając to określenie – jest tak sprawny w tańcu, jak w fechtunku, to nie mam się czego obawiać. A coś mi mówi, że jest. Czy wiesz, że tańczę z nim pierwszy taniec? Powiedziałam mu, że na pewno czeka go przyjęcie powitalne, a on wtedy kazał mi zarezerwować pierwszy taniec dla niego.

Celia uniosła brwi.

– Śmiały człowiek z twojego kapitana, ! – orzekła.

– Prawda? – Emiliana aż się rozpromieniła, biorąc to za największy komplement. Nagle jej uśmiech przygasł. – Celio, a jeśli on o tym zapomniał? – spytała z niepokojem. – I poprosi do pierwszego tańca inną señoritę?

– Nonsens! – odparła pokojówka, zakładając swojej pani pasujące do kolii kolczyki. – Nie zapomina się kobiety, która celnymi strzałami ratuje ci życie.

Emiliana nie wyglądała na przekonaną.

– Ale jeśli on zapomniał? – dopytywała. Celia włożyła jej we włosy różę.

– Jeśli zapomniał – powiedziała, ściskając ręce dziewczyny – to nie jest wart ani jednej twojej myśli, . I jego strata! Spójrz tylko w lustro – wyglądasz jak marzenie!

zzz Monastario zzz

Rozpoznał ją od razu. Była ubrana w czarno-czerwoną suknię ze złotymi zdobieniami. Na obojczykach lśniły rubiny, we włosach miała krwistoczerwoną różę i wyglądała zupełnie inaczej niż wtedy, pośród pustkowia, w spodniach i z pistoletem w dłoni. Ale ciemnozielone oczy iskrzyły się tak samo, a gdy uśmiechnęła się na jego widok, zobaczył w zaróżowionych policzkach znajome dołeczki.

– Kapitanie, pozwoli pan, że przedstawię: moja córka Emiliana. – Zaprezentował ją don . – Emiliano, nasz nowy komendant, capitán Enrique Sanchez Monastario.

Oboje zachowywali się, jakby spotkali się po raz pierwszy. Señorita dygnęła z wdziękiem. Kapitan skłonił się i ucałował dłoń, którą mu podała.

– Słyszałam, że schwytał pan gang bardzo uciążliwych przestępców, zanim jeszcze zaczął pan swoje obowiązki, kapitanie – powiedziała Emiliana. – Jak dotąd żaden komendant nie przybył do nas w tak imponujący sposób.

Monastario uśmiechnął się znacząco.

– Cóż mogę poradzić? Lubię, gdy pierwsze wrażenie jest efektowne i zapada w pamięć.

Błysk w jej oczach pokazał mu, że zrozumiała aluzję. Rozbrzmiały pierwsze dźwięki muzyki. Stojący niedaleko, mocno już siwiejący mężczyzna z bujną brodą odwrócił się i skłonił przed Emilianą.

– Czy zaszczycisz mnie tym tańcem, ?

Emiliana zerknęła szybko na Monastario, który patrzył na nią wyczekująco.

– Musi mi pan wybaczyć, don Eduardo – powiedziała do starszego adoratora, uśmiechając się przepraszająco – ale pierwszy taniec obiecałam już komuś innemu.

Don Eduardo uniósł brwi. Spojrzał na don Alejandro, ale ten wydawał się równie zdezorientowany. Monastario podał señoricie ramię. Jego twarz przybrała triumfalny wyraz.

Emiliana.

Señor capitán.

Dwóch starszych donów patrzyło za nimi z wyraźną konsternacją. Kapitan usłyszał jeszcze, jak don Eduardo pyta:

– Kiedy on ją zdążył poprosić?

– A żebym to ja wiedział! – odpowiedział mu don Alejandro.

A potem była już tylko muzyka i piękna w jego ramionach.

zzz Monastario zzz

Z bliska oczy kapitana Monastario były jeszcze bardziej hipnotyzujące. Oczywiście nie deptał jej palców. Tańczył z największą gracją ze wszystkich tancerzy, z którymi Emiliana miała do tej pory do czynienia.

– Dotrzymałeś słowa, kapitanie – odezwała się, gdy po dwóch szybkich obrotach niby przypadkiem przyciągnął ją nieco bliżej.

– Ty również, . – Uśmiechnął się. – Don Eduardo wydawał się zdruzgotany, gdy mu odmawiałaś.

spojrzała nad ramieniem kapitana.

– Zdaje się, że już zdążył się pocieszyć.

Monastario odwrócił ich w tańcu tak, żeby też móc zobaczyć, i jego uśmiech stał się trochę drwiący. Don Eduardo tańczył z kobietą co najmniej dwadzieścia lat starszą od jego partnerki. I na pewno dwa razy szerszą.

– Przynajmniej tym razem wybrał kogoś bliższego mu wiekiem – zauważył. Emiliana nie dała rady powstrzymać śmiechu.

– To doña Salena, wdowa po Jorge Diazie.

– Jeszcze jej nie poznałem. Albo poznałem i nie pamiętam. Nie jestem dobry w zapamiętywaniu imion i twarzy, señorita Emiliana. – Uśmiechał się teraz zadziornie. Dziewczyna pozwoliła obrócić się po raz kolejny, ale tym razem sama ustawiła się tak blisko kapitana, żeby móc wyszeptać mu do ucha:

– Czym więc ja zasłużyłam na takie względy, że pamięta pan moje imię i poznał mnie od razu, pomimo zupełnie innego stroju?

Monastario bez żadnego ostrzeżenia opuścił ją tak, że miała oparcie jedynie w jego ramionach podtrzymujących jej talię i plecy. Pochylił się nad nią.

– Jak już mówiłem, dobre pierwsze wrażenia zostają na długo w pamięci.

Równie gwałtownie podniósł ją do pionu, tak że niemal na niego wpadła. Zmienili figurę. Stanęli naprzeciwko siebie, a potem ustawili się do siebie bokiem i zetknęli biodrami. Chodzili w rytm muzyki jakby po zarysie koła, podnosząc nieco wyżej kolana, stukając butami, objęci w pasie.

– Chętnie poznam wersję walki z ludźmi Martineza, którą opowiedział pan wszystkim – odezwała się Emiliana, patrząc kapitanowi prosto w oczy.

– Niewiele zmieniłem. – Monastario nachylił się do niej tak blisko, że niemal dotykał jej czoła swoim. – Moich przeciwników rozproszyło wycie kojota. Wykorzystałem moment nieuwagi i tak dałem radę ich pokonać.

Stanęli naprzeciw siebie, chwycili się za ręce. To oddalali się od siebie na odległość ramion, to znów wracali, unosząc je wtedy do góry.

– I wszyscy uwierzyli, że doświadczonych, obeznanych z terenem bandytów – spytała señorita z lekką drwiną, gdy była blisko kapitana. Odsunęli się znowu zgodnie z muzyką. – Wytrącił z równowagi… kojot? – dokończyła przy kolejnym zbliżeniu, unosząc brwi. Monastario uśmiechnął się chytrze, odsunął ją od siebie. Puścił jej jedną dłoń, po czym nawinął dziewczynę zgrabnie na swoje prawe ramię. Poddała się łatwo jego ruchom.

– Och, – jego głos zabrzmiał niemal czule – to wszystko kwestia właściwego wykorzystania chwili.

Dotknęli się nosami. Muzycy zagrali ostatnie nuty. Pocałował ją.

zzz Monastario zzz

Don odczekał z reprymendą, aż wyszli ostatni goście.

– Co to, na miłość boską, miało być? – wybuchnął. Emiliana udawała, że jej uwagę całkowicie pochłania nadzorowanie sprzątającej służby.

– Nie wiem, co masz na myśli, mi papá – odparła wymijająco. Don huknął dłonią w stół, aż zagrzechotały kryształowe kieliszki.

– Już ty dobrze wiesz, co mam na myśli! – wykrzyknął. – A jutro będzie o tym mówiło całe pueblo!

Emiliana miała dość poczucia przyzwoitości, żeby nieco się speszyć i lekko zaczerwienić.

– Pierwszy taniec jeszcze rozumiem – ciągnął . – Choć nie mam pojęcia, kiedy mogłaś mu go obiecać. Ale to, jak się zakończył – to już skandal! Nie wspomnę też, ile jeszcze razy z nim tańczyłaś, i nie myśl sobie, że nie widziałem, jak wciąż wymykaliście się gdzieś tylko we dwoje.

– Wyszliśmy raz! – zaprotestowała Emiliana. – pomógł mi zaprowadzić don Gaspara do pokoju gościnnego. Nikogo ze służby akurat nie było w pobliżu, kapitan zauważył, że don Gaspar wypił za dużo i nie może już nie tylko ustać, ale nawet usiedzieć. Chciał tylko pomóc! Prawie wnieśliśmy go na górę, ale zaraz wróciliśmy do wszystkich.

Pominęła tak nieistotne dla ojcowskich uszu szczegóły, jak fakt, że siedzieli w pokoju gościnnym dobry kwadrans. Kapitan Monastario opowiadał jej parę anegdot o zabawach w Madrycie, na których bywał, a ona śmiała się głośno, zanim w ogóle zawołali służbę, a na wezwanie jako pierwsza odpowiedziała Celia, która, szeroko uśmiechnięta, z nieskrywaną ciekawością zerkała na komendanta, zdejmując pochrapującemu don Gasparowi buty.

– Pomóc! – prychnął don Alejandro. – Ciekawe, jakie miał intencje na zakończenie waszego pierwszego tańca, bo na pewno nie pomoc i nie twojej reputacji!

Emiliana spuściła wzrok.

– To… to był moment, mi papá – powiedziała cicho.

– Moment! Dla was to moment, moja córko, a dla mnie to kpiące spojrzenia i tysiące pytań o twoje wesele! I jak ja mam cię teraz dobrze wydać za mąż, gdy wszyscy sądzą, że jesteś narzeczoną nowego komendanta? – Don aż rozłożył bezradnie ręce. uniosła głowę i spojrzała ojcu w oczy.

Mi papá, a czy to taki zły pomysł? Kapitan Monastario to śmiały, odważny i energiczny człowiek. Zapowiada się na bardzo dobrego komendanta, najlepszego, jakiego kiedykolwiek mieliśmy! Potrafi się zachować, – tu don prychnął z powątpiewaniem, ale córka zignorowała go – jest sprawnym szermierzem, mam z nim o czym rozmawiać. Och, ojcze, czy nie mógłbyś wydać mnie za mąż właśnie za niego?

Stary don westchnął ciężko.

Mi hija, przecież ty go prawie nie znasz – perswadował. – Nikt z nas go nie zna.

– Zrobił bardzo dobre pierwsze wrażenie – mruknęła Emiliana, uciekając wzrokiem.

– Na miłość boską, poczekaj na drugie!

Dziewczyna nachmurzyła się. Ojciec zamknął jej dłonie w swoich.

– Emiliano, ja rozumiem. Też byłem kiedyś młody. Ale nie wydam cię za mąż za człowieka, o którym nic nie wiem, i którego ty oceniłaś po jednym spojrzeniu.

zzz Monastario zzz

Egzekucja Héctora Martineza i drugiego członka jego gangu odbyła się hucznie i z wielką pompą. Kapitan Monastario napawał się swoim triumfem i łaskawie przyjmował wszelkie wyrazy uznania od mieszkańców Los . Don zerkał na niego krytycznie i uważał, że młody komendant zbyt przesadnie zachwyca się swoimi dokonaniami. patrzyła na kapitana z podziwem, zachwycona nim bardziej niż on sam sobą.

– Jak tam, przyjacielu? Szykujesz już wesele? – zagadnął don , gdy usiedli w karczmie przy kubku wina. Don podążył za jego wzrokiem. Niedaleko szynkwasu jego córka, zarumieniona i uśmiechnięta, prowadziła ożywioną rozmowę z komendantem. Była z nimi też urocza , zbliżona wiekiem do Emiliany córka don Nacho, ale chłodne, kalkulujące oczy kapitana Monastario kierowały się przede wszystkim na señoritę de La Vegę. Don pokręcił głową z dezaprobatą.

– Nie mam do nich siły – oznajmił. – Na moją reprymendę za te ich tańce na przyjęciu Emiliana powiedziała tylko, że chce zostać jego żoną.

Don Nacho uniósł brwi.

– To coś nowego! Do tej pory raczej odwodziła cię od kolejnych planów matrymonialnych, prawda?

– Tak, a teraz robi je sama! I jest oburzona, że ich nie popieram.

– Masz coś przeciwko Monastario? – spytał don Nacho, zniżając głos.

– Przede wszystkim to, że go nie znam i przez to nie mogę mu ufać. Wiemy o nim tyle, ile sam nam powie. Zawsze myślałem, że Emiliana poślubi kogoś z okolicy. Kogoś o dobrej reputacji, kogo wszyscy znamy. – Don westchnął ciężko, po czym spojrzał znów na nowego komendanta i zmarszczył siwe brwi. – Poza tym, tak zupełnie szczerze mówiąc, nie rozumiem jej zachwytu. Monastario wydaje mi się nad wyraz butny.

Don Nacho zaśmiał się cicho.

– Och, wszyscy byliśmy tacy w jego wieku. Jest jeszcze młody, Alejandro. Życie nauczy go trochę pokory. I może właśnie przyda mu się dobra, rozsądna żona, która właściwie nim pokieruje?

De La Vega prychnął pogardliwie.

– Rozsądna żona? – powtórzył z niedowierzaniem. – Która właściwie pokieruje? – Pokręcił głową. – Nie, Nacho, to nie jest zadanie dla mojej córki. Spójrz tylko, jak się do niego wdzięczy. A on robi z nią, co tylko chce!

zzz Monastario zzz

Kapitan Monastario skłonił się uprzejmie dwóm señoritom i podszedł do grupy raczej hałaśliwych donów przy stoliku nieopodal, żeby przyjąć kolejne gratulacje i wypić po raz dziesiąty swoje zdrowie. Emiliana de La Vega i Elena Torres dopiły chłodną lemoniadę i wyszły z karczmy, zostawiając ojców ich własnym sprawom. Tuż przy drzwiach Elena wymieniła dyskretny uśmiech z Benito, jednym z vaqueros pracujących na rancho de La Vegów, ale Emiliana tego nie zauważyła, zbyt zajęta rzucaniem ostatniego spojrzenia na swojego komendanta.

– Widzę, że señor comandante zapadł ci w serce – odezwała się lekko rozbawiona Elena. Jej przyjaciółka westchnęła z rozmarzeniem.

– Eleno, przysięgam ci, że na takiego mężczyznę czekałam całe życie! – oświadczyła.

– A co na to twój ojciec?

Emiliana przewróciła oczami.

– Delikatnie mówiąc, nie podziela mojego entuzjazmu. Był zły o tańce na ostatnim przyjęciu, ciągle powtarza, że plotkuje o nas już całe pueblo.

– Bo plotkuje – zaśmiała się Elena. – Ale jeśli kapitan Monastario poprosi o twoją rękę, nie grozi wam żaden skandal. Och, czy wątpisz, że to zrobi? – dodała na widok ponurej miny Emiliany.

– Wątpię, czy mój ojciec się zgodzi. Tłumaczył mi, że mój zachwyt komendantem jest zbyt wczesny, że nie znam go dobrze i nie powinnam mu tak ufać.

­– Cóż, może mieć trochę racji – powiedziała Elena z namysłem. – Ale jeśli tylko to stoi na przeszkodzie do uzyskania jego zgody, możecie przecież po prostu poczekać.

Dotarły do straganów, na których przejeżdżający przez Los kupcy rozkładali swoje towary. Elena poświęciła uwagę poszukiwaniom nowego wachlarza. Emiliana szła za nią bez wyraźnego celu, przelotnie zerkając na mijane kramy. Myśl o czekaniu na zgodę ojca nie wiedzieć jak długo nie była jej miła i odnosiła wrażenie, że kapitan Monastario podzielałby jej zdanie. Mogła wymienić wiele zalet nowego komendanta, ale zauważyła już, że cierpliwość nie była jedną z nich. Nie uważała oczywiście, aby jakkolwiek mu to ujmowało. Wręcz przeciwnie, podobała jej się jego śmiałość i energiczne działania.

Coś zalśniło na prawo od niej. Emiliana odwróciła głowę i zobaczyła stragan założony bronią białą. Stalowe klingi błyszczały oślepiająco w promieniach południowego słońca. patrzyła na nie tęsknie przez chwilę, po czym zostawiła Elenę przy wachlarzach i podeszła do kuszącego ją stoiska.

– Szukasz prezentu dla ojca, ? – zagadnął sprzedawca, elegancki, szpakowaty mężczyzna z zadbanym wąsikiem. Dziewczyna kojarzyła go z widzenia i z opowieści donów, którzy kupowali od niego broń. Jeśli dobrze pamiętała, nazywał się Cortez.

– Ja… tak, myślę, że ucieszyłby się z nowej szpady. – Emiliana skłamała tylko połowicznie. Zbliżały się urodziny don i właściwie nie miała pomysłu na prezent. Handlarz z ożywieniem zaczął pokazywać jej lepsze modele, zachwalając to znakomite wyważenie, to misterne zdobienia rękojeści.

Właśnie zachwycał się szczególnie piękną szpadą wykonaną z toledańskiej stali, gdy cień padł na lśniące klingi.

– Dobrze słyszałem, ile żądasz za tę broń? Nie jest warta nawet połowy.

Przy straganie stał kapitan Monastario i mierzył sprzedawcę surowym spojrzeniem. Kupiec zamrugał, zdezorientowany i wybity z tyrady.

– Ależ señor! – oburzył się, gdy już odzyskał rezon. – To dzieło prawdziwego mistrza! Najlepsza stal z Toledo, prosto z Hiszpanii…

– … i tam też zapewne złamana – wszedł mu w słowo komendant. Señor Cortez aż się zachłysnął.

– O czym señor mówi?

Emiliana patrzyła, jak kapitan niemal wyrywa cudnej roboty broń z rąk sprzedawcy silnym, energicznym ruchem. Następnie wziął zamach i z całej siły trzasnął szpadą o drewniany stragan. Pękła na pół.

– Och, mio Dios! – zawył kupiec, łapiąc się za głowę. – Señor!

– To nazywasz dziełem prawdziwego mistrza, łotrze? – zagrzmiał Monastario. – I śmiesz wciskać takie buble uczciwym ludziom? Garcia, do mnie!

Otyły sierżant, który właśnie wytoczył się z karczmy, pospieszył do swojego przełożonego i zasalutował, wypinając jeszcze bardziej pokaźny brzuch.

– Sierżancie, ten człowiek jest aresztowany – oznajmił Monastario, wskazując na Corteza, który zrobił przerażoną minę.

Si, mi comandante! – odpowiedział natychmiast Garcia i dopiero po chwili na jego twarzy pojawiło się zrozumienie. Zerknął na kupca, a potem znów na kapitana. – A-aresztowany? – powtórzył niepewnie.

– Potrzebujesz tego na piśmie, bałwanie? – warknął komendant.

– Pod jakim zarzutem, señor? – odezwał się handlarz, patrząc na oficera z lękiem.

– Próby oszustwa, łajdaku! Sierżancie, zabierz tego cwanego drania sprzed moich oczu, zanim stracę cierpliwość.

Garcia miał nietęgą minę, ale chcąc nie chcąc, złapał handlarza za ramię i pociągnął. Ten zaparł się mocno o ziemię i chwycił straganu.

Señor comandante, litości! – jęknął. – Nie miałem pojęcia, że szpada była złamana i wykuta na nowo. Odkupiłem ją od znajomego po dobrej cenie, klął się na honor, że przywiózł ją z Hiszpanii.

– Jego honor wart tyle, ile ta szpada – odparł Monastario pogardliwie. – Sierżancie, rób, co do ciebie należy.

Garcia spojrzał na przełożonego błagalnie.

– Panie komendancie, señor Cortez sprzedaje broń w naszym pueblo od paru miesięcy. Nigdy dotąd nie zdarzyło mu się oszukać klientów…

Monastario huknął pięścią w stragan, aż zagrzechotały klingi.

– Jeszcze jedno słowo, a zamknę was razem w jednej celi! – zagroził. Garcia przełknął głośno ślinę i spojrzał bezradnie na Corteza.

Señor, bardzo proszę – powiedział łagodnie. Monastario przewrócił oczami.

– Panie komendancie, a co z moim towarem? – jęknął handlarz. Kapitan uśmiechnął się zimnym, okrutnym uśmiechem, który nie objął jego oczu.

– Twój towar przejmuje garnizon.

Kupiec zawył z rozpaczy. Monastario uniósł brwi, nie przestając uśmiechać się złowrogo.

– Żołnierze sprawdzą jakość reszty broni. Nie mogę pozwolić, żebyś oszukiwał niewinnych mieszkańców, señor.

– Nie! Nie, panie komendancie, błagam! – krzyczał Cortez, niemal wleczony przez przygnębionego sierżanta Garcię. – Jeśli zabierzecie mi towar, nie będę miał z czego żyć! Reszta broni jest dobra, przysięgam! Mogę odsiedzieć w areszcie za tę jedną szpadę, ale nie zabierajcie mi reszty!

– Targuj się dalej, a każę cię wybatożyć! – uciął jego jęki Monastario.

Hałas sprawił, że kilka osób wyjrzało z karczmy zobaczyć, co się dzieje. Przez mały tłum przecisnął się miejscowy alcalde, cały ubrany na czarno, w eleganckim kapeluszu ze srebrnym haftem i z białą brodą zwieszającą się na pierś. Podszedł do komendanta.

Señor capitán, co się stało? Dlaczego aresztowaliście tego człowieka?

– Oszust sprzedaje połamane, przekute na nowo szpady – odparł Monastario niecierpliwie. – Właśnie próbował naciągnąć na jedną señoritę de La Vegę.

Alcalde zmarszczył brwi.

– Takie przestępstwo nie podlega wojskowej jurysdykcji – powiedział. – To ja powinienem go sądzić.

– Ależ proszę bardzo! – powiedział komendant z lekką ironią. – Przestępca będzie czekał w więzieniu na pański wyrok, señor alcalde. Moim obowiązkiem jako komendanta było go zatrzymać.

– A ta konfiskata towaru? – dopytywał alcalde. – To już nie wynika z niczyich obowiązków. Nie jest nawet zgodne z prawem.

Monastario zmrużył oczy.

– Oskarża mnie pan o coś, señor alcalde? – zapytał chłodno. Starszy mężczyzna zmieszał się odrobinę, ale wyraz twarzy miał zdeterminowany.

Señor comandante, ja jedynie stoję na straży prawa w tym pueblo i dbam, żeby mieszkańcom nie działa się krzywda.

Señor alcalde – odezwała się Emiliana. Obaj mężczyźni drgnęli, jakby przypominając sobie o jej obecności. – Kapitan Monastario też ma na uwadze dobro mieszkańców. Señor Cortez próbował sprzedać mi uszkodzony towar.

Kąciki ust komendanta uniosły się lekko w niemal niezauważalnym uśmiechu i coś w jego oczach złagodniało, gdy rzucił dziewczynie ciepłe spojrzenie.

– Czy wiesz, señor alcalde, jak niebezpieczna dla szermierza jest złamana szpada? Jak łatwo pęka? – zapytał.

– Nie kwestionuję tego, señor capitán. Jednak towar…

– Zostanie sprawdzony przez moich żołnierzy – przerwał mu Monastario. – Jeśli wszystko będzie w porządku, zwrócimy go handlarzowi.

Usatysfakcjonowany alcalde ukłonił się i odszedł. Kapitan spojrzał na Emilianę.

– Znów stanęłaś w mojej obronie, – powiedział z uśmiechem, który nadawał jego oczom cieplejsze spojrzenie.

– Tym razem tylko się odwdzięczyłam – odparła. – Gdyby nie pan, kupiłabym od niego tę trefną szpadę. , capitán.

Skłonił lekko głowę.

– Spełniam jedynie swoje obowiązki.

– Skąd pan wiedział, że szpada była złamana i przekuta na nowo? – spytała Emiliana z ciekawością.

– Nie uginała się tak, jak powinna. Była twardsza tam, gdzie ktoś nieudolnie próbował połączyć połamane części. Doświadczony szermierz widzi takie rzeczy.

– Och – odpowiedziała dziewczyna, spuszczając wzrok.

, nie chciałem… – zreflektował się Monastario. Podniosła głowę.

– Ma pan rację, kapitanie. Nie wiem o broni tyle, ile potrzeba. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz z kimś ćwiczyłam fechtunek. Szpada z toledańskiej stali, którą brat przysłał mi z Hiszpanii na urodziny, kurzy się w szafie – mówiła z wyczuwalnym rozgoryczeniem w głosie, a Monastario patrzył na nią uważnie, jak gdyby coś rozważał.

– Pamiętam, jak mi mówiłaś, że brak ci partnera do ćwiczeń – odezwał się po chwili, zniżając nieco głos. – Jeśli znasz ustronne miejsce, gdzie nikt by nas nie zobaczył, mógłbym… mógłbym udzielić ci kilku lekcji.

Emiliana spojrzała na niego z niedowierzaniem i budzącym się entuzjazmem.

– Poćwiczyłby pan ze mną? Naprawdę? – zapytała równie cicho. Uśmiech wypływał jej na usta, w zarumienionych policzkach pojawiły się dołeczki.

– Chętnie dowiem się, czy fechtujesz tak dobrze, jak strzelasz, – odparł Monastario z błyskiem w oku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *