Legenda i człowiek Cz IV: Zatrute piękno, rozdział 6

Autor/Author
Ograniczenie wiekowe/Rating
Fandom
New World 1990-1993,
Status
kompletny
Rodzaj/Genre
Romans, Przygoda,
Podsumowanie/Summary
Niebezpieczeństwo czasem kryje się tam, gdzie nikt się go nie spodziewa... Czwarta część opowieści o Zorro i Victorii
Postacie/Characters
, , Escalante, Felipe, Jamie , Luis Ramon,

, spał do późnego wieczora, a to, że się obudził, oznajmił krzykiem całemu garnizonowi. Mendoza, który zaglądał do niego kilkakrotnie, ale uspokojony zapewnieniami doktora, zajął się bardziej pilnymi sprawami, jak rozebranie szafotu, czy sprowadzenie z hacjendy de la Vegów tych żołnierzy, którzy mieli tam pełnić wartę, przybiegł teraz przerażony i natychmiast posłał po lekarza. Nim doktor się zjawił, zdołał już zachrypnąć od wykrzykiwanych żądań i wymysłów, toteż na zadawane pytania odpowiadał słabym, wysilonym szeptem.

– I co, doktorze? – zainteresował się don Diego. Młody de la Vega przyjechał z hacjendy razem z żołnierzami, tak jak oni nieco przybladły od bolącego żołądka, i z zainteresowaniem wysłuchał opowieści sierżanta o nagłym ataku i bezskutecznych poszukiwaniach, jakie przeprowadzono w gabinecie. Zasugerował, że mógł zjeść czy wypić coś, co spowodowało u niego atak szału, ale nie miał najmniejszego pojęcia, co to mogło być. Liczył jednak na to, że sam Ramone o tym powie.

Niestety, nie był rozmowny.

– Nie ma pojęcia, o czym mówimy – stwierdził doktor. – Uważa się za zdrowego, na ciele i umyśle; i sądzi, że to, co go spotkało, jest wynikiem naszego spisku.

– To, czyli fakt, że jest związany?

– Tak. Nie pamięta, o ile się mogłem zorientować z jego wypowiedzi, niczego co się wydarzyło od wczorajszego wieczoru. Nie chciał też słuchać, gdy mu wyjaśniałem. Złości się tylko i domaga uwolnienia.

– Być może powinniśmy go uwolnić…

, nie! – zaprotestował Mendoza. – On zaraz będzie chciał się mścić za zniewagi!

Słowa sierżanta zwróciły uwagę wszystkich. Mendoza, z racji swej rangi, pełnił funkcję nie tylko dowodzącego garnizonem, ale i ordynansa , co oznaczało, że znosił wszystkie jego humory, ale też najlepiej wiedział, co się z nim dzieje. Wytrzymywał wymysły, niesprawiedliwe rozkazy i polecenia najlepiej, jak potrafił, starając się, w miarę swych niewielkich możliwości, je łagodzić, jednak teraz był wyraźnie przestraszony perspektywą wolnej ręki.

– Sierżancie… – odezwał się niespodziewanie łagodnym głosem don Diego. – Czy z nim nie było źle już wcześniej?

– Oj, don Diego… – zaczął Mendoza.

Wszyscy zebrani w gabinecie ze skupieniem wysłuchali długiej i żałosnej opowieści o tym, jak to ostatnimi czasy upokarzał i dręczył sierżanta Mendozę. Jeden motyw stale się powtarzał – przez ostatnie tygodnie Ramone wieczorami wygłaszał szalone monologi o tym, jak zdobędzie szacunek i poważanie wszystkich, włącznie z gubernatorem, i jaką pozycję osiągnie na dworze królewskim w Hiszpanii.

– Do tej pory tylko czasem wspominał coś o tym, że chce cieszyć się szacunkiem i bogactwem – zauważyła w pewnej chwili Escalante. – Nigdy nie planował tego na taką skalę. Raczej koncentrował się na Los i jego mieszkańcach.

– To, że zaczynał się tak zachowywać wieczorami, sugeruje, że don Diego miał rację i coś spowodowało takie zachowanie .

– Oby tak było – zauważył doktor.

– A jeśli nie?

– Jeśli nie, to będę zmuszony wysłać posłańca do Monterey. Sprawdziłem w literaturze i muszę stwierdzić, że niestety, wbrew temu, co mówiłem z początku, są choroby umysłu, które rozwijają się powoli i podstępnie, aż chory traci kontakt z rzeczywistością. To, że ataki następowały do tej pory wieczorami, może to potwierdzać. Także to, że nie jest to dolegliwość umysłu sensu stricto, ale raczej rodzaj zaburzenia.

– To znaczy?

być może nie popadł w obłęd i może cierpieć na guz mózgu, który wpierw powodował u niego urojenia, a teraz dodatkowo konwulsje. Tak czy inaczej, powinien zostać zamknięty w domu obłąkanych.

– Chyba, że ma to jakąś inną przyczynę…

– Jakakolwiek ona jest, nam o tym nie powie – stwierdził lekarz.

– Jak to?

– Próbowałem go wypytać w tej materii. Stanowczo odmawia odpowiedzi i nie widzę sposobu nakłonienia go do zwierzeń.

– Zorro… – zamyślił się don Diego. – On może bez większego ryzyka zmusić do mówienia.

X X X

Luis Ramone leżał w swojej sypialni. Nie spał. , wychodząc, okrył go starannie kocem, lecz i tak drętwiały mu związane ręce i nogi. A gorzej niż więzy dręczyła go przyczyna, dla której zostały nałożone. Bunt? Rewolucja? Napad? Spisek? Nie potrafił się zdecydować, który powód takiego poniżenia był dla niego gorszy. Na domiar złego spiskowcy czy zamachowcy, czy też kim tam oni byli, pozostawili mu w sypialni tylko jedną, jedyną, maleńką świeczkę, która już za parę chwil miała się rozpłynąć. A gdy jej wątły płomyk utonie w jeziorku wosku i zgaśnie, z zakamarków sypialni wypełzną potwory, duszące obłoki czerni, które siądą na nim i wyduszą z niego życie. Ramone podejrzewał, że taki jest plan jego wrogów, by skonał we własnym łóżku, pozornie nietknięty ludzką ręką, bo i więzy nałożono mu takie, by nie pozostawiły żadnych śladów, choć jak sprawdził, trzymały mocno.

Świeczka zapełgała i jęknął. Oto cienie już się zbierały, już widział jeden z nich, powoli przesuwający się dookoła stołu w jego kierunku. Jeszcze chwila i dotknie go ta wysoka smuga czerni… Nagle w czarnej plamie pojawił się srebrzysty błysk, odbicie światła na metalu i Ramone zdał sobie sprawę, że cień nie jest cieniem, ale czarno odzianym mężczyzną. I choć rozpoznał swojego śmiertelnego wroga, jęknął z ulgi.

Po chwili jednak zdał sobie sprawę, że jest sam i unieruchomiony, na jego łasce.

– Mendoza! – wrzasnął, czy raczej usiłował wrzasnąć, bo zdarte krzykami gardło wciąż odmawiało mu posłuszeństwa.

– Cii… sierżant śpi – odpowiedział Zorro. – Reszta garnizonu też. Mieli ciężki dzień, .

– A ty co tu robisz?

– Przyszedłem popatrzeć.

Zorro przez dłuższą chwilę stał przy łóżku Ramone, obserwując go w milczeniu.

– Masz dosyć? – burknął Ramone, gdy Zorro wreszcie się odwrócił.

– Nie – padła krótka odpowiedź. Przybysz w masce przez dłuższą chwilę czegoś szukał w szafie, wreszcie odwrócił się do stołu i od ogarka zapalił nową świecę. W pokoju pojaśniało.

Ramone odetchnął z ulgą.

– Zauważyłem, że nie przepadasz za ciemnością – stwierdził Zorro łagodnym tonem.

– Nie przechodziliśmy na ty!

– Nie, ale mam taką ochotę.

– I na co jeszcze masz ochotę?

– Na popatrzenie. W końcu znamy się już sporo lat i sporo razem przeżyliśmy – Zorro rozsiadł się wygodnie w nogach łoża. Oparł buty o stołek i wyciągnął niewielki sztylet. Zaczął powoli obracać go w palcach, a blask świecy migotał na ostrzu. Ramone zapatrzył się na te błyski.

Ogarek świecy na stole zasyczał i zgasł. ocknął się z zauroczenia.

– A teraz masz dosyć? – zapytał ze złością.

– Nie.

– To kiedy będziesz miał?

– Nie wiem – Zorro wzruszył ramionami. – Jak na nasze ostatnie spotkanie, jesteś bardzo nieuprzejmy, .

– Ostatnie? O czym ty mówisz?

Zorro nie odpowiedział. Wstał i przeszedł się leniwym krokiem po pokoju, zaglądając w różne zakamarki. Wrócił i oparł się nonszalancko o łóżko.

– Gdyby tu był mój znajomy, młody de la Vega – zaczął – ułożyłby pewnie filozoficzną rozprawkę o tym, jak przemija gloria świata i zamieścił w tej swojej gazetce.

– O czym ty mówisz?

– A o czym ty śniłeś, ? O czym marzyłeś? – Zorro przechylił z zainteresowaniem głowę. – O sławie? Bogactwie? Pozycji? Cóż, wszystko przepadło.

– O czym ty mówisz!

– O tobie, . Dziś straciłeś wszystko. Mieszkańcy Los Angeles zobaczyli, jak tarzasz się po ziemi, niczym kurczak z obciętym łbem. Jak więc możesz mówić o jakimkolwiek szacunku? Jeśli więc będziesz sławny, to tylko w bajkach starych babć. Szalony , który dręczył ludzi, aż uwidziało mu się, że stadko kur to spiskujący królobójcy…

– Nie…

– A, i jeszcze twoja kasa jest pusta. Gdzie więc przepadło twoje bogactwo?

– Nie, to niemożliwe… Nie! – Ramone wysilił się do krzyku. Zorro wzruszył ramionami i usiadł z powrotem na łóżku.

– Mówiłem, nie krzycz. Garnizon śpi. A nawet jakby któryś z nich coś słyszał, to twoje zdarte gardło nie wzięło się z niczego. Wrzeszczałeś całe popołudnie. Teraz twoje krzyki ich już nie obchodzą.

– Nie pamiętam…

– Pewnie nie możesz. Ale dziś byłeś całkiem szalony. Doktor twierdzi – Zorro wygodniej oparł się plecami o tył łóżka – doktor twierdzi, że popadasz w obłęd.

– Nie jestem szalony!

– Jak powiedziałem, w ostatnie południe byłeś bardziej niż szalony. Byłeś obłąkany. I tam też doktor chce cię wysłać. Do domu dla obłąkanych.

Ramone poczuł, jak ogarnia go zimno. Zorro mówił z taką pewnością siebie, że nie można było mu nie uwierzyć. Jeśli uznano go za obłąkanego, to tłumaczyło to nałożone mu więzy. A także to, że nie potrafił przypomnieć sobie, kiedy mu je nałożono.

Dom obłąkanych… Łańcuchy, zimno, bicie, nędzna strawa, poniżenie… Piekło na ziemi, gorsze niż jakiekolwiek więzienie…

– Nie jestem szalony – wyszeptał wreszcie z rozpaczą alcalde.

Zorro zerknął na niego spod ronda swojego kapelusza.

– Wszyscy wariaci tak twierdzą. Ale też twierdzą, że ludzie siedzący w gospodzie spiskują przeciw nim, kury są królobójcami, a oni sami zaufanymi sługami jego wysokości. A więc, alcalde?

– Nie…

– Doktor już posłał do Monterey. Za kilka, kilkanaście dni przyjadą cię zabrać. W łańcuchach oczywiście, jako niebezpiecznego furiata.

– Nie! – Ramone szarpnął się w więzach. – Nie mogą! Ja nie jestem szalony!

Zorro przyglądał mu się spokojnie. Gdy alcalde wreszcie legł wyczerpany, Zorro pochylił się ku niemu.

– Młody de la Vega nie wierzy, że oszalałeś – powiedział cicho.

– Co?

– Jestem tu, bo don Diego mnie o to poprosił – oświadczył Zorro. Oparł się z powrotem o tył łóżka. – Nie powiem, chciałbym cię zobaczyć w łańcuchach, odesłanego gdzieś daleko stąd. Ale dom wariatów… To okrutna, za okrutna kara. Nawet dla ciebie – uśmiechnął się bez wesołości. – Szybciej oddam ci przysługę.

– Jaką?

Zorro w odpowiedzi wycelował w Ramone palcem, imitując strzał z pistoletu.

– Zapomniałeś? – zapytał. – Przysługa za przysługę.

– To było co innego!

– O nie… – Zorro znów się przechylił w stronę alcalde. Teraz się nie uśmiechał. – To nie było co innego. Chciałeś mi oszczędzić powolnego utonięcia, zapamiętałem to. Takie rzeczy się pamięta… Jak się w zimnie i w ciemności dławisz wodą i starasz złapać jeszcze choć jeden oddech, i wiesz już, że to koniec, że umierasz, że nie zobaczysz… Kula wtedy jest łaską, której pragniesz. I żałujesz, że cię ominęła.

– Myślałem… don Diego mówił…

– Młody de la Vega ma miękkie serduszko – Zorro wzruszył ramionami. – Chce, by wszyscy żyli razem długo i szczęśliwie, bez kłótni i zwad. Czasem więc podkoloryzuje trochę swoje relacje, a czasem coś przemilczy. Nie powiedział ci, ile go to kosztowało, wyciągnięcie mnie z tamtego rumowiska. Ile wtedy ryzykował. A ja rzeczywiście chciałem się z tobą policzyć, ale za to, że nie spróbowałeś mi pomóc inaczej niż kulą. I że spudłowałeś. Kiepski z ciebie strzelec, alcalde, gorszy niż z Diego szermierz. Tylko, że on ma wytłumaczenie. Za bardzo się martwi, że kogoś zrani. Ale kiedyś – Zorro ściszył głos – kiedyś ktoś go zrani tak, że przestanie się martwić o innych. Lepiej, by to nie była twoja sprawka, alcalde. Bo Diego wtedy zabije tego kogoś. Zapamiętaj to na przyszłość. Jeśli masz jakaś przyszłość.

Alcalde bezradnie pokręcił głową. Był w pułapce. Mógł przeklinać, grozić śmiercią, wołać o pomoc – wszystko nadaremno. Wiedział już, że Zorro go zabije. Ale ta śmierć miała być łaską. Luisa Ramone ogarniała groza na myśl o uwięzieniu w domu dla obłąkanych i o tym, co go tam czekało.

– Jak to zrobisz? – zapytał w końcu.

– Co jak zrobię?

– Jak mnie zabijesz?

– Nie wiem jeszcze, czy cię zabiję – wzruszył ramionami Zorro. – Diego twierdzi, że się czymś upijałeś, i że to dlatego wygłaszałeś te mowy. Jak to znajdę, może przekonamy doktora, że byłeś spity, nie szalony.

– Nie upijałem się…

– Nie? Naprawdę? – Zorro znów zerknął z ukosa. – Niczego dziwnego nie piłeś? Nie jadłeś? Więc będę musiał się zastanowić, jak to zrobić, by cię nie bolało. Obiecałem to Diego.

– Poczekaj! – Gdyby Ramone miał wolne ręce, zasłoniłby się nimi w geście błagania. – Piłem lekarstwo… Zioła… Miały być na jasność umysłu…

– O, to brzmi ciekawie. Gdzie one są?

– Na kredensie, gliniany słój. Ten po lewej, zaraz na półce…

Zorro wstał i poszukał wskazanego naczynia. Po chwili stanął z nim przy świecy, wytrząsnął nieco ziół na dłoń i powąchał.

– Mięta, sazafran, lukrecja… O, chyba widzę okrawki peyotlu – Maska nie pozwalała dostrzec całej mimiki, ale Zorro chyba uniósł brwi ze zdumieniem. – A tych liści nie znam… No tak, teraz rozumiem. Indianie palą i jedzą peyotl, by mieć wizje, wiedziałeś o tym, alcalde? Wygląda na to, że śniłeś na jawie. Tylko ten jeden słój masz, alcalde?

– Tylko jeden. Miałem jechać niedługo po następny…

– Gdzie?

– Za dwa dni, może trzy. Na wzgórzach przy drodze do Santa Barbara… Człowiek w czerwonym wozie. Spotykaliśmy się tam już kilkakrotnie… Miałem mu zapłacić…

– Czym?

– Sakwa z pieniędzmi jest tu, pod łóżkiem…

Zorro zajrzał we wskazane miejsce. Sakwa była bardziej niż ciężka.

– Wygląda na to, że odnalazły się i wasze oszczędności, alcalde, i kasa miejska – uśmiechnął się lekko i skierował ku drzwiom.

– Zorro! – próbował krzyknąć Ramone.

– Tak?

– A co ze mną?

– Z wami, alcalde? – Zorro zawrócił do łoża. – Nic z wami nie będzie. Odchorujecie trochę te ziółka, przez jakiś czas będziecie słabsi niż zwykle, ale potem… Potem pewnie znów zaczniecie na mnie polować. Zwłaszcza po tej rozmowie. A ja będę psuł wam piękne plany na przyszłość, kiedy znów spróbujecie być niesprawiedliwi wobec mieszkańców

– Co?

– Dobrych snów, alcalde – Zorro ze zręcznością magika wyciągnął zza pleców niewielką szmatkę i podsunął pod nos Ramone. Ten próbował jeszcze coś krzyknąć, ale osunął się bezwładnie. Spał. Zorro podniósł sakwę i słój i ruszył ku drzwiom.

Ludzie zebrani w gabinecie poderwali się z miejsc, gdy wyszedł.

– Udało się? – zapytał sierżant. – Słyszeliśmy, że próbuje krzyczeć.

– Udało się – potwierdził Zorro. Postawił słój na stole. – Część ziół rozpoznałem, ale tylko część. Alcalde raczył się herbatką z peyotlem, doktorze. Musiał chyba wczoraj przedawkować. Sam peyotl by wystarczył, ale może i te inne miały taki wpływ na niego.

– Zorro? – wtrąciła się Victoria. – Czy wszystko w porządku?

– Tak, w porządku… – odpowiedział Zorro ze znużeniem. – To nie była łatwa rozmowa, señorita Escalante. Ale wiem też, kto mu dostarczył tej trucizny. Muszę jechać.

CDN.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *