Legenda i człowiek Cz IV: Zatrute piękno, rozdział 11

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Niebezpieczeństwo czasem kryje się tam, gdzie nikt się go nie spodziewa... Czwarta część opowieści o Zorro i Victorii
Postacie/Characters
, de la Vega, Escalante, , Jamie , Luis Ramon,

Względne pogodzenie się z Diego na jakiś czas poprawiło nastrój Victorii, ale nie na długo. Świadomość, że piękna panna uparła się, by zdobyć względy Diego, stale ją dręczyła, szczególnie, że w następnych dniach często widziała, jak donna Escobedo stara się osaczyć Diego i zmusić do rozmowy. Toteż , po krótkiej poprawie nastroju, znów zaczęła reagować nerwowo na najmniejszy kłopot. Jej bóle głowy nasiliły się, a w dodatku dołączyły do nich bóle żołądka tak dokuczliwe, że jadła coraz mniej.

Któregoś dnia, w parę tygodni po tym, jak Diego tak pechowo potłukł sobie rękę, weszła do kuchni w chwili, gdy Antonia ustawiała na stole gar z gazpacho. Ostra, kwaśna woń zupy zakręciła jej w nosie i przyprawiła o taki skurcz żołądka, że ledwie zdążyła do zacisznego kącika za stajnią. Gdy wyprostowała się w końcu, marząc o kubku zimnej wody, zobaczyła przyglądającą się jej señorę Antonię.

– Dziewczyno… – odezwała się starsza kobieta. – Czy ty nie masz kłopotów?

– Co? Jak? – wyjąkała Victoria. Nie rozumiała, o czym Antonia mówi.

Starsza kobieta podeszła bliżej i delikatnie pogładziła ją po policzku, potem podniosła jej brodę i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w oczy.

– Córka – zawyrokowała w końcu.

– Co!

– Córka – wyjaśniła spokojnie señora Antonia. – Córka zawsze zabiera matce urodę, a ty ostatnio zbladłaś i zmizerniałaś.

poczuła, że nogi się pod nią uginają.

– Nie – zaprzeczyła słabo. – Nie!

– Oj, dziewczyno… – pokręciła głową señora Antonia. – Lepiej zakręć się koło ślubu, nim będzie za późno…

nie miała pojęcia, kto pierwszy puścił tę plotkę w obieg. Nie podejrzewała señory Antonii. Mimo wszystko starsza kobieta miała dla niej sporo życzliwości, pomijając już sam fakt, że była jej wdzięczna za zatrudnienie w kuchni i raczej usłuchała prośby, by nikomu nie mówić. Ale zakątek za stajniami odwiedzali inni ludzie, więc nie wykluczała, że ktoś usłyszał tę krótką rozmowę. Jakkolwiek to było, zaczęła spostrzegać coraz więcej taksujących spojrzeń skierowanych w swoją stronę i słyszeć, że rozmowy milkną, gdy podchodzi bliżej. Mogła sądzić, że to tylko złudzenie, wywołane przerażającym stwierdzeniem señory Antonii, ale dzień w dzień, coraz częściej, chwytały ją mdłości. Bywały ranki, że w ogóle nie mogła wejść do kuchni, bo zapach polewek, chili con pollo czy sosu do burritos zmuszał ją do pospiesznego opuszczenia pomieszczenia. Było tylko kwestią czasu, gdy kto inny zauważy jej chorobę. Wiedziała, że powinna pójść do madre Rosy, by potwierdzić czy rozwiać wątpliwości, ale nie miała odwagi. Sam fakt, że by się tam udała, byłby potwierdzeniem tego, co zaczynano o niej szeptać.

Przerażała ją też myśl, że będzie musiała porozmawiać z Diego. Całe zamieszanie na razie go ominęło, bo ojciec wysłał go na kontrolę pastwisk, ale wcześniej zjawiał się co rano, by zajrzeć do gospody i spróbować namówić ją na choćby chwilę przejażdżki po okolicy czy wizytę w hacjendzie. Pocieszało ją to, szczególnie po tym, co powiedziała jej donna Dolores, jednak od czasu, gdy Zorro tak bezczelnie zalecał się do panny Escobedo, wciąż czuła do niego urazę. Mimo zapewnień Diego, mimo świadectwa Felipe, coś przeszkadzało jej traktować młodego de la Vegę tak, jak kiedyś. A teraz, przerażona tym, co jej powiedziano, nie wiedziała, czy zdoła choćby wykrztusić z siebie, o co ją podejrzewano.

Kolejnego poranka, gdy skończyła się krztusić wspomnieniami skąpego śniadania i ruszyła w stronę kuchni, zobaczyła señorę Chiarę, opartą o mur z uśmieszkiem zadowolenia na twarzy i zrozumiała, że prawdziwa burza jest dopiero przed nią.

Don stanął się w przedsionku hacjendy. Diego właśnie wrócił z objazdu pastwisk, a teraz przebierał się w pośpiechu, by pojechać do . A on musiał go zatrzymać, bo chciał porozmawiać z synem, zanim ten dowie się o pogłoskach, jakie od kilku dni krążyły po Los .

– Diego?

– Spieszę się, ojcze.

– Diego, musimy porozmawiać. To ważne. Chodź do biblioteki.

Diego z westchnieniem zawrócił od drzwi.

– Tak, ojcze? Co się stało?

– W są kłopoty.

– Co? znów coś wymyślił?

– Nie, tym razem nie , choć on też ostatnio znów zaczyna być uciążliwy. Ale teraz my mamy kłopoty.

– Jakie?

Don zawahał się.

– Długo by mówić… Mogę cię o coś zapytać?

– Tak?

– Na kiedy planowaliście z Victorią ślub?

– Na kiedy… – Diego popatrzył na ojca z niedowierzaniem. – Wiesz – przyznał w końcu – jakoś nie wyznaczyliśmy sobie daty.

– Nie? A przy zaręczynach?

Diego przetarł dłonią czoło.

– Ojcze… Nie było zaręczyn.

Teraz przyszła kolej na don Alejandra, by niedowierzać własnym uszom.

– Jak to nie było? Przecież…

Młody de la Vega usiadł ciężko w fotelu.

– Pamiętasz, co się wtedy działo? Ja zostałem ranny, potem Ramone urządził nam przesłuchanie…

– A oświadczyła, że wybrała ciebie zamiast Zorro.

– Tak, ale nie powiedziała, że ja się jej oświadczyłem. Bo ja tego nie zrobiłem.

– Nie rozumiem.

– Ojcze… Czy poprosiłem cię o pierścionek mamy? Czy urządziliśmy wielki bal, na którym oznajmiliśmy tę radosną nowinę? Czy poprosiłem cię o pozwolenie i błogosławieństwo?

– Wiesz, że je masz. Oboje je macie, ty i Victoria, nieważne, co się wydarzy. A co do balu, to przecież ledwie uszedłeś z życiem. Jak mogliśmy urządzać fety?

– Zgadza się, ledwie uszedłem z życiem. Ale tamtego wieczoru oboje, i ja, robiliśmy wszystko, by się uratować. Felipe wymyślił napad, by wytłumaczyć moją ranę, a potem byliśmy tak zajęci zostawianiem śladów, by to wydawało się prawdziwe, że żadne z nas nie pomyślało, jak wytłumaczyć, co robiłem tak późno w nocy w gospodzie. Przypomniałeś nam o tym, pamiętasz?

– Nie…

– Przyszedłeś do Vi, powiedzieć jej o plotkach, jakie o nas krążą. I powiedziałeś, że z radością powitasz ją jako synową, pamiętasz? – przypomniał Diego.

– Tak, teraz tak. Ale ty wtedy spałeś.

– Nie. Znów w pośpiechu wymyślaliśmy plan i wyjaśnienie, że zdecydowała wybrać pomiędzy mną a Zorro wydało nam się najlepsze. A ty potwierdziłeś to, nazywając ją publicznie synową. Ale oświadczyn, takich formalnych oświadczyn nie było. Nikt nie zwrócił na to uwagi, zapewne wszystkich dość zaskoczyliśmy. To, że byłem ranny, dość dobrze tłumaczyło brak uroczystości, a gdy wyzdrowiałem… No cóż, w oczach mieszkańców Los byliśmy już uznaną parą. A o pierścionku mamy, przyznam się, zapomniałem na jakiś czas – Diego wzruszył ramionami.

– Więc termin ślubu…

– Nie wyznaczyliśmy – Diego westchnął. – Widzisz, ojcze… Ja mam swoje wątpliwości, czy powinienem się żenić. Prócz tego cała ta historia ze ślubem jest dla Victorii bardzo trudna. Ta gospoda to jej życie. Jej niezależność, jej duma… Wszystko. Ale uważa, że jako dona de la Vega nie będzie mogła jej prowadzić, bo obowiązki doni są inne, bo nie wypada, by stała za kontuarem i tak dalej. Ja jestem na ten temat trochę innego zdania, ale to odrębna sprawa – Diego machnął ręką. Don nie przerywał. Jego syn bardzo rzadko decydował się mówić, co sądzi o czymś osobistym, czy co czuje. – W dodatku Vi zauważyła, że spora część nie odnosi się dobrze do myśli, że ona zostanie doną de la Vega i jest pewna, że gdy już nią będzie, będzie bardzo samotna. się boi i dlatego ja nie nalegam na wyznaczenie jakiejkolwiek daty. Ale chce wyjść za mnie, dlatego zatrudniła señorę Antonię. I jeszcze – uśmiechnął się Diego, a jego ojciec poczuł ukłucie w sercu na widok radości na twarzy syna – kupiła już materiały na ślubne stroje. Więc prędzej czy później, ślub będzie. Czy to wyjaśnia twoje wątpliwości co do terminu?

– Niezupełnie – spochmurniał don Alejandro.

– Czyli?

Starszy de la Vega westchnął. Plotki, które usłyszał, były paskudne, tak paskudne, że gdyby nie znał swego syna… Najgorsze było to, że mimo wszystko, mimo tego, że wiedział, jak bardzo Diego kieruje się honorem, czuł się niepewnie. Miał wątpliwości, podejrzenia, czy jednak nie była to prawda. Pamiętał przecież tamten poranek, po ucieczce z kopalni, gdy zastał Diego i Victorię wtulonych w siebie i śpiących na jednym łóżku. Ale cóż, nigdy nie uciekał od odpowiedzialności.

– Diego… Po Los krążą pogłoski, że byłoby dobrze, żeby wasz ślub odbył się jak najszybciej – powiedział tak delikatnie, jak potrafił. Ale, jak się zaraz okazało, za delikatnie. Diego nie zrozumiał.

– To znaczy? – zapytał. – Dlaczego? Z tego co wiem, nie uszyła jeszcze swojej sukni…

– Mówią, że nie może – don Alejandro potrząsnął głową i poprawił się. – Że nie wolno już jej włożyć takiej sukni.

– Co? – Diego zerwał się z fotela. – To ta Chiara! – wybuchł. – Ta zadufana w sobie, przekonana o swej ważności baba! Już raz jej coś takiego powiedziała! Jadę zaraz do don Escobedo. Może on jakoś okiełzna język tego babska!

– Diego, to nie Chiara…

– Co? – młody de la Vega spojrzał na ojca szeroko otwartymi oczyma. – Jak to, nie Chiara? Więc kto ośmielił się rozpuścić takie pogłoski o Vi?

Zdumienie syna sprawiło, że don Alejandro poczuł się lepiej. Jeśli tylko Diego nie zagrał tego po mistrzowsku…

– Nie wiem. Chiara miała w tym trochę swojego udziału, ale plotki już były, nim ona zaczęła… mówić.

– Plotki, plotki, plotki… – zirytował się Diego. – Powiedz mi wprost, co się tym ludziom ubzdurało o Vi i spróbujmy z tym skończyć. Ona ma dość innych zmartwień.

– Sądzę, że teraz to jest jej największe. Ludzie się od niej odwracają. Jeśli to będzie dłużej trwało, może stracić gospodę.

– Co?

– Niestety tak. Mówią… – don Alejandro się zawahał jeszcze na moment. Jeśli to nieprawda, urazi syna do głębi serca. Jeśli prawda…

– A więc?

– Mówią, że spodziewa się dziecka.

Diego usiadł. Na fotelu, choć przez moment wyglądało to tak, jakby miał siąść wprost na podłodze.

– Nie… – wyszeptał.

– Obawiam się, że to prawda.

– Nie.

Don Alejandro wstał ze swojego miejsca. Przeszedł się po bibliotece kilkakrotnie, nim zdecydował się znów odezwać.

– Diego?

– Tak, ojcze? – głos Diego był całkowicie wyprany z emocji.

– Powinienem cię zapytać…

– Co? Mnie? Ojcze! – Diego zerwał się na równe nogi i jednym skokiem dopadł ojca, chwytając go za ramiona. – Powiedz to! Powiedz, że nie uwierzyłeś!

– Diego…

Ręce młodego de la Vegi opadły.

– Uwierzyłeś – powiedział gorzko. – Znasz mnie, a jednak uwierzyłeś.

– Nie!

– A więc po co pytasz?

– Miałem wątpliwości…

Diego roześmiał się. Krótko, gorzko. Nagle zwinął się w miejscu i trzasnął pięścią w ścianę. Zmełł w ustach coś, co dla jego ojca zabrzmiało jak coś, co Zorro mógł podsłuchać tropiąc bandytów.

– Mogłem się tego spodziewać – powiedział cicho. – Mogłem się tego spodziewać…

– Diego!

– A nie? – odwrócił się w stronę ojca. – Właśnie zbieram to, na co sobie starannie zapracowałem. Przez te lata, studia, Zorro, tak bardzo oddaliliśmy się od siebie, że jesteś w stanie nawet uwierzyć, że ja… – urwał, jakby nie mogąc wymówić tego słowa – że ja…

– Nie uwierzyłem. Chciałem nie wierzyć!

– Ale zapytałeś…

– Krew nie woda, Diego – westchnął don Alejandro. – Widziałem was oboje po tamtym… po kopalni… Przez moment pomyślałem, że…

– Że twój syn jest tak słaby, że zmęczony zapomni o honorze? – zadrwił Diego.

– Nie! To znaczy… tak…

Diego pochylił się na stołem, kręcąc głową.

– To nie do wiary… – zamruczał w końcu. – Całkowicie nie do wiary… – odwrócił się nagle. – A teraz? – zapytał.

– Teraz wierzę, że to nie ty. Uwierzyłem już wcześniej, podczas rozmowy – don Alejandro starannie przemilczał swoje wcześniejsze wątpliwości co do tego, czy Diego nie odgrywa przed nim komedii. Diego kiwnął głową.

– Jeśli to nie jest jakaś koszmarna potwarz – powiedział z lodowatym spokojem – to zostaje jeszcze jedno wyjaśnienie. Jadę do Los porozmawiać z Vi.

– O ślubie?

– Nie. O czymś innym…

– O Zorro?

– Może. Ale co do Zorro… lepiej, bym nie spotkał tego przebierańca.

.

CDN.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *