Serce nie sługa – Rozdział 12. Farsa

12.

Rok 1814, Madryt

Młody wiedział, że przesiadywanie do późna w kancelarii starego Aguilara nie było dobrym pomysłem, zwłaszcza że nie zanosiło się, aby prokurator kiedykolwiek zabrał go ze sobą do sądu. Teraz, gdy patrzył na twarze podpitych mężczyzn, żałował swojej decyzji jeszcze bardziej.

Stali we trzech naprzeciwko niego, zagradzając mu drogę. Musieli właśnie wytoczyć się ze spelunki, której odrapany szyld kołysał się na lekkim wietrze. W świetle padającym z jej okien Piña dostrzegł, że mężczyźni mieli na sobie mundury kadetów akademii wojskowej.

– No proszę, señores oficiales – rzucił jeden z nich, najwyższy, stojący w środku. Miał bardzo arogancki sposób mówienia, przywodzący na myśl chłopaka z dobrego domu. – Kogo my tu mamy?

Inny, stojący po jego prawej stronie, skrzywił się pogardliwie.

– Nie wygląda na bogacza – oznajmił, zawiedziony. – Pewnie nie ma przy sobie ani peso.

Trzeci, najniższy i krzepko zbudowany, zarechotał lubieżnie.

– Och, Julio, ale przecież pieniądze to nie wszystko, co ten może nam dać.

Piñę przeszedł zimny dreszcz. Przełknął z wysiłkiem. Wiedział, że powinien odwrócić się i uciekać, ale nie był w stanie wykonać żadnego ruchu.

Señores – odezwał się słabym głosem. – Señores, por favor… Oddam wszystkie pieniądze, jakie mam przy sobie.

Trzeci mężczyzna znów zaśmiał się nieprzyjemnie. Środkowy postąpił dwa kroki naprzód. Piña widział już wyraźnie jego wąską twarz z cienkim, czarnym wąsikiem i ciemnymi oczami.

– Ależ – powiedział cicho. – My nie chcemy twoich pieniędzy. Chcemy się tylko zabawić. – I oblizał wargi. Piña poczuł, że robi mu się niedobrze.

Wtem za jego plecami rozbrzmiał odgłos kroków. Równe, miarowe, w oficerskich butach.

Świetnie – pomyślał Piña i prawie jęknął. – Jeszcze jeden do kolekcji.

Ze zdumieniem zobaczył, jak stojący naprzeciw niego mężczyzna podrywa głowę, patrzy na nowo przybyłego, a na jego twarzy pojawia się wyraźny niesmak.

– Co się tu dzieje? – zabrzmiał chłodny, ostry głos przybysza. Zrobił kilka szybkich kroków, stanął obok Piñi. – , oczywiście. Mogłem się domyślić – powiedział z pogardą. Kadet nazwany Malapensą skrzywił się.

– To nie twoja sprawa, Monastario! Wynoś się stąd.

Nowo przybyły postąpił krok w stronę napastnika.

– O nie, Malapensa. To ty się stąd wyniesiesz, i zabierzesz ze sobą te dwa ścierwa. – Wskazał głową na towarzyszy za plecami kadeta, którzy wymienili spojrzenia i wydali z siebie nieprzychylne pomruki. przekrzywił głowę i uśmiechnął się kpiąco.

– Zmuś mnie – rzucił wyzywająco. Monastario wyciągnął szpadę.

– Nie musisz powtarzać dwa razy.

Piña ze zdumieniem i podziwem obserwował dynamiczny i bardzo krótki pojedynek czterech kadetów. No, dynamiczny ze strony Monastario, bo jego trzej niedoszli oprawcy mieli ruchy spowolnione przez alkohol. Pierwszy stracił szpadę ten najniższy i krępy, który rechotał lubieżnie. Ten dopytujący o pieniądze szybko poszedł w jego ślady. Jako ostatni został rozbrojony Malapensa. Monastario ciął go w rękę. Jednakże pomimo wygranej kadeta, który wydawał się być po jego stronie, Piña poczuł niepokój, bo przyglądał się swojej zranionej dłoni z triumfalnym uśmiechem.

– Ciekawe, co powie na to kapitan Briones – powiedział cicho i spojrzał na swojego przeciwnika. – Teraz już się nie wyprzesz, że mnie zaatakowałeś.

Piña zerknął na swojego wybawcę. Chłopak pobladł, ale zacisnął pięści.

– Ja też opowiem, na czym cię nakryłem – odparł. zamrugał z udawaną niewinnością.

– Tak? A na czym mnie nakryłeś? Och, Monastario. – Zaśmiał się i pokręcił głową. – Pożegnaj się ze szkołą. – Schylił się i podniósł szpadę. – Tą, do której nigdy nie powinieneś był trafić – dodał drwiąco, po czym odwrócił się na pięcie. Jego koledzy zawtórowali mu śmiechem i po chwili wszyscy trzej zniknęli u wylotu uliczki.

Monastario cisnął szpadą o ziemię i zaklął głośno.

Señor – odezwał się niepewnie Piña. Kadet rzucił mu wściekłe spojrzenie.

– Co tu jeszcze robisz? – naskoczył na niego. – Wracaj do domu! Sprawiłeś mi wystarczająco kłopotu na jeden wieczór.

Piña poczuł się jak upomniany uczeń, chociaż kadet nie mógł być starszy od niego. Właściwie wyglądał nawet na młodszego. Miał czarne, zaczesane do tyłu włosy, lekko arystokratyczne rysy twarzy i uderzająco niebieskie oczy. Cień zarostu kazał się domyślać, że właśnie zapuszczał brodę.

Señor, uratowałeś mi… coś cenniejszego niż życie – powiedział Piña cicho. – Chciałbym się odwdzięczyć.

Chłopak prychnął pogardliwie.

– A opowiesz mojemu przełożonemu, co się tutaj stało? Czy jak inne ofiary Malapensy schowasz głowę w piasek? – zapytał ze złością. Piña na chwilę zaniemówił.

– Inne… ofiary? – powtórzył z niedowierzaniem. Monastario podniósł szpadę i schował do pochwy.

– Oczywiście – odparł szorstko. – Ale nikt nie jest w stanie niczego sukinsynowi udowodnić – dodał z goryczą. Piña zastanawiał się przez moment.

– Pomogę panu, señor – zdecydował w końcu. – Opowiem pańskiemu przełożonemu, że uratował pan dzisiaj mój honor i godność, i razem doprowadzimy do ukarania tego… Malapensy.

Monastario po raz pierwszy spojrzał na Pinię z zainteresowaniem.

– Oświeć mnie, señor, jak chcesz to zrobić? Za Malapensą stoi jego bogata rodzina. Za mną nie stoi nikt. Jedynie dowód pojedynku, który sam zostawiłem.

Señor, na każdego człowieka jest sposób – powiedział Piña z przekonaniem. – Jestem prawnikiem – dodał tonem wyjaśnienia. – Wiem, jak doprowadzić przestępcę przed sąd.

Monastario uśmiechnął się kpiąco.

– A wygrałeś już jakiś proces?

Piña spuścił wzrok.

– Ja… jeszcze się uczę. Nie dopuszczono mnie do występowania na procesach. Ale mam wiedzę, señor! Brakuje mi praktyki, ale chciałbym spróbować. Pozwól mi się odwdzięczyć za to, co dla mnie zrobiłeś.

Błękitne oczy mierzyły go przez chwilę oceniającym spojrzeniem. W końcu kadet westchnął ciężko i klepnął go w ramię.

– Zdaje się, że jesteś moją jedyną szansą. Chodź, señor licenciado. Napijemy się i powiesz mi, jak możemy to wygrać.

Pięć lat później , zmierzając do Los , przywołał w swojej pamięci wspomnienie nocy, gdy los po raz pierwszy zetknął go z władczym i dumnym Enrique Monastario. Wygrali. Kadet został dyskretnie wydalony z akademii wojskowej, którą Monastario skończył ze stopniem porucznika nie tylko za zasługi na polu bitwy, ale również za milczenie w tej kłopotliwej sprawie. Licenciado Piña też został wynagrodzony. Załatwiono mu wymarzoną posadę w sądzie, którą trzy lata później stracił za nieodpowiedni wyrok. Wyjechał wtedy do Mexico City szukać szczęścia w Nowym Świecie. Bez śmiałego i brawurowego przyjaciela radził sobie o wiele gorzej, dlatego gdy niespodziewanie otrzymał list od Monastario z propozycją posady osobistego prawnika komendanta , nie zastanawiał się długo. Podskakiwał właśnie w powozie na wybojach razem z innymi podróżnymi, nieświadom, że znów będzie musiał wybronić kompana od oskarżeń o napaść i pojedynek. Ani że tym razem, w przeciwieństwie do tamtej nocy w Madrycie, nie stanie po właściwej stronie.

*

W karczmie było tłoczno. Na proces stawili się chyba wszyscy donowie, a także vaqueros pracujący dla don Carlosa oraz spragnieni wrażeń peoni. siedziała w pierwszym rzędzie obok don . Stosunki pomiędzy ojcem i córka wróciły do normy po tym, jak dziewczyna przeprosiła rodzica za swój wybuch. Przeprosiny te nie były do końca szczere, bo Emiliana nawet przez moment nie żałowała występowania w obronie komendanta przed wszystkimi. Wpatrywała się teraz w swojego ukochanego, pełna nadziei, że dzisiejszy proces udowodni donom, jak bardzo mylą się co do kapitana.

Señor Guerrero – Monastario w swoich zeznaniach używał nazwiska don Carlosa, wyraźnie odmawiając tytułowania kogoś, kogo uważał za zdrajcę – przyszedł razem z señorem Fuentesem, chociaż tylko don Gaspar miał do mnie sprawę. Od początku zachowywał się wobec mnie lekceważąco.  Odmawiał używania mojej rangi i tytułu. Oskarżył mnie bezpodstawnie – ostatnie słowo kapitan podkreślił – że chcę przejąć dawny majątek don Gaspara, którego ostatnim właścicielem był świętej pamięci señor . Resztkami cierpliwości trzymałem nerwy na wodzy i gdy po raz kolejny upomniałem Guerrero, ten wyciągnął szpadę i stwierdził, że musi nauczyć mnie szacunku.

Emiliana zmarszczyła brwi. To nie była wersja historii, którą słyszała od don Gaspara. Don Alejandro, don Nacho i don Eduardo wymienili między sobą znaczące spojrzenia.

– Broniłem się, zostałem ranny – opowiadał dalej Monastario – co może potwierdzić , który mnie opatrywał. Nie udało mi się rozbroić señora Guerrero bez draśnięcia go, ale wszyscy powinni zrozumieć, że walczyłem o swoje życie. To wszystko, señores, señoras, señoritas. – Jego wzrok zatrzymał się na moment na Emilianie. – Nie mam nic więcej do dodania.

– Dziękuję, señor capitán. – Siedzący na miejscu sędziego prawnik, niejaki señor Piña, który przybył do Los nie dalej jak przedwczoraj, skinął mu głową. – Proszę teraz oskarżonego o przedstawienie swojej wersji wydarzeń.

Kajdany skuwające dłonie Carlosa zadzwoniły, gdy mężczyzna wstał. Spojrzał sędziemu prosto w oczy.

– Nawet nie wiem, co powiedzieć – oznajmił. – Tak, poszedłem tamtego dnia do biura człowieka, który nazywa siebie naszym komendantem. Gaspar jest moim przyjacielem. Poprzednim razem, gdy był w garnizonie i rozmawiał z Monastario, skończył w więzieniu. Nie chciałem, żeby sytuacja się powtórzyła.

– Czy prowokował pan komendanta i odmawiał używania należnego mu tytułu? – zapytał Piña surowo.

uniósł brwi.

– To chyba nie jest karalne? – spytał z lekką drwiną.

– Proszę odpowiadać na pytania, señor – upomniał go prawnik. Oskarżony zaśmiał się krótko.

– Tak – powiedział. – Tak, odmówiłem tytułowania kogoś, kogo uważam za niżej urodzonego. To dlatego szanowny pan komendant – ton głosu mężczyzny ociekał ironią – wyciągnął szpadę. On chciał uczyć szacunku mnie, nie ja jego. Ja przecież nie miałem powodu, skoro on traktował mnie od początku tak uprzejmie i z cierpliwością, jak właśnie opowiedział.

Przez pomieszczenie przeszedł pomruk. Piña uderzył sędziowskim młotkiem o blat stołu i nakazał spokój, chyba bardziej dla zademonstrowania swojej władzy niż faktycznej potrzeby.

– Jeśli oskarżony nie ma nic więcej do dodania, wzywam don Gaspara Fuentesa na świadka.

usiadł i zerknął na przyjaciela z pewnym siebie uśmiechem. Gaspar jednak nie odwzajemnił ani uśmiechu, ani spojrzenia. Wstał powoli z krzesła ustawionego nieco z boku, tuż przy ścianie, i podszedł bliżej, stając naprzeciwko sędziego, plecami do zgromadzenia. Monastario nie spuszczał z niego wzroku.

– Poszedłem tego dnia do garnizonu – zaczął Gaspar –  żeby zasięgnąć wieści o moim dawnym majątku, który przeszedł ostatnio na własność zmarłego Eberarda Ortiza. towarzyszył mi dla mojego własnego bezpieczeństwa, jak sam powiedział – mówił beznamiętnym tonem, jakby recytował wyuczony na pamięć tekst. –  Mimo że chciał pomóc, od początku wizyty tylko nastawiał komendanta przeciwko nam, nieustannie go prowokując. Rzeczywiście oskarżył kapitana Monastario o zamiar przejęcia majątku Ortiza i odmawiał użycia należnego mu tytułu.

– Kto zaatakował pierwszy? – zapytał Piña. Monastario wychylił się do przodu niemal niezauważalnie. Gaspar milczał przez chwilę.

– odpowiedział w końcu cicho, ale wyraźnie, patrząc prawnikowi prosto w oczy. – wyciągnął szpadę, żeby nauczyć kapitana szacunku.

Przez zgromadzenie przetoczył się kolejny szmer, tym razem głośniejszy. Guerrero zerwał się na równe nogi.

– To kłamstwo! – wrzasnął. – Do diabła, Gaspar, co ty wygadujesz? Byłeś tam, widziałeś!

Piña stukał niecierpliwie młotkiem.

– Proszę o spokój! – powtarzał.

– Gaspar! – wołał don Eduardo z drugiego rzędu. – Gaspar, mówiłeś nam co innego! To nie pora na żarty!

Monastario wstał i wyszedł na środek, kładąc dłoń na rękojeści szpady.

– Cisza! – ryknął. Jego wybuch i władczy ton zaskoczyły donów na tyle, że zamilkli. Peoni wstrzymywali oddechy pod ścianami. – Pozwólcie sędziemu prowadzić proces.

– Proces! – Nie wytrzymał don Alejandro. – To nie proces, to ustawiona farsa!

Monastario zbladł lekko i spojrzał w jego stronę. Zrobił kilka kroków, stanął naprzeciwko starszego dona. Siedząca obok Emiliana na chwilę zapomniała o oddychaniu.

– Oskarża mnie pan o coś, señor De La Vega? – zapytał chłodno komendant. Niebieskie oczy płonęły furią. Dziewczynie zrobiło się zimno.

– Enrique – wypowiedziała jego imię bardzo cicho i niemal rozpaczliwie, wpatrując się w niego z niedowierzaniem. Monastario spojrzał na nią natychmiast. Otworzył usta, jak gdyby chciał coś powiedzieć, ale szybko je zamknął. Zamrugał i dziki, zwierzęcy wyraz zniknął z jego oczu. Odwrócił się bez słowa i poszedł z powrotem na miejsce, nie patrząc na żadne z De La Vegów.

– Kontynuuj – warknął na Piñę. Don zerknął na córkę ze zdumieniem i podejrzliwością, gdy oboje ponownie siadali.

Don Gaspar, czy chciałbyś coś dodać do swoich zeznań? – zapytał prawnik. Fuentes pokręcił głową. – , señor. Po wysłuchaniu zeznań ogłaszam Carlosa Guerrero winnym stawianych mu zarzutów napaści na przedstawiciela władzy królewskiej. Zgodnie z prawem skazuję go na konfiskatę majątku, którą w imieniu Królestwa Hiszpanii przeprowadzi komendant Monastario, a na specjalne życzenie kapitana zwyczajową karę śmierci zamieniam na dożywotnie prace w kopalni.

To już nie był po prostu szmer, tylko hałas. Vaqueros pracujący dla Carlosa protestowali głośno. Donowie przekrzykiwali się nawzajem, wzywając Gaspara do zmiany zeznań, Piñę do złagodzenia wyroku, a Monastario do okazania litości. Blady jak ściana Gaspar wpatrywał się ze zmarszczonym czołem w komendanta, który uparcie unikał jego wzroku. Emiliana siedziała na miejscu jako jedna z nielicznych, czując się jak w jakimś koszmarnym śnie.

Donośny głos kapitana wybił się ponad wszystkie inne.

– Sierżancie Garcia! – zawołał. – Żołnierze, do mnie!

Z zaplecza tawerny wytoczył się wezwany sierżant razem z kapralem i kilkoma lansjerami. Przez główne drzwi weszło piętnastu innych żołnierzy. Donowie i reszta zgromadzenia rozejrzeli się dookoła z niepokojem. Byli otoczeni przez wojsko.

Señores – zaczął Monastario niemal łagodnie. – Proszę się rozejść. Proces jest zakończony, wyrok wydany. Sierżancie, wyprowadźcie razem z kapralem więźnia.

Nikt nie odezwał się słowem, gdy żołnierze posłusznie wykonywali rozkaz. Monastario popatrzył na zgromadzonych mieszkańców Los z nieskrywanym triumfem, po czym wyszedł za swoimi ludźmi. Emilianę przeszedł dreszcz. Odniosła nieprzyjemne wrażenie, że od samego początku, od dnia, kiedy objął dowództwo, planował zobaczyć ich wszystkich właśnie tak, jak teraz: bezradnych, całkowicie uzależnionych od jego decyzji.

*

Don Gaspar wpadł do biura komendanta z furią, o którą Monastario nawet go nie podejrzewał.

– Co to ma znaczyć? – zawołał od progu, ledwo zamknąwszy drzwi. – Nie taka była umowa!

Kapitan obrzucił go niechętnym spojrzeniem.

– Ciszej – mruknął. – Nie rozumiem, co ci się nie podoba, señor. Obiecałem, że Guerrero uniknie kary śmierci, i dotrzymałem słowa. A jeśli chodzi o twoją dawną posiadłość, licenciado zaraz sporządzi odpowiednie dokumenty i możesz zacząć przeprowadzkę.

Gaspar zacisnął pięści.

– Kopalnia to też wyrok śmierci – wycedził. – Tylko w powolnych męczarniach. Wiesz to równie dobrze, jak ja!

Monastario podszedł i stanął naprzeciwko niego.

– Wiesz to równie dobrze, jak ja, señor capitán – poprawił, podkreślając ostatnie dwa słowa. Fuentes zacisnął usta.

– Planowałeś to od początku… señor – powiedział z goryczą. Komendant uniósł brwi.

– Och, wcale nie. Najpierw myślałem o pełnej karze przewidywanej w prawie za zdradę państwa. Ciesz się, señor, że przekonano mnie, abym oszczędził życie tego drania, którego nazywasz swoim przyjacielem.

– Mówisz tak, jakbyś wierzył, że naprawdę okazałeś litość! – Gaspar znów podniósł głos. – Obaj wiemy, że śmierć byłaby łatwiejsza do zniesienia dla tak dumnego , jak Carlos, niż niewolnicza praca ze świadomością, że twój majątek przepadł i nic innego już cię nie czeka w życiu.

Monastario zamyślił się na chwilę.

– Nie tragizuj, señor – rzucił w końcu szorstko. – Zawsze są jakieś wyjścia. – Odwrócił się i usiadł za biurkiem. – Dopóki człowiek żyje, zawsze coś go w tym życiu czeka – dodał ciszej i z namysłem.

Drzwi do gabinetu otworzyły się i don Gaspar podskoczył lekko. Licenciado Piña wszedł do środka, skinieniem głowy witając obu mężczyzn.

– Ach, licenciado! – zawołał Monastario. – Señor Fuentes potrzebuje dokumentów potwierdzających posiadanie swojego dawnego majątku.

Piña machnął plikiem kartek.

– Mam je tutaj – oznajmił. – Są niemal gotowe.

Gaspar podszedł do biurka i zacisnął dłonie na oparciu krzesła przeznaczonego dla petentów. Był bardzo blady.

– Nie chcę ich – wycedził, patrząc prosto w zimne oczy komendanta. – Weź je sobie, weź sobie ten majątek, zrób z nim, co chcesz… señor capitán. Ale zmień wyrok. Albo… – Przełknął z wysiłkiem. – Albo powiem wszystkim, co naprawdę wydarzyło się w tym gabinecie.

Monastario uniósł brwi i odchylił się w krześle, krzyżując ramiona na piersiach.

Licenciado, jaką karę przewiduje prawo za krzywoprzysięstwo? – rzucił, patrząc na prawnika. Piña wzruszył ramionami, kartkując papiery.

– Zależy od wagi sprawy – odparł beznamiętnie. – Publiczne potępienie, oczywiście, w każdym przypadku. Dalej, do wyboru, areszt, kara pieniężna, albo nawet karne prace. Tutaj mówimy o krzywoprzysięstwie w procesie dotyczącym zdrady państwa, więc naturalnie należy spodziewać się najsurowszej z możliwych kar.

Monastario uśmiechnął się złowrogo i spojrzał na Gaspara.

– Jeśli masz ochotę dołączyć do swojego przyjaciela w kopalni, powiedz wszystkim, że skłamałeś w zeznaniach.

*

Gdy kwadrans później Gaspar opuścił garnizon, ściskając w dłoniach plik papierów, czuł obrzydzenie do samego siebie. Marzył, żeby upić się do nieprzytomności. Nie przewidział tylko, że nie on jeden wpadnie na pomysł wstąpienia do tawerny. Większość donów została w gospodzie po procesie, dyskutując głośno o tym, co zaszło.

– Gaspar. – Don Eduardo zastąpił mu drogę, gdy tylko wszedł do środka. – Coś ty najlepszego zrobił? – W głosie starszego mężczyzny słychać było gorzki zawód.

– Co Monastario ci obiecał? – Obok don Eduardo pojawił się don Nacho. – Czym cię kupił?

– Ktoś tu odzyskuje majątek kosztem przyjaciół! – zawołał jakiś głos z lewej strony. Dokumenty niemal paliły dłoń Fuentesa.

–  Myślałem, że go ratuję! – wybuchnął, patrząc gniewnie na otaczających go, wpatrujących się w niego z niechęcią i złością caballeros. – Monastario obiecał oszczędzić jego życie, jeśli powiem to, co on chce.

Ktoś się roześmiał bez cienia humoru w głosie, kilka osób pokręciło głowami.

–  No, to oszczędził – mruknął don Nacho z goryczą. Don Eduardo westchnął ciężko.

– Gaspar. – Don stanął przy nim. – Zrobiłeś głupstwo, ale możesz je jeszcze naprawić. Zeznaj, że komendant zmusił cię do opowiedzenia innej wersji wydarzeń. Powiedz prawdę.

– Nie mogę! – jęknął Gaspar, mnąc w dłoniach swój nowy akt własności ziemi. – Oskarży mnie o krzywoprzysięstwo i wyśle do kopalni z Carlosem, już mi to powiedział! Nie rozumiesz, señor? Czy nikt z was nie rozumie? – Rozejrzał się rozpaczliwie po zgromadzonych donach. – On ma nas w garści. Widzieliście wojsko gotowe na jego rozkazy. To Monastario nami rządzi, nie my nim. Biorąc pod uwagę samą liczebność, nie mamy żadnych szans.

Don wpatrywał się w młodego , wyraźnie rozczarowany.

– Mamy je – odparł. – Ale do tego trzeba działać razem, a nie dbać tylko o swoje prywatne sprawy. Już się nie dziwię, że Monastario zawarł z tobą układ, Gaspar. Jesteście siebie warci.

Fuentes poczerwieniał. Słowa starszego De La Vegi zabolały jak celnie wymierzony policzek. Odwrócił się od zirytowanych i rozczarowanych spojrzeń caballeros, i wyszedł bez słowa. Rozejrzał się z roztargnieniem w poszukiwaniu swojego konia, gdy nagle poczuł, jak ktoś staje obok niego.

– Oszukał cię – powiedziała cicho Emiliana. – Powiedział, że oszczędzi życie don Carlosa, prawda?

Skinął głową, nie patrząc na dziewczynę.

– Mnie też wywiódł w pole – ciągnęła. – Przekonałam go, żeby nie skazywał  don Carlosa na śmierć. – Zadrżała i objęła się ramionami. Gaspar również zadrżał, bo przypomniały mu się słowa Monastario:

– Najpierw myślałem o pełnej karze przewidywanej w prawie za zdradę państwa. Ciesz się, señor, że przekonano mnie, abym oszczędził życie tego drania, którego nazywasz swoim przyjacielem.

– No cóż – rzucił cierpko. – Myślę, że jednak wolałby śmierć niż to, co twój kochanek dla niego zaplanował.

I odszedł bez słowa, nie czując się na siłach pocieszać naiwnej señority, rozczarowanej swoim despotycznym oficerem, w którym tak głupio się zakochała. Odjeżdżając z , zobaczył jeszcze, jak Emiliana z zaciętą miną idzie sama w stronę garnizonu, i poczuł rozbawienie na myśl, że señoricie wydaje się, że będzie mogła cokolwiek wskórać.

*

Po wyjściu Fuentesa Monastario wstał z krzesła i przeciągnął się.

– Jak za starych dobrych czasów w Madrycie, co, licenciado? – rzucił, uśmiechając się znacząco. Uśmiech Piñi był odrobinę wymuszony.

– Gorąco tu masz – zauważył. – Ci caballeros to same gorące głowy. Nie będzie z nimi łatwej przeprawy.

Kapitan machnął niedbale ręką.

– Kwestia czasu. Widziałeś, jakie wrażenie zrobiło na nich wejście żołnierzy.

Piña uniósł brwi.

– Widziałem też inne wrażenie, jakie ktoś zrobił na tobie. Co ci powiedziała ta mała, że odstąpiłeś tak szybko od De La Vegi?

Monastario zmarszczył czoło.

– Nic ważnego – burknął. – Przypomniała mi tylko, że lepiej nie zadzierać z przyszłym teściem.

Prawnik patrzył na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy, ale nie skomentował.

– Dlaczego chcesz się żenić właśnie z córką De La Vegi? – podszedł do tematu od innej strony.

– Naprawdę musisz pytać? – Komendant spojrzał na niego z niedowierzaniem. – Wiem, że przyjechałeś z Mexico City, ale musiałeś słyszeć o ich nazwisku. To najbardziej wpływowa rodzina w Kalifornii! A przy tym najbardziej majętna, oczywiście.

Piña zamruczał bez przekonania.

– Z tym majątkiem to bym nie przesadzał – powiedział. – Orientowałem się w księgach przed wystawieniem dokumentów Fuentesowi i wychodzi na to, że Torres ma bardzo porównywalny majątek, a do tego córkę jedynaczkę, która dziedziczy wszystko. U De La Vegów jest przecież jeszcze syn, czy tak?

– Syn jest w Hiszpanii – mruknął Monastario lekceważąco. – Nie ma sensu zawracać sobie nim głowy. Nawet nie wiemy, czy kiedykolwiek tu wróci.

Piña patrzył na niego z niedowierzaniem.

– I to mówi człowiek, który zawsze przewiduje wszystko dwa kroki do przodu? – pomyślał. Teoria, która przyszła mu do głowy parę dni temu, a która wydała mu się wtedy zupełnie niedorzeczna, stawała się bardziej prawdopodobna z każdą chwilą.

– Aż sam nie wierzę, że to mówię – oznajmił, obserwując przyjaciela uważnie. – Ty się zakochałeś.

Monastario drgnął i stanął jak wryty. Spojrzał na Piñę, jak gdyby prawnik stracił rozum, a wyraz jego niebieskich oczu dało się opisać tylko jako czyste przerażenie.

– Nie opowiadaj głupstw – burknął w końcu po chwili i zaśmiał się w bardzo wymuszony sposób.

– Nie bierzesz pod uwagę w swoich kalkulacjach wszystkich aspektów, co do tej pory zawsze robiłeś – mówił spokojnie Piña. – Naginasz argumenty zgodnie ze swoimi emocjami. Dziewczyna nazywa cię po imieniu… wiem, odczytałem z ruchu warg – dodał, bo kapitan spojrzał na niego, zupełnie zaskoczony – a ty pokorniejesz jak baranek i odsuwasz się od jej papy. Nie wiem tylko, jak chcesz zdobyć jej rękę, bo stary De La Vega wyraźnie cię nie znosi. Chyba że zamierzacie uciec i pobrać się w ukryciu? No, ale wtedy to naprawdę mogą być nici z majątku, jeśli stary  wydziedziczy córkę za takie wyczyny. Albo ja cię nie doceniam i jesteś dla niej gotowy na takie konsekwencje?

Monastario poczerwieniał.

– Przestań w końcu pleść! – wycedził, mrużąc oczy. – Wymyśliłeś sobie jakiś romans godny starej baby albo naiwnej señority, na który nie masz żadnych dowodów! Aż tak cię dziwi, że chcę się wżenić w najlepszą rodzinę w Kalifornii? Majątek można stracić i można też go zebrać, ale ich koneksje, wpływy i reputacja, szacunek, jakim się cieszą… to jest bezcenne. – Usiadł z powrotem za biurkiem, oparł łokcie na blacie i zetknął końce palców. – Oczywiście, że nie będę z nią uciekał i pobierał się w ukryciu jak byle . Doprowadzę do tego, że De La Vega mi nie odmówi. Że będzie musiał uznać mnie za godnego kandydata na zięcia. Tylko jego oficjalna zgoda zapewni mi prestiż, który chcę zdobyć przez to małżeństwo. I to jest warte pominięcia brata w kalkulacjach. Przynajmniej tymczasowo. Będę się nim martwił, jak wróci. Obaj wiemy, jak niebezpieczny potrafi być Madryt. I jak pociągający. Może po prostu zechce zostać, a może nie będzie miał innego wyjścia.

Piña patrzył na niego, nieprzekonany.

– I naprawdę nie ma innych powodów? – zapytał podejrzliwie. – Nie lubisz dziewczyny nawet odrobinę?

Monastario wzruszył ramionami.

jak każda inna. A lubienie to żaden powód do małżeństwa.

W tym momencie drzwi otworzyły się i wszedł sierżant Garcia. Kapitan zerwał się na równe nogi.

– Ile razy mam ci powtarzać, żebyś pukał, bałwanie? – ryknął. Żołnierz spuścił wzrok i splótł palce.

– Ja… ja pamiętam, señor comandante, ale… ale pod drzwiami stała Emiliana, i chciałem…

Monastario oparł ręce na biurku i pochylił się.

– Kto stał pod drzwiami? – zapytał zmienionym głosem.

Emiliana – powtórzył sierżant. – Chciałem zaanonsować, ale poszła już. Nic nie rozumiem, señor capitán.

Komendant jęknął i uderzył się otwartą dłonią w czoło.

– Oczywiście, że nie rozumiesz, ty tępy ośle! – zawył. – Piña, durniu, przez ciebie wszystko słyszała. Och, do diabła!

I wybiegł z biura.

*

Monastario dogonił Emilianę przy bramie garnizonu.

– wyrzucił z siebie, kładąc jej dłoń na ramieniu. – Porozmawiajmy…

Odwróciła się i zmierzyła go takim spojrzeniem, że aż się cofnął. Był przyzwyczajony do ciepła, sympatii i zachwytu w jej oczach. Nie do furii, która kojarzyła mu się ze starym De La Vegą.

– Nie mamy o czym rozmawiać – odparła chłodno. – Słyszałam dość.

Monastario oparł się ręką o bramę, łapiąc oddech. Sprint nie był jego mocną stroną. Był też poniżej jego godności, ale nie miał wyjścia, trzeba było ratować główny plan.

– Co słyszałaś?

– Tyle, żeby zrozumieć, że jest pan obrzydliwym hipokrytą.

Komendant łypnął złowrogo na stojącego zbyt blisko żołnierza. Lansjer zrozumiał i oddalił się pospiesznie, choć nadal zerkał ciekawie na dyskutującą parę.

, ranisz moje uczucia – powiedział Monastario. Dziewczyna uniosła brwi.

– Te, w które miałam nie wątpić, a którym bardzo słusznie wzbraniałam się wierzyć? – spytała. – Jakie uczucia, kapitanie? – Pokręciła głową. – Do mojego majątku? Ach, nie, jego przecież można stracić i zebrać. Raczej do prestiżu mojej rodziny.

– Musiałem coś powiedzieć – odparł Monastario z naciskiem, zniżając głos. – Nie zwykłem spowiadać się moim współpracownikom z mojego życia uczuciowego.

–  Myślałam, że to pański przyjaciel.

–  Ja nie mam przyjaciół, .

Emiliana zaśmiała się krótko.

– Z jakiegoś powodu zupełnie mnie to już nie dziwi. Wie pan, powinien dać mi do myślenia fakt, że tylko ja jedna pana bronię. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, że naprawdę dobrze udawał pan sympatię, która nie istniała.

Monastario złapał ją za rękę.

– Nie udawałem! – zapewnił. Dziewczyna skrzywiła się.

– Oczywiście – odparła z ironią. – Pan nie udawał, don pierwszy wyciągnął szpadę, skarb znalazł tylko pan i . Dopóki pan się nie zjawił w Kalifornii, w moim życiu nie było kłamstw. Tęsknię za tym stanem.

Kapitan uśmiechnął się gorzko.

– Nie bądź naiwna, . Kłamstwa zawsze są obecne w życiu każdego z nas. Uważasz, że szacunek, jaki wszyscy ci okazują, jest taki szczery? Myślisz, że tak chętnie przymykaliby oko na twoje dziwactwa, gdybyś była niżej urodzona?

Zielone oczy señority zwęziły się do niebezpiecznych rozmiarów.

– Dziwactwa? – powtórzyła ze złością. – Więc to jest pana prawdziwe zdanie o moich upodobaniach? Cóż, nie musiał się pan tak starać! Zdobył pan moje serce pierwszego dnia, nie trzeba było się trudzić i zmuszać do lekcji fechtunku czy poszukiwania skarbu!

Monastario ścisnął mocniej jej palce.

– Nie trudziłem się! – warknął. – Naprawdę lubię spędzać z tobą czas – dodał ciszej, spuszczając wzrok.

– Zdumiewające – mruknęła kpiąco. – Przecież jestem jak każda inna .

Komendant podniósł głowę i zmarszczył brwi.

– Nie zamierzam opowiadać wszystkim o swoich uczuciach – oznajmił stanowczo. – Nie pozwolę im wykorzystać tej słabości przeciwko mnie.

Emiliana odsunęła się, wyswobadzając rękę z jego uścisku.

– Proszę w takim razie pozwolić mi ułatwić panu życie i uwolnić pana od tej… słabości. Adiós.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *