Legenda i człowiek Cz III: El Nino Viejo, rozdział 5 epilog

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Powiadają, że wróg twego wroga jest twoim przyjacielem. Lecz to zależy, kto dla kogo jest wrogiem. Trzecia część opowieści o Zorro i Victorii.
Postacie/Characters
, de la Vega, Escalante, , Jamie , Luis Ramon, Zorro,

Don Alejandro zatrzymał się w wejściu na patio. Diego i siedzieli tutaj, wygodnie umoszczeni w fotelach, z sokami i drobnymi przekąskami, przyniesionymi przez Felipe, pod ręką. Przy stoliku stała też laska, na której wspierał się Diego. Młodemu de la Vedze było naprawdę ciężko się poruszać. Jego ojciec widział już przy zmianie opatrunków granatowe i purpurowe, podbiegnięte krwią ślady stłuczeń na całym niemal ciele syna. Maść od doktora Hernandeza łagodziła nieco ból, ale nie przyspieszała ich gojenia.

W tej właśnie chwili Diego nakładał tę maść na policzek Victorii, tam gdzie rozlewał się brzydki, fioletowoniebieski siniec. Robił to tak delikatnie, z taką czułością, że prosta czynność smarowania lekarstwem zmieniała się w pieszczotę, której intymność wywołała u starszego de la Vegi rumieniec i poczucie winy, że musi zakłócić spokój tych dwojga.

Nie tylko to budziło w don Alejandro poczucie winy. Pierwszego ranka po ocaleniu z kopalni, zastał Diego i Victorię śpiących razem w jednym łóżku. Owszem, każde z nich opatuliło się starannie własnym kocem, ale nie to powstrzymało don Alejandro od jakiekolwiek działania. Jego syn i przyszła synowa wtulali się w siebie we śnie niczym dwoje przestraszonych dzieci, jakby tylko dotyk tego drugiego pozwalał im odpędzić nocne koszmary. Oczywiście, było to naruszenie wszelkich obyczajów, ale nie potrafił im zwrócić na to uwagi.

Także później, gdy już wstali, a raczej próbowali wstać, wciąż jedno z nich starało się dotknąć drugie. Nieświadomie, w rozmowie, czy odpoczywając na patio, co rusz dotykali się dłońmi, wymieniali uśmiechy, spojrzenia, jakby wciąż na nowo upewniali się, że są nadal razem, że nie zostali rozdzieleni. Istnieli jakby tylko dla siebie, niczym dwoje ocalonych z katastrofy. Albo świeżo poślubiona para. Teraz jednak ojciec musiał zburzyć otaczającą ich bańkę spokoju. A właściwie robił to świat, i… .

Don Alejandro odchrząknął i uśmiechnął się na widok dwu spłoszonych spojrzeń.

– Muszę coś wam powiedzieć – zaczął.

Diego i wymienili pełne winy spojrzenia i oboje, jak na komendę, zaczerwienili się nieco.

– Nie, nie to – zaprzeczył starszy de la Vega. – Muszę niestety porozmawiać z wami o czymś innym.

Twarze młodych spochmurniały.

– O – stwierdził ponuro Diego.

– Owszem. Z tego, co mówił mi Pablo, nie wie jeszcze, że żyjecie. Pytanie brzmi: co robimy?

– Chyba… – zawahał się Diego.

– Chyba nic – stwierdziła .

– To znaczy? Nic? On…

– On chciał przede wszystkim uratować swoją własną skórę, ojcze – w głosie Diego było ogromne zmęczenie. – Nic nie poradzimy na to, że jest takim tchórzem. Poza tym… poza tym mimo wszystko próbował uratować Victorię.

– A co z Zorro?

– Zorro… – Diego wpierw spuścił głowę, ale po chwili podniósł ją. Don Alejandro nigdy jeszcze nie widział u niego takiego spojrzenia. – Zorro chce go zabić.

– Aż tak?

– Aż tak. Za wciągnięcie Vi w tę całą awanturę, za uderzenie jej, za zostawienie w wyrobisku, za odwołanie żołnierzy, choć wiedział, że była daleko od zawału…

– A za strzał do Zorro?

– To inna sprawa. Wiem, że sprawiło mu to przyjemność, ojcze, ale też… – Diego zacisnął dłonie w pięści i rozluźnił je dopiero, gdy położyła na nich rękę Victoria. Don Alejandro milczał. Widział, że poczucie sprawiedliwości jego syna każe mu rozważyć wszystko, a nie tylko kierować się osobistą urazą, ale widział też, jak bardzo jest to dla Diego trudne. – Ramone nic nie poradzi na to, że najpierw myśli o sobie – przemówił wreszcie. – I mimo wszystko chciał wydostać Victorię. Dopiero gdy zjawił się , zapomniał o niej i zaczął uciekać. Wtedy już nic się dla niego nie liczyło. Wiesz – Diego podniósł głowę i uśmiechnął się dość krzywym uśmieszkiem – wiesz, że on się boi ciemności? To musiało być dla niego piekło. Zaś co do strzału… Miałem naprawdę dużo szczęścia, że belka była tylko ciężka, nie zaklinowana. – Potrząsnął głową, jakby to wspomnienie wiązało się z czymś, o czym nie chciał mówić. – Nie, o to nie mogę go winić. Ale… Zorro ma ochotę… ja mam ochotę go zabić. I chyba szybko mi ta ochota nie minie. Tylko że… nie potrafię tego zrobić tak na zimno.

– Ja próbowałam go zabić – wtrąciła Victoria. – Tam w kopalni. Ale… teraz też nie potrafię.

Po dłuższej chwili ciszy don Alejandro odetchnął.

– Więc? – spytał. – Co robimy?

– Pojedziemy do puebla – odezwała się Victoria. – Muszę sprawdzić, jak radzi sobie Antonia i dziewczyny. Przy okazji, być może Ramone się dowie, że żyjemy.

– Potem tu wrócimy – dorzucił Diego. – Vi potrzebuje nadal opieki, nie może od razu zajmować się gospodą. A ja… od Diego nikt nie będzie oczekiwał, że wgniecie Ramone w ziemię.

– A co z Zorro? On oficjalnie nie żyje – zauważył don Alejandro. – Nie chcesz skorzystać z okazji i…

– Nie mogę – Diego potrząsnął głową. – Ramone prędzej lub później zrobi coś, co będzie wymagało interwencji Zorro. Prędzej, jeśli będzie przekonany, że się go pozbył.

– Więc?

– Jeśli myślisz, ojcze, że pojadę teraz z nim porozmawiać – uśmiechnął się niewesoło Diego – to się mylisz. Zorro zabiłby teraz Ramone, to nie ulega wątpliwości. A poza tym… – Diego uśmiechał się już zupełnie krzywo i z lekkim zawstydzeniem – ja nie jestem w stanie wsiąść na . To znaczy, może bym i to zrobił, ale naprawdę wolałbym tego uniknąć. Nie mówiąc już o wspinaczce na dach garnizonu czy czymkolwiek podobnym. Nie, Zorro musi się przez jakiś czas przyczaić. Choć wiem, jak powiadomić , że kiepsko strzela.

X X X

, Los Angeles, ciężko usiadł na ławie w gospodzie nieodżałowanej pamięci señority Escalante. Zamówił lekki posiłek u Marisy, jednej z usługujących tu dziewcząt i czekał.

Ostatnie dni spędził głównie w swoim pokoju w garnizonie. Stłuczenia i sińce nie zagrażały jego życiu, ale były naprawdę bolesne. Maści doktora Hernandeza niewiele złagodziły ten ból, na szczęście puchowe piernaty pozwalały leżeć niemal komfortowo. Jednak nieoczekiwanie chłodne obejście usługujących Mendozy i Rojasa oraz nuda samotności tak dopiekły Ramone, że zaryzykował niewygodę i zdecydował się przejść na obiad do gospody. Siedział teraz w miarę wygodnie ulokowany za stołem, oczekiwał na posiłek i planował dalsze posunięcia.

Z tego, co pamiętał, Escalante miała brata, który służył w królewskich lansjerach. Żołnierz, zwłaszcza wyróżniający się w służbie żołnierz, zapewne niechętnie porzuciłby królewskie wojsko, by stać się oberżystą. Uznałby to za degradację. Co oznacza, że gdy dotrze do niego wiadomość o tragicznej śmierci siostry, będzie musiał znaleźć kogoś, kto pomoże mu w rozporządzeniu odziedziczonym majątkiem. Zapewne nie będzie to wymagało większego nakładu starań, by przekonać młodego Escalante do oddania gospody w zarząd komuś zaufanemu, oczywiście za udział w zyskach. A kto lepiej się do tego nadawał niż ? Tak, to mogło się udać…

Była jeszcze druga sprawa, do rozwiązania w znacznie bardziej odległej przyszłości. Ramone był prawie pewien, że młody de la Vega jednak był w jaskini. Skoro jego kaleki sługa czekał przy wejściu z końmi… A to oznaczało, że ciało don Diego de la Vegi leży gdzieś pod stertami głazów w środku zrujnowanej El Viejo. Dziś rano Mendoza składał meldunek. Kopalnia zapadła się do tego stopnia, że w stoku góry powstały kratery i rozpadliny. Oznaczało to, że nie ma najmniejszej szansy na wydobycie ciał. Don Diego de la Vega, Escalante i Zorro mieli pozostać na zawsze pochowani w El Viejo. Z nagłym dreszczem podniecenia Ramone uświadomił sobie, że przecież nie musi się aż tak przykładać do przekonywania, czy też aż tak ciułać grosze. Zorro przecież nie żyje. Nie przeszkodzi mu już ani razu.

A zatem, czy de la Vega miał krewnych w Hiszpanii? Zapewne tak, ze starych rodów mieli dalsze rodziny i posiadłości w Starym Kraju. Zatem… gdy zada sobie odrobinę trudu, przekona czy też zmusi pogrążonego w żałobie don Alejandro, że mógłby sprzedać hacjendę i udać się do dalszej rodziny. Pieniądze, które już uzbierał, i te, które zarobi na prowadzeniu, czy raczej nadzorowaniu gospody, powinny wystarczyć na jej kupno. Luis Ramone, don Luis Ramone… Czy to nie pięknie brzmi?

Z marzeń na jawie wyrwało stuknięcie. Marisa postawiła przed nim zamówioną polewkę tak gwałtownie, że zupa rozprysnęła się na boki i zachlapała rękaw surduta.

– Co ty… – zaczął protestować Ramone, ale głos uwięzł mu w gardle.

Po drugiej stronie stołu stała señorita Escalante, z twarzą w połowie granatową od sińca po uderzeniu i bardzo, ale to bardzo wściekłą miną.

Se… … señorita Victoria… – wykrztusił Ramone.

– Tak. Ja.

Trzask! Odgłos policzka poniósł się po sali gospody. Ramone zachwiał się i przytrzymał stołu.

– Nie tylko Victoria – usłyszał nad sobą. Podniósł wzrok w samą porę, by zobaczyć stojącego obok señority Escalante wspartego na lasce don Diego.

Trzask! Drugi policzek. Tym razem od don Diego.

– Jesteśmy kwita – oznajmił don Diego.

– Ale… ale… jak?

– Zapomnieliście, , że Zorro nie ma w zwyczaju wchodzić głównym wejściem? – spytał don Diego zwodniczo łagodnym, wręcz konwersacyjnym tonem.

– Zorro…

– Dotarłem do szybu zaraz po tym, jak wyście uciekli z wyrobiska. Miałem ze sobą linę i niemal bez kłopotu zszedłem na dół…

– Ale Zorro… – odezwał się oszołomiony Ramone.

– Żył. I żyje nadal. Kiepsko strzelacie, alcalde, gorzej niż ja – don Diego nie uśmiechnął się przy tych słowach. – Drasnęliście go tylko. Gdy wyzdrowieje, zapewne złoży wam wizytę. A może i nie, bo sądząc z tego, co mówił, nie bylibyście radzi z tego spotkania.

– Co mówił?

– Że lepiej by było, byście w najbliższym czasie nie zrobili niczego, co by go skłoniło do wizyty w Los Angeles – powiedział don Diego lodowatym tonem. – Przynajmniej przez parę miesięcy. Bo już raz z wami rozmawiał o zmianie zasad i to, co wtedy powiedział, obowiązuje nadal. Bądźcie bardzo ostrożni, alcalde, bardzo, bardzo ostrożni. Może wy nie urządzicie mu pogrzebu, ale on może przyjść na wasz.

Ramone zamknął oczy. Gdy je otworzył, don Diego i Escalante wychodzili już z gospody. Słyszał, jak na zewnątrz wykrzykuje na ich widok z radości i zdziwienia. Potem usłyszał wzmiankę o doktorze Hernandezie i zdał sobie sprawę, że prócz niego wszyscy w pueblo wiedzieli, że młody de la Vega i jego narzeczona przeżyli pożar.

Znów zamknął oczy. Jego piękne marzenia właśnie obróciły się w proch. W Los Angeles nie miało być zmian. Wszystko zostało po staremu.

KONIEC

Wrocław, 10–16.04.2011

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *