Serce nie sługa – rozdział 1: Nowy komendant

1.

Podróż przez dzikie, skaliste pustkowia Kalifornii dłużyła się niemiłosiernie. usiłował czytać bardzo pouczający traktat o sprawowaniu władzy, ale po pierwsze, znudził się już po pół godziny, a po drugie, powóz zbyt podskakiwał na wyboistej drodze. Zerkał więc od czasu do czasu przez okno i oddawał się zamiast tego marzeniom o władzy, którą już wkrótce miał objąć w , słynącym z butnych, nieugiętych rancheros i dość wysokiej przestępczości.

Powóz wspinał się właśnie na kolejne wzniesienie, ale gdy wyjechał zza zakrętu, stanął gwałtownie w miejscu. Monastario, wyrwany z marzeń o wsadzaniu do więzienia wszystkich lokalnych przestępców, wyjrzał niezadowolony przez okno.

– Hej, co tam się dzieje? – zakrzyknął. – Dlaczego stanęliśmy?

Jeden z dwóch towarzyszących mu żołnierzy, jadący tuż przy boku powozu, bez słowa wyciągnął rękę przed siebie, a minę miał bardzo nietęgą. Monastario wychylił się odrobinę bardziej i spojrzał we wskazanym kierunku. Wzdłuż drogi stało siedmiu… nie, ośmiu! Ośmiu jeźdźców. Niektórzy mieli twarze osłonięte chustami i kapelusze na głowach, inni dumnie obnosili dłuższe włosy i niechlujne zarosty. Część dzierżyła w rękach szpady albo długie kije, pozostali trzymali pistolety bądź muszkiety. Wszystkim źle patrzyło z oczu.

– Kim jesteście? – zawołał Monastario w ich stronę. – Jakim prawem zatrzymujecie powóz?

Woźnica odwrócił się prędko.

– To ludzie Martineza, señor! – powiedział z przestrachem. Kapitan zmarszczył brwi.

– Nie znam żadnego Martineza i nic mnie to nie obchodzi! – oznajmił. – Chcę jechać dalej.

Jeden z jeźdźców, w znoszonym kapeluszu i z czerwoną chustą na twarzy, podjechał bliżej i ustawił konia bokiem do powozu. Jednym ruchem opuścił chustkę, ukazując szczecinę kilkudniowego zarostu i pożółkłe zęby odsłonięte w złowrogim uśmiechu.

– Jestem Héctor Martinez. A ty pojedziesz dalej, jak tylko oddasz nam pieniądze i wszystkie kosztowne rzeczy, które masz przy sobie, señor – powiedział z mrożącym krew w żyłach spokojem.

Monastario zagotował się ze złości.

– Jak śmiesz..!

W odpowiedzi Martinez wycelował broń w żołnierza i wystrzelił. Jeden z dwóch członków skromnej eskorty kapitana zwalił się bez życia na ziemię. Bandyta wyciągnął drugi pistolet zza pasa, kierując na Monastario lufę oraz groźne spojrzenie.

– Ty będziesz następny, jeśli nie zechcesz współpracować. Martwych łatwiej się przeszukuje, señor.

Ale nie docenił żołnierskiego refleksu Monastario. Gdy tylko żołnierz padł martwy, kapitan skorzystał z tego, że uwaga Martineza skupia się na kimś innym, i wyciągnął dyskretnie nóż, który nosił czasem przy sobie.

– Zgadzam się, señor – powiedział teraz. – Martwych łatwiej się też aresztuje. – I rzucił ostrze prosto w pierś bandyty. Martinez spadł z konia, nie wydawszy nawet jęku. Monastario nie tracił czasu. Wyciągnął pistolet, wychylił się i strzelił w jeźdźca stojącego najbardziej po jego lewej, zanim ktokolwiek zorientował się, co się dzieje. Trafił. W tym czasie drugi żołnierz z eskorty Monastario też sięgnął po broń i strącił z konia kolejnego przestępcę.

Pozostawało pięciu. Sytuacja nadal była ciężka, ale już nie beznadziejna. Przestępcy chyba zdali sobie z tego sprawę, bo wydając wściekłe okrzyki, zaczęli ostrzeliwać powóz. Monastario co prędzej ukrył się w środku, ładując pospiesznie pistolet. Jego żołnierz zeskoczył z konia i schronił się z tyłu pojazdu. Gdy ostrzał ustał na chwilę, obaj wychylili się i wypalili z broni. Żołnierz chybił, Monastario zranił przeciwnika, ale tak lekko, że tamten nawet nie spadł z konia. Ostrzał powtórzył się.

Do kroćset –  pomyślał kapitan, niemal leżąc na dnie powozu – kiedy skończą się tym diabłom pistolety?

Znów wykorzystując przerwę, naładował swój i wystrzelił. Tym razem powalił kolejnego bandytę. Jego żołnierz trafił w konia innego. Przestępcy udało się zeskoczyć, zanim ranne zwierzę padło na ziemię. Wydobył szpadę i podszedł bliżej powozu.

–  Stawaj, señor! – zawołał chrapliwie. Monastario chciał go zastrzelić, ale nie miał czasu przeładować broni. W dodatku przestępca nie był głupi. Podchodził do powozu tak, żeby kapitan nie mógł w niego wycelować przez okno.

– Do diabła! – mruknął Monastario i wyskoczył z powozu, dobywając szpady. – Osłaniaj mnie! – zawołał jeszcze do żołnierza, rzucając mu swój pistolet.

Bandyci rozdzielili się. Dwaj wymieniali co jakiś czas strzały z ostatnim członkiem eskorty kapitana. Dwóch podchodziło do Monastario z obnażonymi szpadami. Był z nimi i trzeci z ciężką pałką w dłoniach.

Kapitanowi nie zgadzał się rachunek, spodziewał się tylko dwóch.

Widocznie któregoś nie zabiłem, tylko raniłem –  zrozumiał, widząc krew na rękawie jednego ze zbliżających się bandytów. – Do diabła.

Rozpoczęła się walka. Monastario miał się za doskonałego szermierza, ale pojedynek z dwoma przeciwnikami naraz plus regularne uniki ciosów pałki trzeciego z nich, dla każdego stanowiłyby nie lada wyzwanie. Po wymianie kilku pchnięć mógł poszczycić się tym, że zadrasnął wszystkich swoich przeciwników, ale nie na tyle, by którykolwiek z nich wycofał się z walki, a do tego prawa noga pulsowała mu tępym bólem od uderzenia pałki, przed którym nie zdążył odskoczyć.

Usłyszał krzyk swojego żołnierza. Odwrócił się dosłownie na sekundę, żeby zobaczyć, jak tamten pada. Udało mu się powalić jednego z napastników, ale drugi nadal żył, przeładowywał właśnie swój muszkiet. Jeden z przeciwników kapitana wykorzystał jego chwilową nieuwagę i zamierzył się do śmiertelnego ciosu – gdy wtem rozległ się strzał gdzieś z prawej strony, jakby z góry, i kula zdmuchnęła kapelusz przestępcy. Napastnik rozejrzał się dookoła, zupełnie zdezorientowany, i ten właśnie moment wykorzystał Monastario, żeby wbić w niego szpadę aż po samą rękojeść. Bandyta z muszkietem rozglądał się uważnie po okolicznych wzgórzach, mrużąc oczy w mocnym świetle słońca i próbując dostrzec, kto strzelał, gotowy sam wypalić z broni. Nie zdołał nikogo zobaczyć, a w dodatku chwilę później strzał rozległ się ponownie, wytrącając mu muszkiet z rąk.

Monastario nie tracił czasu na rozglądanie się. Bił się właśnie z drugim szermierzem, nadal odskakując przed ciosami podstępnej pałki. Pot perlił mu obficie czoło, oddech stał się ciężki i chrapliwy, ale zatriumfował i powalił przeciwnika. W tej samej chwili zobaczył kątem oka zamach pałką. Nie miał już czasu i siły odsunąć się w porę, ale wtedy znów wybrzmiał strzał. Posiadacz pałki krzyknął i upadł na kolana, z nogi ciekła mu obficie krew. Monastario natychmiast przeszył go szpadą z ogromną satysfakcją – pałkę uważał za broń najmniej godną i najbardziej uciążliwą w całej walce. Jeśli będzie utykał na swojej ceremonii mianowania go komendantem, na pewno zacznie żałować, że nie wypatroszył tego drania  i nie zostawił go kojotom na pożarcie.

Ostatni z przeciwników znów miał swój muszkiet w rękach, ale zamiast celować w kapitana, rozglądał się wciąż po górującym nad nimi zboczu.. Monastario zbliżył się i klepnął go w ramię. Przestępca odwrócił się tylko po to, by dostać pięścią między oczy. Zamroczony, upadł na kolana, a wtedy oficer wyszarpnął mu z rąk muszkiet i zrobił z niego użytek, zabijając bandytę na miejscu. Rozejrzał się dookoła. Sześciu przeciwników leżało bez ruchu. Dwóch, w tym Martinez, dawało znaki życia, ale nie mogli się podnieść. Żołnierze stanowiący jego skromną eskortę byli martwi. Po tajemniczym strzelcu, który uratował kapitanowi życie, nie było śladu.

Monastario podszedł najpierw do Martineza i kopnął go z całej siły, aż przestępca jęknął.

– Mów teraz, śmieciu, za kogo się uważasz i czego ode mnie chciałeś – warknął, obszukując mężczyznę, żeby się upewnić, że tamten nie ukrywa już żadnej broni.

– Już mówiłem – wystękał bandyta. – Héctor Martinez. Rabujemy ludzi na drogach, z tego żyjemy.

– Wasza działalność dobiegła zatem końca – oznajmił Monastario, krępując mu ręce jego własnym skórzanym pasem. – Jestem nowym komendantem i aresztuję cię za napad oraz zabójstwo.

Niemal zaciągnął Martineza do swojego niegdyś pięknego, teraz podziurawionego kulami powozu, i rzucił bezceremonialnie na podłogę. Ruszył zaraz w stronę drugiego dającego znaki życia bandyty, ale po kilku krokach zatrzymał się jak wryty.

Ze zbocza góry, z którego padały tak szczęśliwe dla niego strzały, schodziła szybko postać. Z wprawą omijała większe głazy i chwytała się kęp krzaków dla utrzymania równowagi. Na koniec zeskoczyła z kamiennego występu na drogę, schowała pistolet i podeszła do kapitana, który nie mógł znaleźć głosu.

To była . Młoda, ubrana po męsku w spodnie i brązowy kaftan, z białą, damską bluzeczką pod spodem, ze spiętymi z tyłu długimi włosami, które spływały w nieładzie czarną kaskadą na jej plecy. Policzki miała zarumienione od szybkiego marszu w dół zbocza, a może i od emocji wywołanych walką.

– Nic panu nie jest, señor? – spytała z troską. Monastario otrząsnął się z szoku na tyle, żeby potrząsnąć przecząco głową. Zamrugał i, próbując odzyskać rezon, skupił się na tym, co było do zrobienia.

– Jeden z tych łotrów jeszcze żyje – powiedział rzeczowo, wskazując wzrokiem na leżącego na drodze bandytę z wyblakłą chustką na twarzy, która tłumiła jego pojękiwania. – Trzeba go związać i zabrać do . Martineza już mam w powozie, skrępowanego.

Dziewczyna skinęła głową i razem podeszli do ledwo przytomnego bandyty. Kapitan obszukał go i odebrał pistolet oraz długi nóż. znalazła konia przestępcy i przytroczony do siodła bat. Podała go oficerowi, który skrępował nim łotra.

– Poniosę go z panem, señor – oznajmiła, widząc, że łajdak nie jest w stanie iść.

– Gang Martineza terroryzował podróżnych od jakiegoś czasu – powiedziała, gdy bandyta leżał już w powozie razem ze swoim szefem. Przenosili teraz martwych żołnierzy kapitana i układali ich obok półprzytomnych przestępców.

– I nikt z tym nic nie zrobił? – spytał Monastario z niedowierzaniem.

– Już pół roku nie mamy w komendanta. , który pełni te obowiązki, jest dobrym człowiekiem, ale kiepskim dowódcą.

– Ufam, że od dziś sytuacja się zmieni.

– Jesteś naszym nowym komendantem, señor? – zapytała, patrząc na jego mundur.

– Tak jest, . – Ułożył ostatniego żołnierza, zamknął drzwi powozu i skłonił się oficjalnie. – Capitán Enrique Sanchez Monastario.

. – Dygnęła z wdziękiem i podała mu dłoń, którą ucałował.

Emiliana, nie podziękowałem ci jeszcze za pomoc – powiedział. – To ty strzelałaś do tych łajdaków?

Dziewczyna uśmiechnęła się z przekorą.

– Nie dowierza pan, kapitanie, że zrobiła to kobieta?

Gdy się uśmiechała, w policzkach robiły jej się dołeczki, co wcale nie ułatwiało Monastario skupienia się na rozmowie ani traktowania jej podejrzliwie, jak zwykł robić ze wszystkimi nowo poznanymi ludźmi. Zwłaszcza señoritami, które potrafią celnie strzelać.

– W miejscu, z którego przybywam, kobiety mają raczej inne zajęcia – odparł, odwzajemniając uśmiech. – Czy wszystkie señority w Kalifornii biegają po górach i strzelają do przestępców?

– Obawiam się, że to tylko ja, kapitanie – odparła z najdziwniejszą mieszanką dumy i zawstydzenia na twarzy, jakby nie mogła się zdecydować, czy postąpiła słusznie, czy jednak niegodnie.

– Cóż, cieszę się w takim razie, że trafiłem właśnie na ciebie. Dziękuję za pomoc, .

Jej twarz aż się cała rozjaśniła od pełnego wdzięczności uśmiechu. Uśmiech ten objął jej ciemnozielone oczy, które zalśniły jak dwa klejnoty. Do Monastario dotarło, że nieczęsto musiała być doceniania za wyczyny tak niepasujące do kobiety.

– Jedziesz do , ?

Potrząsnęła głową.

– Nie mogę się tam pokazać w takim stroju. Ale jadę w tę stronę, także kawałek drogi wypada nam razem.

Odwróciła się i gwizdnęła przeciągle. Na wzniesieniu ukazał się koń, który natychmiast zaczął galopować w jej kierunku. Monastario rozejrzał się za swoim woźnicą, ale nigdzie nie było po nim śladu. Bałwan musiał uciec, gdy tylko zaczęła się walka.

– Kto nauczył cię tak strzelać, ? – zagadnął kapitan, gdy jechali już razem, on powożąc powozem z dwoma aresztowanymi przestępcami i martwymi  żołnierzami, ona konno u jego boku.

– Mój ojciec. Kalifornia nie jest bezpieczna. Zdarzają się napady Indian albo tacy bandyci jak Martinez. Ojciec chciał, żebym umiała się obronić.

– Czy władasz też szpadą, ?

– Owszem, señor capitán. Ale zdecydowanie lepiej strzelam, bo mogę ćwiczyć sama. Fechtunku nie mam z kim trenować. Ojciec nie ma czasu. Poza tym nie wiem, czy nie zaczął żałować, że w ogóle mnie tego wszystkiego nauczył. – Westchnęła.

– Dlaczego miałby?

– Bo zauważył, że zbyt lubię męskie zajęcia, a za mało uwagi poświęcam sprawom kobiecym – wyjaśniła Emiliana z irytacją dobrze wyczuwalną w głosie. – Co mogę poradzić, señor capitán! Wychowałam się z mężczyznami. Rozmawiali przy mnie o hodowli bydła i polityce. Długo nie wiedziałam, że można w ogóle wymieniać plotki czy mówić o haftowaniu.

Monastario roześmiał się.

– Plotki bywają pożyteczne, . Czy w krążą jakieś o mnie? Wiedzieliście, że przyjeżdżam?

– Och, tak. Nie znaliśmy tylko dokładnej daty. Ale była mowa o młodym oficerze z Hiszpanii, który ma objąć stanowisko komendanta.

– I to wszystko? Jestem zawiedziony.

Emiliana spojrzała na niego z ukosa i uniosła kącik ust w półuśmiechu.

– Oficer miał być przystojny i nieżonaty, jeśli wierzyć niektórym señoritom – dodała. Monastario spojrzał na nią z błyskiem w oku.

– Potwierdzam drugą część plotki. A czy ty potwierdzisz pierwszą, ?

Zaśmiała się i zarumieniła lekko.

– Ależ kapitanie – napomniała go żartobliwie – jeśli ci powiem, nie będzie w tym żadnej zabawy! Musisz sam nasłuchiwać plotek, señor.

– Niech tak będzie, ! Powiedz, co robiłaś sama w tej okolicy? Czy aż tak bardzo pragnęłaś zobaczyć mnie przed wszystkimi?

– A potem iść i potwierdzić plotki? Proszę sobie tak nie pochlebiać, kapitanie! – zawołała ze śmiechem. Monastario uśmiechnął się z wyraźnym zadowoleniem, bo dotarło do niego tylko jej potwierdzenie, że jest przystojny. – Ćwiczyłam naszego konia. Wicher startuje co roku w wyścigach, musi być w formie. – Poklepała swojego gniadego wierzchowca po szyi.

Dojechali do rozwidlenia dróg. Wyblakły, spłukany przez deszcze napis na drewnianej tabliczce mówił, że do trzeba skręcić w lewo.

– Tutaj pana zostawię, kapitanie – odezwała się dziewczyna.

– Już? – Monastario nie zdołał ukryć rozczarowania.

– Muszę wrócić do domu, przebrać się w stosowne ubrania, i powiadomić ojca o pańskim przyjeździe. Może pan być pewien, że czeka pana przyjęcie powitalne. Zwłaszcza po takim wjeździe do – dodała, patrząc znacząco na podziurawiony kulami powóz.

– Mam nadzieję, że spotkam cię na tym przyjęciu, . Rezerwuj dla mnie pierwszy taniec!

Zaśmiała się dźwięcznie.

– Pod jednym warunkiem: nie powie pan nikomu w , że mnie tutaj spotkał.

Monastario uniósł brwi.

– Mam milczeć o twoim udziale w tym wszystkim?

– Będę wielce zobowiązana, señor capitán. – Spuściła wzrok. – Mój ojciec i ja nie potrzebujemy więcej plotek o moich… niekobiecych wyczynach. Może pan przypisać sobie całą zasługę. Nie dbam o to.

– Jak sobie życzysz, . – Skłonił się przed nią. – Dziękuję za twoją pomoc i towarzystwo! Niech inni mówią, co chcą. Ja się cieszę, że byłaś w okolicy.

Uśmiechnęła się promiennie.

– Ja również, kapitanie. Do zobaczenia!

Spięła konia i ruszyła na przełaj pomiędzy rozwidleniem dróg. Monastario patrzył za nią przez chwilę, po czym pokręcił głową z uśmiechem i skierował powóz do pueblo. Nie ukrywał przed sobą, że młoda Amazonka go zaintrygowała. , która jeździ konno po męsku i celnie strzela, a przede wszystkim nie boi się stanąć do walki, była dla niego absolutną nowością. Nie przypuszczał, żeby pochodziła ze znaczącej i zamożnej rodziny, bo nikt by jej chyba wtedy nie pozwolił ani na takie wycieczki, ani na posiadanie takich umiejętności. Z drugiej strony jednak dziewczyna wypowiadała się i trzymała prosto jak prawdziwa dama, musiała zatem odebrać staranne wychowanie. De La Vega… mógłby przysiąc, że gdzieś już słyszał to nazwisko.

Olśniło go już prawie przy wjeździe do Los . Oczywiście! De La Vegowie byli jednym z największych i najbardziej szanowanych rodów w całej Kalifornii, posiadającym całkiem pokaźny majątek! Monastario nie mógł powstrzymać triumfalnego uśmiechu, który wypłynął mu na usta. Piękna, intrygująca i jeszcze bogata? Nie do wiary, już pierwszego dnia znalazł idealną kandydatkę na żonę!

zzz Monastario zzz

Spodziewał się, że będzie większe. Bez trudu znalazł garnizon. Zatrzymał przed nim powóz i podszedł do jednego z trzymających wartę żołnierzy. Żołnierz miał tyle przyzwoitości, by na widok jego munduru stanąć na baczność i zasalutować.

– Kto tutaj dowodzi? – bardziej zażądał odpowiedzi, niż spytał Monastario.

– Sierżant Garcia, kapitanie.

– Prowadź mnie do niego. Nie ty, głupcze! – dodał, widząc, że żołnierz spróbował porzucić wartę i pójść razem z nim. – Pilnuj bramy, skoro dostałeś takie rozkazy! Miej oko na ten powóz, jest w nim dwóch związanych przestępców. I zawołaj kogoś, kto zaprowadzi mnie do tego sierżanta.

Rozkazy wydane zostały tak pewnym siebie i nieznoszącym sprzeciwu tonem, że żołnierz nie miał odwagi ich kwestionować, zwłaszcza że pochodziły od oficera wyższego rangą. Kilka chwil później Monastario stał już w kwaterze, która, jak przypuszczał, miała należeć do niego. okazał się otyłym i niechlujnym osobnikiem o szerokim, dobrodusznym uśmiechu. Marny żołnierz, ale łatwy do manipulowania, ocenił natychmiast kapitan.

Sierżant powitał go z wielkim szacunkiem.

Sargento . – Wstał i zasalutował. – Pełnię obowiązki komendanta w tym . W czym mogę panu pomóc, kapitanie?

Capitán Enrique Sanchez Monastario. – Odwzajemnił salut trochę niedbale. – Zwalniam pana z obowiązków, sierżancie. Przybyłem objąć urząd komendanta Los Angeles.

Garcii mało oczy nie wyszły z orbit.

– To pan jest naszym nowym komendantem! – wykrzyknął. – Czekaliśmy na pana, kapitanie! – Rozpromienił się.

– Z łapaniem przestępców też? – Monastario zatrzymał wzrok na liście gończym Martineza, który wisiał na ścianie. Sierżant podążył za jego spojrzeniem.

– A tak. – Stropił się nieco. – Martinez i jego gang napadają na podróżnych na drogach. Nikt nie wie, gdzie ich znaleźć. Są nieuchwytni, mi capitán!

Monastario uniósł brew i uśmiechnął się z wyższością.

– Martineza i jednego z jego pomocników znajdzie pan w moim powozie, sierżancie. Reszta leży martwa na drodze z Monterey, dwie mile stąd.

Sierżant długą chwilę tylko otwierał i zamykał usta, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów.

– Pan… pan schwytał Martineza, kapitanie? – wykrztusił w końcu.

– I jednego z jego ludzi. Resztę zabiłem. Słucha mnie pan, sierżancie? – Monastario naprawdę nie znosił się powtarzać.

– Ja… och, tak jest, kapitanie, tylko… tylko że – rozłożył bezradnie ręce – nikt przed panem nie mógł tego dokonać! Gang Martineza był zupełnie bezkarny.

– W takim razie dobrze się stało, że przyjechałem. Ktoś musi się wziąć za porządek w tym , jak widzę. To moja kwatera?

pokiwał gorliwie głową i pokazał mu jeszcze dwa mniejsze pokoje za oficjalnym biurem. Monastario dowiedział się przy okazji, że łóżko trochę skrzypi (– Nie ma się co dziwić, jak leży na nim taka masa – pomyślał kapitan) i mogłoby być wygodniejsze (– Do diaska, to jest armia czy wczasy?! – zirytował się nowy komendant), ale ściany zostały niedawno odmalowane, a z tawerny obok przynoszą znakomite jedzenie (– Którego ktoś tu ma zdecydowanie za dużo –  ocenił Monastario, podejmując błyskawiczną decyzję o ograniczeniu w przyszłości porcji dla żołnierzy).

Gdy wyszli na zewnątrz i nakazał otworzyć bramę, zobaczyli, że wokół powozu kapitana zdążyła się już zebrać spora grupa gapiów – zarówno prostych chłopów, jak i będących akurat w vaqueros, aż po szlachetnie urodzonych caballeros.

– Poczekajcie, aż wam pokażę, co znajduje się w środku, señores! – zawołał do nich Monastario. Spojrzeli na niego z wyraźnym zainteresowaniem, zwłaszcza że widzieli go w pueblo po raz pierwszy.

– To twój pojazd, señor? – zagadnął jeden z nich, wysoki, siwy mężczyzna o władczej postawie i dumnych rysach. – Wygląda, jakbyś wracał z pola bitwy!

– Tak było, señor – odparł poważnie Monastario, po czym otworzył drzwi powozu. – Sierżancie! – krzyknął. – Weź kilku żołnierzy. Trzeba pochować ludzi z mojej eskorty, a Martineza i tego drugiego łajdaka wsadzić do więzienia. A może też opatrzeć, żeby dożyli egzekucji.

wymamrotał „, mi comandante” i zakrzątnął się tak szybko, jak pozwalała na to jego tusza. Mieszkańcy Los Angeles, których przybywało przed bramą garnizonu coraz więcej, patrzyli po sobie i wymieniali szeptem podekscytowane uwagi. Siwy señor, który wcześniej zagadywał Monastario, spojrzał teraz na stojącego obok niego niższego, łysiejącego mężczyznę o dobrodusznej twarzy, i uniósł brew.

Comandante – powtórzył zasłyszany u sierżanta Garcii tytuł. – Czyżby…? – I obaj popatrzyli na kapitana z czymś na kształt nadziei w oczach.

Capitán Enrique Sanchez Monastario – przedstawił im się. – Wasz nowy komendant, señores.

Rozległy się zduszone okrzyki i spontaniczne wiwaty. Wszyscy zaczęli się przedstawiać, kłaniać i ściskać dłoń nowego komendanta. Gratulowali schwytania przestępców, dziękowali za przybycie do Los Angeles, a w pewnym momencie padły nawet słowa „Bóg nam pana zesłał, señor comandante!”. Monastario przyjmował łaskawie wszystkie wyrazy uwielbienia i uśmiechał się z wyższością, bardzo z siebie zadowolony. Nie mógłby sobie wymarzyć bardziej widowiskowego objęcia urzędu komendanta.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *