Serce nie sługa – Rozdział 7. Poszukiwacze skarbu

7.

Emiliana wpatrywała się w wyblakłe, trudne do odczytania litery już blisko pół godziny i dochodziła do wniosku, że wypada jej zgodzić się z Javierem – ona również nie rozumiała tej wskazówki.

Bo gdzie jest serce twoje, tam będzie i skarb twój

Zdanie brzmiało mgliście znajomo, jakby gdzieś już je słyszała. Nie miała jednak pojęcia, w jaki sposób może prowadzić do miejsca ukrycia drogocennych przedmiotów.

Westchnęła i potarła palcami skronie. Może Francisco i Clara mieli rację i naprawdę nie było żadnego skarbu? Stary puchar i wskazówka prowadząca donikąd mogły stanowić jedynie żart jakiegoś dziadka czy pradziadka.

Odsunęła krzesło od toaletki i wstała gwałtownie.

– Nie, to niemożliwe – zdecydowała. – Zbyt wiele tutaj zbiegów okoliczności.

Zaczęła spacerować w tę i z powrotem po sypialni, rozmyślając o wszystkich poszlakach, jakie do tej pory zebrała. Eberardo , który musi znać się na wycenie wartości przedmiotów z racji swojej profesji, chce kupić stary puchar. Co więcej, próbuje też odkupić ziemię od Cabrerów, a gdy to się nie udaje, wygrywa w karty posiadłość don Gaspara, który, co za przypadek, jest sąsiadem Clary i Francisca. Krótko później ktoś nasyła na nich komendanta, informując go o braku aktu własności ziemi. Emiliana nie wyobrażała sobie, żeby którykolwiek z caballeros mógł postąpić w ten sposób. Chociaż Cabrerowie nie mogli poszczycić się wysokim urodzeniem, traktowano ich jak część haciendados. Mieli za małe dzieci, by zdenerwować kogoś odmową małżeństwa, a swoich peonów traktowali dobrze. Zresztą, nie przypuszczała, żeby którykolwiek z nich wiedział, że ich patronowi brakuje jakichś dokumentów.

Dziewczyna przysiadła na łóżku. Oparła łokcie na kolanach i podparła podbródek dłonią. Rozległo się pukanie do drzwi i do pokoju zajrzał don .

– Nie śpisz jeszcze, mi hija?

Emiliana potrząsnęła głową i wstała. Ojciec wszedł do pokoju, poprawiając przygniecione przez sombrero włosy. Musiał dopiero teraz wrócić do hacjendy. Dużo wcześniej pojechał rozmawiać z innymi donami w sprawie Cabrerów. była ciekawa, czy widział się też z Monastario.

– Wracam od don Nacho – oznajmił. – Rozmawiałem z nim i . Wygląda na to, że mamy związane ręce.

Opadł ciężko na krzesło stojące przy toaletce, przeczesując nerwowo swoje siwe pasma. Emiliana zmarszczyła brwi.

– Kto tak twierdzi? ?

Don rozłożył bezradnie ręce.

– Prawo jest prawem, mi hija. Brak aktu własności oznacza, że Cabrerowie nie mogą przebywać na ziemi, którą uważają za swoją. Władzę do przekazania jej im w posiadanie ma wicekról, który akurat wyjechał do Hiszpanii w sprawach służbowych, jak powiedział mi dzisiaj bardzo zadowolony z siebie Monastario.

Dziewczyna drgnęła.

– Widziałeś się z komendantem?

Don westchnął ciężko i przeciągnął dłonią wzdłuż twarzy.

– Nawet mi nie przypominaj – mruknął ponuro. Wstał, splótł ręce za plecami i zaczął spacerować po pokoju w najwyższym wzburzeniu, zupełnie jak chwilę wcześniej jego córka. – Łotr wie, że prawo jest po jego stronie, a my możemy się złościć, ile dusza zapragnie, ale z nim nie wygramy, i świetnie się z tym czuje! Wiesz, co mi powiedział? Że przecież Clara i Francisco mogą sobie tę ziemię od królestwa odkupić! – Wyrzucił ręce do góry z wyraźną frustracją. – Jakby Cabrerowie spali na pieniądzach, naprawdę. Krzty przyzwoitości łajdak nie ma, ot co.

Emiliana podeszła do ojca i ujęła jego dłonie w swoje.

Mi papa, czy to nie jedyna szansa, jaką mamy? Cabrerowie wykupują ziemię i od tej pory oficjalnie i legalnie stają się jej właścicielami. Wiem, że nie mają tyle pieniędzy, ale przecież możemy im pożyczyć. Na pewno wszyscy haciendados się dorzucą.

, rozmawialiśmy o tym rozwiązaniu. – zmarszczył czoło. – Kilka osób obiecało się dołożyć, nawet don Rafaela, który niedługo żeni syna. Gaspar z wiadomych przyczyn nie może nas wspomóc, podobnie don , który pomaga teraz spłacać jego długi. Obaj w ogóle nie chcieli słyszeć o żadnym wykupie, tylko iść prosto do garnizonu i wyzwać Monastario na pojedynek. – Przycisnął palce do nasady nosa i przymknął oczy. – Ale nie wszyscy są tacy chętni do pomocy, mi hija. Wciąż jest wielu caballeros, którzy uważają, że Cabrerowie nie są jednymi z nas. Że nie są nam równi, więc ich los nie powinien nas obchodzić. Nie wiem, czy zbierzemy odpowiednią kwotę, zwłaszcza że Monastario na pewno będzie chciał zatrzymać ziemię dla siebie.

Wzrok don Alejandra padł na leżącą na toaletce starą kartkę.

– Myślisz, że to jest coś warte? Ta wskazówka. Że skarb może istnieć? – spytał.

– Coraz bardziej się ku temu skłaniam, mi papa – przyznała Emiliana. – Pojadę z samego rana do ojca , poproszę, żeby ocenił autentyczność dokumentu i pomógł mi zrozumieć jego treść.

Don wziął papier do ręki i odczytał zdanie.

– Ha! Serce. – Spojrzał na córkę. – Gdyby Monastario miał serce po właściwej stronie, nie byłoby żadnego problemu.

*

Komendant jechał na umówione miejsce spotkania z señoritą, odczuwając lekki niepokój.

– Nie zachowuj się jak idiota, Enrique – przekonywał sam siebie. – Zakochane kobiety nie gniewają się długo.

Pamiętał aż za dobrze, jak wpatrzona w ojca była zawsze jego własna matka, nawet gdy ten trwonił rodzinny majątek. Nie wierzył, że wyraźnie pozostająca pod jego wrażeniem – dziewczyna, która, jakby nie patrzeć, obiecała mu swoją rękę! – pozbawi go nagle swoich względów tylko dlatego, że wyrzuci z domu jakichś obcych dla niej ludzi.

– Matka kochała ojca nawet wtedy, gdy wyrzucił nas z domu – uświadomił sobie.

Z drugiej strony, nigdy by się nie spodziewał, że zakochana tak szybko przejrzy jego zamiary i będzie miała śmiałość zagrozić mu odmową małżeństwa. Monastario znalazł się pod ścianą. Wiedział, że bez majątku nie ma czego szukać u jej ojca. Teraz okazywało się, że jeśli przyjdzie z majątkiem, to już nie ma czego szukać u córki.

Szlag by trafił de La Vegów i tę ich obrzydliwą szlachetność! – pomyślał ze złością. Gdyby to była dziewczyna z innej rodziny, mniej zamożnej, mniej wpływowej, dałby sobie spokój i byłoby po sprawie.

Serce, co do którego właściwej strony zastanawiał się don Alejandro, drgnęło zdradziecko na widok szczupłej sylwetki ze spływającą na plecy kaskadą czarnych loków. Dopiero gdy podjechał bliżej, zauważył, że nie była ubrana jak zwykle w spodnie i kaftanik, tylko w damski strój do jazdy wierzchem.

Buenos dias, capitán – przywitała go bez zwykłego, szerokiego uśmiechu.

Zsiadł z konia i ucałował jej dłonie, lekko zbity z tropu.

Buenos dias.

Ciemnozielone oczy wpatrywały się w niego z powagą. Monastario zapomniał wypuścić rąk Emiliany ze swoich, ale żadne z nich nie zwracało na to uwagi.

– Zastanawiałam się, czy przyjeżdżać – przyznała dziewczyna cicho. Komendant ścisnął mocniej jej palce.

– Emiliano – spróbował zaprotestować, ale rzuciła mu wściekłe spojrzenie, więc zamilkł posłusznie.

– Ale nie było już czasu odwołać lekcji – ciągnęła – a ja i tak chciałam z panem porozmawiać. Najlepiej bez świadków.

Oficer ściągnął brwi.

– Słucham, .

Dziewczyna wzięła głęboki oddech.

– Czy to Eberardo Ortiz powiedział panu, że Cabrerowie nie posiadają aktu własności ziemi?

Monastario zamrugał.

– Skąd… – Chciał powiedzieć: skąd o tym wiesz?, ale w porę się opamiętał. – Skąd ten pomysł?

– Mam wszelkie powody sądzić, że próbuje przejąć ich majątek. Najpierw pytał, czy nie sprzedadzą mu ziemi, potem chciał kupić puchar, który synek Cabrerów znalazł w piwnicy, ale dostał go tylko w zastaw, a teraz… –  urwała nagle. Zielone oczy rozszerzyły się i zabłysły, drobne dłonie zacisnęły się na palcach komendanta. – Oczywiście! – zawołała. – Na pewno zbliża się termin wykupu! Ortiz nie chce oddać pucharu, więc idzie do pana z informacją o braku aktu własności, świadom, że będzie pan zmuszony zareagować zgodnie z prawem! Kapitanie – Emiliana spoważniała. – Nie zastanawia pana, co za puchar może być wart tyle, ile cała posiadłość ziemska?

Monastario milczał. Słowa señority mogłyby brzmieć niedorzecznie, gdyby nie jedno zdanie, które wymknęło się Ortizowi w jego biurze: W obliczu utraty całego majątku señor Cabrera będzie miał poważniejsze zmartwienia, niż wykup starego pucharu, prawda?

– Señorita, skąd wiesz o pucharze? – spytał.

– To dłuższa historia, mi capitán. Może opowiem panu po drodze?

Mężczyzna uniósł brwi.

– Wybieramy się gdzieś?

Dobrze znany, pogodny uśmiech wypłynął na usta Emiliany. Serce oficera, zupełnie niewspółpracujące z jego chłodną kalkulacją, zabiło szybciej na widok znajomych dołeczków w policzkach i wyraźnej ekscytacji w oczach dziewczyny.

– Naturalnie, señor comandante! Jedziemy szukać skarbu.

*

Jechali pustym traktem, z rzadka mijając wozy peonów zmierzające do . Niektórzy spoglądali na nich ciekawie, rozpoznając mundur komendanta. Emiliana opowiedziała kapitanowi starą legendę o skarbie i podzieliła się swoją wiedzą o poczynaniach Ortiza.

– Zdaję sobie sprawę, jak to brzmi – kończyła. – Ukryte skarby, opowieści, wskazówki. Takie rzeczy zdarzają się powieściach przygodowych. Ale z drugiej strony… – Przygryzła na chwilę wargę i zmarszczyła z namysłem brwi. – Jeśli przodek Cabrerów przypłynął do Nowej Hiszpanii z konkwistadorami, którzy przecież przywieźli tutaj złoto i kosztowności, naprawdę mógł wejść w posiadanie drogocennych przedmiotów. A Ortizowi za bardzo zależy nie tylko na pucharze, ale też wyraźnie na tym konkretnym kawałku ziemi! Może się pan śmiać, señor capitán, ale mnie za dużo rzeczy tutaj nie pasuje, żebym mogła je zlekceważyć jako zbiegi okoliczności.

Monastario nie śmiał się jednak. Widać było, że traktował sprawę ze skarbem całkiem poważnie. Złość, jaką dziewczyna czuła jeszcze tego ranka do oficera, topniała z każdą chwilą.

– Ostatecznie, czego ja właściwie od niego chcę? – zastanawiała się. – Przecież musi postąpić zgodnie z prawem, skoro już Ortiz wciągnął go w to wszystko.

– Jeden szczegół, – odezwał się kapitan. – Lichwiarz wie, że po wyprowadzce Cabrerów majątek przechodzi na własność państwa, a więc tymczasowo pod moją opiekę. Myślisz, że sam puchar byłby dla niego aż tyle wart?

Emiliana zamyśliła się na chwilę.

– Na pewno są ludzie zdolni do takich rzeczy – odparła powoli. – Ale wydaje mi się, że Ortiz spróbuje odszukać resztę skarbu. Ziemia przejdzie na pana, ale czy wprowadzi pan się tam od razu? Komendant musi pozostawać blisko garnizonu. Ortiz ma dogodne warunki do prowadzenia poszukiwań: wygrał w karty sąsiadujące ziemie, a tej nikt nie będzie pilnował. On nie pozbywa się Cabrerów tylko dla pucharu. Chce mieć wolną rękę.

Monastario zmrużył oczy.

– Może też planować kupić majątek od królestwa – powiedział. – Do diabła, jeśli ten skarb istnieje i Ortiz go znajdzie, nic nie stanie mu na przeszkodzie.

– Dlatego musimy go znaleźć przed nim – zawyrokowała Emiliana. Kapitan uśmiechnął się drapieżnie. Jasnoniebieskie oczy zabłysły.

– Mówiłaś, że masz wskazówkę, ?

*

Gdy dojechali do misji San Gabriel, padre skończył właśnie poranne modlitwy. Grupa Indian wychodziła z kościoła. Skłonili się z szacunkiem oficerowi w mundurze i señoricie. Kilku z nich ośmieliło się uśmiechnąć do dziewczyny. Widocznie ich znała, bo odwzajemniła gest.

Monastario ledwo prześlizgnął się wzrokiem po Indianach. Przyjrzał się z bliska pobielonej, okazałej świątyni otoczonej drzewami. Był tu po raz pierwszy. Do tej pory jakoś odwiedzenie misji nie wydawało mu się konieczne. Ojca widział dwa razy w przy okazji niedzielnej Mszy Świętej, którą zakonnik odprawiał dla mieszkańców w kościele na rynku, a na której komendant uznał za stosowne się pokazać. Misjonarz nieszczególnie przypadł mu do gustu. Kapitan odnosił nieprzyjemne wrażenie, że pod pozorami serdecznej życzliwości mnich lubi ustawiać wszystko i wszystkich dokładnie tak, jak tego chce.

Emiliana! I señor comandante. – Zauważył ich, gdy miał już zamykać świątynię. Podszedł bliżej z przyjaznym uśmiechem. Dziewczyna zeskoczyła z konia i, rozpromieniona, uścisnęła opalone dłonie zakonnika. Monastario skrzywił się nieznacznie.

Oczywiście – pomyślał. – Jego też musi lubić. Czy ona przyjaźni się z całym światem? Nikogo w cholernej Kalifornii nie będę mógł nawet tknąć, żeby się nie oburzyła.

Zsiadł z konia i skinął mnichowi krótko. Padre odwdzięczył się życzliwym uśmiechem, czym zirytował komendanta jeszcze bardziej.

Padre, przychodzimy prosić o pomoc – mówiła tymczasem Emiliana. – Mamy dokument, którego autentyczności nie jesteśmy pewni. Nie rozumiemy też jego treści. Czy rzuciłbyś na niego okiem?

– Z przyjemnością! Proszę ze mną do środka, do mojej biblioteki. Co to za dokument?

Weszli za zakonnikiem do kościoła. Tuż za progiem señorita obejrzała się na zamykającego drzwi kapitana, rzucając mu zgorszone spojrzenie.

– Enrique, kapelusz! – syknęła trochę z napomnieniem, a trochę z rozbawieniem. Monastario zmieszał się odrobinę. Zupełnie o tym zapomniał. Pospiesznie zdjął sombrero, czując, jak krew napływa mu do twarzy. Spojrzał na dziewczynę. Też była zarumieniona. Oboje zdali sobie sprawę, że po raz pierwszy zwróciła się do niego po imieniu.

– Przepraszam, señor capitán, nie chciałam… – zaczęła, uciekając wzrokiem w bok. Padre oglądał się już na nich przez ramię. Komendant uniósł lekko brwi i prawy kącik ust.

– Chodźmy, Emiliano – mruknął, kładąc nacisk na ostatnie słowo. Dziewczyna zaczerwieniła się jeszcze bardziej i szybkim krokiem  ruszyła za zakonnikiem. Monastario podążył za nią. Słyszał, jak tłumaczy mnichowi półgłosem, że dokument jest rzekomą wskazówką do miejsca ukrycia legendarnego skarbu na terenie posiadłości Cabrerów.

Padre poprowadził ich wąskim korytarzem, a potem krużgankami do niewielkiego pomieszczenia, na którego wyposażenie składał się stary sekretarzyk z jednym krzesłem i regały od podłogi do sufitu zapełnione książkami. W środku unosił się zapach kurzu i papieru. Emiliana podała ostrożnie zakonnikowi starą kartkę, którą ten najpierw obejrzał dokładnie.

– Rzeczywiście może pochodzić sprzed dwóch wieków – orzekł. – Obecnie używamy cieńszego papieru, a ten kartka jest dosyć gruba. – Przysunął dokument do nosa, powąchał. – Długo leżał w wilgotnym miejscu. Młody Cabrera znalazł go w piwnicy, tak?

Si, podczas przebudowy. A co powiesz o treści, padre?

Mnich rozłożył papier na pulpicie sekretarzyka, a następnie pochylił się nad nim i, zmrużywszy oczy, odczytał powoli zatarte litery, poruszając bezgłośnie ustami.

– To mi wygląda na parafrazę cytatu biblijnego – powiedział. – „Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje”. Ewangelia według świętego Mateusza, Kazanie na Górze.

Emiliana uderzyła lekko dłonią o pulpit.

– Wiedziałam, że skądś je znam! – zawołała, zwracając swoje lśniące oczy na komendanta.

– Nadal nie wiemy, w jaki sposób kieruje nas to do skarbu – zauważył Monastario. Stał w progu, oparty o framugę, z ramionami skrzyżowanymi na piersi i kapeluszem w dłoni. Señorita zmarszczyła brwi i przygryzła wargę.

– W drodze tutaj zastanawialiśmy się nad tym zdaniem – wyjaśniła ojcu Felipe. – Rozważaliśmy serce jako symbol czegoś najważniejszego dla Miguela Cabrery. Może miejsce, może osoba, a może pomieszczenie w domu?

Mnich potarł w zamyśleniu podbródek.

– A może pomieszczenie, które jest uważane za serce domu? – podpowiedział.

– Może – odparła powoli Emiliana. Monastario pokręcił głową.

– Dalej jestem za tym, żeby rozumieć to dosłownie. Skarb jest tam, gdzie znajduje się serce Cabrery. Razem z nim w grobie – oznajmił. Dziewczyna rzuciła mu krytyczne spojrzenie.

– Już panu mówiłam, kapitanie, że to zupełnie bez polotu!

Oficer przewrócił oczami.

– Ja też ci mówiłem, señorita, że Cabrera był prostym człowiekiem, a nie poetą. Musimy szukać jak najbardziej przyziemnych rozwiązań. Ten człowiek zajmował się okradaniem Indian i uprawianiem ziemi, nie wymyślaniem zawiłych metafor.

Emiliana skrzywiła się i odwróciła z powrotem do ojca Felipe, który  uśmiechał się znacząco, słysząc tę wymianę zdań.

– Może fakt, że to fragment Kazania na Górze, nie jest bez znaczenia? – spytała z nadzieją. – Czy wiadomo, gdzie dokładnie Jezus je wygłosił?

– Zapewne, jak sugeruje nazwa – wtrącił Monastario z ironią – na górze. I od razu uprzedzam, señorita, że jeśli zamierzasz przeszukiwać wszystkie wzniesienia w okolicy, nie będę ci w tym towarzyszył.

Zielone oczy zwęziły się do niebezpiecznego rozmiaru szparek.

– Domyślam się, że nie zostało wygłoszone w dolinie! – Dziewczyna podniosła głos, mierząc kapitana rozgniewanym wzrokiem. – Pytam o bardziej specyficzne szczegóły. A pan mógłby nie przeszkadzać, skoro nie jego pytam.

Mnich miał trudności z powstrzymywaniem się od śmiechu.

– Była to góra nad Jeziorem Galilejskim. Północny brzeg – odparł. – Nie mamy chyba w okolicy nawet pagórka tak blisko zbiornika wodnego, jeśli nie liczyć wyższych brzegów nad oceanem.

– Nawet gdybyśmy mieli, Cabrera byłby ostatnim głupcem, zakopując skarb w pobliżu wody – Monastario wyraźnie nie mógł się powtrzymać od udziału w dyskusji, ignorując ostrzegawcze spojrzenia Emiliany. Prawdę mówiąc, świetnie się bawił, drażniąc ją w ten sposób.

Señor comandante ma słuszność. – Ojciec niespodziewanie przyznał mu rację. – Prądy mogłyby wypłukać kosztowności.

– Nie sądzę też, żeby prosty Hiszpan wiedział, gdzie zostało wygłoszone to kazanie – dodał zachęcony kapitan. – Cały czas powtarzam, że trzeba myśleć jak najprościej. Padre – zwrócił się do zakonnika – czy masz u siebie księgi dokumentujące pochówek? Możesz nam powiedzieć, gdzie spoczywa Miguel Cabrera?

Mnich zafrasował się.

– Dokument jest sprzed dwóch wieków. Czy to wtedy zmarł Miguel?

Komendant i señorita, niezależnie od siebie, przytaknęli. Ojciec rozłożył bezradnie ręce.

– W takim razie nie będę w stanie wam pomóc – powiedział. – Ta misja istnieje od niespełna stu lat. Nie dysponuję tak starymi dokumentami, przykro mi.

Emiliana westchnęła. Monastario z bezsilności uderzył pięścią we framugę i w tym momencie zauważył, że coś obok niego podskoczyło.

A raczej ktoś.

Tuż za nim stała sięgająca mu zaledwie na wysokość biodra, indiańska dziewczynka. Wielkie czarne oczy wpatrywały się to w niego, to w señoritę z żywym zainteresowaniem.

– Co tu robisz, Juanita? – zapytał ją zakonnik.

– Przyszłam cię poszukać, padre, bo już czas na naszą lekcję! – odezwała się cienkim, dziecięcym głosem. Mnich wyprostował się.

– Ach, prawda! Zupełnie zapomniałem! Wybaczcie, moi drodzy – zwrócił się do Emiliany i kapitana. – Powinienem zaczynać lekcję czytania z dziećmi. Jeśli mogę wam jeszcze jakoś pomóc, możecie zaczekać na mnie tutaj. Wrócę za godzinę. Chodźmy, moja mała!

I wyszedł z biblioteki, a Indianka tuptała u jego boku, rzuciwszy wcześniej ostatnie, tęskne spojrzenie na gości zakonnika. Emiliana opadła na stojące przy sekretarzyku krzesło. Oparła łokieć na pulpicie, a głowę na dłoni.

– Nie ma sensu na niego czekać – odezwał się Monastario, wchodząc w końcu do środka i rozglądając się bez większego zainteresowania po regałach z książkami. Jego uwagę o wiele bardziej przyciągała zrezygnowana señorita z pasmami czarnych włosów spływającymi na ramiona i oparcie krzesła, z talią podkreśloną dopasowanym strojem. – Czy jest w jakieś archiwum z dokumentacją dotyczącą miejsca pochówku mieszkańców? A może ma dostęp do takich papierów? Nie uśmiecha mi się objeżdżanie całego cmentarza.

– Nie rozumiem, czemu pan się tak upiera na ten kierunek poszukiwań – odparła Emiliana zmęczonym głosem. – Miguel Cabrera zmarł tak dawno, że pewnie nie zachowała się żadna dokumentacja jego pochówku. Wtedy dopiero rozwijały się tutaj miasta. Może nawet nie było jeszcze cmentarza! Cabrera mógł równie dobrze zostać pochowany na ziemi, którą uważał za własną. Nie znajdziemy tego miejsca bez dokładnych wytycznych.

Monastario drgnął. Jego wzrok, błądzący po bibliotece ojca Felipe, spoczął właśnie na półce z mapami. Spojrzał na dziewczynę z nagłym ożywieniem.

– Wytyczne – powtórzył, uśmiechając się. – Señorita, ależ mamy wytyczne! Kazanie na Górze, tak? Co to za Ewangelia? To znaczy, który rozdział, który wers?

Emiliana patrzyła na niego, zupełnie zdezorientowana.

– Ja… nie mam pojęcia. Mogę sprawdzić. Po co to panu?

Podekscytowany uśmiech, który niespodziewanie odmłodził komendanta o kilka lat, nie schodził z jego ust.

– Zobaczysz – odparł tajemniczo, grzebiąc w zakurzonych mapach. Dziewczyna po chwili wzruszyła ramionami i zdjęła z półki Biblię. Rozłożyła ją na pulpicie i zaczęła kartkować w poszukiwaniu właściwej Ewangelii.

– Mam! – zawołała triumfalnie po kwadransie. – Rozdział szósty, werset dwudziesty pierwszy.

Chwilę później musiała pospiesznie zabierać książkę z sekretarzyka, bo Monastario bezceremonialnie rozwinął na nim mapę Nowej Hiszpanii. Spojrzał na nią, przejechał palcami wzdłuż linii – i cały jego entuzjazm przygasł.

– Kapitanie? – zagadnęła niepewnie señorita. Spojrzał na nią spod ściągniętych brwi, wyraźnie niezadowolony.

– To też na nic – oznajmił.

– A co pan właściwie próbował zrobić? – dopytywała dziewczyna.

– Słyszałaś kiedyś o współrzędnych geograficznych, señorita? Służą do określania położenia miejsc na mapie. Spójrz, te poziome linie to szerokość, a pionowe – długość.

Emiliana patrzyła zafascynowana, jak Monastario wodzi palcem po czymś, co była dla niej siecią bezsensownych kresek, i słuchała o południku zero i o równiku.

– Myślałem, że numer rozdziału i wersetu to współrzędne, które zaprowadzą nas do właściwego miejsca. Jak sama powiedziałaś, potrzebujemy wytycznych. Ale w jakiej kolejności bym ich nie ustawiał, wskazują zupełnie inny kontynent. – Potarł podbródek, a potem spojrzał uważnie na dziewczynę. – Chyba że bierzemy pod uwagę możliwość, że skarb nie znajduje się w Nowej Hiszpanii.

Emiliana potrząsnęła głową.

– Nie sądzę. Jak niby Cabrera by go wywiózł? Poza tym uważam, że skoro był za prostym człowiekiem na zawiłe metafory, nie znał się również na współrzędnych.

– Tego akurat nie byłbym taki pewien – sprzeciwił się komendant. – Mógł się nauczyć podczas żeglugi tutaj. Ale mniejsza z tym. Ten trop również zawiódł.

Wyprostował się. Señorita przeczesała włosy.

– Tak się zastanawiam – zaczęła powoli – czy na tym pucharze, który znalazł Javier, nie było przypadkiem drugiej wskazówki. Albo jej dalszej części. Może to dlatego nie umiemy tego rozszyfrować! Po prostu nie mamy kompletnej informacji.

Monastario zwinął mapę i odłożył na półkę.

– Puchar jest u Ortiza – powiedział. – Nie sądzę, żeby pozwolił nam go obejrzeć.

Dziewczyna uśmiechnęła się przebiegle.

– Chyba że jedno z nas zajmie jego uwagę, a drugie w tym czasie rozejrzy się po lombardzie.

Mina Monastario była bardzo wymowna.

Señorita… – zaczął ostrzegawczo.

– Niech pan posłucha, kapitanie – przerwała mu pospiesznie, wstając i kładąc dłoń na przedramieniu. – Pójdzie pan do Ortiza dopytać go, skąd się dowiedział, że Cabrerowie nie mają aktu własności. Powie pan, że wydłuża termin opuszczenia przez nich domu, może pan nawet próbować coś zastawić. Słowem: wszystko, co da mi czas na przekradnięcie się do lombardu od tyłu i rozejrzenie się po pomieszczeniu, w którym trzyma cenne rzeczy.

Komendant potarł nasadę nosa.

Señorita, to najbardziej ryzykowny plan, o jakim słyszałem – oznajmił.

– Ale to jedyny plan, jaki mamy – zauważyła Emiliana. – Przecież nie możemy pójść i poprosić o obejrzenie pucharu.

– Nawet nie wiemy, czy to obejrzenie cokolwiek nam da.

– Nie. Ale też nie dowiemy się, dopóki go nie obejrzymy.

Monastario westchnął.

– Mam lepszy pomysł. Mówiłaś, że ten chłopak Cabrerów, który opowiadał ci o skarbie, jest całkiem bystry i zafascynowany legendą. Na pewno oglądał puchar ze wszystkich stron. Zapytajmy go, czy czegoś nie zauważył, zanim zaczniemy myszkować jak złodzieje.

*

Francisca i Clary nie było w domu. Służący wpuścił Emilianę i komendanta na patio, a najstarsza córka Cabrerów wyszła do nich i oznajmiła, że mama i tato pojechali do zobaczyć się z i dowiedzieć się, czy żaden dom w mieście nie jest na sprzedaż. Uwagi señority nie uszły niechętne spojrzenia, jakie młodziutka Isabella kierowała w stronę kapitana. Zdała sobie sprawę, że przyjazd tutaj w towarzystwie Monastario nie był najlepszym pomysłem, ale nie sposób było się teraz wycofać.

– Isabello – powiedziała. – Nie chcemy przeszkadzać. Na pewno rodzice kazali ci dopilnować wszystkiego pod ich nieobecność. Zależy nam, żeby porozmawiać z Javierem. Próbujemy znaleźć sposób, żebyście nie musieli się wyprowadzać.

Dziewczyna spojrzała na nich ze zdziwieniem.

– Chyba señor i señorita nie wierzą w te bajki o skarbie? – spytała z niedowierzaniem.

– Prawdę mówiąc, sądzimy, że coś ważnego może się w nich kryć – odparła z lekkim uśmiechem Emiliana. Isabella nie wyglądała na przekonaną, ale kazała służącemu podać gościom lemoniadę i poszła poszukać brata.

– Niepotrzebnie dajesz jej nadzieję – mruknął Monastario, rozglądając się dookoła. Señorita zamarła. W ferworze ekscytujących poszukiwań przestała myśleć o dramacie rodziny, która musi porzucić swój dom. – Wiesz, że zgodnie z prawem nie mogą tu dalej mieszkać.

– Ale nie pozwoli pan chyba, żeby Ortiz przejął ich ziemię?

– Ortiz nie. Ale królestwo Hiszpanii już tak.

Emiliana prychnęła.

– Czyli pan.

Monastario zmrużył oczy.

– Tylko na tak długo, dopóki ktoś jej nie kupi! – odparł, nieświadomie podnosząc głos. – Dlaczego od razu założyłaś, że wezmę ją sobie, jakby do mnie należała? Bo tak robią wszyscy caballeros? Nie, señorita. W moim świecie, żeby coś mieć, trzeba to sobie wywalczyć. Albo kupić.

Señorita! – Z wnętrza domu rozbrzmiał radosny okrzyk Javiera. Chwilę później chłopiec wypadł na patio, cały rozpromieniony. Na widok komendanta stanął jak wryty, a mina wyraźnie mu zrzedła. – I pan – dodał, jakby chciał zapytać: „co pan tutaj robi?”.

Buenos dias, Javier. – Emiliana uśmiechnęła się do niego pospiesznie. – Wiem, że masz pretensje do kapitana Monastario, ale musisz zrozumieć, że on tylko wykonuje swoje obowiązki. To ktoś inny, ktoś nieżyczliwy powiedział mu, że nie macie odpowiednich dokumentów, żeby tu mieszkać, i teraz kapitan musi postąpić zgodnie z prawem. Ale jak tylko dowiedział się o skarbie, od razu uwierzył i chce nam pomóc go odnaleźć.

Javier mierzył komendanta nieufnym spojrzeniem.

– Żeby go sobie później wziąć dla siebie? – zapytał. Emiliana zamrugała ze zdziwieniem. – Złoczyńcy w książkach tak robią – wyjaśnił chłopiec, wzruszając ramionami. Monastario zmierzył go rozbawionym spojrzeniem.

– Skarb, zgodnie z prawem, należy do waszej rodziny, chłopcze – odezwał się. – A ja, jako komendant, muszę przestrzegać prawa.

Javier nie wyglądał na przekonanego.

– Czy ty mu ufasz, señorita? – zapytał, wpatrując się w Emilianę poważnie. Dziewczyna nie odpowiedziała od razu. Zmierzyła kapitana wzrokiem, popatrzyła mu dłuższą chwilę w oczy, tak, żeby poczuł ciężar tego prostego pytania i wziął odpowiedzialność za jej odpowiedź.

– Tak – powiedziała, wciąż patrząc w jasnoniebieskie tęczówki. – Tak, ufam mu.

*

Javier nie okazał się szczególnie pomocny.

–  Nie, na pewno na pucharze nie było nic wyryte. Żadnych numerów, żadnych liter. Tylko kamyczki – powtarzał po raz trzeci, lekko znudzony pytaniami dorosłych.

–  A te kamyczki układały się w jakiś wzór? – podsunęła Emiliana. Chłopak zastanowił się i potrząsnął głową.

– Nie. Były takie… co jakiś czas, w równych odstępach, mniej więcej w połowie kielicha.

– Jaki miały kolor? – spytał Monastario.

–  Czerwony.

Emiliana spojrzała na komendanta z niedowierzaniem, jakby chciała zapytać: „co to ma do rzeczy?”. Wzruszył ramionami. Kończyły mu się pomysły.

Javier przyniósł też skrzynkę, w której znalazł puchar i wskazówkę. Obejrzeli ją dokładnie, ale i ona ich rozczarowała. Proste, drewniane, chociaż porządnie zbite pudełko. Bez śladów inskrypcji czy atramentu.

– Mogę jeszcze pokazać, gdzie to znalazłem – zaproponował, widząc zrezygnowanie i zmęczenie dorosłych. Z braku lepszych opcji poszli z nim do piwnicy. Wybudowano ją w pewnej odległości od domu. Z zewnątrz wydawała się bardzo niskim budynkiem, ale gdy zeszło się po schodkach do środka, od razu rzucała się w oczy jej pojemność. Javier wskazał kąt na prawo od drzwi, w którym obecnie stała wypełniona winem beczka.

–  Nie ruszymy tego – zauważyła zmartwiona Emiliana. – Kapitanie, może mógłby pan przyprowadzić swoich żołnierzy…

– Po co? – prychnął Monastario. – przydałby się co najwyżej do opróżnienia tej beczki.

Javier otwarcie zachichotał. Emiliana walczyła z wypływającym jej na usta uśmiechem i bardzo starała się przybrać oburzoną minę. Komendant kucnął, w pełni świadom faktu, że gdy stąd wyjdzie, jego nieskazitelne spodnie przestaną być białe. A tym bardziej nieskazitelne.

– Wydaje mi się, że nie docenia pan sierżanta – odezwała się dziewczyna. Monastario przerwał oględziny beczki i ziemi dookoła niej, żeby rzucić Emilianie zaczepne spojrzenie.

–  A ty, señorita, stałaś się nagle ekspertem od spraw wojskowych? – rzucił drwiąco. Dziewczyna tupnęła nogą.

– Jest pan okropny – zawyrokowała. – Javier, co to za pomieszczenie? – zwróciła się do chłopca, wskazując krótki korytarz na wprost wejścia prowadzący do drugiej części piwnicy.

– To ta część, którą poszerzali – odpowiedział chłopiec. – Tata mówił, że dawno temu piwnica była właśnie tak duża, jak teraz, tylko potem się zawaliła. Przy przebudowie odkopali stare fundamenty. Właściwie wróciła do dawnych rozmiarów.

Emiliana poszła do drugiego pomieszczenia, unosząc wysoko świecę, których zapas zabrali przezornie z domu Cabrerów. Monastario przystąpił do oględzin beczki z drugiej strony. Zauważył, że Javier stoi nieopodal i przygląda mu się uważnie. Oficer uśmiechnął się lekko.

– Pilnujesz mnie jak bohater złoczyńcy? – zapytał. Dzieciak nie wydawał się zbity z tropu ani zawstydzony.

– To pan wyrzuca nas z domu – powiedział, jak gdyby stanowiło to wystarczający argument. W jego głosie zabrzmiała pretensja zmieszana ze smutkiem i Monastario niespodziewanie poczuł się nieswojo pod tym zawiedzionym, rozżalonym spojrzeniem ciemnych oczu dziecka. Mimowolnie przywołał w pamięci obraz innego chłopca: piętnastoletniego, czarnowłosego, o jasnoniebieskich oczach, który dawno temu poszedł upomnieć się o podobną sprawę.

– Proszę, proszę, młody dziedzic rodziny Monastario zawitał w moje progi! – przywitał go wtedy señor Perez z ironicznym uśmiechem. Przybranie uprzejmego tonu i wydukanie prośby wiele kosztowało młodego, od zawsze dumnego Enrique, ale powtarzał sobie, że robi to dla matki i siostry. – Nie, chłopcze, nie mogę spełnić twojej… ach, pokornej prośby. – Señor Perez nigdy nie mówił inaczej, jak z drwiną. – Wygrałem majątek od twojego lekkomyślnego ojca zgodnie z prawem. Do niego miej pretensje albo do prawa, ale nie do mnie.

– Nie ja wyrzucam was z domu – powiedział teraz Monastario do Javiera, oglądając ziemię wokół beczki dokładniej, niż było to konieczne. – Jako komendant muszę postąpić zgodnie z prawem, a według niego nie można mieszkać na jakimś terenie, jeśli nie ma się odpowiedniego dokumentu.

– A pan nie może nam takiego dokumentu dać? – zapytał chłopiec z nadzieją.

– Nie mam takiej władzy – odparł kapitan krótko.

– A kto ma? – Javier nie dawał za wygraną. Monastario westchnął niecierpliwie.

– Król albo wicekról. Obaj są teraz w Hiszpanii. To na innym kontynencie.

Chłopak zrobił obrażoną minę.

– Wiem, gdzie jest Hiszpania, oglądam często mapy! – oznajmił. – Mógłby pan napisać do nich list. Albo poczekać, aż tu przypłyną. Mógłby pan nam dać więcej czasu.

Monastario przeszedł dreszcz. Więcej czasu…

– Señor, nie winię pana – mówił młody Enrique. – Proszę jedynie o zrozumienie naszej sytuacji. Jeśli da nam señor czas, wypłacimy ci równowartość naszego majątku. Pozwól nam go tylko zachować. Odwołuję się do pańskiego sumienia…

          – Sumienia? – Señor Perez wypuścił z ust kłąb dymu i wybuchnął śmiechem. – Mój chłopcze, skąd pomysł, że jakieś mam? Jeśli chcesz dojść do czegoś w życiu, nie możesz pozwolić sobie na taki luksus. – Zaciągnął się cygarem. – Masz na imię Enrique, tak? Posłuchaj mnie, Enrique. Wydajesz się bystrym chłopakiem. W życiu nie ma drugich szans. Są okazje do wykorzystania, i ja właśnie korzystam ze swojej. Kiedyś dorośniesz i zrozumiesz, co miałem na myśli. Życzę ci, żebyś też wykorzystał własną.

Trzynaście lat temu, w Saragossie, gdy señor Perez zajmował należący do rodziny Monastario od pokoleń majątek ze wszystkimi ranczami i starą hacjendą, piętnastoletni Enrique nauczył się, że światem rządzi pieniądz, za który można kupić wszystko, oraz dobrze wykorzystywane okazje. Wyprostował się, otrzepał spodnie i spojrzał w szczerą, upartą twarz małego Cabrery, zamierzając powiedzieć mu dokładnie to samo, co usłyszał kiedyś od Pereza. Ciemne oczy, pomimo beznadziejnej sytuacji rodziny, patrzyły butnie i zadziornie, wypychając do świadomości komendanta dalsze części wspomnienia.

Młody dziedzic rodziny Monastario uniósł dumnie głowę.

          – Señor, nie przypominam sobie, żebyśmy przechodzili na ty – powiedział zimno, obserwując z zadowoleniem zaskoczenie, które pojawiło się na twarzy Pereza. – Może wygrałeś nasz majątek, ale nie myśl, że razem z nim pozbawiłeś nas też godności.

Kapitan odchrząknął, przeczesał ręką włosy i, unikając śmiałego spojrzenia Javiera, mruknął tylko:

– Zobaczę, co da się zrobić.

Coś drgnęło mu w sercu na widok uśmiechu wypływającego na twarz chłopca. Jeszcze nigdy nie był tak wdzięczny, słysząc głos Emiliany.

– Kapitanie! Javier! Chodźcie tutaj, spójrzcie! – wołała señorita. Obaj przeszli do sąsiedniego pomieszczenia. Dziewczyna stała pod jedną z kamiennych ścian.

– Javier, czy to te fundamenty odkopał twój tata? – spytała. Ciemnozielone oczy lśniły nieskrywaną ekscytacją.

Si, señorita – odparł chłopiec. – Ten i tamten, i jeszcze kawałek tam, w głębi.

Monastario podszedł bliżej dziewczyny, wodząc wzrokiem po murze. Zauważył litery, zanim mu je pokazała. Mało widoczne, zatarte przez czas, ale zapewne wyryte ludzką ręką: duże M, potem kreska z lekko zawiniętym w prawo, dolnym brzegiem, a na końcu cyfry 6, 2 i 1.

– Tata powiedział, że piwnicę musiał budować Miguel Cabrera, bo zostawił tu swoje inicjały – odezwał się Javier, dostrzegając, na co dorośli patrzą. – MC, a dalej pewnie rok budowy, tylko cyfra na początku się starła.

–  To nie są inicjały Cabrery – powiedział cicho Monastario, wpatrując się w napis jak zahipnotyzowany.

–  Mt – szepnęła Emiliana. – Ewangelia według świętego Mateusza. Rozdział szósty….

Jej palce wsunęły się w dłoń komendanta i zacisnęły.

– …werset dwudziesty pierwszy – dokończył kapitan. Spojrzał na nią z błyskiem w jasnoniebieskich oczach. Uśmiechała się.

–  Señorita, znaleźliśmy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *