Legenda i człowiek Cz IV: Zatrute piękno, rozdział 9

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Niebezpieczeństwo czasem kryje się tam, gdzie nikt się go nie spodziewa... Czwarta część opowieści o Zorro i Victorii
Postacie/Characters
, de la Vega, , , Jamie , Luis Ramon,

Don Esteban Oliveira, , hodowca owiec i koni, był przekonany, że po akcji Zorro będzie miał już spokój z Luisem Ramone. W końcu to, że Ramone zażądał od niego horrendalnych kar za wymyślone przewinienia i opłat za korzystanie z wody na miejskim gruncie, było skutkiem choroby, jaka w tamtym czasie dotknęła . Co prawda don Oliveira podejrzewał, że nazwanie tego chorobą było łagodnym niedomówieniem, a właściwsze byłoby zastanowienie się nad zawartością prywatnej piwniczki Ramone, ale cóż… wyzdrowiał i starannie pomijał milczeniem wszystko, co się wtedy wydarzyło. Zdaniem don Estebana obejmowało to także zakazy i nakazy, z jakimi swego czasu zjawił się w jego hacjendzie .

Jakby nie było, don Esteban pogrzebał w pamięci tamtą sprawę, toteż jego zdziwienie nie miało granic, gdy sierżant Mendoza znów złożył mu wizytę. Tym razem znacznie uprzejmiejszą, ledwie z jednym towarzyszącym mu żołnierzem, ale dostarczone przez niego dokumenty nie pozostawiały wątpliwości – on, don Esteban Oliveira, zrzekł się swego prawa do czerpania wody ze źródła na terenie miasta.

To, że to zrzeczenie rujnowało wszystkie jego starania o odbudowę rodzinnego majątku, było jedną sprawą. Drugą, równie istotną był fakt, że don Esteban nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy takie zrzeczenie podpisywał. Co mogło oznaczać tylko jedno – ktoś sfałszował jego podpis.

Rozwścieczony caballero pojechał więc do i, jak się tego mniej więcej spodziewał, niczego nie wskórał. A raczej zyskał tylko tyle, że , , zaproponował mu nową umowę na korzystanie z miejskiej wody, obwarowaną takimi zakazami i kosztami, że czyniła ona niewielką hodowlę don Oliveiry, nie tylko owiec ale i koni, całkowicie nieopłacalną. Nic więc dziwnego, że caballero wpadł w furię.

Jednak osiągnął tylko tyle, że został wyproszony z garnizonu. Nadal rozzłoszczony poszedł więc do gospody señority Escalante, by tam nad kubkiem wina ochłonąć i przemyśleć dalsze postępowanie. Podpisanie umowy nie wchodziło w grę, tego był pewien. Po dłuższym odpoczynku i namyśle udał się zatem z powrotem do gabinetu , zdecydowany, by tym razem wyłożyć swoje racje w sposób spokojny i rzeczowy, z całym dobrodziejstwem znanych mu argumentów, i tak osiągnąć upragnione porozumienie i pozwolenie na korzystanie z wody. Był gotów zapłacić za to prawo, tyle że mniej, niż oczekiwał tego .

Jak było do przewidzenia, nie powiodło mu się. wpadł niemal w furię, gdy don Esteban ostrożnie napomknął w rozmowie, że zrzeczenie się prawa do wody zostało spisane w czasie, gdy Luis Ramone był chory. I tak druga wizyta don Estebana Oliveiry w garnizonie zakończyła się dla niego ponownym wyrzuceniem za bramę. Tym razem dodatkowo odebrał mu wszystkie przywiezione papiery, także te potwierdzające prawo don Oliveiry do hacjendy.

Tymczasem przed garnizonem na don Estebana i na oczekiwała niespodzianka.

Gdy rozległy się krzyki, wybiegła na werandę przed gospodą i zamarła. Przybył Zorro! Uwijał się teraz pomiędzy żołnierzami, tocząc jednocześnie dwa, a może trzy pojedynki i zarazem unikając pościgu pozostałych. Właśnie wpakował sierżanta Mendozę w wózek z sianem i natychmiast wykorzystał ten sam wózek po to, by się zasłonić nim od kaprala Rojasa i dwu innych żołnierzy. , wściekły, stał w bramie garnizonu i szarpał się z zamkiem pistoletu, krzycząc kolejne rozkazy, których żołnierze, jak zwykle, nie słuchali.

Jednak, im dłużej patrzyła, tym bardziej coś wydawało się jej nie pasować. Zorro sprawiał wrażenie jakby bardziej… rozzłoszczonego? Zdeterminowanego? Zaciętego w tym, co robi? Nie potrafiła tego określić, czuła jedynie, że gdzieś zniknął jego wdzięk i lekkość, która sprawiała, że wszystkim wydawało się, iż jego pojedynki są bardziej zabawą niż poważną walką. Brakowało jej tego lekkiego przeskakiwania przeszkód, tanecznych ruchów, misternych fint szpadą… Ale przecież to był Zorro! Nie mógł być ktokolwiek inny…

Ale te myśli Victorii prysnęły, gdy Zorro przewrócił ostatniego z żołnierzy i zręcznie zamknął bramę garnizonu tuż przed nosem Ramone. Jednym płynnym ruchem pozbierał porzucone przez papiery, podał je don Estebanowi , a potem… Potem z wdziękiem ucałował dłoń donny Escobedo, mówiąc cicho do niej coś, co spowodowało, że dziewczyna niemal osunęła się na ziemię z wrażenia. I za chwilę zniknął. Wskoczył na swojego czarnego wierzchowca i pognał do wyjazdu z miasta.

Victoria też niemal osunęła się na ziemię. Niemal, bo piekąca złość, poczucie zdrady i duma kazały jej ustać pewnie, z wysoko uniesioną głową. Ona przecież zerwała z Zorro! Co z tego, że szuka on pocieszenia w ramionach innej? Choćby to była panna Escobedo? Ona, Victoria Escalante, nie okaże z tego powodu żalu czy smutku, ani tego, jak bardzo ją to dotknęło.

Ale z Diego to ona już sobie porozmawia…

Don Alejandro uniósł głowę, słysząc trzask drzwi wejściowych. Victoria jak burza wpadła do hacjendy.

– Gdzie on jest! – krzyknęła.

– Kto?

– Diego! Gdzie on jest?

– W gabinecie, przy mapach – zdziwił się don Alejandro. Diego usiadł nad mapami już wczesnym rankiem i pracował tam, według wiedzy ojca, do tej pory. Zależało mu, by skończyć przed jesiennymi burzami opracowanie mapy możliwych podtopień, która pozwoliłaby bezpiecznie przeprowadzić stada poza zalewane tereny, szybko i bez niepotrzebnego tłoczenia się zwierząt.

Victoria szarpnęła drzwi gabinetu. Diego spojrzał na nią zdumiony zza biurka. Wyglądało na to, że nie ruszył się stamtąd już od kilku godzin, bo na blacie i dookoła fotela leżały dziesiątki szkiców, karteczek czy zwojów map, ale Victoria doskonale pamiętała, jak dawniej zdarzało się jej zastać Diego przy fortepianie czy malowaniu, gdy jeszcze kilka minut wcześniej podbijał oczy żołnierzom, czy łapał koniokrada. Wiedziała więc, że Diego do perfekcji doprowadził udawanie bardzo zajętego, gdy tymczasem zajmował się czymś zupełnie innym. Cały ten bałagan zatem nie wywarł na niej najmniejszego wrażenia, tak samo jak nieprzytomny wzrok Diego, najwyraźniej usiłującego zrozumieć, co może być powodem takiego wtargnięcia.

– To tak cenisz swoje słowo? – zaczęła niebezpiecznie cichym głosem.

– Co? O co ci chodzi?

– O twoje słowo. O to, co mi powiedziałeś jeszcze nie tak dawno!

– Ale…

Trzask! Diego odchylił się w tył. Podniósł dłoń do policzka, jakby sam nie wierząc, że został uderzony. A Victoria nie zwlekała z dalszym atakiem.

– Ty dwulicowy draniu! Ty łajdaku! Oszuście! To przychodzisz do mnie, przepraszasz, prawisz słodkie słówka, a potem co? Szukasz sobie nowej panienki? Nowej zabawki może? To może i ja byłam też dla ciebie tylko zabawką? Taką atrakcją? Pojechać, pogonić się z żołnierzami i podkraść pocałunek, co? Wielki mi obrońca sprawiedliwości! Chłoptaś szukający zabawek i kolegów! Jak mogłeś! Ty… – Victoria zamierzyła się do drugiego policzka i urwała.

Diego złapał ją za nadgarstek i wstał. Spróbowała uderzyć go drugą ręką, ale i tą schwytał. Spróbowała kopnąć, ale wywinął się w bok i po chwili tak nią zakręcił, że znalazła się unieruchomiona w jego ramionach. Szarpnęła się, ale bezskutecznie i nagle poczuła lęk. Diego dotykał ją zwykle z ogromnym taktem i czułością. Zresztą zwykle zachowywał się właśnie w taki bardzo łagodny, delikatny sposób, jaki odpowiadał jego wrażliwości. Zbyt łatwo więc można było zapomnieć, że Diego to także był Zorro, obchodzący się dość bezceremonialnie z przeciwnikami, niekiedy balansujący na granicy zabójstwa, ktoś szybki, naprawdę silny i zaskakująco gwałtowny. Teraz jej o tym przypomniał i miała wrażenie, że po raz pierwszy od bardzo dawna rozgniewał się. Ale jego głos pozostał spokojny.

– Co? Się? Stało? – spytał jej nad uchem.

Victoria się rozpłakała.

Trzymał ją w ramionach, kołysząc, aż trochę się uspokoiła i wtedy znów zapytał.

– Co się stało?

– Przyjechałeś do – chlipnęła.

– Nie przyjechałem.

– Byłeś tam – Victoria znów się szarpnęła. Tym razem Diego pozwolił jej obrócić się tak, by stała z nim twarzą w twarz.

– Nie ruszałem się z hacjendy od rana – powiedział spokojnie.

– Ale cię widziałam! – prawie krzyknęła.

– Nie mogłaś mnie widzieć…

– Więc teraz ty twierdzisz, że kłamię? Że coś sobie umyśliłam?

– Nie. Nic takiego nie twierdzę – wciąż trzymał ręce na jej ramionach i chyba ten dotyk przypominał Victorii, jak szybko może ją znów unieruchomić. – Chcę tylko, być mi opowiedziała, co się naprawdę zdarzyło. Co widziałaś. Nie to, co sądzisz, że się wydarzyło.

Victoria zacisnęła zęby. Diego ze swoim spokojem mógł doprowadzić do szału.

– Zorro przyjechał do pueblo – powiedziała spokojnie. – pokłócił się z don Estebanem o prawo do czerpania wody. Kazał go wyrzucić z garnizonu. Pewnie by i aresztował, gdyby Zorro się nie zjawił. Przegonił żołnierzy, odebrał papiery don Oliveiry, oddał mu je i potem, potem… – głos Victorii załamał się – potem rozmawiał z Dolores Escobedo. Pocałował ją! W rękę!

– To nie byłem ja… – głos Diego był dziwnie nieobecny, jakby uwagę młodego de la Vegę zaprzątało coś innego niż rozmowa.

– A kto? – krzyknęła Victoria.

Don Alejandro, który bez większych wyrzutów sumienia podsłuchiwał za drzwiami, miał ochotę zadać podobne pytanie. Był zasadniczo pewien, że Diego nie opuścił gabinetu, ale jednak… Ojciec bał się w tej chwili wniosków, jakie mu się nasuwały. Skoro Diego zwykle mówił o Zorro jak o drugiej osobie, czy mogło być tak, że Zorro działał bez wiedzy Diego?

Tymczasem w gabinecie kłótnia rozgorzała na nowo.

– Jeśli to nie ty wytarłeś Mendozą pół rynku, to kto? Kto zamknął bramę prawie na twarzy ? Nie śmiej się! – krzyknęła Victoria, widząc, że Diego nie potrafi opanować uśmiechu. – Ty draniu!

– Vi… to naprawdę nie byłem ja, uwierz!

– Nie wierzę! Słyszysz? Nie wierzę ci! Raz już mnie okłamałeś! Powiedziałeś, że dajesz słowo, że jestem tylko ja! I co? Czarujesz tę małą Escobedo, Zorro! Znowu!

– Nie okłamałem! – Diego zaczynał tracić cierpliwość. – To nie byłem ja, rozumiesz? Cały czas siedziałem tutaj! W gabinecie!

– Nie wierzę! Rozumiesz! Nie wierzę! Wiem, co widziałam na własne oczy!

– Więc się przekonaj na własne oczy! – Diego szarpnął Victorię za ramię. – Chodź!

Pociągnął ją do drzwi. Don Alejandro ledwie zdołał cofnąć się w bok, za filar, gdy przemknęli koło niego i ruszyli do biblioteki. Domyślał się, dokąd Diego prowadzi Victorię i zgadł, bo gdy wszedł do biblioteki, po skłóconej dwójce nie było śladu.

Victoria drgnęła, gdy Diego pociągnął ją za sobą w kominek. Przejście tędy było ryzykowne, bo łatwo można było zaczepić skrajem spódnicy o wciąż płonące drwa, toteż przez moment na tym skupiła całą swoją uwagę, zapominając o wciąż bolącej głowie.

W jaskini przywitał ją miły chłód i światło świec. Diego pociągnął ją ze sobą dalej, do dalszych części. Gdy poczuła zapach siana, zorientowała się, gdzie ją przyprowadził.

– Możesz mi nie wierzyć – powiedział ze spokojem tym bardziej rażącym, że chwilę wcześniej prawie krzyczał. – Możesz mi nie wierzyć, ale uwierz jemu.

I wyciągnął jej rękę w stronę . Felipe stojący przy boksie odsunął się z drogi.

Dotknęła sierści konia. Ogier prychnął i za chwilę obwąchał jej dłoń, spodziewając się kawałka chleba czy marchwi. Pogładziła go po chrapach i raz jeszcze przesunęła dłonią po grzbiecie. W półmroku stajni niewiele widziała, ale dotyk jej wystarczał. Koń był spocony po biegu, jednak natrafiała palcami na wplątane w grzywę i sierść na grzbiecie źdźbła słomy i siana, a sama sierść była gładka, nie zmierzwiona siodłem. właśnie wrócił do stajni po forsownej jeździe, ale mimo tego nie miał na grzbiecie siodła.

Ale przecież sama widziała. Victorii zakręciło się w głowie. Przecież sama widziała, jak Zorro wskakuje na siodło, jak spina konia i gna do bramy pueblo. Miała tę scenę wyrytą w pamięci tak samo jak to, że unosił do ust dłoń Dolores, a wcześniej przewracał żołnierzy. Nie, musi być inne wytłumaczenie. Choćby szczotka w dłoni Felipe.

– Co mam widzieć? – zapytała, pozwalając, by gorycz, jaką czuła, odbiła się pogardą w jej głosie. – Że twój koń jeszcze nie ochłonął po galopie? I to ma być ten twój dowód? Przeliczyłeś się, Zorro. Umiem rozpoznać, czy koń stał w stajni, czy gnał pod jeźdźcem.

– Vi, nie… Nie jeździłem dziś na Tornado…

– I uważasz, że ci uwierzę? Gdy sama to widziałam? – spytała. – Przestań mnie wreszcie okłamywać.

Obróciła się gwałtownie w stronę wyjścia.

Nagle dwie drobne, ale silne dłonie złapały ją za rękę. Obejrzała się z powrotem. Felipe, z twarzą zaczerwienioną z gniewu wpatrywał się w nią bacznie, jakby pytając, o co chodzi. Przez moment zrobiło się jej żal chłopaka.

– Chcesz wiedzieć, co się stało? – Przytaknął. – Zorro pojawił się dziś w pueblo. Pomógł don Estebanowi Oliveirze, a potem zaczął podrywać pannę Dolores!

Felipe spojrzał na nią, a potem na Diego ze zdumieniem.

– Tak – mówiła dalej. – Diego twierdzi, że się nie ruszał z domu. A przecież widzę, że jest zbiegany!

Felipe drgnął, jakby coś go ukłuło. Zaczął gwałtownie wymachiwać rękoma, wyjaśniając coś bardzo zawile, ale Victoria nie miała siły na odgadywanie jego zagadek.

– Widzę Diego – zwróciła się do stojącego obok de la Vegi – że i Felipe kłamie w twojej obronie. Jak ci nie wstyd!

Felipe wpadł w szał. Z furią wymachiwał dalej, a za chwilę, widząc jej nierozumiejące, wrogie spojrzenie, poderwał z ziemi zwój liny i wepchnął go jej w ręce. Spojrzała zdumiona. Linka była dość długa i cienka, poplamiona trawą i… końskim potem i śliną. Victoria popatrzyła na rozzłoszczonego chłopaka, na linkę, na konia… Nagle zdała sobie sprawę, że koń mógł biegać wcale nie pod siodłem, a na uwięzi. Potrzebował ruchu, a Felipe musiał o to zadbać. Ale to nie mogło, po prostu nie mogło być tak proste!

Rzuciła linkę i ruszyła do wyjścia.

Za gwałtownie. Nagle ból głowy uderzył ze zwielokrotnioną siłą, a przed oczyma zatańczyły jej roje iskier. Poczuła że leci gdzieś w przepaść.

Oprzytomniała chwilę później, z twarzą przemywaną przez Diego zimną wodą. Felipe ze zmartwioną miną zaglądał mu przez ramię.

– Co się stało? – spytała.

– Zasłabłaś – wyjaśnił krótko Diego. – Chyba za dużo się działo jak dla ciebie.

Poczuła się urażona tym niewypowiedzianym stwierdzeniem, że źle znosi zamieszanie i kłótnie.

– To nie z tego powodu! – prychnęła unosząc wysoko głowę i spróbowała wstać. Nim się podniosła, Diego już podtrzymywał ją pod ramię.

Posadził ją przy stole w jaskini i zaczął zapalać kolejne lampki. Robiło się coraz jaśniej. Obserwowała jego zręczne, płynne ruchy i nagle przypomniało się jej, jak patrzyła na tamtego Zorro, który, jak twierdził Diego, nie był nim. Przypomniała sobie to dziwne wrażenie, że coś jest nie tak, niż być powinno, ale zaraz zagłuszyło je poczucie krzywdy. Chciała, tak bardzo chciała mu uwierzyć, ale wciąż nie mogła. Wciąż miała przed oczyma tamtą rozmowę Zorro z Dolores. Wprawdzie Tornado sprawiał wrażenie, jakby mimo wszystko nie nosił dziś siodła, no i ta linka, i złość Felipe… Wstała. Wolniej i ostrożniej niż zwykle, by uniknąć zawrotów głowy. Nie miała ochoty zostać tu i rozmawiać, czy nawet pozwolić, by Diego się o nią troszczył.

– Odwieź mnie do pueblo – oznajmiła.

– Dobrze – znów podtrzymał ją pod rękę. Odtrąciła ją. Jej wściekłość zmalała, ale wciąż czuła się boleśnie urażona.

W bibliotece oczekiwał na nich don Alejandro. Victoria uniosła dumnie głowę na jego widok. Wiedziała, że postępuje może trochę głupio, ale nie miała ochoty widzieć współczującego, rozumiejącego spojrzenia starszego de la Vegi.

– Chcę wracać do pueblo – oświadczyła. – Czy Pablo mógłby mnie odwieźć wozem?

– Pablo? – zapytał Diego. – Myślałem…

– Źle myślałeś. Nie chcę z tobą rozmawiać.

Ruszyła do drzwi.

– I jeszcze jedno – odwróciła się w progu. – Jeśli wieczorem spróbujesz wejść do mojego pokoju, wylecisz przez okno. Nieważne, czy to będziesz ty, czy Zorro. Nie chcę słuchać przeprosin.

Wyszła.

Don Alejandro patrzył na drzwi tak, jakby po raz pierwszy w życiu widział señoritę Escalante.

– Diego, co się stało? – zapytał w końcu.

– Ktoś podszył się pod Zorro. Pomógł don Estebanowi w sporze z . Szybko załatwił sprawę, ja pewnie bym musiał się wybrać do garnizonu po zmierzchu, gdybym wiedział…

– To nie powód, by tak rozwścieczyć Victorię.

– Ten ktoś – powiedział Diego nagle zachrypniętym głosem – zaczął zalecać się do donny Dolores Escobedo.

Don Alejandro przez moment nie wiedział, co powiedzieć.

– Rozumiem, że próbowałeś ją przekonać…

– Tak!

– Jest tylko nadal zła, czy…

– Nie wiem, czy mi uwierzyła – Diego pokręcił głową. – Pech chciał, że Felipe zabrał akurat Tornado do wybiegania.

– Tornado? – przez moment don Alejandro nie rozumiał, co syn ma na myśli.

– Moje umiejętności maskowania tym razem obróciły się przeciw mnie. Za często Diego zjawiał się zaraz po Zorro, zajęty czymś zupełnie nieważnym. Nie mogła mi uwierzyć. A ja pomyślałem, że jak zobaczy, że koń niezbiegany, to mi uwierzy…

– Ale…

– Widziałeś, ojcze. Może uwierzyła Felipe. Może nie. Ale już nie mogę jej teraz przeprosić.

– To co zrobisz?

– Wybieram się do pueblo. Może wpuści mnie do gospody, bo muszę porozmawiać z paroma osobami, jak chociażby z Mendozą – wyjaśnił Diego. – Skoro, jak mówi Victoria, wytarłem nim rynek, chętnie posłucham jak tego dokonałem.

.

CDN.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *